129. Ciemność widzę

Zaciągnęło się niebo szarością i tak zostało.
O 9 rano szaro i w południe szaro i o 15 jeszcze bardziej szaro.
Najgorsze dni przed nami. Połowa listopada, cały grudzień i co najmniej połowa stycznia.
Dobrze (to z mojego subiektywnego punktu widzenia), że temperatury powyżej +5. I słabo wieje. Jakoś spokojna jak dotąd tegoroczna jesień. Zwykle wichury przychodzą jedna za drugą, a tym w roku wiało jak dotąd tylko raz i w dodatku tylko jedną noc. Choć tyle.
Śniegu nie ma się co spodziewać, namawiam męża na wyjazd na północ, choćby na weekend, żeby zobaczyć śnieg, może odrobinę słońca, a może i (wreszcie) zorzę.
Patrzy na mnie jak na głupią, bo przecież mówiłam, że na północ nie chcę.
Noż kurde, wiadomo, że latem nie chcę, ale zimą i jesienią, nawet na przedwiośniu – chcę. Jak można nie rozumieć takich prostych spraw. No, ale to eM, on od zawsze słyszy to, co chce słyszeć. Tak jak jego siostra…

Anegdotka rodzinna będzie…
Trzydzieści lat temu to było. Ledwie zaczynałam jako żona mojego męża, strasznie chciałam zasłużyć sobie na akceptację jego matki i siostry. A te co chwila nabzdyczały się i przestawały do mnie odzywać, co było tym bardziej trudne, że mieszkałyśmy w jednym mieszkaniu, na kupie, na 42metrach. Nigdy żadna z nich nie powiedziała o co jej chodzi. Po prostu się obrażały i demonstracyjnie przestawały odzywać.
Za którymś razem poprosiłam męża, żeby zapytał swą siostrę co ja takiego zrobiłam…
Miałam wtedy 25 lat i etykietkę „nieudałoty” przylepioną przez moją matkę oraz „ty zawsze jak nieludzie”. Chętnie brałam wszystkie przypisywane mi winy na siebie. Nic dziwnego, że i w tej sytuacji przyjęłam, że wina leży po mojej stronie i powinnam przeprosić.
eM owszem zapytał. I dowiedziałam się, że podobno powiedziałam jego siostrze, że się …maluje wulgarnie.
Co takiego? CO?!
Kilka dni wcześniej rozmawiałyśmy o kosmetykach. To był rok 1990, kosmetyki kupowało się w Pewexie, bo choć już w sklepach były parówki i niemieckie proszki do prania, to kosmetyki zachodnie były tylko tam.
I przy tej pogawędce przed lustrem odkryłam, że moja szwagierka ma róż tej samej marki co ja. Tylko mój prawie pełny a jej prawie pusty.
– No, bo ja to się tak nie maluję – powiedziałam wtedy. Chodziło mi o to, że ja się maluję rzadko i prawie niewidocznie, bo zwyczajnie nie potrafię.
Szwagierka usłyszała co innego.
To był moment, gdy dotarło do mnie, że można mówić co się chce, a inni i tak usłyszą coś zupełnie innego.
Teraz mam, brzydko mówiąc, wywalone na to, co inni zrozumieją z tego co mówię. I jak ktoś się chce permanentnie obrażać, to ja za tym kimś nie latam i nie błagam o przebaczenie. Bo po wielu latach dotarła do mnie jedna prawda: podstawą jest zaufanie. Jeśli kogoś lubię i szanuję to mam też do niego zaufanie, w związku z tym w razie nieporozumienia przyjmuję, że chciał dobrze, ale mu nie wyszło. I na na pewno nie chodziło o zrobienie mi przykrości. Z drugiej strony oczekuję tego samego. Jak nie – to nie.
Ale ja nie o tym chciałam 😀
eM się poddał szczepieniu na grypę. Wczoraj. Ale dzień wcześniej jęczał ” kurde, mam nadzieję, że się nie będę jutro źle czuł, że nie dostanę gorączki, że się nie pochoruję”. Smędził tak bez przerwy, że wreszcie uznałam, że muszę jakoś zareagować, bo nie przestanie.
– Ale dlaczego miałbyś JUTRO dostać gorączki i się pochorować?
– No po szczepionce, tak jak ty…
– Ja?!
– No przecież sama mówiłaś, że źle czułaś po szczepieniu na grypę…
Ludzie!
Owszem, mówiłam. Na grypę zaszczepiłam się raz w życiu. Późna jesień to była. A potem miałam najgorszą zimę: cały sezon miałam stan podgorączkowy, tak w granicach do 37 stopni, zawalone gardło i permanentny katar. Całą zimę! A nie jeden dzień po szczepieniu. Dlatego się nie szczepię. A eM, choć słyszał moje argumenty wielokrotnie zrozumiał, że się nie szczepię, bo następnego dnia po szczepieniu źle się czułam.
Gdyby chodziło o jednodniowe złe samopoczucie i kilka miesięcy spokoju od infekcji pierwsza bym stała w kolejce do szczepienia.
A potem dziwne, że się ponad 30milionów ludzi nie może między sobą porozumieć…

W niedzielę rano była mgła.
Cieszcie oczy, bo teraz pewnie nie szybko wyciągnę aparat.

128. Wredna suka

Czasem jestem. Może nawet często.
Zwłaszcza do klientów.
Piszę maila:
doprawdy, nie wiem jak inaczej wyrazić określenie „według daty zapłaty”. Może mi Pani powie której części tego zwrotu nie rozumie? Sądziłam, że osoba z takim wykształceniem potrafi czytać ze zrozumieniem.
Albo:
nie wiem co robi pan z pieniędzmi, ale w ciągu ostatnich trzech miesięcy wyjął pan z firmy prawie cały roczny zysk, nic dziwnego, że brak panu teraz na podatki. Nie mam pojęcia co panu poradzić. Może niech pan ograniczy osobiste wydatki? Sprzeda jeden z samochodów?
Albo:
Niech pan nie obraża mojej inteligencji. Naprawdę sądzi pan, że wystarczy mnie oszukać żeby wątpliwy koszt przeszedł? Naprawdę sądzi pan, że urzędnik skarbowy uwierzy w te bajki, które serwuje pan do mnie?
Albo:
może raz na odmianę skupi się Pani na przygotowaniu dokumentów a nie na prokreacji. Zresztą świat jest i tak przeludniony…
(tak wiem, to jest wyjądkowo wredne)

ALbo: no cóż, tym razem nie zamierzam się wygłupiać z zerową deklaracją, może jak zaczniecie płacić karę za brak raportu w terminie to będziecie pamiętali o przygotowaniu dokumentów na czas.

Piszę takie maile, potem na szczęście mam zwyczaj sprawdzania tego, co napisałam i redaguję, żeby było dosadnie, ale nie wrednie. I tak piszę w końcu takie takie coś:
Proszę państwa, jesli będziemy ciągle składali zerowe raporty a potem je korygowali może to wzbudzić w urzędnikach chęć sprawdzenia co jest powodem takiego działania i nałożenia kary za nieprzestrzeganie zasad.

Lub takie:
Rozumiem, że przygotowanie dokumentów wydaje się być trywialnym problemem w sytuacji gdy człowiek się zmaga z osobistymi problemami. Mimo to proszę by postarała się pani o nieco lepsze przygotowanie dokumentów.

Lub takie:
Za koszt można uznać jedynie takie wydatki, które mają nierozerwalny i niepodważalny związek z przychodem. Proszę o wyjaśnienie jak złota bransoleta wpływa na pana przychody w branży budowlanej.

Lub takie: Sądzę, że w tej sytuacji powinno się poszukać oszczędności poprzez maksymalne ograniczenie wszelkich wydatków prywatnych lub możliwości spieniężenia jakiejś częsci majątku by jak najszybciej móc uregulowac zaległości podatkowe.

Lub takie: Tak jak pisałam wiele razy: u pani obowiązuje metode według daty zapłaty. To znaczy, że na wszystkich dokuemntach należy napisac odręcznie kiedy zostały opłacone posiłkując się np. wyciągiem bankowym.

Wysyłam. I myślę sobie, że to i tak było bardzo wredne.
Czy naprawdę jestem aż tak wredną suką? Bo impulsywnie myślę (i piszę) wredne teksty, ale potem do mnie dociera, że tak nie wolno. (A diabeł na ramieniu chichocze i mówi „nie wolno nikomu dokuczać z powodu ułomności, lenistwo umysłowe lub niski poziom inteligencji to ułomność”.
Naprawdę jestem wredna…(tu powinna być emotka z tą małpka z łapkami na oczach)

127. Rodzina, ach rodzina…

Rodzina nie cieszy
nie cieszy gdy jest
lecz kiedy jej nie ma…

Czy ktoś zna piosenkę odwrotną? Że człowiek się raduje rodziną ale czasem chciałby ich posłać na krótką wycieczkę na …bo ja wiem…na Marsa?

12listopada za pasem. Czyli kwartalne rozliczenia w toku.
Dobra, przyznaję się bez bicia, że dwa tygodnie temu…i tydzień temu beztrosko szafowałam czasem. A to fejsbuk, a to telefon z klientem, a sprzątanko generalne w domu…Takie tam, wiecie, drobne przyjemnostki zapracowanej pani domu.
Tymczasem w piątek sypnęło kopertami. A co zrobiłam ja?
Pojechałam se w ruiny. Mufinki upiekłam bananowe. Obiad mężczyznom mego życia (schabowe!). Psa poczesałam, kota pogłaskałam.
Przyszedł poniedziałek.
Zasiadłam do pracy. Ale jak masz dużo pracy to klienci mają sto spraw. Bo nie mogli we czwartek, nie…
We wtorek już było spokojniej, ale…
Dygresja będzie.
Jakiś czas temu, będzie ze dwa tygodnie, dziecko moje starsze zapytało, a raczej stwierdziło pytająco:
– Wy to się chyba tak bardzo tej korony nie boicie?
Odpowiedział dwugłos:
– NIE!
– No, trochę….
– A ja tam się wcale nie boję…
– No, ja wolę zachować ostrożność, ale staram się nie popadać w paranoję…

Zagadka: która odpowiedź należy do męża, a która do żony w świetle tego co poniżej.
Do firmy gdzie pracuje eM (jak mąż) przyjeżdżają z Polski pracownicy. I jak w Polsce ilość zachorowań zaczęła rosnąć lawinowo eM wracał z pracy i się gorączkował:
– Bo oni nie robią im testów! A ja wiem może oni są chorzy! Już im mówiłem! A oni nic nie robią!
I całe popołudnia słuchałam tego bezpośrednio i pośrednio bo jak już nagadał się do mnie to tymi samymi słowami i tak samo gorączkowo opowiadał o tym każdemu kto chciał słuchać a także tym, co nie chcieli.
Jakoś tak w ostatnim a może pod koniec przedostatniego tygodnia października okazało się, że jeden z jego kolegów z pracy jest chory, a testy potwierdziły covid.
Teraz przekaz szedł do mnie ze zdwojoną siłą. Oni, tamci, ja…ja, tamci, oni, bo choroba, bo grupa ryzyka…, bo ja nie chcę iść do piachu…
Szczęście, że popołudniami urzędujemy w oddzielnych pokojach bo ni chybi chłop by zszedł, choć może niekoniecznie na covida.
Aż dziw, że w drodze do ruin mąż zamilkł na wiadomy temat. Możliwe, że skupił się na drodze, bo słońce świeciło prosto w oczy.
Ranki były ciche…wróć! Ranek poniedziałkowy był cichą i miłą odskocznią. A we wtorek, tuż przed 9 rano, zgrzyt klucza w drzwiach, radość psia…i ZONK!
– FILIP PRZYSZEDŁ DO PRACY!!! !!! !!!
Domyśliłam się, że to ten od covida.
Tłumaczyłam. Tłumaczył związkowiec. Tłumaczył nasz koleżanek Doktorek. Chłop się zaparł łapami: on do pracy nie idzie bo jeszcze mu życie miłe (można powiedzieć w skrócie).
Ych…
To jeszcze raz: kto zdecydowanie nie boi się wirusa?

Chłop w chałupie, to wiadomo.
Pracuję. Czuję, że staje mi drzwiach i wywiera milczącą presję
Bo on nie chce przeszkadzać, ale…
– wiesz może gdzie ta czarna szczoteczka do ekspresu?
– a czy widziałaś…
– a mogłabyś spojrzeć…
– a mogłabyś do mnie przyjść jak skończysz…
Do tego gra telewizor, niby nie głośno, ale słyszę!
Ciągle ktoś się pęta po chałupie, pies lata sprawdzać kto, kot za nim. Wracają odwrotnie. Leci kot, uwala się na klawiaturę, no bo czemu nie, jak miękka i ciepła. Pies leci z tyłu za kotem, zimnym nosem dźga w łokieć, ale co on tam robi, pokaż mi, pokaż. Syn przychodzi ze stosetnym pytaniem „a jak zaksięgować”, mąż po raz kolejny na 80m kwadratowych nie umie zlokalizować czegoś tam swojego, co znajduję we wskazywanym miejscu w ciągu sekundy.
I tylko córka dostarczyła satysfakcji, bo zadzwoniła:
– A jak mi klient zapłacił za fakturę to ja mogę z tych pieniędzy zapłacić za zakupy do firmy? Bo Mel mówi, że tak, ale wolę ciebie zapytać. (Ma firmę od trzech dni i nie bardzo jeszcze ogarnia co z czym się je)
– Możesz. Mel ma rację.

A do tego te upojne noce.
O ósmej nie widzę na oczy, ale jak się położę, to i tak nie zasnę. Jeden robi sobie jedzenie (frytki o ósmej wieczorem, czemu nie?) drugi coś innego…
Trudno wymagać od normalnych ludzi, żeby zamierali o ósmej wieczór, nie? Ale dla mnie to nie ósma a dziewiąta! Pół godziny od pory zasypiania: uznawanej przez mój organizm za jedynie słuszną porę. Jak nie zaśniesz o 21:30 (czasu letniego!) to równie dobrze możesz nie spać wcale. Nie. 21:30 czasu zimowego to nie jest właściwa pora. Spóźniłaś się, czas minął, nie ma spania do powiedzmy…pierwszej albo jeszcze lepiej drugiej w nocy.
Noż… …a!
A o 6:30pobudka, bo co poniektórzy się wyspali, michę maja pustą (nawet jak nie mają, ale to z wczoraj, to się nie liczy) i na coś by popolowali…O paluszki spod kołdry, rączka na kołdrze…
– Basil… cholera! – warczę co rano. A to diablę leci do kuchni, do michy, o patrz, patrz, umieram, a ty sobie leżysz.
Tośka tylko sapie, rozwalona na całym łóżku (dlaczego ja wstaję rano jak paralityk?) .
Niech ktoś adoptuje moją rodzinę na najbliższe 7 dni. ocali moją rodzinę.

126. Gräfnäs Slott nad jeziorem Antena

Zobaczyłam na instagramie kolegi klubowego zdjęcie mostku, a potem ruin…
Kolega ma dobry zwyczaj opisywania zdjęć hasztagiem z nazwą miejsca, reszta była już prosta.
Pojechaliśmy wczoraj.
Było wietrznie, chmurnie i słonecznie. Nad jeziorem zimno, dalej- całkiem ciepło.
Wyjechaliśmy około 13, wróciliśmy lekko po 18. Odległość w jedną stronę jakieś 75km.
Miejsce okazało się przepiękne, pełne atrakcji z której największą wcale nie są ruiny (ot, ściana z oknami), a stara stacyjka kolejowa. Z ręczną nastawnią, zwrotnicą i drewnianym peronem. Latem jeździ tam prawdziwy pociąg parowy! Musimy tam wrócić!

Mostek widziany u kolegi.

Jezioro Anten
Park pałacowy

Taka ruina, że mucha nie siada*
Młyn wodny

125. Żółtszy odcień jesieni

Świat się kąpie w złocie, a ja nie mogę się tą orgią barw nacieszyć. Latam więc z aparatem jak Kotek o Małym Rozumku za wędką.
Spieszę się by nazbierać barw na ciemne, szare dni listopada, grudnia aż do kwietnia.
Kto wie co będzie w kwietniu..? Może nas już nie będzie?
Śpieszmy się podziwiać świat.
Nasz raj. I nasze piekło. Innych nie ma.

Rankiem

I po południu

124. Polonaise

W 1983 wyszła płyta Private Collection duetu Jon and Vangelis.
Jon napisał słowa, Vangelis muzykę. Zaśpiewał Jon. Zagrał głównie Vangelis, w jednym tylko utworze wspierany przez Dicka Morriseya
4 utwór na tej płycie to Polonaise.
Utwór inspirowany wprowadzeniem Stanu Wojennego w Polsce.

Jeśli zabierzesz mi wolność
Jeśli zabierzesz mi drogę do domu
nie myśl, że ze mną wygrasz
to mówię ci na pewno.
Bo jest siła w zwykłym człowieku
A my jesteśmy zwykłymi ludźmi
Starzy i młodzi, mądrzy i głupi
Każdy jest świętym poprzez światło miłości.


Jutro nowy poranek
Jutro nowy dzień
W naszych dzieciach jest to poczucie wolności
Naucz je używać jej mądrze
Będę o to prosił


I co zrobiliśmy z tą wolnością?
Wtedy można było być dumnym ze swego kraju.
Opowiadał mi kolega mieszkający w USA, że po Okrągłym Stole Polacy, jak nigdy wcześniej, z dumą mówili o sobie „Jestem Polakiem”.

I żeby nie było: nie jestem z tych co uważają, że urodzenie w jakimś tam miejscu to powód do dumy. Bo dumnym można być, z tego co się samemu osiągnęło.
Ale chodzi mi o to, żeby się też tego swojego miejsca na ziemi nie wstydzić.
Nie byłam nigdy aktywna, bo jakąż aktywność można było mieć w małym miasteczku na Warmii? Ale wielu z nas opierało się systemowi jak mogło: myśląc po swojemu, czytając i słuchając to, co zakazane, nosząc maleńki opornik. Ja też.
Chcieliśmy wolności. I wreszcie ją dostaliśmy.
Jaki wtedy był zapał i entuzjazm w narodzie! To dlatego mogliśmy pracować po 12 godzin dziennie, bo wierzyliśmy, że pracujemy dla nas samych i dla naszych dzieci.

For tomorrow another morning
For tomorrow another day
In our children there’s that sense of freedom
Help them use it wisely
I will pray

Cały świat na nas patrzył. Z uznaniem, z szacunkiem, z poparciem. Śpiewali o nas piosenki!
„Coście skurwysyny uczynili z tą krainą?!”

Piosenki warto posłuchać choćby po to by odkryć mistrzowskie połączenie poloneza Chopina z muzyką współczesną. (Gdy słychać fortepian, zawsze mam dreszcze i łzy w oczach) I dla anielskiego głosu Jona.
Perełka.

123.

A swoją drogą to ciągle się zastanawiam, jaki gruby wałek schowali, skoro wyciągnęli takie działo jak orzeczenie Trybunału w sprawie aborcji.
Bo nie wierzę, że wyciągnęli bez powodu właśnie teraz, w środku pandemii.
Chyba, że na to liczyli: że baby niepodporządkowane kościołowi i opozycja pójdą protestować ramię w ramię i szlag ich wszystkich trafi. To znaczy nie szlag- covid.
…Ciężko uwierzyć, że ktoś może być tak cyniczny, że mógłby to zrobić….

Dawno temu oglądałam taki serial Kameleon. Była tam tajemnicza organizacja, mały chłopiec o niezwykłych zdolnościach porwany od matki przez tę organizację niby w celach naukowych.
Serial był niezły. Zwłaszcza w tej części, która dotyczyła bohatera i jego relacji z organizacją.
Myślałam wtedy: to nie możliwe, nikt by się nie odważył….
Obejrzałam film dokumentalny na Netflixie: Trzech identycznych nieznajomych. Three Identical Strangers.
Obejrzyjcie.

Nie macie wrażenia, że to, co się dzieje w Polsce to żywa adaptacja Folwarku zwierzęcego?

Czytam Doktorów Ericha Segala. Niech mi ktoś powie, że opisy wykładów i ćwiczeń z anatomii zaraz się skończą…i nie wrócą.

122. Kwarantanna

Dziś pogrzeb wujka, chciałam wysłać kwiaty, zadzwoniłam do kuzynki.
A ona mnie pyta:
– Ale co ja mam z tymi kwiatami zrobić?
– No zabrać na cmentarz
– Ale my przecież nie idziemy na pogrzeb, bo mamy kwarantannę
Zatkało mnie.
To kto idzie?
No jej brat, jej syn, ktoś tam…
Oni – czyli ciocia, kuzynka i jej mąż nie mogą.
Czy test nie ułatwiłby sprawy? Zamiast zamykać ludzi w domu i odmawiać im uczestnictwa w pogrzebie? Poza tym: no dobrze, niech nie idą do kościoła, ale na cmentarz? Stanęliby oddzielnie, po jednej stronie grobu, reszta po drugiej.

Kwiaty wyślę kiedy indziej. Kiedy już będą mogli wychodzić, wtedy kuzynka położy je grobie wujka.

121. Silverfallet

Motto: Trójkąt Bermudzki…Wyspy Bahama…Panie, ja w życiu w Szczecinie nie byłem. *

Tak jest.
Człowiek jeździ po świecie, szuka …czort wie czego, każdy zapewne szuka czegoś innego. A nie wie, że w sumie prawie pod domem ma miejsca zapierające dech w piersiach.

Ten Silverfallet miałam gdzieś w głowie ale bez parcia, na zasadzie jak już naprawdę nie będzie co robić. Ale eM stwierdził, że może warto w ramach spaceru z psem zobaczyć to miejsce. Bo pies i tak na smyczy, to co za różnica gdzie.
Na smyczy bo ma nie szaleć. Oraz jest w drugim stadium rui czyli jest nieobliczalna i nadpobudliwa.
Pojechaliśmy.
Mżyło i padało na zmianę. Ale świat był cały w złocie, aż oczy rwało.
Droga wiodąca przez pola, lasy, dość gęsto zasiedlone, z przepięknymi domami.
Zdziwiliśmy się na koniec bo okazało się, że to ledwie kilka minut dłuższej jazdy niż do naszych stałych miejscówek spacerowych. Przypominam, że tu jest Szwecja, więc 100km to TYLKO 10mil czyli blisko. A jak mniej niż 10mil to już w zasadzie prawie pod domem.
Auto zostało na parkingu, a my ruszyliśmy ostro pod górkę.
Zasapałam się.
A zaraz potem była struga i wodospad. Jeden, drugi, kolejny, potem mniejsze przełomy. Przepiękne miejsce! No ale…
Uwielbiam wodę, ale nie umiem jej fotografować. Oczywiście jak stoi, i coś się w niej odbija to łatwo, ale jak płynie, spada skądś, wpada do czegoś…jest to fascynujące, ale w sumie chyba nie do oddania aparatem, na nieruchomym obrazku, bo urok jest właśnie w tym ruchu. Gdybyż jeszcze słońce było! Ale nie było, za to woda nie tylko płynęła ale i spadała z góry. Mnie tam nie szkodziło, ale aparat wiadomo mógł mieć inne zdanie. Dlatego trzymałam go pod płaszczem, wyciągałam na jedno, dwa pstryki i znów chowałam.
Dlatego musicie mi uwierzyć na słowo, że tam jest naprawdę przepięknie!

Godne odnotowanie jest to, że wodospady znajdują się na terenie należącym do jakiegoś Burżuja, ale jednak są dostępne dla turystów. Burżuj zadbał nie tylko o najniżej położony parking, ale i o wypasioną toaletę. Więc tym razem powstrzymałam się od wrednego mruczenia pod nosem piosenki o Burżujach.
…a Burżuj mieszka o tak:

I takie ma widoki w zasięgu ręki:

Mam nadzieję, że docenia, bo ma co…

A potem wracaliśmy zgodnie z nadrzędną zasadą turystyki „nie wraca się drogą, którą się przybyło”. Było pięknie, ale już zmierzchało. Ych…Cholerna zmiana czasu, skróciła dzień. I po co skoro i tak wstaję po ciemku..?
A wracaliśmy takimi drogami:

I nie za dobrze wiedzieliśmy gdzie jesteśmy, ale skoro google mówił, że jedziemy do domu, to spokojnie.

*kto pamięta skąd pochodzi cytat?