
49. Koniec wakacji


Wczoraj do popołudnia Tosia i ja zostałyśmy w domu. Tosia ledwo kuśtykała i nie byłam pewna czy było to za sprawą poranionych łapek czy może za dużo było chodzenia w ogóle.
Nawet nie chciała iść na spacer.
EM pojechał zwiedzać jaskinię i jakieś muzeum militarne.
Tosia leżała w cieniu jałowca, na trawie i całą sobą demonstrowała postawę „tu mi dobrze, tu zostaję na zawsze”.
Po południu wepchnęliśmy ją jednak do samochodu bo chciałam zobaczyć staw zwany Blå Lagun czyli Błękitna Laguna. Staw powstał w starym kamieniołomie wapiennym i właściwie powinien się zwać Turkusowa Laguna.
Niestety niebo się zasnuło i zaczęło siąpić choć nadal było ciepło. Chodzić za bardzo nie chciałam bo wszędzie leżały drobne kamyczki i widziałam że chodzenie sprawia Tosi ból.
Zdjęć stawu teraz nie pokażę bo mam tylko w Nikonie. Telefonem nie robiłam. Tak samo jak i na kolejnych raukach. A nie, jedno mam.

Em z Tosia posiedzieli gdy ja pstrykałam. A potem wróciliśmy do domu.
Dziś z rana pojechaliśmy do Visby-znowu bo zostały mi trzy ruinki. Które okazały się być zamknięte. Ale jeszcze trochę pocieszyłam oczy pięknymi uliczkami. A potem pojechaliśmy do nietypowej latarni morskiej.
Popołudnie- ciepłe choć wietrzne – znów było leniwe. EM grilował razem z Tosią. Ja czytałam i chwilę pogadałam z gospodarzami.
Jutro niestety już wracamy…

Mogłabym tam chodzić godzianami. Każda uliczka w obrębie murów kusi.

Ale tłum ludzi wszędzie. A koło ogrodu botanicznego trwał jakiś trening z obowiązkową muzą…Dudnienie wypełniło alejki i skutecznie zniechęciło do dalszej eksploracji.
Tosia jest wykończona. I ma poranione łapki. I ma być gorąco. Więc dziś zostajemy w domu. Em pojedzie do jaskini sam. Może po południu pojedziemy na staw w starym kamieniołomie.
Owiec za wiele nie było. Było dużo szyldów o sprzedaży skór i mięsa. Były też rauki i morze i chmury i wiatr.
Cudne miejsce.


Zdjęcia z telefonu.
Tosia poraniła sobie łapki na kamieniach.
Dziś jedziemy do Visby. Będzie spokojniej. A po południu znowu leżenie w ogródku. Tosia jest zachwycona tym, że może wchodzić i wychodzić kiedy chce. I wcale, ale to wcale nie chce tego miejsca opuszczać.
Nam się też podoba. Chatka doskonale przygotowana dla gości ale w stylu który pozwala zaprosić psa do środka. Na kanapę.
Gospodarze bardzo mili. Też mają psa – Strudal – charakterną sunię Jack Russel. Sunia na Tośka szczerzy zęby…Więc ją uwiązali. To miłe ale poprosiłam żeby dać psom szansę na poznanie się i choćby ustalenie terytoriów.
Pamiętam urlop sprzed 5 lat gdzie to Tosia była największym kłopotem… Tu jest absolutnie inaczej.
Jest bosko.
Po prawie 10 godzinach dotarliśmy do naszej stugi.
Tosia na promie była święta. Ale hałas i zaduch wykończyły nas obie. Niestety pada i dlatego nie dało się siedzieć na zewnątrz.
Stuga czyli chatka jest maleńka ale komfortowa: zmywarka, pralka i WiFi. Oraz tarasik.

Tosia oznaczyła teren a teraz leży na tarasie obok mnie i wygląda na zadowoloną z życia. Tylko nie lubi patrzeć w stronę samochodu…Oj.
Nadal pada ale jest ciepło. I cicho. I pachnie.
Jest cudnie
Wczoraj wysłałam ostatnie raporty, więc dziś mogę zacząć urlopowanie.
Wprawdzie klientów poinformowałam, że od jutra, więc dziś jeszcze powinnam być do dyspozycji, ale nie zamierzam tkwić przy biurku.
Jutro, chyba jeszcze przed świtem ruszamy do Oskarshamn a stamtąd promem na Gotlandię.
Droga lądem około 4 godziny.
Promem trochę ponad 3godz.
Łącznie w podróży będziemy co najmniej osiem godzin. Nie opuszczając granic Szwecji.
… Hm. Zastanowiłam się jakiego słowa użyć jako synonimu na SZWECJA. No bo ojczyzna to w Polsce przecież…
Trochę się ekscytuję.
Trochę stresuję, zwłaszcza, że prognoza mówi, że jutro w Visby ma wiać. Czy to oznacza, że prom się będzie huśtał?? Ja pierdziu… Moja głowa nie toleruje huśtawek od jakiegoś czasu.
Stresuję się też Tosią. Długa podróż, prom pełen ludzi i zwierząt, obcy dom… No, to ostatnie to jakby mniejszy powód do stresu, bo dla Tosi dom jest tam, gdzie ja.
Nie, nie mówcie że to wspaniałe, takie przywiązanie psa, bo nie jest wspaniałe. Ani dla niej ani dla mnie. Mam poczucie winy zawsze gdy wychodzę z domu bez niej. A ona nie lubi jak jej znikam z oczu.
No więc póki ze mną jest, to mogę dom opuszczać na krótko. Max na 1 dzień – no może troszkę dłużej.
Nie ma mowy o wizycie gdziekolwiek.
A tu tak: Skania woła i to nawet dwa razy. I Szwajcaria znad jeziora Thun. I Włochy. Nie mówiąc już o Polsce…
Ych… jakbym się dobrze przyłożyła to mogłabym sobie zorganizować zimę tak, żeby nie musieć być w Szwecji. Tylko, że pies. I Kot. Nooo i ja lubię mój domek. Chyba nawet za bardzo. Bo niby się ekscytuję wyjazdem, ale z tyłu coś szepcze: a może by tak nigdzie nie jechać, bo i po co…
Jak to po co? W Visby są ruiny. I koło Visby też. I rauki! I plaże…
Tylko ten prom przeżyć i będzie fajnie.
No to się oddalam.
Misia się zapowiedziała z pożegnalną wizytą, pójdziemy razem z Tosią na spacerek. Misia potem jedzie w swoje wojaże. Zuzu też.
Zobaczymy się pewnie dopiero w sierpniu, jak się skończą wakacje.
Czy ja mówiłam, że Zuzu za 4 kończy 14 lat?
14!!! A tak: pstryk…
Zacznijmy od czego łatwego. Czyli od pogody.
W skrócie można powiedzieć: ładny mamy październik tego lata.
Albo mniej dokładnie: ładną mamy jesień tego lata.
W czerwcu był wrzesień, teraz mamy piździernik październik.
No po prostu piździ.
Wieje prawie non stop. I tak samo leje, pada, siąpi. Można powiedzieć, że pogoda jest stabilna.
Dziś pogoda przechodzi samą siebie, zimno, pochmurno i w dodatku łeb urywa.
A ja za tydzień ruszam na Gotlandię. W związku z czym próbuję dogonić zaległości a może nawet zrobić coś na zapas.
W czasie gdy nie pracuję to śpię. Albo usiłuję nie zasnąć.
Miałam okropną niemoc czytelniczą… Albo po prostu jest coraz więcej książek o niczym. Książki, w których autor/ka pisze chyba tylko po to by błysnąć kwiecistym językiem. Albo na odmianę zaszokować językiem dosadnym. Lub opowiedzieć historię swojego dzieciństwa/młodości/miłości/nienawiści… Bla, bla, bla… To wszystko już było.
Najgorsze są jakieś takie niby kryminało-komedie. Albo ja po prostu nie mam poczucia humoru.
W końcu znalazłam „Korzenie” Mika Nousiainen. Facet szuka ojca, a znajduje brata… Tak się zaczyna.
Momentami śmieszno, momentami straszno.
Jak wtedy gdy Sari – mieszkanka osławionej Ronna -mówi, że należy do partii Szwedzcy demokraci, która to partia jest skrajnie prawicowa i głosi hasło „Szwecja dla Szwedów”. A Sari szwedką nie jest. Ani żaden z jej synów. Choć obywatelstwo mają.
Czytam dalej i robi się coraz ciekawiej.
I tu zawisłam… nie wiem co dalej. Więc może zakończę.
Zawiesiłam się i tak wiszę…
Wpadłam w jakąś niemoc umysłową. Noż kurde jednego zdania porządnie sklecić nie mogę. Gdy próbuję cokolwiek napisać – myśli się rwą jak zleżałe nici.
To samo z czytaniem.
Nie wiem ile zaczęłam książek by porzucić wcześniej lub później.
Albo ile filmamów.
Tak naprawdę jedyne co jest w stanie mnie wciągnąć to jakieś historie post-apo lub s-f czyli to, co jest kompletnie oderwane od rzeczywistości.
Możliwe, że potrzebuję resetu.
Gorzej, bo mam to samo z pracą. A tu na koncie zaczyna hulać przeciąg a sterta spraw do załatwienia rośnie.
Czytam zaprzyjaźnione blogi… ale nie jestem w stanie nic napisać.
Co robię?
Układam pasjanse. W kółko i kółko. Albo bazgrolę mazakami. Albo oglądam jakieś niestworzone historie i dłubię na drutach.
Gdzieś mignęła mi jakaś reklama jakiegoś mindfullness czy innych czary-mary i padł zwrot „tryb przetrwania” . No to chyba jestem w takim stanie.
A za oknem deszcz, szaro-srebrno, 19 stopni bez wiatru.
Ulga po wczorajszym dniu. Wczoraj było 28stopni, niby wiało, ale powietrze było tak ciężki,e że cały dzień miałam uczucie jakbym miała imadło na głowie. No i oczywiście ból głowy, stopniowo przechodzący w migrenę.
Gorąco, które zwykle mi nie przeszkadza wczoraj doskwierało bardzo. Moje ciało zareagowało tak, jak na gorączkę czyli: potrzebujemy sił na walkę z wrogiem – zwiększamy zapotrzebowanie na energię czyli po ludzku: nie mogłam się najeść. Jadłam, jadłam i jadłam. Prawie całe popołudnie coś żułam. Nie dało się tego oszukać wodą (gorąco, może mylę pragnienie z głodem). A najdziwniejsze, że dziś w ogóle tego nie czuję…
W ogóle ostatnio mój układ grzewczo-chłodniczy wariuje, miewam uderzenia gorąca, jakich nie miałam nawet w czasie menopauzy.
I wyostrzył mi się węch. (Dlaczego tak wielu ludzi po prostu śmierdzi?! I to nie tylko w upalne dni…)
Skończyłam ostatnią firmę z roku 2023.
Może będę mogła odetchnąć i może sprawność umysłowa wróci.
Dziś drugie, najważniejsze szwedzkie święto” Midsommar Afton” czyli Nocy Kupały (chciałam napisać „wigilia nocy świętojańskiej” ale święty ma z tym tyle wspólnego co pięść z nosem ;).
Skąd wiadomo, że jest to najważniejsze święto? Bo dziś po południu oraz jutro rano są zamknięte wszystkie sklepy. Tak się dzieje tylko w Wigilię Bożego Narodzenia, Sylwestra i właśnie Midsommar Afton.
Dla mnie to lekki smuteczek bo właśnie kończy się wydłużanie dnia. Teraz będzie się skracać…A to znaczy, że idziemy w stronę zimy. Ych.
Ale na razie jest lato i mam nadzieję, że jeszcze będzie przepięknie.
Prognostycy obiecują ciepło i słoneczko… ale zobaczymy co z tego będzie.
Zostało mi jedno zakończenie roku do zrobienia. Muszę się z tym uporać przed poniedziałkiem. A znowu sobie skopałam robotę i nie wiem czy wiem jak to naprawić więc na wszelki wypadek omijam wielkim łukiem. Znając siebie – zrobię to rzutem na taśmę w poniedziałek i świcie i dziej się wola nieba.
Dziś nie robię, dziś jest święto.
Zaraz posadzę wiszące pelargonie na balkonie. Tylko nich mi ręce przestaną drżeć po ćwiczeniu.
Bo przypomniałam sobie, że żeby zmęczyć ciało, wcale nie muszę chodzić. Mogę np. ćwiczyć jogę. Parę lat temu robiłam to systematycznie i pamiętam, że po kilku tygodniach łatwiej mi się wstawało z podłogi i po 30 min ćwiczeń nadal nie sapałam jak miech kowalski.
Dziś ćwiczenia trwały minut 17. Spociłam się przy tym i sapałam… a i tak przerywałam ćwiczenie po jednym oddechu a nie po trzech -czterech.
Tak… taka jestem mądra: dwa miesiące zajęło mi zrozumienie, że aktywność fizyczna nie musi polegać na przemieszczaniu się.
W dzień planujemy z eM wywieźć Tosię gdzieś w plener, bo dawno nigdzie nie byliśmy.
A wieczorem idziemy do Misi na grilla. Mnie tam grill średnie kręci, ale Tosia poleży na trawce albo pogania za dzieciakami, bo ma być spora gromadka. Wolałabym wprawdzie posiedzieć na kanapie ale wtedy myślałabym, że szkoda, że nie jestem z bliskimi…
Tak najchętniej to spędziłabym ten wieczór z koleżanką Adasiem i spółką…
Tak, miała matka rację: nie dogodzisz.
Glad Midsommar!