A na lunch: Kaczka w turkusach

Ponieważ mam dość …

Ponieważ mam dość pilną robotę, i to w zasadzie nie jedną a trzy co najmniej, więc robię wszystko inne.
Między innymi testuję elementy photoshopa. Testuję naturalnie na zdjęciach ze Szwajcarii. Jeszcze sporo ich nieopracowanych mi zostało. Potem jest jeszcze Boski Wrocław.
Testuję, bo postanowiłam nabyć wreszcie. Cały Photoshop nie jest mi potrzebny. Ten, zdaje się zawiera to, co potrzebuję, ze szczególnym uwzględnienieniem odczytu plików RAW oraz możliwością ich delikatnej obróbki.
No i właśnie nauczyłam się zmniejszać wielkość zdjęcia. I o:

Co jeszcze jest godnego polecenia w Photoshop Elements? Cena. Przystępna. I uczciwa: płacisz raz i masz program dożywotnio. Programy w abonamencie uważam za złodziejstwo. W rok płacisz to, co zapłaciłbyś za program na płycie, a potem po prostu płacisz haracz. I żeby sie dostać do programu musisz mieć internet. A co jak jesteś tam, gdzie go nie ma? To nie pracujesz, proste, nie? Rozbój w biały dzień! Cytując Luka Danes’a (tego co karmił Gilmorki): kupujesz program w abonamencie? Może po prostu znajdziesz złodzieja i oddasz mu swój portfel?

…do utraty tchu, tyle było chwil…

Miewam takie chwile …

Miewam takie chwile zawieszenia,  kiedy nagle odpływam w inny świat. Ostatnio w takich chwilach widzę turkusowe wody Are a nad nią szare, wznoszące się piętrowo budynki. Berno.
Tęsknię.
Co dziwne, bo samo Berno, nie powaliło mnie na kolana. Te dzikie tłumy…
Ale łażenie po uliczkach i zaułkach, w poczuciu całkowitej anonimowości, w całkowitym oddzieleniu od świata, w którym żyję na co dzień. To było nowe doświadczenie i przyznaję, bardzo mi się podobało. Pierwszy raz od dawna nie czułam żalu, że jestem w tym tłumie sama.
A potem powrót.
I sprawy potoczyły się szybko.
Gazeta wywiesiła mojego łabądka na główną. Ja się tym pochwaliłam. Koleżanka znalazła, poczytała, wciągnęło ja, cofnęła się…i znalazła wpis o sobie.
Wredy był, stwierdzam po niewczasie, wredny, osądzający i bardzo niesprawiedliwy. Jak zawsze gdy pisze się w złości. Usunęłam, przeprosiłam, ale atmosfera jest taka taka sobie. A tu do pracy trzeba było wrócić.
Wróciłam. Popracowałam kilka dni i znowu wzięłam urlop. Tym razem nie wypoczywałam, tym razem pracowałam. Pojechałam jako tłumacz do Polski, na targi rolnicze w Bednarach i nie tylko.
Klient-Szwed i ja byliśmy gośćmi firmy produkującej urządzenia rolnicze. Pięć dni, cztery noce, dwa dni podróż, trzy dni wrażeń.  Pierwsze dwie noce spalismy w Gnieznie, nastepne dwie – we Wrocławiu.
To było …niesamowite. Jako Polka nigdy czegoś takiego nie doświadczyłam. Tzn. nie od obcych, ale od rodziny jak najbardziej. Tyle, że od rodziny to się wydaje naturalne.
Już pierwszego wieczoru, po kolacji, z opadniętą szczęką napisałam „Aaaaa, to to jest ta słynna polska gościnność” i w duchu pomyślałam nieco mściwie „no, Szwedzie, teraz spróbuj to przebić”.
A potem było jeszcze ciekawej.
Jak dla mnie największą uprzejmością oraz najlepszym prezentem było, pomimo napiętego naprawdę mocno grafiku, zwiezienie mnie do Katedry w Gnieznie. Mała rzecz niby, krótka chwilka, ale trzeba było zjechać z drogi, pójść tam, gdzie się już było wiele razy i samemu i z gośćmi. Cierpliwie poczekać aż po raz piętnasty sfotografuję fragment drzwi (bo jak to zrobić w ciemnym wnętrzu, ale bez lampy, w dodatku nie moją kochaną pięćdziesiątką, stałeczką).
Drugim szczytem – dwugodzinny spacer po nocnym Wrocławiu z przewodnikiem opowiadającym między innymi o tym, że obecny Kościół  Garnizonowy kiedyś tam został przegrany w karty przez katolickiego proboszcza. Cudna dykteryjka.
Natłukłam masę zdjęć, większość jest nieostra, bo stałeczka znowu została w hotelu, ale co tam. JA WIEM co tam mam!  
Mój klient Szwed zbierał szczękę na każdym kroku. Rozśmieszył mnie w hotelu, we Wrocławiu, bo zobaczywszy hotelowy hall przestraszył się ceny. Rozśmieszył później, bowiem jego przestrach był tak sugestywny, że ledwie przekroczyłam próg pokoju, rzuciłam się sprawdzić ile kosztuje pobyt. Cena okazała się być taka sama, jak w hotelu, w którym spałam w Warszawie, czyli normalna, nie wygórowana. W przeliczeniu na korony, było nawet tanio.
Te trzy w sumie dni spędzone w Polsce, dały mi …Nie wiem jak to napisać.
Trzy dni intensywnego rozmawiania o rzeczach z którymi dotąd nie miałam w ogóle do czynienia. Trzy dni wgłębiania się w szczegóły techniczne, w zasady działania, nauka całkiem nowych nazw. Nazw najpierw polskich potem szwedzkich. Lub odwrotnie. Trzy dni przeskakiwania z języka na język: szwedzki-polski-szwedzki. Oraz, szczególnie na początku, śledzenia co mówią po angielsku, by w razie czego, móc służyć pomocą.
To było wyzwanie, któremu dałam radę.
Jednocześnie było coś zupełenie innego.
Była przyjemność obcowania …z rodakami. Ponieważ spotkanie było biznesowe jak ognia unikaliśmy drażliwych tematów. A różniliśmy się w poglądach jak mniemam, oj i to bardzo, bardzo. Zatem odłożywszy na bok politykę i religię, gwarzyliśmy na rozmaite tematy. Przyjemnie, dowcipnie, po polsku, z polskimi subtelnościami, niuansami i aluzyjkami. Czułam się jak człowiek, który przeszedł pustynię i dostał szklankę wody.
Powrót był bolesny.
Zła na cały świat, który w tej konkretnej chwili uosabiany był moim Klientem, odwórciłam się plecami, wcisnęłam słuchawki w uszy, włączyłam muzykę na cały regulator i pod pretekstem zmęczenia i złego samopoczucia w czasie lotu, po prostu się odłączyłam.
Chyba to było niegrzeczne, ale nie chcąc go obrazić, zrazić, musiałam.
Na szczęście sam był zmęczony, więc nie zgłaszał protestów i nie żądał zabawiania się rozmową.

Wróciłam do codzienności z bolesną pewnością, że kolejne wakacje nie szybko.
Miałam masę spraw do przemyślenia i uporządkowania.
I nic nie wymyśliłam.
Nie wiem co zrobię z blogiem, bo okazuje się, że jednak albo piszę co chcę, albo nie piszę wcale, a tu zbyt wielu znajomych ma ten adres.
Nie wiem co zrobić z wiedzą, że daję radę na różnych frontach i właściwie to niegłupia ze mnie babka.
Nie wiem co zrobić z przekonaniem, że fajna ze mnie „pięćdziesiątka”, całkiem do rzeczy, wcale nie taki maszkaron jak pokazują mi zdjęcia.
W ogóle nie wiem co dalej z moim życiem. Za ciasno mi w nim. Chciałabym czegoś…wyzwań intelektualnych? żeby się coś działo? spotkań z ludźmi?
Marazm szwedzki wpędza mnie w depresję.
Tak więc nie wiem, kiedy znowu tu zajrzę. Może jutro, może za kilka tygodni?

 

 

Oto widzisz, znowu idzie jesień

Trzy dni wiało. …

Trzy dni wiało. Uspokajało się na chwilę i wtedy lało. Potem znowu zaczynało wiać. Temperatura o świcie +6. W południe +12. Nieźle jak na sierpień, nawet w Skandynawii.
Dziś wreszcie słońce i błękit nieba. Rzeka jednak nie odbija błękitu nieba. Jest buro-złota. Złota od słońca, bura od błota, które do niej spłynęło.
Zdawałoby się, że nic się nie zmieniło przez trzy dni, a jednak. Światło się zmieniło. Jest jesienne. Jesienne to znaczy bardziej miękkie, złote, łagodniejsze. Znaczy też, że już nie wyostrza kolorów, nie wybiela błękitu nieba.
W parku już cisza. Nie krzyczą mewy, nie śpiewają patki. Tajki na rynku usypują góry złota z kurek. Choć obok jeszcze jagody i maliny to już pojawiają się borówki i żurawina. Ot tak. Było lato…I nie ma. Trochę szkoda, ale ja lubię jesień. Tę orgię kolorów, astry wszędzie (u mnie na balkonie też), mieczyki, czerwone jarzębiny, czerwone jabłka, płowiejącą zieleń, żółknące trzciny i trawy.
Cieszę się, że urlop zaplanowałam sobie na tę porę. Gdy przyjdą kolejne i coraz dłuższe jesienne słoty, gdy inni juz zapomną o urlopie ja będę dopiero rozpakowywała wspomnienia.

I tak sobie powoli żyję.
Zaraz po powrocie z urlopu, na początku września, czeka mnie wydarzenie -nasz klub robi wystawę, wieszam 5 moich zdjęć, z ogromnym trudem wybranych spośród setek innych. Próbowałam skorzystać z pomocy znajomych w wyborze, ale w zasadzie każde zdjęcie zdobywało aplauz u takiej samej ilości osób, że w ostateczności wybrałam dość przypadkowo za jedyne kryterium przyjmując…wielkość zdjęcia. Co z tego wyniknie? Nie mam pojęcia. Za to mam tremę.

A tymczasem, póki co, w sobotę jedziemy z kolegą i koleżanką oglądać drugą część wyspy Dyrö.

Jestem złym człowiekiem

Jestem złym …

Jestem złym człowiekiem

Mam na górze sąsiadów, którzy mieszkają stosunkowo niedawno. Wcześniej mieszkanie nad nami zajmował samotny, cichy pan, w wieku zbliżonym do mojego. Niestety pan się wyprowadził, a jego miejsce zajęła Piekielna rodzinka.
Wprowadzili się jakoś tak późną jesienią prawie dwa lata temu. Matka – tłusta, potatuowana, farbowana, wyleniała brunetka. Ojciec – mały, krótkonogi, brzuchaty, buraczany na obliczu. Oraz trójka dzieci, chłopców. EM jeszcze wtedy czuł się w miarę dobrze, więc zwykle do popołudnia był w pracy, ja też latałam z pracy do pracy, jakoś więc nie zwracaliśmy uwagi na nowych sąsiadów.
Ot, czasem w niedzielę, eM narzekał, że łomot na górze, pospać dłużej się nie da.
Mitygowałam.
– Daj spokój, dzieci mają, to normalne, że czasem jest hałas.
Po jakimś czasie zaczęłam znajdować na balkonie śmieci. Wiatr pewnie przywiał, pomyślałam sprzątając.  Zima była, mróz trzymał, słaby bo słaby ale zawsze. Ale z nadejściem wiosny śmieci na balkonie robiło się coraz więcej i więcej. Praktycznie każdego dnia sprzątałam z balkonu jakieś papiery, opakowania oraz…serwetki do wycierania dziecięcej pupy. Zużyte naturalnie.
To już przerosło moją tolerancję, zaczepiłam Anioła i, zwyczajem szwedzkim, poprosiłam o zwrócenie uwagi.
Zrobiło się ciepło, zaczęłam coraz więcej czasu spędzać na balkonie. Któregoś popołudnia zobaczyłam Piekielną Matkę jak podjechała rowerem. Przeszła pod moim balkonem nie ukłoniwszy się, obrzucając mnie tylko wzrokiem.
Chwilę później nad głową usłyszałam jakiś ruch. A potem Piekielny Ojciec potruchtał na swoich krótkich nóżkach z dwoma worami śmieci. Wrócił. Potruchtał raz jeszcze z dwoma worami. I raz jeszcze z dwoma. I kolejny raz, już tylko z jednym.
Wyniósł 7 (SIEDEM) worków śmieci z balkonu! Dużych worków.
Od tej pory nie znajduję niespodzianek.
Za to Piekielna Rodzina organizuje mi każdego ranka inną rozrywkę.
Piekielna Matka chadza do pracy, w domu z chłopakami zostaje ojciec.
Dzieci wstają około godziny 6:30 o czym przekonałam się będąc na chorobowym. Skąd wiem?
Bo o tej mniej więcej porze zaczyna się na górze regularny łomot. Tupanie, walenie, łupanie, turlanie czegoś ciężkiego są od czasu do czasu wzbogacane dodatkowym dudnieniem oraz płaczem dziecka.
Dzieci wstają i się bawią. Skaczą z czegoś, biegają, ganiają się pewnie w berka, czasem coś przewrócą, czasem coś upuszczą, uderzą się więc płaczą.
Normalka, nie?
Tylko, że te atrakcje trwają całymi dniami, aż do wieczora, gdy rozkoszne towarzystwo pójdzie spać.  
Póki był rok szkolny, około godziny 7:30,  płacz i łomot na klatce schodowej zwiastował zakończenie tortur na kilka godzin. Niestety są wakacje. A ja pracuję w domu.
Łomot nad głową trwa cały dzień.  Na podwórku szaleją dzieci innych sąsiadów, jest plac zabaw, piaskownica, zjeżdżalnia, blisko jest park z placem zabaw jeszcze większym, jeszcze lepszym, na końcu ulicy jest jezioro, alejki, też place zabaw. Nie. Piekielni siedzą w domu z dziećmi, które, sądząc po dźwiękach, są chyba podkute.
Sąsiadka, która mieszka nad Piekielnymi, skarży się, że spokoju nie ma, że mieszkać się nie da i pyta jak my to wytrzymujemy, bo ona naprawdę zaczyna mieć dość i nie, nie chce słyszeć, że dzieci. Ona też miała dzieci, też mieszkała w bloku i przynajmniej tyle nauczyła, żeby do tej godziny dziewiątej zachowywały się cicho.
Ale. Jest w środku dnia krótka chwila, gdy Piekielni cichną. Wygląda na to, że idą spać.
Dziś specjalnie uważałam czy owej błogosławionej chwili ciszy nie poprzedza tupot i ryk na schodach. Nie.
Poszłam do syna. Wzięłam od niego głośniki oraz takie coś kwadratowego , dużego, z dziurą. Podłączyłam do komputera. A potem włączyłam po kolei trzy moje najulubieńsze kawałki.
Nomad -Iron Maiden.
Toxicity -System of a Down
Thunderstruck -AC/DC.
…Zapomniałam o Hop Cup Bijelo Dugme…
Dałam głośność na full.
Jestem złym człowiekiem. Po raz pierwszy ucieszyłam się szczerze, słysząc tupot (podkutych na bank)nóżek.
-Matko, a kiedy będziesz mogła zacząć kupować alkohol? – Zapytał mój syn sarkastycznie, widząc  moją uciechę.

Mój komputer ma jednak słabą moc. Nakłoniłam syna do pokazania mocy jego potwora. Cienias…Sciszył po 10sekundach, sugerując, że teraz jest moda na takie coś, co zaczyna się na E.
-Egoizm? -ucieszyłam się.
-Empatia, matko.  
-???! – wskazałam na sufit.
Pokręcił głową.  Zatoczył rękami koło.
– No i właśnie dlatego nie włączyłam o 4:30, zaraz po tym jak sama wstaję. No i puściłam tylko trzy kawałki.

…Właśnie wpadło mi do głowy, że o 4:30 muza na full to nie, ale jakby tak powalić młotkiem w sufit..?
Idę szukac drabiny.
Jestem złym człowiekiem. I takim chcę zostać.



Dylematy życiowe.

Może i niepoważne, w …

Może i niepoważne, w świetle tego co dookoła, wojen, głodu, degradacji środowiska itd.
Ale nie da się cały czas bać i martwić.
Trzeba jeszcze robić inne rzeczy.
Pracować.
Oraz żyć. Po prostu. I tu mam dylematy.
Bo jak pogodzić ze sobą rozmaite zajęcia, skoro doba ma dwadzieścia cztery godziny a na sen muszę zużyć co najmniej osiem z nich a najlepiej dziewięć. Bo inaczej nie mam siły na życie.
I jak w tych piętnastu-szesnastu godzinach upchnąć: czytanie, oglądanie filmów, słuchanie muzyki (ale tak całą sobą, w skupieniu i chwytaniu każdej nuty, bo np. przy sprzątaniu to nie to samo) pisanie, szycie, kijkowanie i jeszcze fotografowanie?
Przypominam, że jeszcze trzeba iść do pracy, psa wysikać kilka razy dziennie i dać mu choćby pół godziny pobiegać, połazić, poniuchać. Dom ogarnąć. Obiad zrobić a wcześniej kupić produkty…

A ludzie mnie pytają co ja robię, bo wykręcam się od spotkań, bo nie mam na nie czasu.
No nie mam…W tysiącu spraw muszę wybierać wg tego co najważniejsze.
Spacer z psem jest najważniejszy, bo pies to pies, tak?
Praca ważna, bo z czegoś rachunki płacić trzeba.
Itd.

Wczoraj zasnęłam przed dwudziestą. A tylko na chwilę zamknęłam oczy, żeby się skupić na Jonie Andersonie.
Wstałam o szóstej, wyspana i pełna zapału.
Przejechałam skuterem 24km łącznie w poszukiwaniu motywów do fotografowania.

Wypiłam kawę na plaży.
Byłam z psem na siku.
Zjadłam śniadanie.
A przede mną jeszcze tyle dnia!

Dlaczego nie mogę tak codziennie?

 

3lipca_61

3lipca_31

3lipca_11

3lipca_41

3lipca_21

3lipca_51

Grzechy. I rozgrzeszenie

Pierwszy od dwóch …

Pierwszy od dwóch miesięcy kryzys.
Po obiedzie drzemka -pierwszy z zakazanych czynów.
Po drzemce – pędem do sklepu po produkty na kolejny z zakazanych czyn. Ciasto z owocami. Wyjęte z pieca natychmiast jak tylko się dało i pożarty ogromny kawał…no dobra, niemal połowa!  świeża, gorąca, parząca buzię i palce (auć! maliny są gorętsze od ciasta!). Ale zmieściłam się przed dziewiętnastą, więc grzech nie z gatunku śmiertelnych.
A potem, tuż po dwudziestej pierwszej czyn absolutnie niewybaczalny: pożarcie dwóch kromek ciabatty z mięsem z obiadu. Mięso duszone w cebuli, pycha po prostu, chudziutka, roztłuczona polędwica, ale jednak!
Uuuu. Poranek był bolesny.
Wyrzuty sumienia i kac moralny.
Napięty, wzdęty  brzuch, który trzeba było wcisnąć w spodnie zwykle za luźne.
Ciężar na sercu i na żołądku.
…Kijkowanie wieczorne się nie sprawdza. Wieczorne kije są walką ze zmęczeniem, własną ociężałością, z ważącymi tony nogami. Wieczorne kilometry są wymuszone, nie dają radości, żadnej satysfakcji, żadnej, absolutnie nagrody, nawet w postaci choćby drgnięcia poziomu endorfin.
Ranne kijki…
Po wczorajszym grzeszeniu, nie było przebacz.
7:15 po powrocie ze sprzątania. Zmiana ciuchów. W ostatniej chwili zerknięcie na termometr +15 więc zmiana na długi rekaw, na wierzch kurtka od deszczu bo chyba będzie padać. Słuchawki w uszy, endo start, muzyka start, zaczynamy od <a href="”>Zaz Les Passants. Kije w dłoń i wymarsz.
Za drzwiami zonk.
Pada. Pada? Nie LEJE! Struga, pionowa, bąble na kałużach „deszcz niebo przyszywa do ziemi”. To nie ja, to Jasnorzewska. Pawlikowska też. I Maria.
Oj tam, deszcz, deszcz. Lubimy deszcz, nie? Lubimy. Kurtka przeciwdeszczowa, więc kaptur na głowę i do przodu.
Zaz wyśpiewuje swoje:
Passe, passe, passera, la dernière restera
a deszcz mi stuk-stuk-stuk w kaptur.
Kijki niosą same, nogi jakby im kto skrzydła przyprawił, plecy się prostują. Ulice jeszcze prawie puste, nieliczni rowerzyści patrzą na mnie z mieszaniną podziwu i zgrozy, bo kto to widział sport w takich strugach uprawiać.
Nie ma wiatru, chorągwie, flagi, proporce zwisają z masztów, od deszczu i ziemi można by oznaczyć kąt prosty. Koniec ulicy zamglony, kąt murów potraciły swoje ostre kształty, świat stał się mały i miękki jak futro szarego kota. Powietrze pachnie kwitnącym jaśminem, troszkę spalinami, kawą z uchylonego okna i deszczem.
Zaz śpiewa:

<a href="”>Je veux d’l’amour, d’la joie, de la bonne humeur.
Ce n’est pas votre argent qui f’ra mon bonheur.
Moi j’veux crever la main sur le cœur.

Allons ensemble découvrir ma liberté.
Oubliez donc, tous vos clichés.
Bienvenue dans ma réalité.
Muszę w domu sprawdzić, co ona śpiewa, nie znam francuskiego ani ciut-ciut, a mam wrażenie, że śpiewa to, co ja sobie myślę kiedy wkraczam na zarośniętą po pas łąkę na końcu ulicy.
Że jestem takim bogatym człowiekiem w tej chwili. Deszcz przepłoszył ludzi i mam dla siebie nie tylko tę łąkę, ale i całe jezioro. Ogromną połać miękkiej, napuszonej kroplami szarości, daleko, na horyzoncie łączącej się z takim samym szarym niebem.
Ścieżka wije się tuż przy brzegu, omijam ślimaki, wchodzę w miejsce, które nazywam „halą koncertową”. Zarośnięty wysokimi drzewami, zawsze zacieniony, wilgotny, pachnący ziemią i trawą kawałek, gdzie zawsze koncertują ptaki. Nawet teraz, w ten ulewny deszcz jakiś pojedynczy ptak (zięba?) wyśpiewuje swoje trele. Śpiewa tak, że zagłusza mi Zaz.
Port Małych Łodzi wita mnie zapachem drzewa, bo niedawno wyremontowana marina dostała nowe drewniane pomosty. Robi się jasno, bo przede mną otwarta przestrzeń jeziora.
Deszcz jakby ucichł, już nie puka w kaptur, szemrze tylko cichutko. Odsłaniam głowę. Mewa z krzykiem podrywa się latarni. Jej krzyk niesie się gdzieś daleko, daleko i zlewa się z piszczałką w
<a href="”>Nine milion bicycles Katie Melua.
Dochodzę do końca asfaltowanej ścieżki. Dalej jest szutr, który ślizga się pod butami i pod kijami. Drobniutkie, ostre jak igły kamyczki wpadają do buta jak zawsze, zawracam.
Znowu pod drzewa, i znów pada mocniej więc kaptur na głowę. Stuk-stuk-stuk. Deszcz mi przygrywa do rytmu moich kroków.
Wchodzę do miasta na powrót. Musi być blisko ósmej, bo sznur samochodów na ulicy i coraz więcej ludzi na chodnikach. Słychać warczenie maszyn i zapach świeżego asfaltu.
W słuchawkach KENT śpiewa, że <a href="”>”to z twojego powodu znowu ruszamy w drogę”.
Deszcz się wypadał, jeszcze tylko lekko mży. Kałuże marszczą się delikatnie od tysiąca maleńkich kropelek, które są jak pieszczota na twarzy.  Uśmiecham się do wróbli siedzących symetrycznie na cokołach pergoli. Uśmiecham się i łapię się na tym uśmiechu zdziwiona, że jak to tak, uśmiechać się do niewiadomoczego.
Ale poranne kije dają wszystko to, czego nie dają wieczorne.
Lekkość marszu. Przyjemność płynącą z ruchu, pracy mięśni. Ogromną radość wylewającą się właśnie tymi uśmiechami do wróbli, psów i małych dzieci. Taką zwykłą ludzką frajdę z czasu sam na sam ze zmysłami.
Nie, nie. Jednak trzeba się zmobilizować i te kije zaliczać zaraz po porannej pracy. Wart poświęcić tę godzinę drzemki w zamian za tę radość. Oraz deszcz w bonusie.
43 minuty. A uciechy na cały dzień.

Porannie

Tosia leży na łóżku, …

Tosia leży na łóżku, wpatrzona we mnie i merda ogonem. Słyszę jak ogon uderza w łóżko pac-pac. Gdy podniosę wzrok ogon się zaktywizuje, merdanie przyspieszy, pac-pac-pac-pac nabierze częstotliwości.
Ten pies mnie czasem wkurza. Gdy się spieszę, gdy jestem czymś zdenerwowana, tracę cierpliwość na spacerach, szarpię smycz gdy nieruchomieje z nosem w kępie traw, ciągnę ją gdy siedzi uparcie na tyłku i nie daje się żadną siłą ruszyć bo kierunek nie ten.
Ale to rzadko.
Zwykle mnie rozśmiesza i rozczula.
Wczoraj wieczorem przyszła do mnie, coś pisałam do kogoś.
-Idziemy na spacerek -zameldowała cała szczęśliwa. Szczęście u Tosi wyraża się tym, że kręci się cała jak korkociąg. Ogon w jedną stronę, tyłek w przeciwną, tułów też w inną i barki i głowa. Jest prześmieszna wtedy.
-Idziemy na spacerek – przypomniała i podała mi łapę.
-Tosia, już , poczekaj, idziemy, daj mi chwilę, dokończę…
-Nie, idziemy, teraz – i znowu ładuje łapkę jakbym to za tę łapkę miała ją wyprowadzić
-Żadne teraz, za chwilę -oponuję stanowczo.
Wstała. Podeszłą bliżej. Położyła mi jedną łapę na ramieniu. Nachyliła się i zajrzała mi w oczy łapą przypierając do fotela.
-A założysz się? – pyta. I druga łapa pac wylądowała na klawiaturze trzymanego na kolanach lapka. Ups jak niefortunnie, bo dokładnie na włączniku.
Nie zakładałam się, nie było o co. Udowodniła mi.

Taka jest ta moja Tosia.
Na spacerach, szczególnie za miastem gdzie pozwalam jej pobiegać bez smyczy, napotkani ludzie się za nią oglądają, starsi się nie certolą, po prostu głośno wyrażają swój podziw. Sama muszę przyznać, że jest piękna. Jest masywna ale proporcjonalnie zbudowana, ma piękną głowę i puchaty, lekko podwinięty ogon, który w ruchu nosi prawie równo z grzbietem. Sierść ma lśniącą, pofalowaną, gdy biegnie, słońce refleksami tańczy na każdym włosie, co sprawia, że wydają się być w nieustannym ruchu.
Z daleka nie widać pewnych wad. Tego, że ma przodozgryz. Nadmiaru czarnych znaczeń na kufie i na kołnierzu nie uzna za wadę ktoś, kto nie zna się na berneńczykach. To są malutkie wady (choć przodozgryz nieco mnie niepokoi ) ale sprawiają, że Tola nie może i nie powinna być rozmnażana. Nie będzie szczeniąt. EM co prawda chowa takie marzenie gdzieś w zakamarku duszy, ale jeżeli nie zrobi niczego podstępnie to pozostanie to w kręgu tylko marzeń.
Ja uważam, że psów „rasowych ale bez rodowodu” jest pełno w każdym schronisku. Nie ma potrzeby ich rozmnażać.
Zresztą jest jedna ważna rzecz.
Wzięcie Toli do mieszkania w bloku to był z naszej strony czysty egoizm. Ona potrzebuje domu z dużym terenem dookoła. Najlepiej czuje się na podwórku, w mieszkaniu jest jej za gorąco, poza tym nudzi się śmiertelnie, a ja nie mogę zajmować się nią cały czas. Na podwórku miałaby wyzwania, bodźce, pracę do wykonania, bo berneńczyki to psy, które lubią pracować.
I serce mi się kraje gdy widzę, jak Toli potencjał znajduje ujście w poszczekiwaniu na sąsiadów, podkradaniu nam kapci czy skarpetek, czy szarpaniu papieru. Całe zachowanie Tosi mówi „nudzi mi sięęęęęęę”.
Ale co zrobić? Poświęcam jej sporo uwagi, bawię się, wymyślam zabawki. Nie oddam przecież! Nawet gdybym ją miała oddać do domu z ogrodem. Choć…gdybym widziała, że tam jest szczęśliwa? Szczęśliwsza?
Tymczasem z racji tego, że jesteśmy z psicą całymi dniami we dwie, Tosia przylgnęła do mnie. Owszem, Pańcio jest kochany, pozwala na siebie skakać, pozwala wyrywać sobie z ręki torby z zakupami, Pańcio podsuwa smakołyki, awanturuje się o coraz to inną karmę, żeby piesek kochany zjadł, bo znowu dwa dni nie ruszył tego co ma w misce. Ale gdy ja wychodzę, pies biega po całym domu i mnie szuka, dostaje szału gdy wie, że wracam, skacze na drzwi, skomli, biega od od balkonu do drzwi wejściowych.
A wieczorem przychodzi na chwilkę, zwija się w kłębek tam, gdzie jeszcze niedawno zwykłe kładł się Kocio. Jakby wiedziała, że w tym miejscu jest pustka i chciała ją zapełnić. Wzdycha, sapie, kładzie mi ciężki łeb na ramieniu, zimnym nosem trąca policzek, pachnie psem a miękkie futerko przesypuje się pod palcami. To znak, że mogę już odłożyć książkę, zgasić światło, ułożyć się koło niej. A gdy zaczynam przysypiać, ostatnie co notuję to ostrożne schodzenie psa z łóżka. Tak samo jak ja, gdy Zuzia już zaśnie i nie chcę jej obudzić. Zastanawiam się czy Tola wie, że robi mi za nianię i przytulankę do snu?

Ach…
Miało być o wszystkim z znowu jest Tola, Tosia, Toleńka.
Ale niech już tak.
Wymyśliłam kolejny pretekst by na pewno jesienią wziąć kotka. Najpierw kotek miał być większy, roczny co najmniej. Ale eM zasugerował, że im młodszy tym łatwiej zaakceptuje Tolę. A może zdarzy się cud i Tola uzna kotka za swoje stado, którego ma pilnować? (Stadko powinno się składać ze sztuk co najmniej dwóch, podpowiada mi dusza, ale kurde…Czy mogę mieć w domu ogromnego psa i dwa koty? Czy to nie przesada? A co z finansami? Wszystko kosztuje)
Kotek musi być. Dopiero wtedy uznam, że mam w domu komplet.

Przilaśćka

Pierwszy od dawna, …

Pierwszy od dawna, dawna, wieczór z fanatykami fotografowania.
Tym razem, mimo zimna, wyszliśmy w plener. Czyli zamiast teoretyzowania – praktyka. Słońca ZERO. Wiatru na szczęście tez. Temperatura…No, zero to, nie, nie, jakieś +5. Wiosna, wiosna, ach to ty..?
– Katarina, a jak to jest po polsku?
– Przyszlaszczka
– Przilaśćka
-Psi..psci…Vad??? (Jak?)
– Przylaszczka
– Jan, psilaśćka!
– Vad sa du? (Co mówisz?)
– Sippa, psilaśćka på polska
A potem ju tylko zza drzew dobiegało „psilaśćka”.
Dwie godziny łażenia po chaszczach. Łażenia, pełzania, walania się, wspinania na zawalone kłody.
130 zdjęć. Jeden kleszcz. Takie małe…mam nadzieję, że niczym we mnie nie napluło. Zapomniałam o bydlakach.
Efekty?
Bardzo proszę, ale uprzedzam dużo tego tym razem.

 

 

– Znalazłaś gullviva!- Powiedział Peter na sam koniec do mnie – Ja to się nazywa po polsku?
Ze wstydem przyznałam się, że nie wiem. Ale możliwe, że nazwę znam tylko nigdy nie widziałam w naturze.
No i zgadza się. Pierwiosnek! Nigdy dotąd go nie widziałam w naturze, albo widziałam, ale nie wiedziałam, że to to.
– A ty pochodzisz ze wschodniej Polski? Tam żyje „vicent” ?
Znałam, kurcze tę nazwę, ale co to było???
– Taki europejski bizon
– Aaaa, żubr!
– Ziubr
– Bardzo ładnie – pochwaliłam go powstrzymując się przed dodatkiem „Jak ty ładnie mówisz po polsku”
– Co? Co ty Peter mówisz? Ziur? Co to „ziur” – Jan się wtrącił
– Visent po polsku
– Ziur?
– Nie, żur to zupa. Żubr.

A dziś rano pierwsze kijkowanie. Godzina na obrzeżach miasta. Po mniej więcej piętnastu-dwudziestu minutach załapałam rytm lewa ręka – prawa noga. Muzyka motywacyjna w słuchawkach. Playlista, którą ochrzciłam Wszystko się może zdarzyć, bo pochodzi ze szczególnego czasu w moim życiu. Muzyka ma mnie napędzać, przypominać po co ten wysiłek, po co mi ta praca nad ciałem opornym, musi sprowadzać myśli na to, czego najbardziej pragnę, a co wciąż przecież może się zdarzyć, jeśli tylko sama sobie na to pozwolę, dam szansę i nie będę mówić, że już za późno. Bo przecież sama sobie wciąż powtarzam, że na nic nie jest za późno jeżeli tylko tego chcę. Zatem: Wszystko się może zdarzyć.
A teraz z youtuba Kortez.
Zakochuję się.

Odpowiedzi

Madika – …

Madika – prawie, prawie trafiłaś.

placekziemski – a nie, nie, Zuzia to Świętość, gdyby Tola coś jej zrobiła byłby dramat. Na szczęście Psica choć durna to serce ma złote a poziom agresji minus 10.

ola grab – jak już wyjaśniłam iksi – aparatu miejsce jest w specjalnej szufladzie. Gdy jednak czasem, z jakichś powodów go tam nie odłożę, to leży na stole bądź na komodzie, daleko od krawędzi, tak, żeby nawet pasek nie zwisał. Bo ilekroć go zostawiałam w miejscu mniej bezpiecznym natychmiast wyświetlała mi się wizja np. Kocia, który czymś spłoszony, zeskakuje z łóżka, zaplątuje się w pasek i aparat ląduje na podłodze. Z rozbitymi lustrami i rozbitym obiektywem.
Brrrr…Brzmi jak koszmar senny.

Krystynka – tak. Właśnie tak. To wstrętne bydlę, ta durna małpa zeżarła mi książkę.

O.

Co z tego, że już ją czytałam wiele razy? Że kupiłam w Biedronce za 10złotych?
Rozumiecie? Samą mnie zaskoczył poziom złości i żalu.
Okej, zawsze wiedziałam, że wartościuję rzeczy nieco inaczej niż przeciętny człowiek, ale żeby jednak aż tak?

I wiecie co? Noc minęła. Zracjonalizowałam sobie stratę (Kupisz sobie drugą w Pl oraz Dobrze, że to nie dokumenty)  ale i tak złość mnie bierze jak patrzę na te zwłoki.

Kronika boleści

Droga na i z północy …

Droga na i z północy była drogą przez mękę. Siedzenie tyle godzin, nawet na tak wygodnym fotelu, nawet z kilkoma różnymi poduszkami to zabójstwo dla obolałego kręgosłupa.
Chciałabym powiedzieć, że warto było, bo północ jest przepiękna, ludzie sympatyczni, koty przymilne, ale za blisko jestem traumy podróżnej. Może za jakiś czas.
Jedną korzyść odniosłam. Dowiedziałam się, że w Szwecji można znaleźć kręgarzy.
Znalazłam. 10minut spacerkiem od mojego domu.
Kręgarze w Szwecji są zrzeszeni w związku i tylko takim warto zaufać, bowiem ich wiedza jest jakoś tam weryfikowana. Moja Ulrika, cudowna Ulrika, też.
W poniedziałek poszłam pierwszy raz.
Potem we środę.
Wczoraj.
Idę znów w poniedziałek.
Chyba działa choć zobaczymy jak będzie w dalszym czasie.
Na razie ból prawie zniknął. Powróciła niemal całkowita ruchomość głowy. Ból wraca, okropny na poziomie 10 na skali bólu kilka godzin po przyniesieniu ze sklepu ładunku w postaci 1,5 l wody oraz mleka. Długi odpoczynek, w kołnierzu z ręcznika oraz lodowym okładem, ból uśmierza.
Aha. Wreszcie coś co uśmierza ból, bo żadna chemia tego nie zdołała zrobić.
Niestety te wizyty bolą w portfelu. Pierwsza 650kr. Następne 450kr.
Ale wygląda na to, że warto.
We wtorek mam badanie kamerą magnetyczną (rezonans magnetyczny?)
Wybłagałam receptę na jakieś silne opiaty, zobaczymy czy zadziałają, bo boję się, że nie uleżę spokojnie przez co najmniej 20 minut.  Oraz jestem na zwolnieniu do 22kwietnia. Zwolnieniu ze sprzątania, ma się rozumieć.
Z księgowania zwolnienia nie wezmę, bo to oznacza utratę klienta. Dobrze, że mogę to robić tak, jak dam radę. Kilka minut, przerwa, kilka minut, przerwa. I jakoś idzie.
Pisanie dłużej też boli.
I obrabianie zdjęć. I robienie zdjęć. I to boli najbardziej.
Ech…
A tu taka WIOSNA!
Więc powoli coś dłubię.
O tak.