Rea! Rea!

Rea to nic innego jak…

Rea to nic innego jak wyprzedaż.
Wszystko otwarte, wszędzie krzyczą czerwone napisy REA.
Poszłam od rana w złudnej nadziei, że kupię kolorową, narciarską kurtkę w  któryms sklepie sportowym. 
Jak to się dzieje, że każda, ale to absoltnie każda która mi sie podobała była albo za mała albo za droga ?
Wędrowałam od sklepu do sklepu razem z tysiącem innych współmieszkańców. Wędrowałam po nie posypanych żwirem chodnikach, brnęłam przez świeży puch, który zdążył napadać od wczoraj rano. 
Moje ślady szybko przykrywała inna warstwa śniegu. Bo wciąż pada. Tak sobie powoli, spokojnie sypie. A ja się zastanawiam czym się to skończy jesli przez najbliższe trzy miesiące będzie tak padać.
Tak sobie rozmyslając wyszłam z centrum, z strefy sklepów i przypomniał mi się ulubiony outelet. Ulubiony, bo tam można kupić fajne tkaniny za jedyne 50 koron za metr. 
Pomyślałam, że zajrzę tam, skoro już jestem w mieście, nic mnie nie goni, nikt na mnie nie czeka.
Tamże dkonołam zakupu kurtki. Cena była idealna, rozmiar idealny, fason właśnie ten i materiał właśnie taki. tylko kolor…czarny. Pocieszyłam się szybko, że terez będę mogła szaleć z każdym kolorem czapki. No i przynajmniej nareszcie nie szaro-buro-zielona. Lekka, jak na sportową kurtkę przystoi, odporna na deszcz i wiatr. Niech będzie czarna, ale…
KOLORU !!!
Tego mi się chce. Mam dość biało-czarnego świata.
Czerwony, żołty, wściekle pomarańczowy, różowy, najlepiej w kwiatki. W ramach kontestacji zimy kupiłam sobie pościel w różową łączkę. Mnie się kwiatki podobają wszędzie, co ja zrobię, że w moim rozmiarze kwietnych ubrań nie robią ?  
Siłą rozpędu, na fali entuzjazmu dokupiłam bezmyślnie cztery ramki na zdjęcia.
I teraz zjadają mnie wyrzuty sumienia połączone z lękiem na myśl o stanie konta…

 

Wszyscy wszystkim ślą życzenia

Kochani!

Kochani!

Spokojnych, ciepłych oraz takich jakie każdy z Was sobie wymarzył Świąt Bożego Narodzenia.
Cieszcie się bliskością najbliższych, smakiem jedzenia i atmosferą.
Wszak Boże Narodzenie jest tylko raz do roku.

Ściskam Was wszystkich – tych znanych osobiście i tych skrytych za tajemniczymi loginami oraz tych co czytają skrycie i się nie ujawniają.

Wasza, całkowicie pogodzona ze Świętami

-takajedna Kasia Prowincjuszka

 

Nie zabiję karpia, trudno, w galarecie zimno ma…

Barsz osiągnął ten …

Barsz osiągnął ten idealny balans słodyczy, kwasu i ostrości. Kapusta z grzybami i bez – już ugotowana. Warzywa na sałatkę też. Kajmak do wafli zrobiony, kruche na tartę cytrynową to maszyna zmiele. Ryby nie ma. I nie będzie.

Moje dzieci twierdzą, że w ramach postu powinnam jadać wyłącznie mięso i ryby, bo post wszak ma na calu wyrzeczenie…Mięso bez chleba i absolutnie bez warzyw. Więc skoro święta mają być czasem uciechy dla żołądka (i cięzkiej pracy dla wątroby) to w ty roku sobie popozwalam. Tradycje świąteczne związane z karpiem dawno temu wybiła nam z głowy moja mać, a że amatorem ryby jest wyłącznie Marcepaek to w tym roku skwapliwie odpuściłam sobie tę wątpliwą przyjemność. Za to pierogi. W skrytości ducha to właśnie je podejrzewam jako przyczynę bezsenności. Bo na samą myśl o tym zaczyna mnie ssać w żołądku. Zaszaleć i zrobi kilka ruskich ? I z pieczarkami ? Czy wystarczą te z kapustą i grzybami i te bez grzybów ? Na wszelki wypadek kupię kilka pieczarek jutro. I kilka plasterków tej ichniej salami co smakiem przypomina kindzuka i pastrami dla Młodego.

Sprzątnęłam łazienkę i cieszę się, bo reszta to już szybko. Jeszcze mnie czeka bój o choinkę zastępczą. Bo w tym roku, przebiegłszy wszystkie w mieście punky sprzedaży choinek stwierdziłam, że 400koron za drzewko to rozbój w biały dzień. Szwedzi choinki zaczynają sprzedawać (i kupować) już w pierwszy tydzień grudnia. Głupota jakaś! Gdzie oni te drzewka trzymają ? Na balkonie przez misiąc ? I po przyniesieniu do domu zostaje badyl bez igieł. Niektórzy stawiają na balkonie… Zatem zamiast 400kr wydałam 20 na gałęzie. Ma to sens tym bardziej, że w zatłoczonym mieszkaniu mało miejsca. Gałązki wstawię do ciężkiej kamiennej donicy z wodą. Tylko jak na nich upchnąć 150 lampek, hehe.

To będzie nietypowa Wigilia.

Po raz pierwszy od 20 lat spędzimy ją osobno, Marcepanek i ja, Misia i ja. Misia z Marcepnkiem i Młody. Zawsze byliśmy razem…Jakoś mi dziwnie.

No i moja tegoroczna Wigilia będzie ekumeniczna. Opłatkiem będę się łamać z Gulsum a ona wszak muzułmanka. Ale co ? Miałam jej nie zaprosić ? Opowiadałam, jak to wedle naszych zwyczajów w ten dzień nikt nie powienie być sam. Westchnęła.

– A ja będę sama- jej mąż będzie pracował, bo pracuje na taksówce. Wigilijna stawka jest wyższa, bo w Szwecji to dzień wolny, zdaje się, że nawet sklepy spozywcze są zamknięte. Pieniądze im potrzebne: w maju zostaną rodzicami.

Gulsum jest tylko 3-4 lata starsza od Misi. Jej mama jest w Bułgarii. Zaprosiłam, powiedziałam, żeby przyszła wcześniej pomoże mi lepić pierogi. Ucieszyła się to i ja się cieszę.

Opłatek wysłała mi mama razem z kartką świąteczną. A moi dwie godziny temu dotarli na Warmię po 24-godzinnej podrózy. Z Gdyni jechali przez Olsztyn, bo drogi boczne przez Pasłęk, lub Miłakowo, lub Ostródę podobno nieprzejezdne a oni wszak z Zozolem.

 

Krok po kroku, krok po kroczku najpiękniejsze w całym roczku idą święta…

 

To chyba ide powalczyć z tymi gałęziami. Mało casu, kruca bomba, mało casu…

Trza wykorzystać produktywnie bezsenność.

Sennie-bezsennie

Ponieważ ostatnimi czasy…

Ponieważ ostatnimi czasy chadzałam spać około 2 w nocy a potem w dzień byłam ziewająca, senna i z bólem głowy postanowiłam wczoraj wieczorem pójść spać jak człowiek a raczej jak lud pracujący czyli nie później niż o 23.
Około północy ocknęłam się zdziwiona, że jednak spałam.
O pierwszej było mi za gorąco i chciało mi się pić.
O drugiej było zimno i zachciało mi się siku.
O trzeciej poczułam delikatne stąpanie kota któremu wtórwał psi warkot wydawany przez sen.
O czwartej rozpłakała się Zuzia.
O piątej chciało mi się pić i siku. I spać. Tylko, że:
pod kołdrą za gorąco, bez kołdry zimno, na boku boli kręgosłup, na plecach niewygodnie, na brzuchu nie ma co zrobić z prawą ręką bo nadgarstek znów rwie…
Ratunku.
Naprawdę jestem taka stara ?
O 6:30 M. poszedł do pracy, a ja zabrałam zbuntowanego Zozola do siebie. Zozol systematycznie wstaje o jakiejś nieludzkiej porze i ogłasza całemu światu, że ona się już wyspała. I nie, siedzieć sama nie zamierza. Telewizor jej nie bawi, zabawki są głupie, nawet ulubiony księżyc i mucha-Fluga. Wczoraj, około ósmej babcia się zlitowała nad mamą i zabrała dziecko do siebie w złudnej nadziei, że gadanie malucha zmobilizuje do jakichś działaś.
Zmobilizowało, a jakże…Ja spałam do dziesiątej, dziecię do 10.30.
Ale to wczoraj, dziś nie przewidywałam takich atrakcji. Zozol była rześka, usiłowała ściągnąć skarpetkę, nakryć kołdrą się nie dała, coś tam z przejęciem opowiadała w swoim języku.
A potem widocznie musiałam odjechać na chwilę co stwierdziłam gdy obolała, zmarznięta ręka mnie wyrwała ze snu. Zozol chrapała mi do ucha.
Nadal chrapie.
Ja po jakichś 25 zmianach pozycji, z których do kilku zmusiło mnie nachalne wsadzanie mokrego nosa do ucha tudzież, wymierzony celnie baranek (oczywiście Kocio pragnął w ten dyskretny sposób zaznaczyć swoje prawo własności do mojej osoby), zatem po 25 zmianach pozycji stwierdziłam, że wierceniem obudzę dziecko, i wstałam.
Internet mówi mi, że nie może się połączyć z serwerem.
Za oknem, na niebie rozpala się łuna wschodu ( nie, dopiero zaczyna jaśnieć, ale fajnie brzmi), na termometrze –12. Flaga na szkolnym maszcie powiewa leciutko, znaczy trochę wiatru.
W oczach piasek.
W ustach niesmak po kawie.
W żołądku muł.
Znaczy normalnie jak to przed świętami…
O przygotowaniach będzie w następnym odcinku. Może będzie.

Tuman śnieżny

Zostało mi odpowiedzieć …

Zostało mi odpowiedzieć na cztery ostatnie pytania z wiedzy o społeczeństwie i wreszcie będą ferie.
Myślenie o tym, że od 10 stycznia znów zacznie się pogoń odkładam na 10 stycznia.
Tymczasem teraz, zaraz, jak tylko te cztery odpowiedzi napiszę, zabieram się do tego co mi ostatnio najbardziej sprawia uciechę czyli będę szyć. Zaległe aniołki, tym bardziej, że jeden musi koniecznie musi odjechać do Polski 22 grudnia. I może coś jeszcze ? Mam pomysł, żeby uszyć sobie bluzę pod choinkę z takiej kocowej, polaropodobnej tkaniny. Czerwoną. Z aplikacjami. Taką prostą w kształcie T , ale za to dłuższą, żeby do legginsów można było nosić. Bo ja lubię legginsy. Może za to, że dzięki nim widać, że nie wszędzie mam nadmiar 😉
Za oknem tuman śnieżny. Wczoraj narzekałam na śnieg, że zbrzydł, zszarzał i skamieniał na mrozie. No to mam świeżą dostawę.Mówisz i masz, ale nie można to jakiegoś umiaru zachować ?
Wczoraj całe popołudnie spędziłam eksplorując na powrót szwedzką służbę zdrowia. Tym razem z Miśką, której blizna po wyrostku wciąż się babrze. Polski chirurg, jeszcze w październiku gołym okiem patrząc orzekł – bliznowiec. Szwedzki dziwny lekarz, do którego trafiłyśmy tydzień temu zalecił antybiotyk. Po nim kolejną wizytę. No to wczoraj była ta kolejna. W ośrodku zdrowia skonsultowały nas dwie pielęgniarki różnego stopnia, ta ważniejsza wyciągnęła z rany ok. 5 cm zielonej nitki po czym spasowała i wysłała do szpitala.
W szpitalu spotkał nas pielęgniarz, potem kolejna pielęgniarka, potem chyba stażystka lekarka, w końcu młody lekarz.
O . i tu będzie dygresja.
Zdarzyło mi się chyba z pięć razy spotykać lekarzy w ośrodku zdrowia w Szwecji. I ze dwa – trzy razy w szpitalu. I zaczynam widzieć dziwne prawidłowości.
Jak w ośrodku zdrowia podchodzi do mnie kobieta, jest uśmiechnięta, podaje rękę, przedstawia się, rozmawiając używa prostego języka, starannie omijając terminy medyczne – to na bank jest to pielęgniarka.
Lekarz nie wchodzi – on wkracza. Nie podaje ręki, nie przedstawia się. Ruchy ma zwolnione. Nie zniży się do tego by użyć słów codziennych, prostych. Jest po prostu panem i władcą…Ale to w przychodni.
W szpitalu po dwóch pielęgniarkach, jednej młodej lekarce-stażystce (tak podejrzewam) przyszedł młody doktorek. Rudawy, piegowaty, przystojny, do tego uśmiechnięty i pełen dobrej woli.(Ci na izbie przyjęć zawsze są młodzi, zawsze sympatyczni, zawsze pełni dobrej woli). Płynnie przeszedł z Miśką na angielski, a ja sobie mogłam spokojnie nic nie rozumieć. Doktorek wyciągnął tyle nitki co się dało, zapisał kolejny antybiotyk. Zlecił koleżance wykonanie wymazów z różnych części ciała. I poszedł.
Stazystka zrobiła co miała zrobić, powiedziała, że zaraz przyjdzie pielęgniarka żeby nałożyć opatrunek, czyli nakleić plasterek i poszła.
W międzyczasie weszła jakaś kobieta, posprzątała, zabrała materiały badawcze i poszła.
A my na ten opatrunek czekałyśmy z Miśką 45 minut, w końcu Miśka stwierdziła, że plasterek to ona ma domu i sobie sama naklei. Na korytarzu spotkałyśmy tę ostatnią, która się zdziwiła dokąd idziemy, że jak do domu, przecież ona już idzie. Wróciłyśmy na kolejne dziesięć minut…
Wiadomo – procedury, podział pracy (lekarz leczy, pielęgniarka nakłada opatrunek)ISO 2000 itd…ale czy naprawdę musi to trwać trzy godziny ? A czasem więcej ?
Łaska boska, że Zozol wcina mleko z flaszki, to antybiotyk mamy jej nie dotyczy.
Na flaszce Zozol przybiera jak należy a jej nóżki zaczynają przypominać małe baleroniki…Ale to temat na zupełnie inny wpis.
Tymczasem powoli zaczynam się zastanawiać nad menu świątecznym dla dwóch, wybrednych osób. Najlepszym rozwiązaniem byłyby pierogi, mendel pierogów, albo najlepiej dwa i wiadro barszczu. Tylko te pierogi takie czasochłonne… 

Skojarzenia

W sklepie spotkałam dwie…

W sklepie spotkałam dwie maluśkie dziewczynki w długich białych szatach, ze świeczkami (na baterie) w dłoniach. Starsza dodatkowo miała koronę ze świeczkami (też na baterie) na głowie.
Ten widok uświadomił mi, że…

…że właśnie mamy rocznicę ogłoszenie stanu wojennego.

Anons

<img style="float: …

Po 1. jak widać naprawiłam sobie dodawanie zdjęć, przy okazji pouprawiałam „przemiłą” korespondencję z pewnym człowiekiem z forum pomocy Mozilli.
Chciałam nawet wlepić to curiosum, ale niestety – net odmawia współpracy.

 

 

Po 2. w związku z sukcesem w naprawieniu Mozilli – na zdjęciowym kilka zimowych zdjęć. Także z dedykacją dla Ciebie Siwa.

Chaotyczne o Julbord i pogodzie

I się skończyło …

I się skończyło rumakowanie.
Znów wieje i szaro za oknem. Co komu przeszkadzała piątkowa pogoda ? Ostatecznie mogło być jak wczoraj. Trochę więcej mrozu, ale prawie bez wiatru, za to niebo jasne czasem prześwitujące bladym słońcem.
W piątek była tradycyjna grudniowa impreza czyli Julbord u Marcepanka w pracy.
Nareszcie było normalnie.
Dwa lata temu siedzieliśmy oboje jak na tureckim kazaniu. Nie rozumiejąc słów, nie znając zasad.
W zeszłym roku czułam się jak wyrzutek społeczny, bo czekaliśmy aż nas zawołają do stołu po czym wylądowaliśmy przy prawie pustym stoliku za towarzystwo mając jedynie Fhada i Nasera z żonami.
W tym roku się burzyłam, że nie idę, bo najeść to się mogę w domu. Marcepanek też nie miał zamiaru, ale koledzy go zakrzyczeli. Wiking i OskarG.
W efekcie siedzieliśmy między Wikingiem z żoną a OskaremG i jego dziewczyną. Już nie mam oporów w zaczepianiu i podchodzeniu do Szwedów.
– Wiking, wiesz że jak cię zobaczyłam to nie byłam pewna czy to ty ?
Zdziwił się naturalnie.
– No bo pierwszy raz widzę cię ubranego porządnie. Dotąd zawsze tylko w ubraniu roboczym.
To prawda. Rzucił mi się w oczy co prawda od razu. Nie na darmo ma ksywkę "Wiking" – zdecydowanie i wszerz i wzdłuż przerasta przeciętnych Szwedów, a oni nie ułomki. Wikinga dłoń leżała na stole i była niewiele mniejsza od talerza. Dużego talerza.
Rozumiałam nawet żarty! Mimo panującego gwaru i różnorodności w wymowie.
Wiking z niedowierzaniem wspominał Julbord sprzed dwóch lat, kiedy dukaliśmy pojedyncze słowa. Że to tylko dwa lata.
O. TriMalczikiKołchoźniki też przybyli na specjalne zaproszenie Prezesa.
Jedzenie tradycyjne. Śledź na pięć sposobów, łosoś na cztery. Kilka gatunków wędliny, kiełbaski królewski, małe i podpiekane, o dziwo smakujące normalnie a nie jak wszystkie szwedzkie kiełbasy. Obowiązkowa marmolada z kapusty, na którą nie dałam się nabrać i sałatka ziemniaczana, tym razem szczypiorkowa( pyyycha!).
Ser, krakesy. No i godis. Czyli cukierki.
Na koniec sernik z sosem malinowym i ryż a la Malta. Ryż jak w zeszłym roku – niedobry. Nawet Szwedzi mówili, że nie dobry. W ramach rekompensaty wczoraj zrobiłam w domu całą michę. Znikła w godzinę.
Ludzie, ludzie, korowód ludzi.
Zdecydowany styl na luzaka, ale jednak odświętny. Jak sweter – to pod nim biała koszula. Najchętniej garnitury, ale bez krawatów.To panowie. Panie – tradycyjnie. Biało-czarno przeważnie. Mało dżinsów, raczej legginsy + tunika, lub sukienka.
Tak samo różne zachowania. Jedni, jak Wiking poprzestali na jednym piwie, choć żona-kierowca karnie zadowalała się colą. Byli tacy, co spożycie zapoczątkowali w domu, kontynuowali w samochodzie ( naszym nota bene) i przed wejściem do budynku, byli tacy co w progu rzucali się każdemu w objęcia – chyba bardziej z powodu problemu z równowagą.
Na koniec pouczający dialożek z Larsem zwanym Śmieszkiem.
– Wy jesteście zdolni, ty i M. Tak dobrze już mówicie po szwedzku.
Coś mnie podkusiło i podziękowaniu powiedziałam.
– Ale wiesz…Wy Szwedzi jesteście mili ale ja nie wierzę jak mówicie "o, jak ty dobrze mówisz po szwedzku". Na początku wystarczało, że umiałam powiedzieć skąd jestem iile czasu tu mieszkam i już to słyszałam. Byłam zachwycona. Potem zrozumiałam, że wy po prostu jesteście mili, a te słowa nic nie znaczą.
– Nie, nie, nie. Szwed mówi to co czuje w sercu. Jeśli nie czuje czegoś dobrego – to milczy. Musisz w to wierzyć.
Zapewniłam, że się postaram, choć to takie odmienne od polskich zwyczajów. My wszak krytykuje my wszystko tylko do pochwał nam jakoś nie spieszno. Jak cię nauczyciel w szkole wyrywał do odpowiedzi i nie umiałeś to była pała, ale jak umiałeś – nic.
A niby dzieli nas tylko Bałtyk.
Na koniec towarzystwo się roztańczyło. A my tym pieknym światem pojechaliśmy do domu.
W przyszłym roku też pójdziemy!

Dziś urodziny Kristiny, zaprosiła mnie do restauracji ( a może to na wczoraj było ?) Cały wieczór szyłam jej świąteczny bieżnik na stół, bo z kaską cieńko…

Jak z obrazu Carla Larssona

zima za miastem…Świat …

zima za miastem…Świat ma bajkowy koloryt, jak na rycinach w starych książkach dla dzieci.
Ośnieżone równo pola, białe drzewa w cichym lesie i pustych przydomowych sadach. Białe, spadziste dachy i puchate kominy. Czapy śniegu na krzewach, kolumienkach ganków i latarniach przy bramie.Wydobywające się spod śniegu śniegu stłumione światło lampek świątecznych. Światła w oknach domów, małe świeczniki i ażurowe gwiazdy. 
I ta miękka, otulająca wszystko cisza. Wiatr ucichł, śnieg pada powoli, tak jak trzeba z góry na dół.
Zima za miastem, w taki cichy wieczór jak ten godzi mnie z kolejnymi pięcioma miesiącami pod warunkiem, że takich wieczorów będzie więcej.

A w głowie od tygodnia niepodzielnie ZAZ.
Pomysł z francuskim od przyszłej jesieni zdaje się coraz bardziej kuszący…