Zimno i zimno, nawet jak słonecznie. Ych… Tak by się chciało ciepła, żeby rozpiąć kurtkę, albo zmienić na wiosenną, zrzucić czapkę (wczoraj się ostrzygłam, to mogę), założyć lekkie buty.
A tu nie. Szalem się owijam, czapę noszę a czasem i rękawiczki. Kurtkę mam lżejszą, ale wciąż zimową a rankami wkładam pod nią drugą, bo marznę drepcząc za Tośką od drzewka do drzewka.
Ale widziałam pierwszą kwitnącą magnolię.
Wczoraj odkryłam, że odwyk od cukru daje efekty.
Ponieważ miałam migrenę to postanowiłam być dobra dla siebie i pozwoliłam posmarować chleb galaretką porzeczkową jak podkład pod twarożek.
Ostatnio w Lidlu nabyłam polski dżem z czarnej porzeczki, wczytałam się w skład, okazało się, że słodzony fruktozą, która nie jest najlepszym zamiennikiem cukru, bo silnie uzależnia, ale zawsze to lepsze niż normalny cukier lub stevia, która jest po prostu fuj.
No ale w lodówce pół słoika galaretki… ktoś to musi zjeść, nie? (Tak się tłumaczę).
Przystąpiłam do konsumpcji.
I wiecie co? Z trudem zjadłam te dwie kromki. To było tak słodkie, że aż mnie w gardle piekło. I wcale nie było dobre.
Po spożyciu wypiłam szklankę wody z octem jabłkowym, żeby zniwelować działanie cukru. Co też nie było zbyt smaczne.
Czyli jednak odwyk działa.
Kawa smakuje normalnie – czyli nie obrzydliwie.
Herbata… O tu jest problem. Bo herbata – mocna, z dużą ilością soku z cytryny oraz bardzo słodka – to mój wspomagacz migrenowy. Ale myślę sobie, że jak raz na jakiś pozwolę sobie na taką herbatę to świat się chyba nie zawali?
Natomiast nadal mam problem jedzeniem.
W weekend, rozbisurmianiona kilkoma dniami bez migreny, zjadłam jednego pomidora. Żeby on choć dobry był… Ale nie: nie miał smaku, ani zapachu… A na drugi dzień co? Migrena. Ten pomidor nie był tego wart.
Odczekałam dwa dni. I zrobiłam sobie babkę ziemniaczaną.
Nie dosoliłam, ale trochę celowo. Była więc taka sobie.
I co? Zgadza się: wieczorem franca zaczęła się dobijać do mojej głowy. Odpędziłam. Ale rano skorzystała z nieuwagi, wlazła nieproszona, rozsiadła się i powiedziała, że zostaje.
Jeszcze się łudzę, że może inna odmiana kartofelków nie będzie mi szkodzić? Ale obawiam się, że muszę pożegnać moje ulubione jedzenie: placki i babki ziemniaczane, pyzy, kopytka, sluśki kląskie, kartofelki młode, kartofelki pieczone, zupę z kartofelkami…
Adios pomidory, adios kartofelki.
Nawet Ela-dentystka stwierdziła, że bez pomidorka i kartofelka to właściwie mogę się sama owinąć w białe giezło i samodzielnie ułożyć w grobie. Bo można żyć, ale po co?
Jak ja mam do cholery ugotować krupnik bez kartofli?!
A z tyłu głowy szept: to kara za to, że jako dziecko nie lubiłaś kartofli.
Ale rozsądek podpowiada: twój organizm wiedział, że ci nie służą.
Ale, ale. Odzyskałam zęby. Więc w sobotę znowu upiekę czarny chleb.
Już się cieszę (sarkazm). Nie będzie wykrętu, że nie mam czym gryźć i dlatego jem miękki, biały chlebek…
Acha.
W lipcu jedziemy na Gotlandię.
EM, Tosia i ja. Już kupiliśmy domek i prom.
Tak, moja relacja z mężem jest o wiele lepsza, gdy prowadzimy życia niezależne. On pamięta o moich oponach, a ja o jego rachunkach lub kontaktach ze służbą zdrowia.
Dziwne, nie? Małżeństwo co mieszka oddzielnie.
Szwedzi mówią na to SERBO – (od separat boende) i nie widzą w tym nic dziwnego. Skoro tak jest lepiej, to jaki problem?
Oglądam serial Dexter. Dobry jest. Jak mnie znudzi Dexter to obejrzę Kradzież, ale chyba najpierw dokończę książkę, którą odłożyłam kilka tygodni temu, bo była zbyt mroczna, za dużo w niej było bezradności.
Zaczęłam czytać Szoguna, ale mnie zmęczył. Konwersja na ebooka jest skopana. Tekst leci ciurkiem, nie ma akapitów, rozdziały się zlewają w jedno, dialogi lecą bez myślników (czy to dywizy są?) ale czasem z.
Odłożyłam. Może wrócę, może nie.
Wcześniej przeczytałam Problem Trzech Ciał, ale też mnie nie zachwyciła. Jak dla mnie za dużo teorii fizyki, która dla laika jest po prostu niezrozumiała. A film z kolei wydaje się być luźną interpretacją powieści. Poczekam, aż książka mi lekko wyparuje z głowy i wtedy obejrzę film.
Za to bardzo mi się podobała książka Emmy Donoghue „Wpływ gwiazd”. Irlandia, czas szalejącej hiszpanki… Oj dobre to było. Tak samo jak „Cudowne lata” Valerie Perrin oraz „Noc szpilek”Santiago Roncagliolo.
W słuchawkach wciąż „Czarodziejska Góra” Tomasza Manna. Wolno idzie, bo słucham tylko do zaśnięcia. A zasypia się przy tym jeszcze lepiej niż przy Jasienicy 😀
A co wy czytacie/oglądacie?