31. Pitoleniem wiosna się zaczyna

czyli pora rozliczeń rocznych. Kilka telefonów dziennie, kilka maili i smsów ” Pani Kasiu, a kiedy..?” Prócz tego telefony od nie-klientów:
„eee, pani to jest księgową? Bo ja bym chciał zapytać”
Pewnie jestem boomerem i dziadersem ale jak ktoś zaczyna rozmowę od „Dzień dobry, nazywam się…” to mu cena od razu zjeżdża, bo nastawiam się życzliwie.

A przy okazji boomerów.
Kto był w Szwecji ten widział oszklone balkony, takie jak na tym zdjęciu (z internetu). Podobno mówi się na nie Boomers Inkubator

Ja niestety takiego nie mam. I nie wiem czy bym chciała. Nigdy nie miałam, więc nie wiem czy to zmora czy wręcz przeciwnie.
W każdym razie wiosna idzie, wszystko się łączy w pary, kwiatki kwitną, wiatr głowę urywa, a te ptaszki, panie, to tak na…lają…!
Niebo jest niebieskie i świat jest pełen słońca.
Poza tym wczoraj usłyszałam od jednego Krasnoluda, że jestem niesamowita, bo użyłam swojej wiedzy i jednego kontaktu by gościowi pomóc.
Nazwałam faceta Krasnolud, bo go naprawdę przypomina. Wysoki, masywny facet, z brodą i długimi włosami. Z głosem mogącym kruszyć głazy. Do tego pso i koto-lubny.
Pomogłam, bo facet przylgnął mi do serca. A bo ja wiem czemu?
Ych… żeby nie miał tych dwóch zasadniczych wad…
Żartuję oczywiście.

Tak więc wiosna.
Tosia za tydzień ma przegląd.
Mój przegląd wyszedł nie najgorzej podobno. Nie ma dodatkowych prochów, mam robić tak, jak robię.

Konsekwentnie unikam kontaktów z eksem. Choć czasem osobista interakcja jest nieunikniona, to skracam ją do minimum i poza moim domem.
Terapia lekko pomaga. Ale też rozmowa z Koleżankiem, który potrafi pokazać całkiem inny punkt widzenia, też dużo daje.

30. A tymczasem…

12 marca Panna Tina Tola Tosia skończyła lat 10.
Był tort.

Było też odśpiewane Sto Lat i nawet mam na to dowód, ale z troski o (moje) dobre samopoczucie nie podzielę się.
Jubilatka oświadczyła, że wiek to tylko liczba i ona nie zamierza przestać ganiać kota, kraść wszystkiego co się da, szczekać na Dupka i Głupka oraz wszelkich innych działań, które sprawiają, że matka natychmiast się zrywa i leci mało nóg nie pogubi. Matce ruch się przyda…
———-
Poza tym wieje. I jest zimno.
Śnieg jeszcze leży tu i tam.
No i zaistniał taki pomysł: a może by tak rzucić wszystko i wynieść się do Smalandii?


29. Podniosę się

W sobotę wpakowałam Tośkę do Hyundaia!
Przy pomocy synka, ale jednak.
O matko jaka była zestresowana, jak dyszała, jak próbowała zwiać…
Zabraliśmy ją do lasu, tuż za miastem, żeby w razie czego móc z nią wrócić piechotą. Bo Tośka ma charakter i jak skamienieje, to dźwig jej nie ruszy.
Ale jednak wsiadła znowu do samochodu. Nie, nie dobrowolnie, ale matczyne krótkie „Tośka! Już!” oraz przytrzymanie za szelki pomogło.
Na szczęście Tośka nie wie, że jest silna.
W niedzielę było 14 stopni, brak wiatru, ciepło!
Wydzwoniłam synka i pojechaliśmy do Broddetorp nad Horborgasjön.
Ptaków jeszcze mało. Ludzi sporo.
Ale i tak było pięknie!

qrf
qrf

W drodze usłyszałam od synka, że nie wyglądam na 60lat wcale a wcale. Powiedziałam, że jedna młoda klientka się zdziwiła moim wiekiem. Zna mnie tylko z głosu, a według niej głos mam młody i energiczny sposób mówienia.
Synek potwierdził. I dodał, że powinnam się czasem wystroić. Ot tak – dla samej siebie.
I po wczorajszej terapii stwierdziłam, że tak właśnie zrobię.
Nauczę się lubić nie tylko swoją osobowość ale i wygląd.
Sama dam sobie to, czego nie dostałam od ludzi, którzy jakby z urzędu byli mi to winni: rodzice, krewni, mąż.
Walcie się! Udowodniłam, że dam sobie radę. Udowodnię raz jeszcze.

Tylko niech minie ta śnieżyca i migrena. Czyli jak w piosence.


Jeszcze kiedyś bracie będziesz
Piękny zdrowy i bogaty
Trzeba was tu ściągnąć siłą
Świat weźmiemy na powrózek
Będzie tak jak kiedyś było…!

Tylko mi popchnijcie wózek,
Pierdolnięci!

28. Trudny dzień

Wczoraj rano były badania. Nie jest najgorzej, biorąc pod uwagę że byłam ostatnio dość niegrzeczna.
W nocy był sen, jeden z tych o których Emigrata mówi z podziwem „no, porządkujesz”. Mądra Pani mówi to samo.
No właśnie. Pani Terapeutka. I terapia.
Los mi podsunął… a tak bolało, że nie dało się bez tego.
Z terapią to jest tak: chodzisz sobie rano, niby nic, normalnie… O 9:30 siadasz przed kamerką i po godzinie nadajesz się już tylko do wykręcania, bo cała się składasz z łez i bólu.
A tu obowiązki.
Bo klienci, który ostatnio nie poganiałam przysłali dokumenty w niedzielę i wczoraj. Bo pies musi na spacer. Bo kot chce jeść.
Bo eks ma sprawę…
A człowiek cały obolały, dreszcze, bolące gardło, piekące oczy. Jakby zaraza ale może to tylko dusza boli.
A tu trzeba Zuzu ratować, bo buty przemokły…
Bo w niedzielę było 14 stopni i słońce.
A dziś 1 i śnieg. W marcu jak w garncu.

Marzę by się zwinąć w kłębek jak Basil.

27. Sobota nad jeziorem Maggiore

Dzień był mglisty i bezwietrzny. Mgła taka, że można ją było kroić.
Pojechaliśmy odwiedzić klasztor św. Katarzyny Aleksandryjskiej nad jeziorem Maggiore.
Niby jestem racjonalna i przyziemna do bólu, ale nie zaszkodzi oddać hołd patronce.

A to dzięki tej dwójce ta podróż była możliwa. Dziękuję.

A następnego dnia, jeszcze przed świtem pożegnałam Italię.
Ale nie powiedziałam jej Żegnaj lecz Do zobaczenia.

26. Nie lubię takich dni

Od kilku dni wieje, a każdego dnia wieje jeszcze mocniej niż poprzedniego. Niebo zszarzało, wszystko zszarzało. Niby +6 (w porywach do +8) ale zimno jak cholera.
A skoro wieje – to ja jestem niespokojna. Mam problem z zasypianiem, więc po dłuższym czasie wiercenia się i wybudzania co chwila, wreszcie układam się na brzuchu i zasypiam. Niestety 2-3 godziny później budzi mnie ból głowy. Ten znany.
I tak od poniedziałku.
Szfak.
Dziś na dodatek zobaczyłam że samochód sąsiada (Głupka -tego od psów) zjechał parkingu i stoi w poprzek uliczki. Szkoda samochodu, szkoda też kogoś, kto na niego wpadnie, a jak jakieś służby go zobaczą to może wlepią mandat. Głupkowa jeździła, co poznałam wieczorem po tabliczce „Nauka jazdy” i pewnie nie zaciągnęła ręcznego. Albo coś…
Chwilę zajęło mi odszukanie numeru Głupka bo okazało się, że nie mam go zapisanego. Potem chwilę zanim ustaliłam co mu napisać. Potem chwilę biłam się z myślami czy może jednak lepiej zadzwonić np. domofonem…
Potem jeszcze miałam inne pomysły. I tak zrobiła się 3 nim zasnęłam. Dwie godziny snu szlag trafił.
Obudziłam się równo o 7 i tylko dlatego, że Tośka zaczęła drzeć japę.
No więc galopem…
I tak cały dzień.
Bieżącej roboty nie tknęłam, bo gasiłam pożary stare i nowe…
Napisałam skargę do autoryzowanego na sposób pracy jego pracowników i zażądałam zmniejszenia faktury. Bezczelnie napisałam, że długi czas pracy może być wynikiem barku kompetencji i doświadczenia, bo co innego mam sądzić, jeśli pytają mnie o to jest zaksięgowane na koncie, którego nazwa stoi jak byk.
Maila wysłałam do wiadomości Sarze, która stwierdziła, że jestem odważniejsza od niej. I tu na mnie spadły wątpliwości, bo może przegięłam? Mój szwedzki jest mało finezyjny, do tego mój naturalny talent do dyplomacji (nawet po polsku) jest na poziomie -(minus) 8.
Inna rzecz, że tylko dzięki przytomności Sary dowiedzieliśmy się, że ci gamonie nie wysłali dokumentów do urzędu. Oni sami z siebie nie raczyli nas poinformować. A ja przyjęłam, że skoro coś się robi to od początku aż do końca a jak nie to się dopilnowuje by klient zrobił to, co do niego należy. Co też wytknęłam w mailu. A oni „nie wysłali, bo tego nie ustaliliśmy” noż… Nawet Sara mówi, że stawiali głupie pytania, że autoryzowani księgowi o takie głupoty to pytać nie powinni. Oraz, że cała ich usługa była poniżej wszelkiej krytyki.
A zapłacić kazali sobie bardziej niż słono.
P i K z którymi od niedawna też współpracuję aż się zatchnęli słysząc kwotę. A oni wiedzą jak ja pracuję bo też jeden bokslut mi robili.

Do pokazania zostały mi ostatnie zdjęcia, ale nie wiem kiedy dam radę, bo padam na pysk. A będzie jeszcze gorzej…
Byle do maja…

25. Piątek nad jeziorem Como

W piątek miałam opiekę – męża koleżanki. To ten co mi zajumał Tośkę.
Do miasteczka Como pojechaliśmy pociągiem, choć L. był dość sceptyczny. Ale w końcu okazało się to być najlepszą decyzją.
Bo w cenie biletu mieliśmy pływanie po jeziorze oraz powrót. Bilet był całodzienny więc nic nas nie goniło.
W Como poczułam się jak lokals. Bo jedna pani, turystka, nie wiedziała na jaki statek ma wsiąść, by dopłynąć do określonej miejscowości. I wtedy jedna ze stojących w kolejce nastolatek (na oko za 2-3 lata starsza od mojej Zuzu) powiedziała, że zapyta … i poszła do budynku portu. Pani opadła szczęka i urosły oczy. Spojrzała na mnie (wiedziała, że ja też nietutejsza) szukając zrozumienia dla swojego szoku. Na co ja przybrałam minę „MY, w Italii to tak przyjmujemy gości” bo już się czułam półWłoszką z racji tego, że ich życzliwość i kontaktowość mnie nie zaskakuje.

A potem popłynęliśmy. Jeszcze później połaziliśmy. Posiedzieliśmy w słońcu. Porobiliśmy zdjęcia pokazując sobie wzajemnie co nam wyszło i co chcieliśmy żeby było. Potem wróciliśmy do Como i znowu łaziliśmy.
Widziałam wstający dzień nad górskim jeziorem, stare przystanie, pyszne wille, wąskie uliczki pełne rannego światła i głęboki cień tych samych. Podglądałam detale i ludzi. Widziałam niecodziennych gości w restauracyjnym ogródku, nietypowe pnącza na drzewach i kwitnącą mimozę. I pewnym żalem śledziłam upływ czasu.

Zdjęcia nadal (tak już zostało do końca) w jpg a nie w RAW i edycja ich nie zostawiła wiele możliwości.

Bonus dla tych co obejrzeli do końca:
Zdjęcia z podglądania ludzi telefonem.

24. Czwartek w Mediolanie

W Mediolanie zastanawiałam się czy współczesne „kościoły” czyli wieżowce ze szkła i stali przetrwają tyle, ile tamte sprzed wieków. Oglądałam ogrody na balkonach. Zachwyciłam jednym samochodem. Zagapiłam się na mistrza Leonarda i poczułam się maleńka. Rozczarowałam La Scallą. Obejrzałam centrum próżności. Wjechałam na dach Katedry jak burżujka. Obejrzałam zamek Sforzów od zewnątrz.
Zakochałam się w platanie. Nie spotkałam zielonych papug, ale za to spotkałam wiewióra. Oraz trzy razy zmieniałam pociąg, żeby nie wsiadać do „byle jakiego”, ale koniec końców dojechałam bez przygód tam, dokąd miałam dojechać.

PS1: nie wiem jakim cudem Nikon przestawił się z RAW na JPG, więc edycja zdjęć została mocno ograniczona. Dlatego są, jakie są.
PS2. Wycieczkę do Mediolanu opracował Max – syn moich Italieńców dzięki czemu szłam po prostu z punktu A do punktu B. Z tego miejsca serdecznie mu dziękuję.