52. Sny kolejne

Szuflada. Czegoś szukam, otwieram szufladę – ale jest pusta.
Wyciągam ją, wytrząsam. I widzę, że za nią ukryły się jakieś stare, nieważne papiery.

Lotnisko. Odlatuję za morze. Eks mnie odprowadza. Odwracam się, przytulam go. On mnie przytrzymuje, ale ja się odsuwam i mówię „Jeszcze się zobaczymy”. I odchodzę.

Budzę się z myślą „Dalej pójdę sama”

51. Wyjaśnienie

Wpis „O Fryzjerce”- jak go tytułujecie- zniknął, bo dotykał bardzo osobistych spraw i nie tylko moich, więc nie chciałam, żeby był tak łatwo dostępny. Kto wie kto i kiedy by się do niego dokopał i jaki zrobił z tego użytek. Oczywiście w internetach nic nie ginie, więc pewnie jak ktoś się uprze to znajdzie, ale mam nadzieję, że nikt się nie będzie upierał…

Ach, prawda. Dziś kolejny ciekawy sen.
Jestem w ciąży. I właśnie pokłóciłam się z Eksem. Spotykam jego siostrę (jedna z dwóch osób, których szczerze nienawidzę). I ona mi mówi, że ma dla mnie doskonałe danie, coś co muszę jeść. Odpowiadam, że nie chcę. Na co ona naciska, ze przecież muszę. Na co mówię dobitnie „Ja nic nie muszę! I tak mam się dobrze!”. I odchodzę.

Oraz taka myśl mnie naszła:
W wieku lat 60 KasiaP odkryła, że w mężu szukała ojca. I wreszcie dorosła.

Tosia u eksa.
Wczoraj pracowałam do 18:30. Potem poszłam na spacer.
I robiłam zdjęcia telefonem.

Dziś, o ile nie będzie padało, chciałabym pójść z nikonem. Ale to dopiero wieczorem, bo cały dzień spędzę na pracy.

50. Sny

Eks był nad rzeką. Był już długo i poszłam zobaczyć, co się dzieje, bo się niepokoiłam. Przeszedł rzekę, niezadowolony, że przyszłam. Powiedział, że łowi ryby i że na razie nie wraca. Kiedy machałam ręką z palca spadłą mi obrączka i wpadła do wody.
Zdziwiłam się, że obrączka, na palcu, przecież nie noszę jej już od lat.
Eks ją wyjął z wody i mi podał. Włożyłam ją na palec i zacisnęłam, żeby siedziała mocniej. Eks wrócił za rzekę. I wtedy obrączka znowu spadła. Upadła na wodę i widziałam jak tonie. Eks był na drugim brzegu. A ja powiedziałam: zostaw, nie trzeba.


A kilka dni temu miałam sen na zamówienie. Dusza mnie bolała i potrzebowałam dobroci.

On (nie eks) miał na sobie jasną koszulę. Widziałam jego plecy. Położyłam mu dłonie na łopatkach i przesunęłam na ramiona. Koszula była taka gładka, chłodna i kojąca. Oplotłam mu szyję ramionami i wyszeptałam „Kocham cię”. Odwrócił głowę w bok, w moją stronę i odpowiedział „ja ciebie też”. A wtedy serce mi zamarło z żalu… na sekundę, na ułamek sekundy. A on mówił dalej, że odpowiada mi w ten sposób, bo tak jest i żebym nie myślała, że to tylko taka automatyczna odpowiedź. I dodał: Bardzo.


49.

Chyba lepiej.

Dyscyplina umysłowa czyli cenzura na myśli. Jak tylko zaczynają się te niechciane staram się odwrócić uwagę na coś innego. Głównie na słuchanie radia lub audiobooka. Lub na pracę, ale tu jest trudniej, bo nie ma nagrody od razu.

Byłoby łatwiej jakbym miała jakąś grupę wsparcia – kilka osób w fizycznej bliskości. Kogoś z kim możnaby wyskoczyć na kawę czy spacer, pogadać na żywo, choćby o tzw. dupie maryni.

48. Mam dość

Jakie znacie sposoby na uwolnienie się od niepożądanych myśli?
Mój mózg pracuje na najwyższych obrotach, dyskutuje z Eksem, ripostuje i snuje wywody.
Tak, wczoraj znów się kłóciliśmy, ale tym razem to on zaczął. A ja nie zostałam dłużna, bo nie umiałam odpuścić, przemilczeć.
Choć każde z nas zostało przy swoich przekonaniach, rozmowa skończyła się jakimś tam rozejmem, więc to była dobra rozmowa, mimo wszystko.
Ustaliliśmy przy tym, że eks będzie zabierał Tosię na każdy weekend od piątku do niedzieli. No chyba, że wyjedzie, to mnie uprzedzi, że wtedy nie. Od przyszłego tygodnia.
No ale potem, kiedy zakończyliśmy mój cholerny mózg włączył swoją płytę.
Nie chcę tego! Mam dość tych emocji, tego miotania się od żalu do złości, do nienawiści, oskarżeń. Po prostu mam już tego dość.
Świat jest taki piękny teraz, jeszcze mnie czeka maraton pracowy do 12 maja. Mam dużo do zrobienia i potrzebuję trzeźwej głowy. Nie chcę tracić piękna tej wiosny na grzebanie w przeszłości.
Chcę wrócić do siebie. Chcę spokoju.
Jak to się robi?

47.

Znowu znalezione w sieci

To o mnie. I tłumaczy dlaczego dopiero teraz przeżywam rozstanie, choć mija od niego drugi rok. Od fizycznego rozstania. Psychicznie rozstaję się z nim dopiero teraz.

A poza tym maj. Ciepło, zielono, wietrznie.
Wczoraj spędziłam kilka godzin u znajomych. Jadłam kiełbasę z grilla, z boczkiem, inną kiełbasą oraz karkówką. Z 1 kromką chleba 😀
A pod wieczór odebrałam Tosię. Stęskniłam się za nią, że och…
Ale niestety wraz Tosią wróciły jej kłaki, a z nimi moja alergia.
Eks obiecał, że zabierze ją na znowu za dwa tygodnie.
A ja chcę na nim wymóc stałe zobowiązanie do systematycznego przejmowania opieki.

46.

Synek przysłał mi zdjęcie Tośki na trawie. Szczęśliwej.
Zadzwoniłam.
A czy je?
Je.
A tabletki?
Dostaje.
A jak ze spacerami?
Bez problemu, woli windę niż schody.
Może ją zabiorę… we czwartek?
Zabierz w piątek, bo we czwartek ojciec gdzieś z nią jedzie.

Da się? Da się!
A my sobie z Basilem spokojniutko cieszymy się sobą. Pomacham mu wędką i nikt go nie gania. Pogadam z nim i nikt nie jest zazdrosny.

Byłam w mieście przez godzinę. I na spacerze. I chyba znowu się przejdę. Trzeba korzystać

45.

Dziwne uczucie.
Wstać bez poczucia obowiązku. Pić kawę bez pośpiechu. Pić ziarenka. Umyć głowę. Powoli i bez przymusu wchodzić w dzień. Zastanawiać się czy na spacer pójść teraz czy jak głowa wyschnie.
Dziwne uczucie ulgi.
Nic nie trzeba.

Zmusiłam wczoraj eM do zabrania Tośki. Powiedziałam, że na razie na tydzień.
Byłam wykończona. Huśtawką nastrojów, pracą, stresem. Szarpaniem się z Tośką, żeby przestała tkwić 10 minut z nosem przy jednej trawce, żeby szła dalej mimo innego psa po drugiej stronie, żeby wstała z trawy i poszła do domu. Zmęczona jej szczekaniem. Zmęczona tym, że nawet wyniesienie śmieci muszę planować. Oraz tym, że jestem uwiązana do domu jak, nomen omen, pies do budy. I nie mogę sobie ot tak, wsiąść w samochód i pojechać dokądkolwiek na kilka godzin…
A wszystko to w chwilach, gdy nie mam siły żyć, albo gdy czuję, że się duszę w domu, że muszę wyjść na powietrze, do jakiegoś człowieka albo do przyrody, zrobić cokolwiek byle oderwać głowę od smutku i bólu.

Mam oczywiście wyrzuty sumienia. Bo ona tęskni i nie rozumie.
Bo on BĘDZIE MUSIAŁ brać ją na spacery rano, przed pracą i to pewnie będzie niewygodne. Bo pewnie część, znaczną część, spacerów będzie musiał odbyć Yankie.
A tak, bo Yankie tymczasowo mieszka u ojca. Szuka własnego mieszkania, ale jak ma się niski budżet to mieszkanie nie znajduje się tak od razu.
I oczywiście mam chęć, wbrew sobie, zabrać ją wieczorem. Ale nie – zacisnę zęby i wytrzymam do soboty. Bo powiedziałam: na razie na tydzień. Przez ten tydzień muszę wymóc na eM konkretne zobowiązanie na opiekę. Niech to będzie choćby jeden dzień w tygodniu, ale po prostu ja też muszę mieć możliwość odetchnięcia od psa.

A poza tym wielką uciechę sprawiła mi wiadomość, że coś z naszej kłótni go ruszyło na tyle, że rzekł do naszej córki coś o spalonych mostach. Acha, znaczy, że choć raz trafiłam celnie, zabolało go. I dobrze. Mnie bolało przez tak wiele lat.

Choć oczywiście, mój cel nadal jest taki, żeby nie czuć już potrzeby odegrania się, dokopania i czucia satysfakcji z tego, że mu źle. No ale na to trzeba czasu. Wierzę, że ten przyjdzie, na razie pozwalam sobie czuć i złość, i żal, i żałobę. Choć najbardziej podoba mi się złość, bo daje mi siłę.