13.

Miałam pracować w weekend, ale w sobotę było takie słońce, że nie mogłam. EM wynalazł nowe miejsce, miejsce o którym wcześniej słyszałam na fejsbukowej grupie o wędrówkach w naszym powiecie.
Lugnås… Jak się wjedzie na wzgórze przy kościele to widać Kinnekulle.
Odległość w linii prostej to jakieś 36km.
Ale mojego męża bardziej zainteresowało hasło „wędrówka geologiczna”.
Pojechaliśmy.
I było tak:
(trzeba kliknąć by zobaczyć większe zdjęcia)

Szlak „geologiczna wędrówka” okazał się być… spacerkiem po rżysku od jednej kupy kamieni do drugiej i od drugiej do trzeciej. Może gdybym wiedziała cokolwiek o geologii to byłoby to ciekawe.
Ach ta Szwecja…
Było słonecznie, ale momentami zrywał się wiatr i wtedy robiło się mało przyjemnie. Jednak luty to luty.
Wróciliśmy do samochodu i pojechaliśmy tam, gdzie mnie od początku ciągnęło: do Qvarnstensgruva (lub Kvarnsternsgruva).
I teraz mała lekcja języka szwedzkiego. Nie wiem czy wiecie, ale w szwedzkim wiele słów tworzy się poprzez łączenie kilku innych. I tu mamy właśnie takie słowo.
Kvarn – to młyn.
Sten – to kamień.
Gruva – to kopalnia.
Czyli chodzi o kopalnię kamieni młyńskich.
Kamień stamtąd zaczęto wydobywać w połowie wieku XI i wydobywano do roku 1915. Na terenie góry znajduje się 50 sztolni oraz 600 wyrobisk odkrytych.
W zasadzie powęszyliśmy tylko, bo jak większość takich miejsc, także i to jest o tej porze roku zamknięte. Można sobie pochodzić, ale do wnętrza ziemi oraz do zachowanych budynków się nie wejdzie. Trzeba będzie wrócić latem, i bez Tosi bo szlak do kopalni wiedzie przez owcze pastwisko .

Napotkałam taki znak:

i pomyślałam o mojej koleżance Marlenie.
Wiedziałam, że wokół pełno jest szlaków pielgrzymkowych, ale nie wiedziałam, że i w Szwecji oznaczone one się symbolem muszli.

W lesie było cicho i ciepło, choć cień. Mimo niezbyt długiej trasy byłam już porządnie zmęczona. Tosia chyba też, bo nie za bardzo opierała się przed wsiadaniem do samochodu.

Ale…
Nie jest dobrze.
Tosia znowu utyka na lewą przednią łapkę. Niepokoi mnie, że po powrocie ze spacerów, na klatce schodowej uparcie skręca w lewo na parterze. Tak jakby chciała iść do mieszkania, w którym mieszkaliśmy przedtem. Nie wiem czy zapomina…czy chce uniknąć wchodzenia po schodach?
Znowu zwolniła i zrobiła się spokojniejsza. Sierść przestała odrastać i znowu więcej jej gubi. I znowu zaczynają jej ropieć oczy. Chyba dawka leku na tarczycę jest trochę za niska. W tym tygodniu muszę ją umówić na wizytę kontrolną, przy okazji zobaczę co z łapką.
Jeśli zapomina… tego nie będziemy chyba umieć sprawdzić.

12. Ten Dzień

Po południu odkryłam, że saszetki kocie się kończą. A ponieważ następnego dnia miał być poniedziałek to musiałam kupić saszetki w niedzielę.
Ponieważ od jakiego czasu staram się nie kupować niczego w poniedziałki. Kiedyś jedna klientka… oj… dawno temu… mówiła, że ona w poniedziałek nie kupuje, nie płaci, stara się nawet nie otwierać portfela. Bo jak zacznie w poniedziałek, to potem cały tydzień jej pieniądze uciekają.
No więc ja też się staram, aczkolwiek z różnym skutkiem.
W każdym razie wczoraj, w niedzielę, wczesnym popołudniem musiałam wyjść z domu.
Szłam do garażu.
Było cicho. Mało ludzi – jak to w niedzielne popołudnie. Niebo było blado błękitne, lekko zaciągnięte chmurami. Słońce świeciło, ale nie oślepiająco intensywnie, jak potrafi w lutym, ale jakoś tak miękko i łagodnie.
Wciągnęłam powietrze raz i drugi…
W głowie wybrzmiało słowo: PRZETRWAŁAM.

Czyli znowu nadszedł ten dzień w roku, gdy moja wiara w słońce – jego światło i ciepło – znowu do mnie wraca. A wraz ze słońcem wraca we mnie chęć do życia. Znowu bym się gdzieś poszwędała. Coś bym porobiła. Ludzi jakichś spotkała (!).
Tak to jest. Gdy nadciąga listopad wszystko się we mnie kurczy… duch mój się zwija w kłębek i mruczy niechętnie „nie teraz”. I tak jest do jakiegoś dnia przedwiosennego. Wtedy coś robi pyk i zaczynam być jak ten przebiśnieg. Jeszcze mrozi, jeszcze śniegiem sypnie, jeszcze lodowato zawieje, ale ja się już rozglądam po świecie, już się prostuję, już znowu mam wolę życia.

Kupiłam kotu jedzenie. Wracałam w pięknym świetle. Pomyślałam, że gdzieś bym… coś bym…
Zadzwoniłam do Zuzu czy chce gołąbki, bo akurat zrobiłam.
Chciała. Zawiozłam jej.
Dzień się powoli kończył. Niebo poczerwieniało, powietrze zrobiło się różowe.
Ach jaka gapa ze mnie! Nie wzięłam Nikona… Psioczyłam stojąc nad jeziorem. Telefonem nie umiem robić zdjęć, tak by było widać. Telefon ma tylko ten koszmarny automat…

Ale…

Idzie sobie wiosna
słychać świergot ptaka
ładna to piosenka
tylko głupia taka…

11. Napiszę coś

Napiszę coś, bo mi odkurzacz chodzi, Tośka się go boi (Basil też) więc na niego szczeka. Muszę siedzieć w gabinecie, za zamkniętą bramką, razem z Tośką żeby japy nie darła „laboga, potwór mamusię zje, mamusia, wracaj!!”
Basil swoje obawy względem potwora demonstruje mniej donośnie. Raczej w ciszy i pełnym skupieniu, schowany za nogą od stołu śledzi poczynania wroga. I udaje że go tam nie ma.

Odkurzacz musiałam puścić, bo brudno. Brudno bo pracowałam intensywnie. Nadal powinnam, ale wkurw mnie szarpie, więc wzięłam się za sprzątanie. Jakbym nie wyładowała energii na kuchence i gratach…to pewnie nawrzeszczałabym na klienta, gdzie najłagdniejszym pytaniem retorycznym mogłoby być „Czy ty kurwa myślisz czasem?! Masz mózg czy watę?”.

Spokojnie, Kasia. Spokojnie. Jeszcze mu zrobisz 3 miesiące… Jeszcze tylko 3 razy…

Grrrr…


10. Chwalipost

Prawie rok temu przyszedł do mnie nowy klient. Firma młoda, ale już rozbujana, osobowość prawna czyli odpowiednik polskiego z o.o.
Klient przyszedł do mnie bo jego aktualna księgowa stwierdziła, że ona teraz będzie robić coś innego… to oficjalnie.
Nieoficjalnie węszyłam, że chyba jej z tym klientem nie po drodze. Ona Szwedka, on Polak.
Stosunkowo szybko odkryłam co mogło mojej poprzedniczce nie pasować. Facet zna się robocie…i to tyle. Szwedzki tak sobie, ogarnianie całej masy spraw kompletnie mu nie wychodziło, wiecznie mu ginęły papiery, wiecznie się spóźniał z płaceniem za wszystko choć pieniądze na koncie miał, bo fakturowanie robiła mu księgowa.
Facet mnie zapytał czy bym nie nauczyła pracy takiej jednej dziewczyny…
– A bo mnie prosi i prosi… A ja nie mam czasu na to wszystko… To bym ją zatrudnił, żeby ogarniała przelewy, faktury, no ale to musiałabyś ją nauczyć wszystkiego…

Myślałam sobie: noooo… ja ją nauczę a ona mi zabierze robotę…
Ale z drugiej strony jak ktoś tego nie ogarnie, to facet za rok zbankrutuje bo go dłużnicy zjedzą. Ja jestem tu, a on na drugim końcu powiatu. Nie dojadę tam każdego dnia by za gościa wybierać listy ze skrzynki pocztowej…
Zgodziłam się.
Nie minęło nawet dwa dni jak dziewczyna przyjechała do mnie z przygotowanymi papierami.
Rozpacz! Nie miała kompletnie, najmniejszego pojęcia jak to robić. Robiła jakieś dziwne notatki, numerowała pozycje na wyciągu bankowym…
Ale gdy ją poprosiłam by zdobyła duplikaty brakujących faktur – to to zrobiła.
Gdy ją poprosiłam żeby układała dokumenty w określony sposób to tak robiła. Nie minęły nawet dwa miesiące jej pracy jak odczułam, że praca idzie do przodu i nareszcie jest w firmie ktoś z kim mogę porozmawiać.
Do dobrego człowiek szybko przywyka. Ale starałam się pamiętać żeby chwalić dziewczynę za przygotowane dokumenty. Nawet jeśli robiła błędy, nawet jeśli coś było nie tak jak powinno… Chciałam żeby pracowała, bo nawet przy jej pomyłkach moja praca była zwyczajnie prosta! Nie musiałam jej szefowi pisać po 10 razy tej samej listy brakujących faktur, nie musiałam przypominać, poganiać…Ona robiła to za mnie!
Przy którejś rozmowie z nią, usłyszałam, że jej szef jest w tym samym pokoju, poprosiłam o przełączenie na głośnik i powiedziałam panu, że zatrudnienie jej było najmądrzejszą rzeczą jaką zrobił. Zapytałam czy jest tego świadom. Czy wie, że ona na swoją wypłatę zapracowuje między innymi tym, że oszczędza mu masę kasy np. na podatkach…
Powiedział, że wie…
Ale ja znam takich ludzi. Dla nich biurwy to zło konieczne. Darmozjady, na które trzeba pracować. Nie doceniają, że dzięki naszej upierdliwej pracy, ich firma płaci podatki jak trzeba, bo nie pozwalamy na gubienie kosztów. Pilnujemy płatności więc nie płacą kar i odsetek. Rozliczamy pracowników z czasu pracy… Zdejmujemy im z głów całą masę pracy, której sami nie byliby w stanie ogarnąć.
Kiedy później z nią rozmawiałam podziękowała mi. Powiedziała, że szef zaczął na nią inaczej patrzeć.
Jesienią bąknęła, że próbuje iść na studia. Tu w Szwecji. Na administratora płac.
Uuuuu… pochwaliłam.
Płace to bardzo szeroki dział. To w zasadzie odrębny dział księgowości. Dobry specjalista od wynagrodzeń jest zawsze poszukiwany, nie ma problemu ze znalezieniem pracy. I zarabia naprawdę dobrze. No ale najpierw studia, potem praktyka, doświadczenie…
Wahała się. Zastanawiała. Praca jedna, praca druga (bardziej hobby niż płatne zajęcie) dzieci, mąż…wiadomo.
Ale ja jestem z tych co zawsze popierają pomysł kształcenia się. Wierzę w wykształcenie. Wierzę, że warto się uczyć. Więc jak najbardziej namawiałam ją by zrobiła dyplom.
– Jesteś młoda, przed tobą całe lata pracy. Jak nie zrobisz szwedzkiego dyplomu zawsze będziesz na rynku pracy miała gorszą pozycję z powodu polskiego pochodzenia. Zrobisz dyplom, nabędziesz doświadczenia i będziesz przebierać w ofertach pracy.
Ona:
– Ale czy ja dam radę, mój szwedzki… a praca…czy ja pogodzę
– Posłuchaj… To są tylko 24 miesiące. Jak nie pogodzisz z pracą – to ją zostawisz. Powiedz mężowi, że to jest twoja…wasza przyszłość… Jesteś pracowita, zdolna, chcesz się uczyć… Naprawdę jeśli tobie się miałoby nie udać to już nie wiem komu…
I tak sobie pogadywałyśmy co chwilę.
Zadzwoniła na początku stycznia
– Poradź mi…No bo przyjęli mnie… ale to trwa nie 24 a 18 miesięcy. I nie na dystans a stacjonarnie. Musiałabym dwa dni w tygodniu jechać na cały dzień…
– A co chcesz usłyszeć? Radę czy że masz rację?
– Że mam rację, że chcę się tego podjąć. Bo wiesz… – to poszedł szereg argumentów.
– OCZYWIŚCIE ŻE MASZ RACJĘ!
No i zaczęła.

A wczoraj przysłała sms czy mam krótką chwilkę…
Gonię z robotą, jak zawsze jestem spóźniona… Ale chwilkę znalazłam.
– Bo ja ci chciałam podziękować. Za to że mnie uczysz, że wspierasz. I że podziwiam cię. Że masz taką ogromną wiedzę i jak potrafisz ją przekazać. I to jakim jesteś człowiekiem. Jak jesteś życzliwa, ale nie pozwalasz sobie na głowę wchodzić. Jak potrafisz pokazać swój autorytet. Naprawdę cię podziwiam…
Zawstydziłam się.
Ja przecież wcale taka nie jestem. Nie jestem? Może jestem?


Miękko mi na duszy.
…zostałam dla kogoś takim kimś jak Szefica dla mnie… Spłaciłam swój dług!

8.

eM wrócił z Polski w poniedziałek.
Mieszkanie opróżnione z ubrań i żywności.
Woda, gaz i prąd zamknięte. Kwiatki wystawione na klatkę schodową – z kartką, że proszę bardzo można wziąć do domu.
Mam chęć pojechać. Pobyć sama. Pożegnać przeszłość. Wygonić złe duchy z głowy.
…może za miesiąc?

Mieszkanie pójdzie do sprzedaży, tylko muszę rozwiązać parę rebusów.
Nie wrócimy do Polski na starość, choć czasem tak bardzo tęsknię, że piosenki wyciskają łzy.
Tęsknię do Olsztyna. Tęsknię do tego by być z Warmii. Do uczucia, że tam przynależę. Tęsknię do muzyki i piosenek po polsku – piosenek z tekstem. I do tego, że moi znajomi rozumieją, gdy rzucam jakimś cytatem.
Ale nie wrócę na starość do Polski, bo zwyczajnie: Szwecja ma program opieki nad ludźmi starymi. Nie jest on zbyt dobry, ale jest. Więc odpada problem przysłowiowej szklanki wody.
W Polsce byłabym zdana tylko na siebie, na dobrą wolę jakiejś sąsiadki czy kobiety w opiece społecznej. No… i też bym nie zdzierżyła jakby ktoś do mnie mówił „niech siada”.
No ale… jest jak jest.

A tymczasem zbliża się termin kolejnego raportu VAT, więc pracuję, pracuję i pracuję. W sumie to dobrze, że Ema nie było w weekend bo podgoniłam robotę. On niby nic, a rozprasza samą obecnością. Nie mówiąc o tym, że gadający telewizor doprowadza mnie do stanu wrzenia.
On mi tylko szemrze za plecami, ale po dziesięciu minutach wzrasta mi poziom agresji.
Muszę włączać muzykę,żeby zagłuszyć, a wtedy mam problem z koncentracją. Coraz częściej pracuję w kompletnej ciszy. Ba. Coraz częściej przebywam w kompletnej ciszy. I jak mi z tym dobrze to wiem tylko ja.
Przyszedł nowy rachunek za prąd.
Kto zgadnie ile tym razem?
Przypominam, że dotychczas płaciłam po jakieś 250kr.
Potem wzrosło do 800, a następnego miesiąca do 1000. Jak myślicie ile teraz mam zapłacić?

W weekend była zima, napadało śniegu. Synek wziął Tosię na spacerek do lasku nad jeziorem. A teraz znowu mamy listopad.
Tosia okulała, chyba szalejąc za kotem, nadwyrężyła coś. Było przez chwilę strasznie, bo nie mogła zejść z łóżka. Ale już się goi. Jeszcze tylko lekko utyka. Uff.

Ptaki ćwierkają. Sroki robią sobie gniazdo na drzewkach pod domem. Uwijają się aż miło. Ciągle widzę jak latają z gałązkami.
Okna mam brudne. Trzeba umyć w przyszłym tygodniu. No i zmienić zasłonki w kuchni na te moje ulubione – wiosenne.

I tak to.
A co u was?

6.

Zauważyłam, że głównym bohaterem mego bloga jest ból głowy. To o nim piszę najwięcej… No i zamilkłam, bo jak nie o tym to w sumie niewiele się dzieje.
Drugim bohaterem jest bezsenność.
I o, tu się mogę pochwalić pewnym osiągnięciem. Odkryłam w czeluściach mojej medycznej szuflady jakiś zapomniany zapas melatoniny z Polski. Pomyślałam: a co mi tam spróbuję raz jeszcze. Bo roboty dużo, czasu mało, a tabletki uspokajające Labofarm jeszcze nie przyszły i znowu sypiałam kiepsko.
Następnego rana obudziłam się zdziwiona, że to już. Ranek. Pamiętałam jakieś pobudki w nocy, np po to żeby wywalić wyjącego kota, ale pamiętałam też, że zasypiałam od razu po powrocie na poduszkę.
Tak gdzieś po trzeciej nocy zaczęłam się budzić sama z siebie tuż przed szóstą. Od razu trzeźwa, mogłam z kawą rozpoczynać pracę.
Ludzieeeee… ile to roboty można zrobić jak człowieka senność nie męczy!
Niedobory koncentracji?! Jakie niedobory? Mój umysł już dawno nie pracował na takich obrotach.
Przekopałam cały rok w jednej spółce, którą szykuję dla Sary żeby zrobiła sprawozdanie roczne. Prócz tego każdego dnia księgowałam co najmniej jedną większą firmę lub ze dwie mniejsze. Odwalałam telefony (skąpe na szczęscie) i maile.
A jeszcze miałam czas i siłę na dwa uczciwe, półgodzinne spacery z Tośką, oraz systematyczne ogarnianie chałupy. Przy czym nadmieniam, że z Tośką teraz to się idzie, a nie wlecze nóżka za nóżką.
Czułam się jak tytan pracy!
Tydzień! Cały tydzień bez budzika w postaci bólu!
Aż do dzisiaj…
Czym się u licha załatwiłam? Grzankami z serem, porcją lodów czy kanapką późnym wieczorem?
Niby udało mi się zasnąć po godzinie, ale znowu się czuję rozlazła…

Tymczasem coraz intensywniej szukamy innego mieszkania.
Mam dość mieszkania w centrum. Dość klepania drzwiami samochodów dzień i noc tuż pod oknami sypialni, plumkania samochodowych przypominajek o pasach lub drzwiach, piszczenia czujników cofania. Zwłaszcza po godzinie 23. Mam dość weekendowych wrzasków po nocy i oglądania aktów wandalizmu w każdy niedzielny ranek. Co komu do licha szkodzą te donice na deptaku, że w każdą niedzielę rano są zdewastowane?
Mam dość tych wszystkich imprez typu karnawał uczniowski lub studenten, nie mówiąc już o tym cholernym cruisingu, który znowu będzie niemal w każdy weekend jak tylko zrobi się trochę cieplej.
Ogólnie rzecz biorąc najchętniej wyniosłabym się do jakiejś małej mieściny, gdzie nic się nie dzieje, ale eM nie chce o tym słyszeć, bo on nie będzie dojeżdżał. No i jest Zuzu, która lubi wpadać do mnie po szkole.
Jak do tej pory czekaliśmy aż się zwolni mieszkanie w naszym starym bloku (a najchętniej aż się zwolni NASZE mieszkanie). Ale po czterech latach zaczynamy mięknąć i zaczynamy zgłaszać zainteresowanie innymi lokalizacjami.
Jak dotąd dostaliśmy ofertę tylko raz. Bo w naszej firmie, gdzie wynajmujemy mieszkania obowiązuje system kolejkowy czyli im kto dłużej czeka w kolejce tym większe ma szanse na to by dostać to mieszkanie, które go interesuje.
Są u nas w mieście dwie dzielnice które znane są z tego, że „lepiej nie” bo są to dzielnice zamieszkałe głównie przez imigrantów, a w takich enklawach bywa mało ciekawie.
Nie żeby Szwedzi nie robili chlewu… Robią, robią, czasem nawet większy niż imigranci. Przykład z mojego własnego podwórka: jedna sąsiadka z uperem maniaka wyprowadza swojego nie-do-pieska (taki piesek wielkości mniejszego szczura) na trawnik przed blokiem, gdzie jest piaskownica, plac zabaw dla dzieci, miejsce z ławeczkami i grillem. Administracja nawet specjalnie wysłała nam, właścicielom psów maila z przypommnieniem, że to zabronione. Ale Pani Szwedka albo nie umie czytać, albo uważa (poniekąd słusznie) że jej pupilek psem nie jest.
Jest jeszcze inna pani, która wychodzi palić do bramy. Często z kawką. W bramie wiecznie leżą pety i wciąż jest coś rozlane. Sikami nie śmierdzi, a deszcz tam nie dociera…
Za to jeden imigrant zawsze odśnieża schodki przed swoją klatką.
A inni, gdy sobie w ogórkowym grillu piekli mięso, to posprzątali po sobie każdy papierek. (Akurat był upał i siedziałam z Tośką na trawie pod drzewkiem, bo pies wolał to, niż spacer, więc widziałam).
W każdym razie obie dzielnice mają nie tylko kiepską opinię, ale też bardzo ładne mieszkania.
Jedna z nich odpada, bo podlega pod inna firmę.
Drugą zaczęliśmy ostatnio brać pod uwagę, bo okazuje się, że nie jest tam aż tak źle… a nawet jakby nieco lepiej niż w centrum.
No i wczoraj byliśmy oglądać jedno mieszkanie. Mieszka tam kobieta z synem z Wietnamu. W domu pachniało azjatyckim jedzeniem, kurtki nap przesiąkły od razu. Ale ja już widziałam tam miejsce na stół, na szafę, na biurko z regałami… I wtedy nam pai pokazała łazienkę i odkryliśmy, że słynny „ROTrenovering” tam jeszcze nie dotarł. Czyli gdybyśmy się tam wprowadzili to za rok-dwa czeka nas powtórka z mieszkania bez łazienki i kuchni przez dwa miesiące, z plastikową płachtą zamiast drzwi i łażeniem robotników po całych dniach. NIE! Nigdy więcej.
Przeżyliśmy to na starym mieszkaniu.
Zatem nie.
Chciałam zmienić mieszkanie też z powodu wysokości czynszu, ale teraz widzę, że za trzypokojowe mieszkanie po owym wielkim remoncie będziemy musieli zapłacić niewiele mniej, jeśli nie tyle samo, co za obecną czwórkę.
Choć istnieje możliwość, że gdy się nasza administracja wreszcie dogada ze związkiem wynajmujących, to i nas czynsz znacząco podskoczy. A na dodatek podwyżka będzie obowiązywać od stycznia.
Ceny prądu szybują w kosmos. W zeszłym miesiącu za zużytą energię zapłaciłam 604kr. W tym: 1130! (Przypominam, że jeszcze jesienią płaciłam jakieś 250kr). Mąż usiłował mi wmówić, że pranie w pralni przywróci rachunki do poprzedniego stanu, ale powiedziałam, że nie ma sprawy, może sobie latać do pralni, bo ja nie mam czasu. Nabzdyczył się…

No i jeszcze jest sprawa teściowej, która od jakiegoś czasu ciągle ląduje w szpitalu w stanie poważnym. Więc żyjemy trochę jak na minie…
Ostatnio jest w szpitalu od jakichś dwóch tygodni. Najpierw w Olsztynie, potem w Ostródzie, teraz chyba znów w Olsztynie.
I co kilka dni eM przychodzi z grobową miną, że matka znowu w stanie poważnym, że mówią, że trzeba się spodziewać…
Ale jak to skomentowała moja córka „ci lekarze to zawsze naobiecują, człowiek się nastawi, a potem nic z tego”.
Wrednie? Kto zna mnie dłużej, wie, że moje i moich dzieci relacje z tą kobietą w zasadzie nie istnieją, na jej własne życzenie, więc nie ma dziwne, że moją córkę bardziej obchodzi to, że jej ojciec się martwi niż to, że babcia jest jedną nogą na tamtym świecie.
Taki lajf…