Wczoraj obudziłam się zła.
Zła, bo znowu źle spałam.
Najpierw o 20 nie mogłam utrzymać oczu otwartych. Ale gdy się położyłam, to ciągle miałam uczucie, że trwam z półśnie. Około północy poczułam, że głowa znowu boli. Wzięłam ibuprofen. Około trzeciej wybudził mnie zwykły ból w potylicy, punktowy, ostry, stopniowo rozlewający się na oczy a potem całą głowę. Ten, na który nie pomaga żadna tabletka. Trzeba wstać, usiąść, wypić kawę, odczekać godzinę – dwie. Minie.
Z braku innego zajęcia pracowałam. Gdy poczułam, że już nie boli – wróciłam do łóżka.
Obudziła mnie Tośka, dochodziła ósma.
Na ekranie powiadomienie o snapie od Zuzu: czy moge do ciebie dziś przyjść, plissss…
A ja byłam wściekła.
Nie zła, nie w sosie, nie smutna, nie zdołowana… WŚCIEKŁA aż mi się gotowało. Najchętniej nawrzeszczałabym na kogoś. Rozwaliła coś.
Bo jestem zmęczona. Jestem ciągle zmęczona. Nie mam siły na nic. Najchętniej leżałabym i patrzyła w sufit. Albo oglądała mało wymagające seriale i dłubała proste rzeczy na drutach. I żeby nikt ode mnie nic nie chciał. Ani mąż, ani dzieci, ani przyjaciele, ani kot, ani nawet Zuzu czy Tośka…
DAJCIE MI WSZYSCY ŚWIĘTY SPOKÓJ!!!
Dźwięk telefonu mnie wkurwia!
Dźwięk smsa też. Jeszcze bardziej chyba.
Na widok ikonki, że mail przyszedł mam ochotę rzucić telefonem o ścianę.
Na teksty o włączeniu kolejnych aplikacji-komunikatorów mam ochotę …gryźć… nie, mam ochotę rzucić się komuś do gardła i rozszarpać tętnicę.
Jestem zmęczona tym, że jestem zmęczona, bez życia, bez humoru, bez chęci na cokolwiek.
W dodatku ciągle mnie coś boli: głowa, biodro, kolano, stawy tu i tam…
Chciałam uciec, ale nie bardzo mam dokąd.
Jak by mi się teraz przydała jakaś mała stuga, w lesie, na odludziu, bez zasięgu…
Uciekłam w pracę. Wnuczce napisałam, że jestem z kimś umówiona. Męża ostrzegłam, że jestem wściekła, bez konkretnego powodu, więc niech najlepiej nie patrzy i nie oddycha w moją stronę.
Praca mi nie szła. To, co normalnie zrobiłabym w 1,5 godziny robiłam 3.
EM wziął Tośkę i pojechał do lasu, ale jeszcze przecież musiałam mu ją pomóc wpakować do samochodu, bo pies oczywiście na widok szelek w jego ręce natychmiast się schował pod moje biurko.
Noż kurwa! – skwitowałam. EM nabrał oddechu, ale skończył na mruknięciu. Na jego szczęście.
Pojechali.
Nadal tkwiłam przy biurku bo nie miałam pomysłu co innego ze sobą zrobić.
Cicho otworzyły się drzwi. I w progu stanęła Zuzu.
– Babciu, ja tylko na chwilkę… Bo Mel ma mnie zaraz do domu zabrać.
Przytuliłam dziecko. I zobaczyłam że ma strup na brodzie. No bo się wywróciła na rowerze… I uderzyła się głową, ale na szczęście miała kask. I wstała i pojechała do szkoły, choć nogi jej się całe trzęsły, że prawie nie mogła stać.
Przytuliłam ją znowu.
Usiadłyśmy w sypialni. Ona coś cichutko oglądała na tablecie.
Ja też, coś tam.
Zadzwonił jej telefon. Mel…
– Powiedz, że nie musi po ciebie przyjeżdżać. Ja cię odwiozę. Za jakieś dwie godzinki. Chyba, że nie chcesz?
Chciała.
Godzinę siedziała cichutko jak myszka. Potem zapytała czy mam kiszone ogórki. Miałam. I kabanosy też miałam.
Odwiozłam ją, ale nie wchodziłam. Przytuliłam tylko na podwórku.
Pojechałam nad jezioro. Potem do lasu. Wszędzie na chwilkę tylko.
Czy to nawrót depresji?
A może brak mikroelementów?
Może trzeba napisać do lekarza..?
Ale może najpierw popróbuję codziennie mutivitaminę brać. I wychodzić z domu choćby na chwilę, gdzieś do lasu, na pola, za miasto.
W nocy spałam…prawie dobrze. I po raz pierwszy od dawna obudziłam się i wstałam bo już nie chciało mi się leżeć.
Może to po prostu ten dziwny układ atmosferyczny.