

To ja.


To ja.
Od jakiegoś czasu social media podsuwają mi treści o trybie przetrwania. Są różne objawy tego trybu:
Np. pozycja spania na alpinistę + rączki dinozaura.
Jest też hibernowanie uczuć.
Oraz ograniczenie aktywności wszelakiej do absolutnego minimum.
Odkryłam, że musiałam w tym stanie trwać co najmniej od 5 lat.
A teraz wychodzę.
Nadal zasypiam w pozycji alpinisty, to fakt, ale popołudniami coraz krócej siedzę na kanapie. Bo gdy kończę pracę, to chce mi się sprzątnąć, odkurzyć, wyczesać psa, wstawić pranie…
Odkryłam, że uwielbiam urządzać moje mieszkanie. I że potrzebuję w nim roślin, naturalnych materiałów, jasnych barw w kolorach ziemi.
I tylko wciąż nie mogę się zmusić do regularnej aktywności fizycznej.
Ale robię co mogę.
Wiosna pomaga. Nawet jeśli wietrzna i kapryśna.
Zaczyna się niewinnie: o książkach, kocie, kwiatkach… A na koniec i tak tonę we łzach.
Nie wiem jak ona to robi, ale dobra jest.
Mel miał urodziny na początku tygodnia, ale świętowaliśmy wczoraj.
Była taka pogoda, że nikt nie protestował przeciwko siedzeniu na tarasie, choć mocno wiało. Oni mają balustradę obłożona panelami z pleksy, więc jak się usiadło, to wiatr nie był odczuwalny. Za to słońce- tak. Chyba opaliłam sobie twarz.
Jak zawsze cieszyłam się niewymuszoną atmosferą, zażyłością z rodzicami i babcią Mela.
Zuzu i William też z nami byli. Chichrali się między sobą, ale jednocześnie brali udział w rozmowach. William jest kontaktowy i z poczuciem humoru. Zaczynam go lubić. I podoba mi się jak go czasem Zuzu stawia do pionu. Z niech dwojga to Zuzu jest doroślejsza, ale to normalne u dziewczyn, zwłaszcza tych, które są starszymi siostrami.

Kupiłam sukienkę w intensywnie niebieskim kolorze.
Spokojnie: żadne tam wielkodekoltowe zwiewności. Prosta, dresowa kieca. W dodatku w składzie ma głównie plastik… Ale ten kolor!
No nie mogłam się jej oprzeć. Na żywo jest i wiele bardziej intensywny.
Już tak dawno nie kupowałam sobie nic nowego – nawet majtek i skarpetek nie.
A jutro świętujemy urodziny Mela. Będzie okazja by się ustroić.
Córcia obiecała, że aby nie popsuć matce show, wystąpi w worku na kartofle, najchętniej poplamionym.
Synek, który był ze mną w sklepie, pokiwał głową z uznaniem.
A teraz dokupiłam koleżankę – o połowę tańszą, za to z samej bawełny, w kolorze jasnej, limonkowej zieleni. (Tak, też dresowa. Proszę nie wymagać za dużo na raz.) Wiem, zielony to trudny kolor, ale jak użyję szminki i jakiegoś szala, to chyba dam radę.
Wiosno. Jestem gotowa. Wpadaj!
serial na Netflixie.
4 odcinki. Tylko. Aż.
Ładunek emocjonalny gigantyczny.
Mnie wbił w ziemię, zaorał i złamał serce.
czyli pora rozliczeń rocznych. Kilka telefonów dziennie, kilka maili i smsów ” Pani Kasiu, a kiedy..?” Prócz tego telefony od nie-klientów:
„eee, pani to jest księgową? Bo ja bym chciał zapytać”
Pewnie jestem boomerem i dziadersem ale jak ktoś zaczyna rozmowę od „Dzień dobry, nazywam się…” to mu cena od razu zjeżdża, bo nastawiam się życzliwie.
A przy okazji boomerów.
Kto był w Szwecji ten widział oszklone balkony, takie jak na tym zdjęciu (z internetu). Podobno mówi się na nie Boomers Inkubator

Ja niestety takiego nie mam. I nie wiem czy bym chciała. Nigdy nie miałam, więc nie wiem czy to zmora czy wręcz przeciwnie.
W każdym razie wiosna idzie, wszystko się łączy w pary, kwiatki kwitną, wiatr głowę urywa, a te ptaszki, panie, to tak na…lają…!
Niebo jest niebieskie i świat jest pełen słońca.
Poza tym wczoraj usłyszałam od jednego Krasnoluda, że jestem niesamowita, bo użyłam swojej wiedzy i jednego kontaktu by gościowi pomóc.
Nazwałam faceta Krasnolud, bo go naprawdę przypomina. Wysoki, masywny facet, z brodą i długimi włosami. Z głosem mogącym kruszyć głazy. Do tego pso i koto-lubny.
Pomogłam, bo facet przylgnął mi do serca. A bo ja wiem czemu?
Ych… żeby nie miał tych dwóch zasadniczych wad…
Żartuję oczywiście.
Tak więc wiosna.
Tosia za tydzień ma przegląd.
Mój przegląd wyszedł nie najgorzej podobno. Nie ma dodatkowych prochów, mam robić tak, jak robię.
Konsekwentnie unikam kontaktów z eksem. Choć czasem osobista interakcja jest nieunikniona, to skracam ją do minimum i poza moim domem.
Terapia lekko pomaga. Ale też rozmowa z Koleżankiem, który potrafi pokazać całkiem inny punkt widzenia, też dużo daje.
12 marca Panna Tina Tola Tosia skończyła lat 10.
Był tort.

Było też odśpiewane Sto Lat i nawet mam na to dowód, ale z troski o (moje) dobre samopoczucie nie podzielę się.
Jubilatka oświadczyła, że wiek to tylko liczba i ona nie zamierza przestać ganiać kota, kraść wszystkiego co się da, szczekać na Dupka i Głupka oraz wszelkich innych działań, które sprawiają, że matka natychmiast się zrywa i leci mało nóg nie pogubi. Matce ruch się przyda…
———-
Poza tym wieje. I jest zimno.
Śnieg jeszcze leży tu i tam.
No i zaistniał taki pomysł: a może by tak rzucić wszystko i wynieść się do Smalandii?
W sobotę wpakowałam Tośkę do Hyundaia!
Przy pomocy synka, ale jednak.
O matko jaka była zestresowana, jak dyszała, jak próbowała zwiać…
Zabraliśmy ją do lasu, tuż za miastem, żeby w razie czego móc z nią wrócić piechotą. Bo Tośka ma charakter i jak skamienieje, to dźwig jej nie ruszy.
Ale jednak wsiadła znowu do samochodu. Nie, nie dobrowolnie, ale matczyne krótkie „Tośka! Już!” oraz przytrzymanie za szelki pomogło.
Na szczęście Tośka nie wie, że jest silna.
W niedzielę było 14 stopni, brak wiatru, ciepło!
Wydzwoniłam synka i pojechaliśmy do Broddetorp nad Horborgasjön.
Ptaków jeszcze mało. Ludzi sporo.
Ale i tak było pięknie!



W drodze usłyszałam od synka, że nie wyglądam na 60lat wcale a wcale. Powiedziałam, że jedna młoda klientka się zdziwiła moim wiekiem. Zna mnie tylko z głosu, a według niej głos mam młody i energiczny sposób mówienia.
Synek potwierdził. I dodał, że powinnam się czasem wystroić. Ot tak – dla samej siebie.
I po wczorajszej terapii stwierdziłam, że tak właśnie zrobię.
Nauczę się lubić nie tylko swoją osobowość ale i wygląd.
Sama dam sobie to, czego nie dostałam od ludzi, którzy jakby z urzędu byli mi to winni: rodzice, krewni, mąż.
Walcie się! Udowodniłam, że dam sobie radę. Udowodnię raz jeszcze.
…
Tylko niech minie ta śnieżyca i migrena. Czyli jak w piosence.
Jeszcze kiedyś bracie będziesz
Piękny zdrowy i bogaty
Trzeba was tu ściągnąć siłą
Świat weźmiemy na powrózek
Będzie tak jak kiedyś było…!
Tylko mi popchnijcie wózek,
Pierdolnięci!
Wczoraj rano były badania. Nie jest najgorzej, biorąc pod uwagę że byłam ostatnio dość niegrzeczna.
W nocy był sen, jeden z tych o których Emigrata mówi z podziwem „no, porządkujesz”. Mądra Pani mówi to samo.
No właśnie. Pani Terapeutka. I terapia.
Los mi podsunął… a tak bolało, że nie dało się bez tego.
Z terapią to jest tak: chodzisz sobie rano, niby nic, normalnie… O 9:30 siadasz przed kamerką i po godzinie nadajesz się już tylko do wykręcania, bo cała się składasz z łez i bólu.
A tu obowiązki.
Bo klienci, który ostatnio nie poganiałam przysłali dokumenty w niedzielę i wczoraj. Bo pies musi na spacer. Bo kot chce jeść.
Bo eks ma sprawę…
A człowiek cały obolały, dreszcze, bolące gardło, piekące oczy. Jakby zaraza ale może to tylko dusza boli.
A tu trzeba Zuzu ratować, bo buty przemokły…
Bo w niedzielę było 14 stopni i słońce.
A dziś 1 i śnieg. W marcu jak w garncu.
Marzę by się zwinąć w kłębek jak Basil.