44.

Pojechałam do Koleżanka w niedzielę.
Bo…
Jak nie teraz to kiedy?
Bo… jakoś tak pusto
Bo… rzadko sama pokonuję tak dalekie trasy i trzeba to zmienić.
Pojechałam.
Ustawiłam 80km na tempomacie, żeby się nie stresować radarami. Na ekspresowej podniosłam do 90-95.
Samochodek jechał i mruczał. On lubi takie 80-90. Pilnował mi linii, więc kolejny stres mniej. Z USB grał mi na przemian Kortez z Pietruchą.
A na miejscu okazało się, że będzie nas więcej, bo przychodzi córka Koleżankowej wraz z rodziną.
A ta rodzina to mąż Filipińczyk oraz dwójka dzieciaczków. Chłopiec 4,5roku i dziewusia nieco ponad rok.
Ludzieee, jakie te małe są słodkie. Fakt, że dobrze wychowane, ale też i zaopiekowane przez tatę, przez dziadka (koleżanek jest ukochanym dziadkiem chłopca) i przez mamę.
Spędziłam fajny dzień, w gromadce fajnych ludzi.
Tośkę oddałam pod opiekę Eksowi. Robił wrażenie nadąsanego, ale postanowiłam nie przejmować się jego humorami.
– Bo ja cały czas pracuję – powiedział
(A ja nie, ja przecież nic robię, leżę odwłokiem do góry, nie?).
Wyjechałam od nich trochę później niż planowałam. W dodatku posłuchałam GPSa i skręciłam, choć intuicja mówiła mi, że nie powinnam. W efekcie pół godziny jechałam jakąś boczną, wąską dróżką. No, piękna była – jakbym siedziała z boku to bym podziwiała. Ale jak się samemu kieruje to zakręty i górki są średnią atrakcją. Zapadał zmierzch, szybciej niż było przewidziane, bo było pochmurno.
Udało mi się NIE PRZEJECHAĆ jakiegoś szybkiego, długoogoniastego zwierzątka, które mi przemknęło przez drogę. Chyba kuna albo łasica bo na lisa było za małe. Uff.
Wreszcie dojechałam do Lilla Edet i wyjechałam na moją drogę.
Tosia już na mnie czekała w domu.
Zameldowałam się przyjaciołom i padłam.
Całe wczoraj bolały mnie ramiona. Napięcie, chyba muszę popracować nad ustawieniem fotela. No i spałam prawie cały dzień. Ale zrobiłam sobie uczciwy obiad: z kurczakiem, ziemniakami i sałatą.
A miałam pracować.
Byłam przekonana, że w nocy nie będę spać… przespałam bez problemów do 4.
Teraz dopijam kawę i planuję pracę.
A wam jak minęły święta?

43.

Przespałam/przedrzemałam wczoraj prawie cały dzień. To skutek „młotka” czyli chemicznej tabletki na uspokojenie. Mózg nareszcie zrobił sobie odpoczynek.
W nocy też spałam.
Śniły mi się mi się ruiny dworca w Olsztynie, ruiny pociągów, gasnące światło, światło palące się tylko na co drugim piętrze.
Śniła mi się praca, że wracam do niej z urlopu, z daleka. Zdjęcie wszystkich znajomych ludzi, które ożywa.
Na koniec śniłam stołówkę pełną żółto ubranych osób i żółtego jedzenia. Taki najprawdziwszy żółty – jak dojrzała cytryna, jak słonecznik.
Obudziłam się o 6. Jeszcze skołowana.
Za oknem szarość. +9. Deszcz i zero wiatru.
Padaj deszczu padaj, jesteś potrzebny.
Bzy za chwilę zakwitną. Wiśnia pod moim balkonem w jedną noc zmieniła się białą kulę.
Wiosna jest wcześniej o jakieś 3 tygodnie.
Basil wykopał mi kaktusy, które wczoraj rozsadziłam. Zabiję drania!

Dziś jest pierwszy dzień reszty mojego życia. I to będzie dobre życie.

42.

Ciało błaga o wytchnienie, a mózg nie zwalnia ani na chwilę w produkcji nowych wizji…

Po dwugodzinnym płytkim śnie, wybudził mnie pomysł zemsty tak perfidnej, że trafiłaby od razu trzy pionki naraz. Otworzyłam oczy i poczułam, że się uśmiecham. To nie był dobry uśmiech. Mózg jeszcze przez chwilę dopracowywał szczegóły, aż wreszcie coś we mnie pojęło co tu się planuje. Zerwałam się, usiadłam.
Nie chcę tego!
Chcę, bardzo chcę. Och uderzyć tak, by zabolało…
„zobaczysz noc w środku dnia
czarne niebo zamiast gwiazd
zobaczysz wszystko to samo – co ja
zobaczysz obcą własną twarz
jakie wielkie oczy ma strach
zobaczysz to samo co ja”

Wszystkie alarmy w mojej duszy dzwonią jak dzwonki na ostrym dyżurze „tracimy go, tracimy go, odchodzi”.
Ale przecież tego chciałam, tak?
Od tylu lat tego pragnęłam.
A tu nagle syndrom psa ogrodnika.

Nie pracuję prawie wcale, bo nie mogę.
Nie śpię, bo nie mogę.
Nie jem, bo nie mogę.
Osuwam się w jakieś szaleństwo i nie umiem się zatrzymać.

Proszę. Niech ktoś wyłączy mi głowę.
Turn my head off
Jak w tej piosence.

39. Nagle lato

Temperatury zrobiły się bardziej letnie. 17 stopni, bez wiatru to u mnie mniej więcej tak się odczuwa jak jakieś 21 w Polsce.
Wczoraj byłam na rynku w samej niebieskiej sukience, bez rajstop czy innych ocieplaczy.
A zamiast spaceru, posiedziałam z Tosią na trawie. Ona w cieniu i wiaterku, ja na słoneczku.
Wszystko kwitnie. I jest cudnie.
A w pracy pożar za pożarem.
Co z tego, że planuję, jak potem dzwoni telefon, po nim kolejny i kolejny… Miałam rozplanowaną pracę tak, że miałam mieć wolny weekend, a wyszło jak zawsze. I nawet się nie opierniczałam, bo nie było na to warunków. We czwartek ostatnią rozmowę telefoniczną skończyłam o 19. O 20 byłam w łóżku. O 21 spałam. A o 24 obudziła mnie migrena, której nie uspokoiła podwójna dawka prochów.
Piątek był ciężki…
Sobota spokojniejsza.
Dziś znowu będę przykuta do biurka przez wiele godzin.
W życiu prywatnym zastój jeśli chodzi o aspekt realno-fizyczny. Nawet na druty brak czasu. Rozmowę z Kasią skróciłam, bo mnie gnało do biurka.
W duszy przeżywam żałobę. Teraz jestem na etapie złości.
Co jest jakimś tam postępem, bo dotąd czułam tylko rozżalenie. Nie, nie z powodu końca małżeństwa, lecz z powodu tego, jakie było. Teraz, wreszcie coś drgnęło. Wreszcie czuję złość ale… i chęć odegrania się, niestety. To jest takie kuszące, że oglądam tę możliwość z każdej strony.
Mam nadzieję, że zdrowy rozsądek nie przegra walki z potrzebą odwetu.
Do jutra muszę zaksięgować 5 firm.
Do 2 maja muszę zrobić jakieś 42 zakończenia roku.
Do 12 maja muszę zaksięgować 40 firm i zrobić im raporty VAT.
Do 30 maja muszę zrobić dwa zamknięcia roku w spółkach.

Nudno nie będzie. Pracy po kokardkę. Aż do lipca. Wtedy nieco zwolnię…

38. Wieczorna przechadzka

Pamiętam jak w grudniu 2008 roku wędrowałam ulicami tego miasta i te ulice wydawały mi się puste. Owszem tu ładna kamienica, tam zaciszna uliczka, ale mijałam to bez uczuć.
Wczoraj…
Zmierzch, niebo ciemniało, zapalały się lampy, a na zachodzie świeciła ostatnia jasna smuga.
Takie było niebo, gdy wracałam do domu, gdy pierwszy raz zostawiłam eMa w szpitalu… Też była wczesna wiosna.
O, ładnie te bloki z nowym tynkiem. A ta nowa szkoła wygląda trochę ponuro. Nasze stare mieszkanie. I tamto, które lubiłam, bo sama je wybrałam. O, a tu jakiś nowy szyld. A nad rzeką znowu kwitnie cebulica… Cebulica-czyli Toruński świętej pamięci. Już zawsze będzie mi się z nim kojarzyć.
Tak sobie szłam i myślałam, że nawet jak narzekam na to miasto, krytykuję i mówię, że nie lubię… to to jest moje miasto, bo w każdej uliczce, każdym zaułku, mieszkają moje wspomnienia.
Tam dom, w którym mieszka Ellie – przyjaciółka Zuzu. To jest ten dom, który tak bardzo mnie zachwycał na początku. A tu park i zbocze nad rzeką, gdzie za chwilę zakwitną narcyzy. W tym parku maleńka Zuzu wystraszyła się kaczek. A tam mi zwiała młoda Tośka. Za rzeką, w oddali – cmentarz, na którym pochowany jest V.
A tu szkoła muzyczna do której chodziła Zuzu…
I tak się wspomnienia plotą…