99.2020

A to niespodzianka.
Jak wstaję o 6 to muszę zapalać światło, bo jest całkiem ciemno!
Basil szalał. Nie pobawiłam się z nim wczoraj i to efekty – miał nadmiar energii, którą musiał jakoś spożytkować. Najpierw wieczorem walczyłam z nim prawie do północy aż wreszcie zamknęłam go samego w pokoju-gabinecie. Otworzyłam mu około 3, żeby mógł przyjść i się przytulić, ale nie zauważył chyba.
Wstał jak eM się szykował do pracy (tak zgaduję). eM wyszedł a młody dawaj budzić mamusię…
To wstałam, nauczona doświadczeniem. Jakbym przysnęła to o siódmej byłabym nieprzytomna. No i co to za spanie jak robisz za zwierzynę łowną.
Tosia się ewakuowała na kanapkę w gabinecie – żeby w spokoju dospać. Smarkacz na szczęście czuje przed psem jakiś respekt i nie poluje na Tosię. Czasem się razem bawią…zwłaszcza jak Basil stoi na tyle wysoko, że jest poziomie tosinej mordki. Ona go przewraca nosem, oj ją smyra łapkami po nosie.
Szkodnik mi notorycznie przegryza nitki w robótkach. Nitkę się zwiąże, ale boje się, żeby nie połknął kawałka bo słyszałam horrory o nitce zawiniętej wokół jelita.
Siedzę teraz na fotelu, nogi po turecku zwinięte (chłodno w stopy), Basil na kolanie, do góry łapami. Chyba mu wygodnie?
Wczoraj na facebooku u Waterloo przeczytałam, że jej pies się posikał ze strachu jak ona zjeżdżając po schodach omal niechcący nie kopnęła psa.
I nie daje mi to spokoju. Co ten pies musiał przeżyć, żeby mieć takie reakcje mimo kilku lat w bardzo dobrym domu? Kim trzeba być, by tak skrzywdzić inną istotę? Nie ma znaczenia, że zwierzę. Nie jestem wierząca, ale chciałabym wierzyć, że w piekle jest specjalne miejsce dla ludzi znęcających się nad zwierzętami i dziećmi.




98.

Ych…
Chciałam pokazać zdjęcia z jesiennej, pustej plaży, ale uruchomienie lightroom wymaga cierpliwości. Już samo uruchomienie aplikacji na komputerze przypomina rozmowę Macieja Sthura z call center.
Nienawidzę tych systemów – Windows, Adobe i innych takich.
Problem w tym, że nic innego nie ma.
Najbardziej wkurzają mnie hasła. Coraz bardziej skomplikowane, coraz bardziej wymagające, kilkustopniowe potwierdzenie tożsamości. Ludzieee… Czy ja jestem Fort Knox? Czy nie powinno być to kwestią wyboru jak chronię swoje rzeczy w internecie?
Rozumiem bank. Rozumiem rozmaitej maści artyści, ale na grzyb zwykłej KasiP sto różnych zabezpieczeń do programu? Ktoś sobie weźmie zdjęcia mojego psa? Kwiatków? …a proszę bardzo.
grrrr….

Plaża była pusta. Było niebiesko, chmurzyście, bezwietrznie. Pięknie. Przeszliśmy całą od początku do końca. Odkryliśmy, że za laskiem plaża ma ciąg dalszy, choć tym razem znajduje się w prywatnych rękach, ale wciąż dostępna dla zwykłych śmiertelników. Różnica polegała tylko na tym, że na tej prywatnej stały, wkopane w piach, krzesła-leżaki i łodzie. Oraz nie było toi-toi.
Próbowaliśmy dojść do miejsca zwanego Zapomnianym miastem czyli starej kopalni. Nie spodziewam się spektakularnych widoków, ale szukam tego miejsca już od dawna, bo nie jest zaznaczone na żadnej mapie, nie prowadzi do niego żaden szlak, ale jest w opisach Halleberg. No więc: muszę.
Gogiel mi niestety powiedział, że czeka nas jeszcze dobre 40min wędrówki po lesie, po trudnym terenie, zrezygnowaliśmy. Wygląda na to, że trzeba się wybrać dość wcześnie, z zapasem wody i jedzenia. Następnym razem….kto wie kiedy?
Wróciliśmy, Tosia na widok samochodu zaparła się łapami. Strasznie nie chciała do domu. No tak… w domu nudy i kot-potwór.
Kot się zadomowił na dobre.
Ogólnie rzecz biorąc jest zaskakująco mało kłopotliwym kotem. Czasem rozrabia: wspina się na zasłonki, na kwiatka, żaluzje… Jeden prysk ze spryskiwacza i koduje, że nie wolno. Tylko drapania mebli nie mogę go oduczyć. Ma drapak, ale guzik go obchodzi. Mimo popsikania sprajem co niby miał go zachęcić. Pazurki mu obcinam, ale ponieważ nie umiem tego robić, a on się wyrywa obcinam za mało i szybko odrastają.
Muszę chyba kupić jakąś matę- drapak bo Basil preferuje poziome powierzchnie.
Z psem się dogadują aczkolwiek nie jest to bratersko-siostrzana relacja. Nie śpią przytulone do siebie. Tośka zabiera Basilowi zabawki i gania go. Nie pozwalam, ale… Czasem mam wrażenie, że ten gnom sam ją prowokuje! Nie boi się jej to pewne, ale gdy się z nim bawię zachowuje czujność by móc prysnąć w każdej chwili. Tosia pogodziła się, że czasem musi zostać za bramką, ale wtedy ma Pańcia do którego może iść.
Komicznie jest patrzeć gdy Basil stoi jakimś krześle czy kanapie, a Tosia trąca go nosem. Basil jest niewiele większy od tosinej mordki.
W nocy śpią oboje u mnie. Ych…czasem bywa to kłopotliwe. Tosia kładzie się skromnie, zwija w kłębek w rogu. Basil musi leżeć blisko człowieka, najchętniej plecki do plecków. I na białym! Koniecznie na białym. Położony na pomarańczowej poduszce natychmiast wstaje i układa się na białej. Może być we wzorki, ale być jasna.
Poza tym chodzi za mną jak piesek. Wciąż go mam pod nogami. No i notorycznie zamykamy go szafach, bo włazi nie wiadomo kiedy.
Zwierzaki dostarczają radości. Inaczej niż przy Mruśku: Basil podbił serca całej rodziny. Yankie pozwala mu buszować nawet u siebie w pokoju.
Zozo też jest zachwycona. Najbardziej tym, że Basil w nocy nie miauczy tylko grzecznie śpi.
Była u mnie w zeszłym tygodniu dwa razy. W poniedziałek spotkaliśmy „bonus dziadka” czyli tatę Mela. My w samochodzie bo właśnie zostawiliśmy Zozo u mamy. Jokie pieszo. Zatrzymał się i wyraźnie miał chęć pogadać. eM się stresował, bo dróżka wąska, na jeden samochód….Ale Jokie też tam mieszka więc zapewne takie pogawędki są normalne.
Jokie się cieszył (on zawsze sprawia wrażenie radosnego)
– Dzieci się uczą! Mel poszedł do szkoły! –
– Wiem! To super, prawda? Mel jest taki mądry, dobrze, że się uczy, żeby móc pracować tak jak lubi.
– Prawda, to super! Nareszcie wie co chce robić. To dzięki Misi. Wcześniej zawsze był taki …zgaszony, mówił, że on nie wie co chciałby robić, że nic nie chce. A teraz patrz: jeżdżą razem, uczą się! Mel zawsze jest taki wesoły.
Ucieszyłam się. Bo Mel poszedł do szkoły i zrezygnował z pracy. Troszkę się bałam, że jego rodzice nie będą zadowoleni. Nie byli na początku. To znaczy – ja ich rozumiem. Mel, jak Jankie, miał problemy i nie łatwo mu było znaleźć pracę. Wiem od Misi, że Mel miał 26 lat a Stina – jego mama- chodziła z nim na różne spotkania i to ona walczyła w jego imieniu. Bo jemu jak powiedzieli NIE to on to łykał. Depresja to nie tylko zmęczenie i smutek. To też brak siły by walczyć o siebie i swoje interesy.
Misia przy Melu nauczyła się rozumieć problemy brata. A szwagrowie się lubią. Powiedziałam Jokiemu, że dobry wpływ idzie w dwie strony. Bo Mel się przy mojej córce ożywił, nabrał odwagi, znalazł pasję. Ona przy nim spokojnieje, nie irytuje się tak łatwo, staje bardziej wyrozumiała i mniej kanciasta.
No i Zozo, która kocha Mela z całej siły. I jej tata, który odkąd zobaczył ich razem, bardziej się stara.
Tak sobie pogadaliśmy chwilę. Krótką. Pogadałabym dłużej…Trzeba by naprawdę zaprosić ich na jakąś kolację…
Misia się ucieszyła, gdy jej odraportowałam rozmowę. Bo właśnie oni się trochę martwili, że rodzice są może niezadowoleni. A tu proszę: Jokie wydaje się być nawet dumny. I okazało się, że Jokie chwalił się „synową”. Jak tylko Misia zaczęła swoją szkołę to zaraz znalazła sobie pierwszą pracę w tym kierunku. I Jokie opowiadał w pracy, że taka zdolna, że uczy się i pracuje, a przecież dopiero zaczęła.
I o Zozo, że ją uwielbiają. Ale to, to sama widzę i nawet przez chwilę chciałam być zazdrosna, ale potem sobie wytłumaczyłam, że nie wolno. Mi Zozowej miłości nie ubędzie, a dla niej lepiej jak ma wokół siebie jak najwięcej kochających osób.
Jankie znowu ma zlecenie, więc robi. Teraz ma dostać umowę więc będzie miał wpis w CV i referencje. A to naprawdę bardzo dużo!

Przesiadłam się do innego komputera, udało mi się odpalić photoshopa, więc wrzucę kilka zdjęć z wczoraj.

97.

Wakacje w Szwecji się skończyły, młodzież wróciła do szkół prawie dwa tygodnie temu, w związku z czym i dorośli powrócili do swych prac. Istniała więc szansa, że parking na Stenbrott już nie przypomina placu wysawowego handlarza kamperami jak to ostatnio bywało.
Pojechaliśmy w niedzielę. Chmurzyło się, mruczało, ale było ciepło.
Rzeczywiście: kampery były chyba trzy, osobowych też jakoś tak.
Nareszcie – spokój.
W lipcu i sierpniu wszystkie tego typu miejsca przeżywały prawdziwe oblężenie. Na Hindens Rev brakowało raz miejsca na parkingu. Wszystkie atrakcyjne miejscówki były w tym roku oblegane, łącznie z najwyższym szwedzkim szczytem Kebnekaise. To za sprawą izolacji „nieposłusznej” Szwecji.
No, ale wakacje się skończyły. I zaczyna być normalnie.
To zadzwiające jak wraz z nadejściem sierpnia zmienia się kolor światła. Jakby ktoś pstryczkiem przełączał. Światło się robi cieplejsze, bardziej żółte, dźwięki brzmią inaczej, powietrze pachnie inaczej.
Oto widzisz znowu idzie jesień…
Wrzesień… jesień…nie ma na to rady.
Stenbrott był zamglony, więc nie regulujcie odbiorników.

A kilka minut później wyszło słońce i wszystko zmieniło kolory.

A gdy wracaliśmy znowu nadeszły chmury.

I tyle było z weekendu.
Basil już się ze mną i Tosią oswoił. Dokazuje na całego, jest jak przewidywałam: to Tosia się go bardziej boi. Ale pomału zwierzaki ustawiają sobie relacje, ja tylko pilnuję by nikt nie ucierpiał.
Basil jest niesamowitym kotkiem. Strasznie lgnie do człowieka, garnie się do rąk, na kolana. W nocy, gdy zgaszę światło po cichu wskakuje na łóżko, rozrabia chwilę na pościeli – poluje na różne górki i dołki, a potem ukłąda się tuż koło mojej poduszki i zaczyna mruczeć. Ja go głaszczę chwilę po małym czarnym łebku, póki nie zmęczy mi się ręka. Basil wyciąga łapkę i kładzie mi ją na twarzy lub szyi jakby chciał zachować kontakt.
Tosia chrapie, rozwala się, my zwijamy się w kłębki. Gdy się odwrócę: Basil śpi przytulony do moich pleców.
Potem, w nocy wstaje, rozrabia trochę, ale zwykle idzie do „swojego pokoju”.
Rankiem, gdy zaspana idę po kawę wita mnie jego radosne „mrrrrryt”.
Tosia wtedy jeszcze dosypia, czasem leniwie poklepie ogonkiem.
Jesteśmy we troje po całych dniach, ja przy biurku, Tosia pod nim, Basil…różnie, ale w pobliżu.
Fajnie jest mieć tę dwójkę.

96/2020

Spieszę donieść, że żyjemy. I ja. i Tosia. I kot też. Co nie jest takie oczywiste…
Jak ktoś miał młodego kota w domu, to wie…
Niezależnie od tego jak go nazwiesz, młody kot najczęściej słyszy coś w stylu „wynoś się stąd!” i chyba po jakimś czasie zaczyna myśleć że to jego imię bo przestaje reagować.
Mam podrapaną nogę, kilka głębokich wkłuć tu i tam na udach. Oraz…plecy. Owszem. Plecy. Gówniarz uznał, że mamcia to świetny obiekt wspinaczkowy.
Stan doniczek w domu: ubyło jeden.
Stan salaterek: ubyło jeden.
Kwiatki się trzymają, ale do ręki przyrósł mi spryskiwacz. Do cissusa smarkacz na razie nie wchodzi. Ale za to uwielbia kwitnącą orchideę. I tak łatwo się do niej dostać. Na mamciowy fotel, z fotela na komputer na stoliczku, a stamtąd już tylko hop na sekretarzyk…I voila! Zabawa na całego. Że co? Że mamcia odsunęła stoliczek? Też mi problem, skoczymy z fotela i nie ma, że się nie uda. Jak się orchidea znudzi pokombinujemy…zaraz obok jest parapet. A na nim lampka i figurki kotków. Tylko czekają, żeby sprawdzić czy da się to poturlać.
Skoczny jest, zwinny i szybki jak pożar w stacji benzynowej.
Do tego gadatliwy. Lata po domu, psoci i ciągle te swoje „mrrrrryt”.
Strasznie chce być z człowiekiem. A jeszcze bardziej z psem. A pies…niekoniecznie.
Basil już wie, że jest szybszy niż Tola i chyba zupełnie przestał się jej bać. Raczej chciałby ją zaprosić do zabawy w berka. A po zabawie chętnie by się do niej poprzytulał. Ale Tola jest nieufna. I zazdrosna. I wciąż jej się samoczynnie (powiedzmy) aktywuje przycisk „ucieka -gonić!”.
Więc do jakiś czas mam akcję pod tytułem „Tola zostaw kota!”. Mimo wszystko próbuję ją nauczyć tolerancji dla smarkacza. Głaszczę, przytulam, mówię uspokajająco, nagradzam, gdy cierpliwie się daje kotu obwąchiwać. No i staram się ze wszystkich sił, żeby nie poczuła się odsunięta.
Z kotem najlepsza zabawa to wędka. 10 -15 minut takiej zabawy, a potem ze dwie godziny łobuz śpi jak zabity w swojej torbie. Problem w tym, że wędka wchodzi w grę tylko pod nieobecność Tosi, bo Tosia też chce upolować owo coś.
Komiczne jest jak Basil, dopadłszy wreszcie zdobyczy na końcu wędki, łapie to w zęby i usiłuje zawlec do kryjówki.
Wciąż jego głównym mieszkaniem jest mój gabinet. Tu były wszystkie jego rzeczy od początku, ale kuweta od wczoraj stoi w łazience i widziałam ślady, że mały poprawnie ją zlokalizował.
Błogosławieństwem jest bramka w drzwiach. Na początku była stale zamknięta by odseparować psa i kota, potem stopniowo była otwierana na dłużej. Teraz w zasadzie zamykam ją tylko na noc… Bo Basil jak to kot w nocy się aktywizuje i gdy ja się układam do spania -on widzi okazję do zabawy.
Wczoraj jednak odkrył, że bramkę da się przeskoczyć. Bowiem zrobiłam operację odwrotną i zamknęłam się z Tosią w gabinecie, dając kotu do dyspozycji resztę mieszkania. Nie wiem czy przeskoczył te bramkę czy przelazł między szczebelkami, ale wiem, że naraz usłyszałam „mrrrryt” i kot się znalazł na moim fotelu.
Ale póki co jeszcze nie odkrył, że da się w drugą stronę. Oby jak najdłużej…
Wczoraj pomagał mi w pracy. Miałam chęć go zamordować (po raz 158 w ciągu godziny), ale gdy wreszcie ułożył się za moimi plecami, cieplutki, mruczący…to mi przeszło.
Zdjęcia robię mu telefonem, bo ten jest zawsze pod ręką, a automatyczne programy dają lepsze efekty.

Przycisk do papieru
Inspektor Basil kontroluje postęp prac
Tosia obserwuje potwora.

EDIT: O godzinie 09:30 smarkacz pokazał mi, że bramka to już nie jest jego problem. Na szczęście są jeszcze drzwi.

95. Pies też człowiek

i porządny spacer mu się należy jak psu miska, bo nie samym kotem pies żyje.
Pojechaliśmy. Blisko, jak na nasze standardy bo tylko jakieś 25km od domu. (No co ja zrobię, że w Szwecji 2,5 mili to żadna odległość?)
Nadal jesteśmy Wener. Albo Vänern. Jak kto woli. Jakiś kilometr przed kampingiem w Hällekis jest niepozorna zatoczka a przy niej ścieżka w las. Coś mnie tknęło, że to tędy trzeba iść do celu, jaki co i rusz oglądałam na zdjęciach fejsbukowej grupy o Kinnekulle.
Najpierw była nieoczekiwana zatoczka i zaciszna plaża. Pies się miał gdzie wykąpać.

Ścieżka oznaczona dość gęsto pomarańczowymi znakami prowadziła w las. Poszliśmy. Pies hasał szczęśliwy, na ścieżce pełno kamieni i korzeni. Patrzyłam pod nogi. I doszlismy do brzegu… klifu. Niski bo niski, ale pionowe skały były. Czasem po prostu urwisko, czasem łagodniejsze zejście. Kamienie miejscami omszałe i wilgotne. Śliskie.
Czasem wybielone erozją, wygładzone przez wieki wiatru i sztormów.
Dziko. Cicho. Tylko szum wzburzonego morza jeziora.
Czy wiecie, że Wener jest sjö? Bałtyk też jest sjö. (Tak dokładnie to Östersjö czyli Jezioro Wschodnie).
Dalej to nudyyyy, panie, nudyyyy…

Mogłabym tam jeszcze długo siedzieć i oglądać zmieniające się chmury, fale i cienie, ale wiadomo…
Ostatni rzut oka na zatoczkę „za dalą dal”.
Będę tam wracać, tak sądzę.

94. Integracja

Wczoraj wieczorem sytuację mozna było opisac słowami: podejdź do płota jako i ja podchodzę.
Albo Basil albo Tośka – każde próbowało sforsować płotek, żeby zaspokoić ciekawość.
Dziś otworzyłam im bramkę i muszą się dogadać.
Basil wydaje się odważnym i towarzyskiem kotkiem. Tosia straszy go gwałtownym zachowaniem, ale ten mały zdaje się bezczelnie ją podpuszczać. Stoi na krawędzi oparcia krzesła i coraz mniej przejmuje się tym, że Tosia jest blisko. Jakby wiedział, że ona ze swoimi gabarytami nie jest ani tak szybka ani nie ma możliwości by wcisnąć się tam, gdzie on wchodzi bez problemu. Podpuszcza więc ją blisko i śmiga tuż przed jej nosem.


93. Basil dzień pierwszy

Wizytę u weta mieliśmy o 15.15.
O 13:45 wsiadłam z Yankiem do auta i pojechaliśmy do Litwinów po kota.
Nieświadom niczego Basil dał się grzecznie wpakować do torby. Na podwórku zaczął miauczeć, ale nie jakoś tak przesadnie. Pamiętam jak Mrusiek zamknięty w kontenerze usiłował wydrapać sobie wyjście…
No, ale wtedy miał już około 8 lat.
W drodze też był spokojny. Pomiauczał chwilkę.
W torbie miał ręcznik z mojego domu, który ostatni miesiąc leżał u Litwinów, w koszyku gdzie koty się często wylegiwało. A pod nim drugi – nasz domowy.
W weta też było spokojnie. Nie zajęła się nami Katarina, ale inna lekarka, ale też bardzo miło. Heh…miło…Na pewno dużo milej niż Katarina. Katarina bowiem jest dość oschła jeśli chodzi o kontakty personalne. W stosunku do zwierząt jest spokojna i profesjonalna, bez czułości, ale na tyle wrażliwa by rozumieć, że jej poczynania mogą sprawiać ból, więc trzeba to robić jak najszybciej. Lubię ją mimo oschłego sposobu bycia.
Mel, który też oddaje jej swoje koty pod opiekę podsumował ją trafnie: ona nie lubi ludzi, ale lubi zwierzęta…
Wesoło było przy wpisywaniu imienia, bo powiedziałam, że nie jestem pewna płci. A od tego zależy.
Bo wymyśliłam, że jeśli chłopiec to Basil. Wiadomo dlaczego.
Ale jeśli dziewczynka to byłaby Kira. Bo kotek jest jednolicie czarny. No i oddałabym hołd innemu, mojemu ukochanemu twórcy. Kto zgadnie kogo mam na myśli?
No ale ostatecznie Basil okazał się Basilem.
Szybka szczepionka, szybki czip. W kasie zdziwienie. Bo za szczepionkę, czipa i karmę zapłaciłam 1/3 tego co się spodziewałam. Ot i cała tajemnica mnogości kotów…
I do domu. …a nie! Bo zapomniałam kupić żwirek. No to do sklepu po żwirek. Yankie szedł do ICA po pieczone mięso, ja do Willysa – bo chcę żwir silikonowy, bo on tak nie śmierdzi, i łatwiej po nim sprzątać kuwetę, ale był zawsze tylko tam.
I na parkingu dylemat: co z kotem? Temperatura w słońcu sięga co najmniej 40stopni. Nie zostawię kota!
Wzięłam go ze sobą. Najwyżej przeproszę i wyjdę.
Nikt się nie przyczepił, złapałam polski twaróg, bo eM chciał naleśniki, żwir, zapłaciłam i wyszłam. Do domu…
eM zamknął Tosię w pokoju na czas mego wyjścia, Basil poszedł do gabinetu, gdzie zamontowaliśmy bramkę. Uznałam, że jak kotek nabierze odwagi i sam przejdzie przez bramkę to znaczy, że okej. Ale póki co bramka chroni malucha przed nachalną ciekawością Toli. Pootwierałam torbę, postawiłam kuwetę, wodę, jedzenie. Zamknęłam okno. I dałam kotu spokój.
Po godzinie już baraszkował. Zwiedził donicę z cissusem, kanapę, psi materac pod biurkiem, i wrócił do cissusa. Tak, jak się tego spodziewałam.
Dziś muszę znaleźć coś, co zabezpieczy ziemię przed kopaniem i traktowaniem jako kuwety oraz popodczepiać wiszące pędy. Nie chcę żeby mi kot zdewastował ukochany kwiatek!
Cały wieczór zaglądałam do malucha. A Tosia za mną. Wreszcie zniecierpliwiona i zazdrosna zaczęła szczekać i piszczeć za bramką.
Na szczęście Basil przebywał z Abbą, więc duży pies to dla niego nic nowego, ale póki sam do Tosi nie podejdzie nie inicjuję kontaktu. Nie wiem też jak Tosia się zachowa w bliskim spotkaniu nosio do nosia. Niby poziom agresji -10, ale wiadomo…
Wieczorem zamknęłam drzwi do gabinetu. Bo w nocy wszystko pootwierane: okna, drzwi na balkon. Nie będę pilnowała kota w nocy, a strach by nie wypadł. Ale jak zamykałam – kot zniknął. A rano – nadal go nie było! Przeraziłam się. Bo może wczoraj wieczorem przemknął gdzieś i wypadł przez okno…Rozmontowałam prawie pół pokoju…Basil spał za kanapą.
Generalnie dzień był bogaty w emocje i męczący. Zdjęć w zasadzie nie robiłam. eM pstryknął telefonem pierwsze spotkanie:

Bliskie spotkanie 1 stopnia

Ja,też telefonem, uwieczniłam zwiedzanie

Wytęż wzrok i znajdź kotka

92. Plaża w Gadesanna

Wczoraj było tak jak powyżej.
Plaża niemal cały dzień czyli 4 godziny.
Rano jeszcze pracowałam, ale skończyłam to, co najgorsze. Dziś została mi jedna, całkiem uporządkowana firma oraz złożenie raportów.
Firmę ostatnią robię w ostatnim dniu bez wyrzutów sumienia bowiem dokumenty przyszły w piątek.
O 11 wzięliśmy psa i pojechali do Gadesanna. Czyli prawie 50km od nas choć nad tym samym Wener.
Dlaczego tam? Ano dlatego, że to jest komuna Vänersborg że tam mieszkają cywilizowani ludzie i nie mają nic przeciwko psom na plaży pod warunkiem, że pies uwiązany a właściciel po nim sprząta.
I mówię wam: serce rosło jak ludzi reagowali na Tosię w wodzie. Poza Tosią było jeszcze kilka innych piesków.
Ta plaża to jedno z moich ulubionych miejsc nad Wener.
Położona u podnóża Halleberg, piaszczysta, płytka daleko w głąb, tu i tam przedzielona skałami lub kępami drzew co daje uczucie przytulności.
Ludzi było sporo, ale ponieważ i miejsca sporo to nikt sobie na głowie nie siedział.
Łaziłam po wodzie do kolanek, kilka razy weszłam głębiej, ale zaraz wróciłam, bo Tosia zatrzymywała się, gdy woda sięgała jej do klatki piersiowej i bardzo się denerwowała, gdy się oddalałam. Zresztą tak samo jak eM poszedł do toalety – Pies za żadne skarby świata nie dał się ruszyć.
Najgorszy cyrk urządziła gdy zaczęliśmy się zbierać. eM poszedł po samochód, bo do parkingu było dość daleko i trzeba było iść w pełnym słońcu, skrajem wąskiej drogi pełnej aut i ludzi. A samochód stał w słońcy przez 4 godziny. Uznaliśmy więc, że eM pójdzie po samochód, nim po nas podjedzie to auto się dzięki klimatyzacji co nieco schłodzi. A ja pójdę z Tosią inną ścieżką, na parking w lesie, żeby się pies jeszcze przeszedł i załatwił swoje potrzeby.
I wszystko było fajnie do momentu, gdy nie Tosia nie zajarzyła, że mamy iść stąd. Ale jak to? Bez eM??? Ona nie pójdzie. Nie pójdzie. Nie i koniec. Jedyny słuszny kierunek to TAM gdzie został Pańcio. Idziemy do Pańcia. Idziemy do Pańcia. Do Pańcia, rozumiesz głupi człowieku? Nie wracam do domu bez jednej owieczki. Idziemy TAM!
Położyła się wreszcie na środku piaszczystej ścieżki i koniec. Beton. Nie ma opcji żeby ruszyć psa inaczej niż dźwigiem.
A na ścieżce panował ruch jak na drodze do Morskiego Oka w największym sezonie. Ludzie nas mijali, oglądali się, pokazywali palcami, bo od czasu do czasu usiłowałam to bydlę mojego kochanego pieseczka namówić na ruszenie tyłka i wtedy działy się sceny… Dobrze, że nikt zdjęć nie robił… Ludzie sądzili, że piesek jest albo zmęczony, albo nie chce do domu. Nie chciało mi się tłumaczyć.
Tkwiłyśmy tak na tej ścieżce dobre dziesięć minut. A ja się zastanawiałam jak powiadomić męża, że Huston, mamy problem. Liczyłam na to, że się domyśli i wyjdzie nas szukać, tym bardziej, że z drogi byłyśmy dość widoczne.
Spróbowałam raz jeszcze:
– O eM! Tosia zobacz eM idzie! – powiedziałam entuzjastycznie. Zerwała się, rozejrzała. Ruszyłam do przodu.
– Zobacz Tosia, tam jest eM! Szukaj, gdzie jest? – zachęcałam ją głosem radosnym. Wyrywała się do przodu, ja za nią, niemal jednym susem wyprzedziłyśmy ludzi, którzy wcześniej się nam przyglądali ze śmiechem.
Wypadłyśmy na jezdnię, samochód stał nieopodal na poboczu, na nasz widok eM skręcił na parking, zatrzymał się, otworzył drzwi, pies urwał mi rękę, puściłam smycz.
Znalazłam cię, znalazłam! Hurra, jesteś, jesteś, całe życie cię nie było a jak szukałam. Ogon merdał Tośką.
eM zdążył zrobić już dwie rundki i zaczynał się niecierpliwić.
– Nie miałam jak zadzwonić bo telefon był u ciebie w plecaku. Na drugi raz jak nas dłużej nie ma to idź nas szukać, bo to znaczy, że Tośka znowu chce iść tam, gdzie cię zostawiła.
Tak jest jak się ma psa-pasterza.

Spiekłam sobie dekolt choć niemal cały czas siedziałam w cieniu. A nogi jak były białe, tak są…

91.

We czwartek, 13.
Pracowałam jak mrówka. Upał panował nieziemski, mimo zamkniętych żaluzji i wiatraka. W dodatku robiłam jednego klienta, który ma masę idiotycznych operacji na koncie bankowym. W jednym dniu po 15 operacji typ: wpłacił – wypłacił.
To nowy klient, słabo go znam, a bardzo mocno nasuwa się podejrzenie prania brudnych pieniędzy, więc nie wiem czy bym sama go nie zgłosiła do kontroli, gdyby nie fakt, że właśnie tym operacjom przygląda się bank.
Jako księgowa mam obowiązek zgłaszania, gdy zauważę coś podejrzanego – a takie operacje wymieniane są w jako podejrzane.
Już wiem czemu poprzednie biuro go puściło. Kobieta pod pretekstem choroby pozbyła się niewygodnego klienta.
Tak właśnie robią szwedzcy księgowi: po prostu wymawiają usługi klientom, którzy mogą przysporzyć kłopotów.
Zatem księgowałam ten wyciąg o długości papieru toaletowego, oczy wychodziły mi z orbit i narastała furia. Skończyłam, sprawdziłam…O! Saldo się zgodziło! Cud.
Jeszcze zadzwoniłam do drugiego klienta, żeby zadać mu jedno pytanie. Jedyne. Była godzina 19. Zadzwoniłam, a ten zażądał wytłumaczenia dlaczego to jest tak, a nie inaczej i czemu on musi taki duży podatek…
Powiedziałam krótko. Nie, bo on nie rozumie. A chce. Bo to chyba błąd jakiś…I wtedy mu przerwałam:
– Słuchaj. Ja cię bardzo przepraszam, ale jest godzina 19. Pracuję od jakichś 12 czy 13 godzin i wybacz, ale nie będę ci teraz tego tłumaczyła. Uwierz mi – jest prawidłowo.
– Ale ja nie rozumiem…
– Już ci powiedziałam: nie będę ci tego tłumaczyła. Jest tak jak ma być. Mogę ci to rozpisać cyferkami jak do mnie przyjdziesz w następnym tygodniu, ale dziś – nie, bo zwyczajnie nie mam siły.
– Ale ja chciałbym wiedzieć , bo może to jakiś błąd jest.
Tu nie wytrzymałam i wysyczałam:
– Spędziłam dziś 2 godziny szukając i sprawdzając jak się powinno to zrobić. Więc bardzo cię proszę: trochę zaufania do mnie.
Nadąsał się:
– Okej…
Rzuciłam słuchawką mamrocząc inwektywy….Księgowości będzie mnie uczył…
A chwilę potem mąż zajrzał do pokoju i zapytał bełkotliwie o co chodzi….
Poderwałam się jak chlaśnięta batem. Ubranie, buty, aparat, plecak i w pięć minut byłam na podwórku.
Nie mogłam, po prostu nie mogłam zostać w domu, bo chyba bym zrobiła krzywdę tym błyszczącym oczkom, tej mowie rozjechanej, tym włoskom na sztorc…A przynajmniej bym wykrzyczała całą złość… Co nie jest dobrym pomysłem jak on jest w stanie „tylko jedno piwko” (czyli co najmniej 2-3).
Wyszłam. Poniosło mnie nad wodę, czyli nad jezioro, bo w mieście od murów buchał taki skwar, że nie było czym oddychać. Utknęłam w Porcie Małych Łodzi.
Usiadłam na ławce. I poczułam, że oczy mi łzawią. Nie wiem ze złości czy z poczucia samotności. Wytarłam i zaczęłam patrzeć.
Było gorąco. Ludzie piknikowali na trawie albo na pomostach wokół portu. Młodzież grupkami. Starsi w parach najczęściej. Dwie panie w średnim wieku na pomoście popijały lekkie, schłodzone wino. Dalej, na wale oddzielającym port od zatoki dwóch ślicznych młodych mężczyzn jadło jakieś sałatki. Siedzieli obok siebie tak blisko, że od razu wiadomo było, że to nie koledzy. Uśmiechnęło mi się samo do nich, bo tacy ładni byli. Ścieżką przemaszerowała grupka młodych ludzi, roześmiani, rozgadani, z muzyką na full. Jedna dziewczynka, prześliczna zresztą, bardzo drobna ale wysoka, miała włosy pół-na pół blond i czarne. Trzymała za rękę jakiegoś chłopca.
Po zatoce sunął zielony żagiel. Pod Kinnekulle, z drugiej strony, kilka innych, białych. Z wody wystawały głowy kąpiących się.
Na tymczasowej kładce, jaką co roku stawiają przy wale, ruch panował jak na głównej ulicy. Chlapały się dzieciaki, ale było też kilkoro dorosłych.
Minęła dwudziesta. Niebo się było chmurne, coraz ciemniejsze. Słońce, sypało złotem, jego pojedyncze wiązki spadały to tu, to tam… Łodzie wracały do portu. Nadchodziła noc.
A ja czekałam kiedy opustoszeje kładka, ale nie wyglądało na to by miała opustoszeć przed mrokiem. Więc zebrałam się w sobie i zapytałam dwie stojące u jej szczytu mamy czy mogę zrobić kilka zdjęć. I że ich dzieci nie będą widoczne, bo słońce jest za nimi.
Pozwoliły entuzjastycznie, odsunęły się nawet. Pokazałam potem zdjęcie na dowód, że ich córeczki w strojach są tylko nierozpoznawalnymi kształtami. Zachwyciły się… Potem już mogłam fotografować spokojnie.
W głowie znowu mi grała Shangri La.

To zakończenie doskonałego dnia
dla surfujących chłopców i dziewcząt
Słońce spada na zatokę i na cały świat
Na niebie lśni diament
Nasza wieczorna gwiazda
w naszej Shangri La.
(…) To jest całe niebo jakie mamy.
Właśnie tu, gdzie jesteśmy
W naszej Shangri La.


Wróciłam do domu wreszcie. Nie oglądałam już zdjęć bo późno było.
W nocy śnił mi się Mark Knopfler, że z nim rozmawiałam.