Wczoraj zmarł mój wujek. Zapalenie płuc i covid. Napisała moja kuzynka.
Wujek miał 92 lata, wciąż ciekawy świata, sprawny fizycznie i umysłowo…
117. Piątek
Od kilku tygodni chce mi się piwa…wina…Jesień przyszła i nie da się tego wziąć na trzeźwo. Tak sobie tłumaczę tę chęć. Nie, spokojnie, nie popadnę w alkoholizm. Nawet gdybym chciała – mój organizm nie da. Jedno piwo Sommerby na wieczór to absolutna granica.
Wino to już w ogóle w grę nie wchodzi. Bo albo zgaga albo migrena. ALbo (najczęściej) i to i to…
Powiedzmy sobie szczerze: mój brak nałogów to nie wynik wysokiego morale (ojciec porządny, matka porządna a córka nie pije) lecz słabej tolerancji na alkohol czyli zdrowie kiepskie…
Zatem raczę się obficie piwem Sommersby Cloudy Pear. Butelka o pojemności zawrotnej 0,33ml , zawartość alkoholu 4,5%.
No to zdrówko!
Z YT gra mi Elton John. Wczoraj obejrzałam Rocketman. Wiadomo: wersja upiększona, subiektywna zapewne, ale film w sumie piękny. Aczkolwiek mojego ulubionego Spaceru po linie nie przebije (mam słabość do Joakima Phoenixa). Ale warto obejrzeć.
Tak sobie pomyślałam, że czasem to dobrze, że człowiek nie opływa w dostatki, bo mając różne traumy za sobą, nie ma innego wyjścia i musi choćby nie wiem jak nie miał siły, musi się pozbierać i funkcjonować – chodzić do pracy, płacić rachunki, dbać o dzieci choćby w minimalnym zakresie, i na używki-zagłuszacze brak czasu i środków.
Dobra, nie każdy daje radę, ale … większość zaciska zęby…i ewentualnie upije się raz w tygodniu w zaciszu własnej kuchni. Jak na przykład moja mama…
Poza tym na Netflix znalazłam jeszcze najnowszą wersję Annie -musical z Cameron Diaz w roli podłej opiekunki. Bajka, ale ładna z ładnymi piosenkami. Mówiłam, że lubię musicale?
Fajny też był film z postarzałym Chevy Chasem’m „Kto się śmieje ostatni”. Też na Netflix.
Przeczytałam też Długi płatek morza Isabel Allende. Piękna… Czytajcie koniecznie… i nieco straszna. Bo pokazuje do czego mogą niedługo doprowadzić w Polsce rządy PiS… Jeszcze trochę i się ludzie za łby wezmą.
Dziś na fejsie u znajomej jedna pani niemal zwyzywała drugą bo jak może siedzieć za granicą i się mądrzyć nie szanując przy tym ojczyzny…
Wynik Trybunału w sprawie aborcji nie da się skomentować parlamentarnie. Czy dziwne, że wyciągnęli to działo, gdy covid zbiera żniwa, a gospodarkę się właśnie dożyna? Czy ktoś jeszcze wierzy, że to o wiarę w świętość życia chodzi? To pewnie wierzy i w to, że Amerykanie dzielni polecieli na Bliski Wschód wyzwalać tych biednych Arabów…
ych…nie o polityce.
Tosia jedzie na lekach przeciwbólowych. W perspektywie jest decyzja czy poddawać ją terapii IRAP czy nie…IRAP to wydatek około 15 tys koron. 75% z tego być może zwróciłby mi ubezpieczyciel (muszę zapytać czy tak).
Znajomi mówią: jedź do Polski, to będzie taniej…No …raczej nie będzie. Prom, dojazd samochodem, pobyt trzytygodniowy (trzeba by coś wynająć, bo przecież nie mam gdzie się zatrzymać) i już się robią koszty…
Z drugiej strony: Tosia ma prawie 6 lat. U bernów to bardzo zaawansowany wiek. Warto?
Muszę pogadać z Katariną weterynarzem.
Basil jest cudny. To znaczy wtedy kiedy akurat nie mam chęci go zabić bo np. zwalił lampkę/kwiatka/książkę/miskę z wodą… Czyli tak raz na godzinę go kocham, w pozostałej części wrzeszczę „Basil, k…! zostaw to”
Lecę z warkotem i pianą na pysku. A on nieruchomieje, odwraca ten wszawy łeb, strzela złotym spojrzeniem, mówi to swoje „Mrrryt” i całą irytację szlag bierze. No zabiłabym gada, ale jest słodki.
Teraz jest na etapie uciekania z domu. Dziś złapałam go w ostatniej chwili za ogon.
Słupki covidowe znowu nam rosną, coraz więcej ludzi nosi maseczki, ale wciąż są to pojedyncze osoby. Nie słychać o jakichś większych ogniskach zarazy, to tu to tam pojedyncze przypadki, ale jednak słupki systematycznie idą w górę. Co dalej będzie? Zobaczymy. Na razie nie panikujemy aczkolwiek unikamy zbędnego ryzyka.
I tak nam minął tydzień.
A co u was?
116. 30 lat temu
Była niedziela. Świeciło słońce, wiał bardzo silny i przenikliwie zimny wiatr.
O 22:10 przyszła na świat moja córka. Tego dnia zostałam mamą i wszystko się zmieniło.
Już pierwszej nocy moja córka pokazała, że jest prawdziwą wojowniczką i nie zamierza pokornie czekać aż świat zechce zaspokoić jej potrzeby.
Ledwie odpoczęła po trudach przedzierania się na świat głośnym wrzaskiem i energicznym machaniem małych łapek zaakcentowała swoją na tym świecie obecność. Zła jak osa, wydostała się z kaftanika domagając się uwagi, jedzenia i suchej pieluchy. I nie ma, że nie.
Idzie przez świat przekonana, że to ona rządzi a świat…cóż. Mniej lub bardziej dobrowolnie ten fakt akceptuje.
Moja córka od małego ma swoje zdanie i nie uznaje autorytarnych stwierdzeń „bo tak”. Może się pogodzić z niewygodnym faktem, ale tylko wtedy, gdy otrzyma racjonalne argumenty i dowody na to, że inaczej nie można.
Uczy mnie…
Że można iść do celu nawet jak wszystko jest przeciw.
Że kłody pod nogami to wyzwanie, a prosta ścieżka jest dla cieniasów.
Że forsę się zawsze da jakoś zorganizować.
Oraz, że można kochać nawet, gdy człowiek ma ochotę udusić.
Przebojowa i, wbrew temu co mówią inni, odważna. Przy tym wrażliwa na krzywdę i niesprawiedliwość. Ciekawa świata i potrafiąca się wciąż dziwić i zachwycać jak naiwne dziecko.
To nie było łatwe i proste 30 lat. Ale nie oddałabym z nich ani jednego dnia.
Zostań sobą córeczko bo taka, jaka jesteś – jesteś najlepszą wersją samej siebie.
Jestem dumna, że mam taką niezwykłą córkę.
115. Jesiennie: Dwór w Hällekis i Stenbrott
Pojechałam popatrzeć na sekwoję. I orzech. I inne drzewa.
EMa jakoś ta sekwoja nie ruszyła, ale kosztan prawdziwy go pokłuł. Pewnie za karę, że się nie zachwyca drzewami.
I było tak:












114. Dziś rano
Basil usiłował zamordować Tośkę. …
O 4 rano obudził mnie ból głowy. Łyknęłam paracetamol, i poszłam dalej spać. Dwie godziny później głowa pokazała mi środkowy palec. Poszłam zrobić sobie kawę. Po omacku, bo światło bolało. Za oknem noc czarna, w oknie lampka z tą żarówką w starym stylu co to świeci, ale światła daje tyle co świeczka, tyle, że nie mruga.
Włączyłam czajnik, przypomniało mi się, że trzeba dać Tośce onsior, żeby zaczęła działać nim pójdziemy na spacer. Wyłuskałam tabletkę z blistra, wetknęłam śpiącemu na łóżku psu do paszczy, mlasnęła i połknęła. Zgaduję, że onsior ma smak psich cukiereczków bo Tośka łyka je bez problemu. Wracając skręciłam do toalety…
Coś szeleściło, słyszałam przez szparę w drzwiach (bo jak zamknę to się zaczyna lament :Mamo, mamoooo, mamusiu…MAMUSIUUUUUU – Tośka pod drzwiami najpier mruczy a potem zaczyna szczekać). Jak wychodziłam z kuchni z tabletką dla Tośki to Basil interesował się leżącą na wierzchu rolką folii aluminiowej. Uznałam, że to nadal ta folia.
Wyszłam z łazienki i zobaczyłam pieska mojego kochanego leżącego koło drzwi. Pies był żywiutki i cały szczęśliwy, co było miłą odmianą po dniu wczorajszym, więc się ucieszyłam, nachyliłam się, żeby pogłaskać i wtedy pomiędzy łapami dostrzegłam blister…Została w nim jedna tabletka. A było 4…cztery przed podaniem jej tej właściwej czy cztery po? Nie wiem…
Szlag..!
Tabletki leżą w kuchni, zwykle w koszyku na owoce, bo Basil już raz je zwalił z blatu. A leżą w kuchni, żebym pamiętała o zaznaczeniu w kalendarzu, że dałam, bo przy dawaniu co drugi dzień się gubiłam.
Zatem musiał diabeł jeden wyciągnąć z koszyka i zwalić.
A wiadomo: co na podłodze to należy do psa.
CO ROBIĆ? Godzina 7 rano. Sobota. CO ROBIĆ?
Przekopałam pół internetu, żeby znaleźć ulotkę onsioru, ale co robić w razie przedawkowania nigdzie nie znalazłam. Na szczęście przypomniało mi się, że tam gdzie robiliśmy rentgen mają coś w rodzaju ostrego dyżuru. Zadzwoniłam. Nieco zaspana pani posłuchała, poprosiła o chwilę dla sprawdzenia…po czym uspokoiła mnie, że raczej nic nie powinno być, pies ewentualnie może być nieco zmęczony, gdyby jednak zaczęła wymiotować i dostała biegunki to zadzwonić i przyjechać.
…Godzinę później nadal nic nic jej było…
Poszłyśmy na spacer. Zimne powietrze złagodziło dolegliwości…
Nad ranem musiał być mróz, bo trawy białe, zamarznięte szyby aut i szron na niższych liściach drzew. Czyste błękitne niebo, brak wiatru, niskie słońce. Wróciłam do domu, zostawiłam psa, wzięłam aparat, poszłam z powrotem.





A potem przyszłam, zjadłam swoje płatki, wzięłam lek na migrenę i odjechałam.
Tośka nadal ma się bardzo dobrze! Jest pełna wigoru, bo taka dawka leku pewnie wreszcie uśmierzyła ból, więc gania kota.
Schowałam wszystkie prochy i ludzkie i psie, bo kurde z tymi zwierzakami to trzeba jednak uważać.
Po południu byłam u Misi bo dziś świętowaliśmy jej urodziny, które tak naprawdę wypadają we środę.
Moje dziecko kończy 30lat! Oficjalnie jestem już stara. Dziwne. Czuję się młodziej niż wtedy, gdy miałam tyle lat co ona teraz. Potem dojechał Yankie. To rzadka okazja dla mnie widzieć moje dzieci razem …choć ostatnio jakby coraz częściej. Tak jakby zaczynają się zaprzyjaźniać.
Patrzyłam na tych dwoje i jeszcze na Zozo, która chyba znów urosła.
Jakie mam piękne dzieci!
113. Liżemy rany
Jesteśmy wszyscy wykończeni tym dniem choć naprawdę personel starał się oszczędzić i nam i Toli zbędnych stresów.
Tosia do rentgena została znieczulona tzw głupim jasiem. Prześwietlenie objęło górny odcinek kręgosłupa, oraz całe dwie przednie łapy wraz ze stawami barkowymi. Na zdjęciu załapał się tez lędźwiowy odcinek kręgosłupa.
Przed rentgenem było jeszcze badanie przez weterynarza i to badanie pokazało, że problem leży nie w łapce na której utyka, czyli prawej, a w lewej. Dziwne…ale sama widziałam.
Zdjęcie potwierdziło: na lewym łokciu jest coś, co lekarz określił jako mineralizacja ścięgna czyli coś, co powoduje u ludzi coś takiego jak łokieć tenisisty. Na zdjęciach nie widać żadnego zwyrodnienia, choć lekarz w jednym miejscu widział nieco zbyt mocne zacienienie co może sugerować jakiś lekki, początkowy stan zwyrodnieniowy.
Do pokoju badań wpuszczono tylko jedno z nas – pewnie covidowe środki ostrożności. Mieliśmy chwilę dyskusji z eM.
– Idź ty, bo ja jej nie przytrzymam – ja
– Nie, ty, bo ja wszystkiego nie zrozumiem – on.
Poszłam ja.
Przyszedł młody lekarz. Przedstawił się jako Krystian. Poprosił o informacje co się dzieje. Zaczęłam opowiadać, ale stwierdziłam, że lepiej jak mu pokażę. Usiłowałam przejść się po pokoju tak, by widział Tosię z właściwej strony. Odruchowo wyrwało mi się do psa po polsku coś w rodzaju „Chodź tutaj, Tosiunia, tak, dobra dziewczynka” bo Tosia lepiej rozumie polski…Pan doktor weterynarz w tej chwili powiedział:
– To my możemy polsku mówić? A ja tu się po szwedzku wysilam…
Ooooo! (Cholerni Polacy wszędzie ich pełno, nie?)
No i potem cała wizyta już była po polsku co naprawdę było sporym ułatwieniem. Wiadomo: w stresie człowiek trudniej kojarzy, więc przynajmniej odpadła mi walka z tą niewdzięczną materią jakim jest dla mnie język szwedzki.
Teraz tak: lekarz przyznał się, że z tym schorzeniem się dotąd nie zetknął, więc mało wie. Ale przez weekend uzupełni wiedzę i w poniedziałek zadzwoni i powie co dalej. Dośle mi też na maila zdjęcia.
I dobrze, bo … Będę niewdzięczna może, ale będę chciała pokazać je Katarinie. Bo Doktorek jest młody i czy ja wiem czy ma rację? A jak Katarina potwierdzi to będę spokojna. Bo od końca wizyty już zdążyłam wyprodukować w sobie czarnowidztwo i zwątpiłam.
Tosia tymczasem dostała inne lek przeciwbólowy, silniejszy, morfionopodobny. I ma go brać przez 3 tygodnie razem z onsiorem, który bierze teraz. Z tym on ostatni jest przeciwzapalny.
Poza tym doktor był pod wrażeniem jak wiele robimy dla naszego psa.
Maty na podłogach, rampa do samochodu by nie wskakiwała a wchodziła po pochylni, odpowiednie spacery, szelki zamiast obroży… I wiele takich małych rzeczy, które mają się złozyć na to, by Tola miała się jak najlepiej.
Prawda jest taka, że Tola wiekowo podpada już pod kategorię stary pies.
Ale biorąc berna byliśmy świadomi, że jest to szczęście dane na krótko, może dlatego tak się z nią certolimy i tak bardzo skupiamy bo wiemy jak mało mamy tego wspólnego czasu. Ja dodatkowo mam gdzieś z tyłu głowy, że to jest prawdopodobnie mój ostatni pies.
No ale jest w tym też to co najmniej fajne czyli finanse. 5, prawie 6 tys kr tylko świsło i zabłysło. Kartę kredytową wyczyściliśmy niemal do zera…Oczywiście jakąś część zwróci nam ubezpieczenie, ale na za wiele nie liczę. Wg moich obliczeń będzie tego mniej więcej połowa.
Za same tabletki morfinopodobne zapłaciłam dziś prawie 600kr.
Cóż…Moja DROGA Tosia 😀
Po powrocie do domu padliśmy wszyscy troje. Tosia jeszcze nie doszła całkiem do siebie po sedacji, a ja przespałam się godzinę i wstałam z migreną.
eM odreagował po swojemu. I też padł.
112/2020
Zimno, wieje, drzewa łysieją, niebo ma kolor śniegowy…
Słupki covidowe znowu rosną. Tak, w Szwecji też.
A do tego…albo a przede wszystkim Tosia chora.
Utyka na przednią, prawą łapkę już od kilku tygodni. Początkowo tylko gdy poleżała dłużej. Mijało gdy rozchodziła. Albo w te dni, gdy dostwała tabletkę od bólu, a miałam jej dawać co drugi dzień.
Od tygodnia utyka cały czas, wyraźnie na tę łapkę nie staje, tabletka codziennie też nic nie zmienia.
Kilka dni temu poślizgnęła się na pierwszych schodku od góry…i tak została. Nie dawała rady wstać. Yankie ją podniósł, podciągnął, wrócili do domu i Tosia już na dwór nie poszła.
To był ostateczny sygnał, że trzeba iść do weterynarza.
Poszlismy wczoraj.
Nie było Katariny, bo chora.
Przyjęła nas Helen.
Zupełnie inna niż Katarina. Na początek próbowała się zakuplować z Tolą. Tola owszem cukiereczka wzięła, ale żeby od razu się rzucac na szyję… Może na ulicy, ale nie w tym strasznym miejscu, gdzie wszędzie czuć strach, od tej pani też.
Niemniej Tosia się mniej bała Helen. Dała sobie założyć kaganiec bez protestu, choć gdy już trzeba było wejść na stół do badania to nie była taka pokorna.
Helen zbadała Tosię rękami. Odkryła to, co i my widzimy: najniższy staw w łapce, tam gdzie człowiek ma kostkę.
Stwierdziła, zwyrodnienie to jedno, ale tu jest coś nie tak i trzeba zrobić rentgen.
Nie spodobało mi się, bo patrząc mi w oczy powiedziała, że berneńczyki to rasa bardzo cancerogenna. Bardzo. bardzo, bardzo. Nawijała o tym kilka razy, mimo moich zapewnień, że wiem.
No, z opowieści o znajomych mi bernach wiem, że to rasa wrażliwa, stosunkowo krótko żyjąca, ale są przypadki i 10letnich bernów. I nie każdy umiera na raka. A ta mi tak wciskała, jakbym miała już, od razu najlepiej, poddac Tośke eutanazji.
Aż mnie zirytowała i jej powiedziałam, że ja mam z Tośką umowę na 8 lat i nie ma mowy o jej skróceniu. Możemy wydłużyć. Usmiechałam się przy tym, żarcik taki, nie, ale kurde…babo…
I dziwne było to, że badając ją nuciła… Pijana?
Ale umówiła mi wizyte na rentgen co też nie było łatwe, bo nagle wszędzie nie ma miejsc. U nich też. Rentgen mamy dziś o 11:15 w Skara.
W związku z tym musiałam przełożyć planowane na dziś potkanie, Erik zdawał się być trochę niezadowolony.
Oczywiści stresuję się. I samym badaniem i wynikiem.
Poza tym mam jakiś taki dziwny czas, że ciągle mi uciekają pieniądze.
Najpierw jedna aplikacja, którą ściagnęłam, sprawdziłam, że mi nie pasuje, odinstalowałam pobrała opłatę. Potem druga. W tej pierwszej moja wina, bo nie zgłosiłam rezygnacji. Ale w tej drugie – usunęłam konto, więc niby jak miałam zgłosić rezygnację, jak mnie na ich portalu nie ma. Opłate pobrali, a ja pisze na berdyczów kolejne maile i nikt mi nie odpowiada.
Jeden klient się wkopał…troche z głupoty…ale w efekcie liczę się z tym, że będzie masa kłopotów i żadnej kasy z tego, a było tam roboty ogrom, bo klient nawet głupich paragonów domowych od firmowych nie zwykł oddzielać. Szwedzkiego ani-ani, program tylko tyle, żeby fakturę wystawić, płatności odnotować to już nie. Umiałby, ale mu się nie chce.
Ma zaległe podatki na około 200 000. Chce żebym napisała do Urzędu Skarbowego prosbę o odroczenie. A ja wiem, że nawet jak mu odroczą tę sumę na 1-2 miesiące to go to nie uratuje.
I nie, to nie jest tak, że ktoś mu nie zapłacił, że na czymś się przewiózł. Zwyczajnie: wydaje więcej niż zarabia. Ale straszna perspektywa dla nich, bo na tej firmie opiera się życie całej rodziny, bo oboje pracują tylko w tej firmie.
Tak sobie bleblam…czekam aż wschód słońca minie, i temperatura trochę wzrośnie, żeby iść z Tosią na spacer. Nie chcę jej brać jak jest tak zimno, bo wtedy boli ją jeszcze bardziej.
W głowie wciąż rozważam różne scenariusze na przyszłość. Jak zrobić, żeby Tosia nie musiała pokonywac tych koszmarnych schodów kilka razy dziennie.
Co nas do cholery oślepiło, żeśmy to mieszkanie wzięli?! Metraży się zachciało, to mamy… Pójdę do administracji błagac by chorą Tosię potraktowali jak chorego członka rodziny i dali nam prawo zmienić mieszkanie na parterowe przed kolejką. Robią tak dla chorych ludzi… czy pies do nich przemówi?
…dobrze, że to Szwecja, w Polsce urzędnik by mnie śmiechem pewnie zabił…Tu prawie każdy ma jakies zwierzę w domu, w niektórych firmach można swego pupila brać do pracy, nikogo nie dziwi kierowca zawodowy z psem na pokładzie czy pracownik biurowy. Choroba psa jest tak samo dobrym powodem do wzięcia wolnego jak choroba kogoś z ludzkich członków rodziny. Pies/kot ma rozwiązanie – to normalne, że potrzebujesz zostać w domu. Jasne, że są i tacy co nie lubią, nie tolerują bo alergie, albo co, ale powszechna akceptacja dla posiadania kota czy psa jest raczej normą. Wiadomo: człowiek mający zwierzę w domu jest spokojniejszy, zdrowszy na ciele i duszy, ma też więcej empatii. Więcej korzyści dla społeczeństwa.
…No dobra. Chyba już mozna się zbierać.
Trzymajcie kciuki. Niech to będzie „tylko” zwyrodnienie… Bolesne, ale nie śmiertelne.
111.
O tej porze roku zawsze przypomina mi się wiersz Puszkina „Jesień”
Kazali nam kiedyś w podstawówce nauczyć się na go na pamięć. Ja z jakiegoś powodu o tym nie wiedziałam, a Szczur się nie patyczkował i nie było, że chora byłam czy coś…
Nauczyłam się go więc w czasie przerwy czyli mniej więcej w ciągu jakichś 5-10 minut. Nie rozumiejąc połowy słów, po prostu ucząc się jak melodii…
Oceny nie pamiętam, ale wiem, że Szczur dość zjadliwie przepytywał mnie z tego akurat wiersza. Najpierw z recytacji, potem z kolejnych słówek. Nie wiedziałam co znaczy k yugu, co wrednie wykpił…
Ta anegdotka mówi o tym, że piękna nie zamorduje nawet wredny nauczyciel.
Daruję Wam cyrlicę, ale przeczytajcie choć tak:
Uzh nebo osen’yu dyshalo,
Uzh rezhe solnyshko blistalo,
Koroche stanovilsya den’,
Lesov tainstvennaya sen’
S pechal’nym shumom obnazhalas’,
Lozhilsya na polya tuman,
Gusey kriklivyy karavan
Tyanulsya k yugu: priblizhalas’
Dovol’no skuchnaya pora;
Stoyal noyabr’ uzh u dvora.
Znacie może ten po polsku?
Wiem, że Julian Tuwim przepięknie przekładał Puszkina, więc pewnie i ten wiersz.
…Poza tym znalazłam wreszcie autora książki, którą zaczytywałam się jako dziecko w czasie wakacji u ciotki. Książka była o początkach ruchu rewolucyjnego w Gruzji, osnuta na tle historii miłości dwojga młodych ludzi. Ona nazywała się Nina, on nie pamiętam. On zginął walcząc o lepsze życie. Ona do końca mieszkała z jego rodzicami. Jego ojciec nazywał się Tarieł Gołua. I taki jest też tytuł książki napisanej w 1916 roku przez Leo Kiaczeli.
Ciekawe czy dziś by się ta literatura obroniła? Czy był to może zwykły polityczny produkcyjniak? …kto wie…
Ych…kończąc szkołę średnią potrafiłam czytać dość płynnie cyrylicę, zwłaszcza tę drukowaną.
A wracając do Jesieni.
Poszliśmy wczoraj na grzyby. Tosia z nami.
Było wilgotno, w lasie nie wiało. Pachniało…jesienią. Cisza w lesie i bezruch. Tylko od czasu do czasu bezszelestnie osypywały się liście z brzóz.
Grzybów do jedzenia nie było.
Zrobiłam trochę zdjęć.
Tym razem zdjęcia w galerii czyli aby zobaczyć większe, trzeba kliknąć w pierwsze zdjęcie a potem przesuwać strzałkami.
A co wy robicie w jesienne weekendy?
110. Pitu-pitu
Kilka dni temu jedna znajoma narzekała, że się starzeje…
Napisałam jej:
Starzenie się przywitałam…z ulgą. Nareszcie „nie muszę”. Nie muszę wyglądać, nie muszę się malować, farbować, nosić butów na wysokim obcasie i obcisłych ciuchów. Mogę się strzyc tak, jak lubię, nawet jeśli inni mówią, że mi w tym nie do twarzy. Mogę nosić trampki latem, i buty trekkingowe zimą. Mogę nosić miękkie spodnie z dzianiny a la dres, nawet bielizny fikusnej nie muszę – żadne fiszbiny już mi nie łamią żeber i nie dziurawią mostka, nic nie ściska klatki tak, że nie można oddychać.
I w dodatku zawsze mogę powiedzieć, gdy namawiają mnie na coś, na co absolutnie nie mam ochoty: dajcie mi spokój za stara jestem.
Starość jest FAJNA!!!
A lustro patrzę bez okularów.
Napisałam to spontanicznie, bez zastanowienia, wrzuciłam i się zadumałam.
Ojej…Czy ja rzeczywiście tak bardzo czułam się przymuszana do tego by WYGLĄDAĆ JAK CZŁOWIEK? Po krótkim namyśle przyznałam, że tak, bo wszystko we mnie aż podskakiwało z niecierpliwości, by to przyznać.
No dobra, ale kto mnie zmuszał?
SPOŁECZEŃSTWO – odpowiedziało mi moje jestestwo. Ale to jednak było mi trochę za mało, gdyż jak wiadomo, że wszyscy to znaczy nikt. Zatem: kto? Personalnie?
I wyszło.
Najpierw matka.
Jako młode dziewczę uważałam się za szkaradztwo, aż po latach spojrzałam na zdjęcia. Na przykład na to.

Dodam jeszcze, że pryszcze się mnie nie imały, figurę miałam, że o matkoboska! 42kg! Wymiary 90-60-90? Nie! 90-56-80 (biodra). Oraz 165cm wzrostu co dla dziewczyn mego pokolenia było wzrostem jak najbardziej normalnym. Nie krasnoludek, ale i nie żyrafa.
Tak więc wyglądając tak jak wyglądałam, uważałam siebie za brzydactwo, na które patrzeć bez obrzydzenia się nie da. W związku z tym,myślałam, nie warto się stroić, by nikomu do głowy nie przyszło, że może mam pretensje do bycia przynajmniej miłą dla oka. Zamiast szpilek nosiłam kamasze, zamiast wydekoltowanych bluzek- obszerne swetry, na głowie zawsze miałam kołtun, bo moje proste, sztywne i bardzo gęste włosy nijak nie chciały dać się ułożyć w „mokrą włoszkę”.
No i się nie malowałam. Kredki i tusze sprawiały, że moje oczy natychmiast zaczynały łzawić. Szminki wysuszały wargi tak, że skóra mi po jednym użyciu złaziła kilka dni, pudry -fluidy powodowały pieczenie, a kamienne szczypały i ściągały twarz.
Ale możliwe, że po prostu nigdy tego nie lubiłam. Nigdy nie czułam się kobietą, a nazywanie mnie w ten sposób do dziś dnia wzbudza głęboki sprzeciw mojego mózgu.
Moja matka natomiast była kobietą w 100%. A nawet więcej. Spała na wałkach całe swoje życie. Zawsze w szpilkach, a stópkę miała w rozmiarze coś w rodzaju współczesnego 32-34, więc kupno szpilek w takim rozmiarze graniczyło z cudem. Ale miała ich niezliczoną ilość. Do tego całą szafę kiecek, spódniczek, bluzeczek… No, tyle, że się nie malowała na co dzień. Ojciec nie lubił i zawsze ją wycierał chusteczką.
I oto ja, córka swej matki…Całe moje życie słyszałam, że chodzę w łapciach i workach, nie ubieram się jak człowiek, nie czeszę jak człowiek, i nie zachowuję jak człowiek.
Byłam szorstka, rżałam jak koń, chodziłam jak Chaplin, a jak się odezwałam to jak łysy warkoczem o beton.
Ojciec jak wiadomo przez pierwsze 9 lat chciał ze mnie zrobić chłopaka. Jak odkrył, że się nie da bo jestem tchórzliwe chuchro, które nijak nie umie nauczyć się bić po męsku, tylko drapie, kopie i gryzie, nie łazi po drzewach bo się boi, a zamiast procy i roweru woli książkę – wtedy się poddał. Nie mógł się jednak z tym pogodzić i krytykował mnie na każdym kroku. Patrz wyżej.
Uwierzycie, że nikt nigdy mi nie powiedział, że jestem ładna?! NIKT NIGDY! Ani rodzice, ani ciotki, wujkowie, kuzynostwo. Za to każdy umiał znaleźć we mnie wady. I te w wyglądzie – chuda, w worku, rozczochrana, w butach typu łapeć. Jak i te w zachowaniu: szorstka, rżałam jak koń, chodziłam jak Chaplin, a jak się odezwałam to jak łysy warkoczem o beton.
Kolejeną cegiełkę dołożyły koleżanki.
Ale jak to się nie malujesz, jak ty wyglądasz bez makijażu? Dlaczego nie farbujesz włosów? Dlaczego ciagle chodzisz w spodniach? Dlaczego ty ciągle w tych spódnicach jak stara baba?
Tylko moja kultowa Szefica miała w nosie jak wyglądam bylebym miała na grzbicie czyste i całe. Ona pierwsza dostrzegła INTELEKT. No, ale ona też całe życie słuchchała, że źle się ubiera, źle chodzi, źle mówi itd…
Jak wyjechałam do Szwecji po jakimś czasie odkryłam, że tu niemal wszystkie kobiety sa takie jak ja.
Noszą spodnie, buty trekkingowe zimą, sportowe snadały latem, nie farbują siwych włosów, zamiast torebek noszą plecaki. Wygoda, funkcjonalność.
A ponieważ w zasadzie nigdzie nie bywałam bo najpierw nie chodziłam do pracy, a jak zaczęłam, to miałam służbowy t-shirt i służbowe spodnie,więc stopniowo z mojej szafy zaczęły znikać elegantsze ubrania. Bluzki koszulowe, buty-czółenka, spodnie na kant, sukienki i spódnice.
Rosłam w szerz, musiałam wymieniac garderobę co sezon, a kasy nie miałam. Męskie t-sirty w HM kosztowały śmieszne pieniądze. A spodnie z dzianiny zawsze zmieściły kolejne kilogramy.
Kto inny pewnie by się załamał. Ja -wzruszałam ramionami. Ale jeszcze usiłowałam trzymać się tego co kobiety mego zycia określały mianem „zadbanej kobiety”. Farbowałam siwiznę. Najpierw na ciemne brązy, potem na jaśniejsze, aż po pasemka blond. Aż kilka lat temu stwierdziłam, że nawet tego już mi się nie chce.
Jestem stara, nikogo uwodzić nie zamierzam, szczęście w małżeństwie i tzw pożycie dostarczyło mi tyle atrakcji, że na myśl o kolejnej relacji damsko – męskiej w moim życiu dostaję gęsiej skórki i szczękościsku.
To po co mam się wbijać w jakieś zbroje, buty które mnie się kojarza z dybami? Po co mi mazać po pysku jakimś tłustym syfem, od którego oczy łzawią i psyk piecze?
Dla siebie, powie mi ktoś? Ależ dla siebie właśnie tego nie robię.
Nareszcie, mając te 55lat, nie muszę.
109.Życie na naszej planecie
„Jeśli zatroszczymy się o naturę, ona zatroszczy się o nas”.
David Attenborough.
Oglądajcie. I namawiajcie znajomych.












