70. Poniedziałek

I o.
Znowu wstaję wcześniej niż większość ludzi, a na pewno wcześniej niż cała rodzina łącznie z psem. Teraz mam godzinę 9:15. Byłam w pracy, z psem na spacerze,  zdążyłam pooglądać facebooka ( za wiele to tam nie ma do oglądania). Piję kawę słucham Marka Knopflera i zastanawiam się czy by może się jednak nie położyć…
Z drugiej strony Ada leży odłogiem.
Oraz krosna.
Jeszcze chwilkę powalczę, żeby nie było, że taka łatwa jestem. A potem się jednak położę

 

69.

Ot, i wyspałam się. O godzinie 5:41 byłam wyspana, a gdy o 6:10 nadal taka byłam to był znak, że pora wstać.
To wstałam.
Omeprazol popity gorącą wodą. Odgrzana kawa, pies zawołany na pieszczotki. Wreszcie komputer wzięty na kolana. Nie ma co się oszukiwać, ciągnęło mnie.
Ada woła troszkę poczuciem obowiązku, troszkę ciekawością co nawywija po tym jak mi poszła na sylwestra. Ale tak najbardziej na świecie to ciągnie Mark. Knopfler.
Przypadkiem wpadł mi w ucho kawałek, którego nie znałam. Na YT. Znalazłam całą płytę tamże. Przesłuchałam pierwsze trzy kawałki i koniec kropka. Nie ma, że nie. Muszę mieć.
Kupiłam elektroniczną wersję wczoraj, ale stwierdziłam, że to za mało, chcę PRAWDZIWĄ: taką z krążkiem i papierową okładką. Płyta nazywa się TRUCKER i o Boziuniu co to za płyta jest!
Zaprawdę powiadam wam: jeśli o kimkolwiek można powiedzieć, że jest jak wino, żeby nie był to banał i oklepany frazes to tylko i wyłącznie o Marku. No i dlaczego ten człowiek nie przyjeżdża do Szwecji?! No dlaczego? W Polsce był całkiem niedawno, bywa tam zresztą często a do Szwecji? Kiedy Marku przyjedziesz do Szwecji?
Nie miałam czasu jeszcze przesłuchać całej, ale póki co to tam jest to co lubię: masa rozkołysanych ballad, z klimatami angielsko-irlandzkimi. Męski głos Marka i teksty!
Ach…dość tej laurki.
Jak już nasłucham się tego TRUCKERa to kupię sobie jeszcze PRIVATEERING. Też słuchałam troszkę…

68. Same dobre rzeczy.

Po 1. Ostatni dzień pracy na kuchni, ostatni dzień pracy od 10 do 14
Po 2. Litwinka i jej mąż robią stronę internetową dla swojej firmy. Firma jubilerska. G. jest plastykiem z wykształcenia i prawdziwym artystą. Ona zresztą też ma takie zdolności. I zapytali mnie czy bym im kilku zdjęć nie dała. Dam, a co będę żałowac tylko które, bo mam tego dużo. Litwinka spędziła wczoraj pół wieczoru przeglądając moje zdjęcia i wybrała całą masę. To miło, gdy komuś się moja praca podoba.
Po 3. A propos podobania pracy.
Razu pewnego cyknęłam mojej córce fotkę. Chyba nawet nie aparatem a jej telefonem.

A wczoraj mi dziecko melduje, że na profilu Instagramowym Polaroida jest to zdjęcie i ma jakąś obłędną ilość polubień.
Jeszcze raz: to miło jak komuś się podoba to, co robię.
Po 4. za dwa tygodnie o tej porze powinnam być na lotnisku i umierać ze strachu przed lotem do Neapolu via Frankfurt.

Po 5. Piątek. Piąteczek. Piątunioooo

—–
A nie mówiłam, że same dobre rzeczy?

67

Jeszcze dwa dni. Dwa dłuuugie dni pracy od 10 do 14.
A potem znowu będę narzekała, że muszę wstawać o 5.30.
Jednak, to jest zdecydowanie lepsze rozwiązanie, zwłaszcza jak się zaweźmiesz i nie pójdziesz spać w ciągu dnia. Wtedy jest szansa, że zaśniesz jak człowiek przed 22. Wtedy jest szansa, że nazajutrz o 5.30 będziesz człeku dość wypoczęty i nie będziesz się po dwugodzinnej pracy słaniał na nogach i szukał poduszki do przytulenia…
Sypiam źle.
Niespokojnie. Jest za zimno – jak otworzę okno.
Za gorąco jak je zamknę.
Nawet spanie po moim ulubionym Ataraxie nie jest takie jak być powinno.
Jakie powinno? Powinno być tak, że zasnę ok. 22 , ok. 2 w nocy obudzi mnie parcie na pęcherz, wstanę na pół śpiąc i pójdę, zrobię co trzeba, wrócę, położę się i zasnę.
Tak było przez jakieś 40+ kilka lat mego życia.
Teraz.
Teraz gaszę światło ok.22. Czasem zasypiam w ciągu kilku minut a czasem nie. Kręcę się wtedy kilkanaście minut do godziny. Wstanę poczytam, znowu spróbuję zasnąć. Wstanę wezmę atarax (albo waleriany dwie tabletki). Poczytam lub jesli akcja książki za bardzo mi się kotłuje w głowie to pooglądam coś znanego, pozytywnego. Gilmorki najchętniej.
Położę się. Zasnę wreszcie. Wybudzę 90minut później. Pójdę siku, Napiję się, bo gorąco. Otworzę okno. Zasnę na godzinę, 45 minut. Wstanę. Przymknę okno. Pójdę siku. Zasnę na kolejne 30-45minut. Wstanę. Otworzę okno. Napiję się. Przełożę poduszkę w nogi. Przykryję plecy, wystawię stopy, poszukam chłodnego miejsca, przysnę, obudzę się, bo zimno w stopy, nakryję się, zadrzemię obudzę się przytomna. Na zegarku będzie 3:40 mniej więcej. Wstanę, zrobię siku. Poszukam cukierka, zjem go. I wtedy wreszcie zasnę twardo. Tak, że w którymś momencie obudzi mnie ból szyi, bo źle leżę, albo brak oddechu, bo tak śpię, że zapominam oddychać.
I tak, k mać! każdą noc. Każdą cholerną noc.
Atarax ma działanie uspokajające.
Próbowałam tabletek nasennych, ale to jest dopiero hardcore. Bo mam wszystko to samo tylko z ogromnym zmęczeniem na dodatek. Czyli soma chce spać, psyche szaleje…
Uspokaja mnie cukier.
To cholera nałóg. Moja matka budziła się w nocy, żeby zapalić papierosa. Ja żeby zjeść cukierka. Waga mi rośnie choć w dzień nie jem za dużo. Tylko te noce.
Cholerny zaklęty krąg.
A ludzie się dziwią, że dosypiam w dzień…Czasem sobie pozwalam, bo są dni gdy nie mam siły ręką i nogą.
Niechże się ta cholerna menopauza wreszcie odczepi!

66.

Wreszcie wiem co z tym krosnem (krosnami?!) Niezależnie od siebie dwie osoby dostarczyły mi materiału poglądowego w postaci filmiku na YT.
Zatem mogę się dziś zabierać za zabawę.
O ile mnie wena twórcza nie pogoni.
Bo znowu od kilku dni świerzbią palce. Rzecz w tym, że ta Ada zaczyna żyć własnym życiem. Wczoraj na przykład z uporem maniaka wybierała się do przyjaciółki na Sylwestra. Nie wiem po co. Trzy raz zawracałam ją z drogi, a ona swoje. I poszła. W nagrodę za upór dostała całusa i oświadczenie całkiem obcego faceta, że jest piękną kobietą.
Nie pytajcie mnie, nie wiem po co jej to spotkanie. Ona pewnie pewnie i pewnie mnie do tego doprowadzi.
Ledwie wygrzebałam się z tego przełomu 97/98 żeby pójść do łóżka o ludzkiej porze a nie jak w niedzielę o 1.30.
Dziś mam jakieś dziwne spotkanie z koleżanką po fachu, Iriną. Nie wiem co może chcieć, choć nieco się domyślam, ciekawe czy trafnie.
Firma dla której sprzątam przechodzi kolejne przeobrażenia. Znowu będę miała nowych szefów. Taaaa…ta bezpośrednio nade mną już się wykazała.
Mona wzięła urlop na jeden dzień, na wczoraj. Mówiła o tym od ponad miesiąca. Tymczasem w piątek Pełniąca Obowiązki Szefowej zadzwoniła do mnie:
– Wiesz, że Mona bierze wolny przyszły tygodzień?
– Cały tydzień czy jeden dzień?
– Yyyyyy…
– Sprawdź dobrze, bo mnie wydaje, że jeden dzień tylko…
A jak wy pracujecie? Jak normalnie? A jak teraz Saba na urlopie? Nie mogła zapamiętać, no ale okej, dużo informacji, imiona egzotyczne a nie normalne szwedzkie Britt-Rose czy Vendela, wiadomo, że ciężko zapamiętać. Zlitowałam  się, obiecałam maila, napisałam, opisałam co trzeba wysłałam
O 14 znowu telefon. No tak, Mona chce tylko poniedziałek. I jak my pracujemy…
– Wysłałam ci maila, masz wszystko w mailu.
– A, prawda, no tak…To jak wypracujecie?
I że Mony nie będzie w poniedziałek i ktoś musi wziąć za nią jej zmianę.
Tłumaczyłam:
Mam inną pracę ( mój Szwed od tłumaczeń jest koszmarnie zaniedbany) i nie dam rady wziąć pracy za Monę tym bardziej, że ona ma jeszcze jedno miejsce gdzie czas pracy koliduje z tym moim normalnym czasem.
Acha. No to problem, bo ona nie ma zastępstwa.
– No to może pora znaleźć kogoś ekstra – ja
– Ale zazwyczaj to się ludzie nawzajem zastępują
– Ale mówię ci, że po pierwsze mam inną pracę i nie dam rady, po drugie czas pracy Mony w aptece koliduje z moim czasem tu.
Acha. To ona nie wie…I co teraz
Miałam na końcu języka tekst, że za zarządzanie to ona bierze pieniądze, na pewno większe niż ja za sprzątanie więc może niech wykona po prostu swoje obowiązki. Oraz, że ja się wcale nie dziwię, że ma problem, skoro bierze się za to w piątek o 14.
Zmilczałam, powiedziałam tylko, że niestety ja jej nie pomogę.
I co? Kto zgadnie?
Oczywiście! Nikogo nie było. Jak weszłam wczoraj do pracy to nie wiedziałam od czego zacząć. A ta mi jeszcze zaczęła wydzwaniać. Zignorowałam. Po pierwsze dlatego, że nie miałam czasu na pogawędki i tłumaczenie po kilka razy tego samego. Po drugie: ilekroć ktoś z nas dzwoni to nikt telefonu nie odbiera, no to zobacz jak to fajnie. Po trzecie: mój prywatny telefon, naprawdę nie muszę go odbierać bo szefowa dzwoni.
Wreszcie jak się obrobiłam (półtorej godziny, pot cieknący po tyłku i stres ) oddzwoniłam.
I co? Bo jej ktoś tam zadzwonił i mówił, że kuchni to góra garów.
– No i właśnie dlatego nie odbierałam.
– Ale zajmiesz się tym?
– Już się zajęłam.
– Acha, okej. A toalety? Bo wiesz, to najważniejsze
– Też się tym zajęłam
– A w kuchni?
I tak kilka razy.
Nie wiem czy bardziej nienawidzę samej pracy czy bardziej tej firmy.

65

Och mój boże jaki wczoraj był dzień!
Słońce, błękitne niebo z malowniczymi chmurami i brak wiatru. Mimo to dość rześko.
PannaS z okazji Rodzinnego Festynu, którego tematem były dożynki miała pokaz tańca. Od dwóch lat chodzi na zajęcia taneczne, głównie na balet i bardzo to lubi. Wczoraj mogliśmy obejrzeć efekty.
Pewnie zabrzmię koszmarnie nieobiektywnie, ale uważam, że była najlepszą tancerką w grupie. Rusza się z wdziękiem, miękko i do rytmu. W porównaniu z nią inne dziewczynki wyglądały i ruszały się jak sztywne kołki. Ale nie zapominajmy, że to małe dziewczynki, tak pomiędzy 6 a 9 lat. I tylko jeden chłopiec w grupie. Nie mam pojęcia w jakim wieku, ale pewnie ze 12lat miał. (Cóż, nawet w Szwecji, taniec to nie jest ulubiony sport chłopców).
Poza tym gotowałam bigos, bo nam się zachciało. A mnie tak się chciało, że taki niedogotowany jadłam niemal wprost z garnka. Zawsze tak lubiłam.
eM przyszedł do mnie:
– A ClasOhlsson to do której otwarty, nie wiesz?
– Nie wiem, pewnie do szesnastej, a co?
– Mikroskop muszę kupić
– Co? Po co?
– Mikroskop, nie wiesz po co jest mikroskop?
– Wiem do czego służy. Pytam po co tobie?
– Grzybów będę szukał. W bigosie.
Dowcipny, nie? Problem w tym, że jak we wszystkim my się kompletnie nie zgadzamy. On by chciał bigos mięsno-grzybowy najchętniej. Czyli taki, gdzie pomiędzy mięsem a grzybami znajdujesz jedną nitkę kapusty. Ja odwrotnie. A ponieważ ja gotuję…I nie lubię grzybów.
To samo mamy z sałatką. On najchętniej groszek i kukurydzę, dużo ogórka, żadnego selera. I na ostro. Ja mdławo, głównie ziemniaki i marchew oraz żadnego groszku, fasoli, kukurydzy, bo mi cały smak dominują. Oraz surowy seler utarty na drobnej tarce. Sałatkę -bazę robimy więc jednej misce a potem rozdzielamy na dwie różne.
Takie to życie Panny z Bliźniakiem. Różnice, które się nie uzupełniają, jesteśmy po prostu niekompatybilni. Jak europejska wtyczka do angielskiego gniazdka. A przejściówki nie wypracowaliśmy.
A po południu spacer z Tosią. Całe lato nie byliśmy w Kamieniołomie. Pięknie było, zwłaszcza, że nadciągały chmury deszczowe i to dawało niesamowite światło.

Tośka się ulatała.
Z Tosią problem. Bo strasznie wygubiła sierść, w zasadzie został na niej tylko ten szorstki włos, jest matowa i uklepana. Wet niby powiedział, że nic, ale teraz widzę, że pies się iska jakby ją coś podgryzało. Ale wciąż robi to tylko od czasu do czasu.
Za to rzuca się na marchewkę, kalafiora, brokuła.
Dziś sprawdzę pietruszkę i pomidora.
Brak witamin? Pasożyty? Czy choroba?
Jest wciąż wesoła i żywa, więc jeśli choroba to albo coś niezbyt uciążliwego albo początek.
Ale może jednak zwyczajnie zmienia sierść?

Ogarnęłam zakładanie osnowy na krosno. Tzn. sześć nitek tylko założyłam, żeby zobaczyć czy mi będzie rozdzielało na dolne i górne. Kilka kombinacji i wreszcie wczoraj o północy TADAM!
Teraz trzeba zobaczyć JAK SIĘ TO ROBI.

Śnił mi się dziwny grób Baśki. Płakałam przy nim tak strasznie, a wszyscy myśleli, że to na pokaz.

64

Klub foto zawsze mi dobrze robi na samopoczucie. Albo prawie zawsze. Ostatnio doszłam do wniosku, że widać nie jestem AŻ tak introwertyczna jak myślałam, bo lubię spotykać się z ludźmi i takie spotkania zasilają moje baterie. Tylko nie mogą to być spotkania w tłumie i nie koniecznie codziennie. Oraz nie każdy człowiek te baterie mi zasili. Ludzie, którzy kompletnie są nie mojej planety niestety działają odwrotnie.
Generalnie mam wrażenie w 52. lecie życia (bo ja z lata jestem) mocno mi się upodobania zmieniają.  Na przykład takie ranne wstawanie. Po czterech latach wstawania bardzo porannego cenię sobie możliwość spania do co najmniej ósmej a do dziewiątej czy dziesiątej jeszcze bardziej. No, ale takie długie spanie nie jest możliwe jak ma się w domu psa, niestety.
Albo takie jedzenie.
Przez lata byłam wybitnie roślinożerna. Mięso stanowiło dodatek, jak go nie było to jeszcze lepiej smakowało jedzenie. Z mięsa gotowałam z dwóch powodów: mąż i syn, którzy są mięsożercami oraz to, że jako kulinarna konserwa nie lubię poznawać nowych smaków i generalnie trudno mnie namówić do zjedzenia czegoś nowego, oraz gotowanie uprawiam wyłącznie z przymusu.  Przy takim nastawieniu trudno o kuchenne eksperymenty.
A teraz proszę: mięso zaczyna mi smakować, bywają dni, że chce mi się zwyczajnie padliny na talerzu.
I tu się właśnie rodzi konflikt duszy z ciałem. No bo jak spać do dziewiątej jak na świecie tyle ciekawych rzeczy a czasu coraz mniej? Oraz jak jeść mięso, jak się w duszy jest przeciwnikiem hodowli zbiorowych oraz jak się na kawałek mięsa patrzy i widzi całą, wesołą, ŻYWĄ świnkę?
Ale najbardziej na świecie chciałabym już być na emeryturze…ech…
A z innej beczki: wczoraj gdy jechaliśmy z psem na spacer w ogródku, nieopodal parkingu zobaczyliśmy takie cudo:

63.

Zabawka kupiona. Stała i czekała tam, gdzie ją zostawiłam. Spóźniłam się do pracy, żeby ją mieć, hehe…Zapłaciłam i poprosiłam, żeby mi ją przechowali do popołudnia.
Nie sądziłam, że jest taka ciężka!
Wiozłam ją na rowerze, najpierw opartą na ramie potem zaczepioną na kierownicy. Nie, sama nie jechałam, jeszcze mi życie miłe! Ale to były najdłuższe minuty w moim życiu.
EM tylko pokiwał głową.  Wiedział, że muszę.
Oglądałam ją potem z każdej strony usiłując odgadnąć co i jak.
Przekopałam pół internetu w poszukiwaniu jakiejś instrukcji obsługi, ale nic nie ma.
6 minutowy filmik na YT o tkaniu okazał się …filmikiem o tkaniu czyli o tym, jak tkaczka przekłada nitkę tam i z powrotem. Nuuuuudy panie.
Zadane w przestrzeń pytanie o wiedzę na temat tkactwa zaskutkowało linkiem od kolegi Adama:

(czy to się otwiera?)
Li i jedynie, ech…
Dwie godziny popołudnia spędziłam u Litwinki Reginy najpierw plotąc trzy po trzy by wreszcie wpaść na temat książek. Regina czytuje wyłącznie klasykę, a ja usiłuję ją zachęcić by sięgnęła po literaturę współczesną.
Dziś obiecałam córce naukę podstaw fotografii a wieczorem idę do klubu foto.
Acha.
Książki Joanny Jax to zło! Kradną czas i nie dają spać po nocach. Chciałam tylko jedną stronę przed snem…

62. Ponarzekam

Aż dziwne jaka cisza…
Od początku roku po bloku kręcą się robotnicy. Bo najpierw był planowy remont, w każdym mieszkaniu po około 8 tygodni, a potem jeszcze jakieś drobiazgi, ale ciągle coś. Jako pozostałość po owym remoncie w piwnicy został smród. Dosłownie. Coś im kanalizacja nie funkcjonuje jak trzeba, jedną z rur musieli odłączyć i ścieki z mojego pionu idą pod sufitem, ukosem do innego ujścia.
Tak fajnie to działa, że którejś soboty weszłam do łazienki pełnej wody. Po bliższym zbadaniu zjawiska okazało się, że nie była to woda. Jeszcze mnie trzęsie z obrzydzenia…
I tak miałam szczęście bo u mnie nie przelało się przez próg i poszło na całe mieszkanie. W przeciwieństwie do reszty sąsiadów z parteru. Im ścieki zalały korytarze, salony i sypialnie. Nie dość, że potracili dywany i nie wiem co jeszcze to jeszcze podłogi mają do wymiany.
Co chyba mnie doprowadziłoby do białej gorączki bardziej niż utrata szmaty z podłogi. Bo wymiana podłogi to masakra. Najpierw czekasz i czekasz kiedy to nastąpi, a musisz wpaść w kolejkę. Potem każą ci wynieść wszystko z pomieszczenia (bo jak inaczej). Potem układają tę podłogę dni kilka, bo pracę trzeba szanować a fika rzecz święta i takich ludzi sfrustrowanych niemożnością użytkowania przestrzeni życiowej to oni oglądają co dzień i nie będą się tym martwić, bo się człowiek by zaraz starł w tej pracy.
Oni mają rację, ci robotnicy, można to stwierdzić obiektywnie dopóki człowieka nie dopada kataklizm pod tytułem remont.
No.
W każdym razie kanalizacja zafundowała nam różne atrakcje.
Teraz, od piątku w piwnicy trwają roboty mające na celu położenie nowej rury. Zdaje się, że będzie ona szła tak, jak ta pod sufitem, czyli na skos przez rowerownię. I od kilku dni trwa mozolne wycinanie betonu z podłogi żeby miejsce na tę rurę zrobić. Hałas. Jęk piły do betonu. Trzaskające drzwi. Łomot młota.
Ale nie dziś panuje błogi spokój. I nie wiem co bardziej mnie wkurza: roboty czy ich brak.
Rower moknie na deszczu bo do rowerowni nie sposób wejść.
Do pralni będę latać naokoło, przez drugą klatkę, z tym, że mój klucz nie działa w tych „drugich klatkach”, więc nie wiem jak to ma być, a do administratora nie mam kiedy pójść, ale jednak będę musiała.
Poza tym boli mnie głowa. Codziennie!
Paraflex, lek na rozluźnienie mięśni – nie pomaga. Tzn. pomógł na kilka dni, albo to efekt placebo był. Teraz już nie działa. A dodatkowo jakoś źle się po nim czułam, roztrzęsiona jakaś czy co …
Wkurza mnie to strasznie, że ta głowa tak boli i boli. Lekarze nie widzą przyczyn, a ona boli stale. Tylko bardzo różnie.
Już mi nawet przyszło do głowy, że uzależniona jestem od paracetamolu oraz  innych przeciwbólowych ale mówią, że to nie możliwe. No nie wiem czy nie możliwe. Dodatkowe atrakcje w postaci napadów gorąca też sytuacji nie poprawiają. Czy to hormony mi na głowę padły?
Ja pierdziu!
Czas dojrzewania i cały okres „produkcyjny” przeżyłam nie wiedząc co to pmsy, huśtawki hormonów i temu podobne atrakcje. Nie miewałam pryszczy, zaparć, biegunek, bólów brzucha, napadów głodu, jadłowstrętu, huśtawek nastroju. Przez czterdzieści lat żyłam spokojnie. No, przynajmniej w zakresie funkcjonowania ciała, bo z dusza różnie było.
A teraz od lat 12 chyba mi natura postanowiła wyrównać rachunki. Bo miewam WSZYSTKO i to naraz. Łącznie z pryszczami trądzikowymi, choć na szczęście nie na twarzy.
Czy ja bym mogła jak Manuela Gretkowska poprosić, żeby Pan Bóg mi TO już zabrał?
Nie. Bo nie bardzo w niego wierzę.
I lipa.

61. Wtorek

Jeden dzień mi przeskoczył nawet nie wiem kiedy…
Pewnie dlatego, że pracowałam dużo i pilnie i tak z rozpędu zrobiłam nawet trochę na zapas. I dobrze, bo do wyjazdu już tylko …23 dni! Oj! A tu ani parking ani samochód nie zabukowany. Czas, czas, najwyższy czas…

Jesień nas rozpieszcza grzybami. Oraz dziwaczną pogodą. Bo albo leje, leje i leje. A potem nagle rozwierają się chmury i z nieba spada kaskada słońca, która rozbija się na tysiące małych słońc w kałużach lub sypie iskrami w kroplach wiszących na wszystkim. Coraz bardziej żółte drzewa, wyzłocone dodatkowo słońcem przefiltrowanym przez chmury, na tle pochmurnego, granatowo-szarego nieba sprawiają, że zatrzymuję się jak wryta się gapię.
Albo jest ciepło, słońce na błękitnym niebie, wiatru ani troszkę, flagi leżą na masztach. I naraz: ŁUP! Grzmot jeden, po chwili kolejny. I ulewa. Taki rzęsisty, pionowy deszcz, delikatny, który nie odbija się od powierzchni a przesiąka przez nią łagodnie. I człowiek w jednej chwili mokry.
Piękna ta jesień. Pasie oczy kolorami. Brzuchy rydzami i innymi prawdziwkami.

Ja ich nie jem wprawdzie, ale zbierać to lubię, oj lubię. A tu taki urodzaj, że aż serce boli, tyle tego i jak to zostawić?
Dwa króciutkie wypady do lasu i mamy cały słój suszonych prawdziwków, koźlaków i podgrzybków oraz kilka porcji rydzów w zamrażarce.
Będzie trzeba narobić pierogów. Helen i Peter, sąsiedzi z góry zaślinili się gdy im powiedziałam o pierogach. Znają, znają. Helen dawno temu miała chłopaka-Polako-Szweda. A Petera ojciec był Niemcem (a to stary faszysta! hehe). Cóż było robić: obiecałam, że zaproszę. Oraz na kiszenie kapusty, bo Helen nie wie jak a chciałaby, bo jej się marzy.
A po krosna nie zadzwoniłam, bo mi brak odwagi.
A jak powiedzą, że nie, że mam przyjść w godzinach otwarcia …itd?
A ja w godzinach otwarcia pracuję! Jeszcze ten i następny tydzień tak pracuję!
…ale mogłabym się jutro spóźnić te 15 minut. Zapłacić, poprosić by przechowali do zamknięcia…
A tymczasem pora w drogę.