Ostatnio odkryłam, że na nocne ataki paniki, na myślotok, na bezsenność z tysiąca powodów…najlepiej robi praca.
Wstać, iść do biura popracować. Poukładać dokumenty, poksięgować czyli wklepać w program. Można też poczytać przepisy po szwedzku albo odbyć tzw „webseminarie” na stronie skatteverket (czyli urzędu skarbowego) i dowiedzieć się co nowego w trawie podatkach piszczy.
Nie, na zaśnięcie nie pomaga, ale pomaga na wyrzuty sumienia, gdy w środku dnia ucinam sobie drzemkę.
eM od tygodnia w domu.
Przeziębił się. Najpierw się stawiał, że on będzie do pracy chodził, czym oczywiście mnie wystrzelił w powietrze, bo gdyby ktoś inny przeziębiony do roboty przyszedł to awantura byłaby na trzy fajerki. A jeszcze nie testowany..!…Ale przecież są zasady dla wszystkich i dla mnie, nie? Co się będę testował, jak nie mam objawów? No i to podobno kosztuje…
Wytknęłam mu. Oraz pogoniłam na test, choć ani jednego objawu covid nie miał. Zadzwoniłam jednak do przychodni i pani zdecydowała, że lepiej niech się przetestuje. Wczoraj dostał wynik negatywny. No i oczywiście test jest całkowicie darmowy.
Wczoraj na covid zmarł Piotr Machalica i strasznie mnie to zasmuciło. Bardzo lubiłam tego aktora, jego ciepły głos i nieliczne role filmowe.
Taki w ogóle parszywy był wczorajszy początek tygodnia.
Znajoma poinformowała, że nie ma szans na leczenie i w zasadzie jest w stanie terminalnym.
Nie jest to ktoś bardzo bliski, ale znajomy od lat. Nie wiedziałam co powiedzieć, więc nie powiedziałam nic. Czasem chyba lepiej milczeć.
Nasz kolega a przy okazji mój klient też walczy z rakiem. Mieszka tutaj sam, żona i dzieci są w Polsce. Przed covidem jeździł do domu co chwila, na każde święta, na lato i bez okazji. W sierpniu dostał diagnozę…
Po mniej więcej 5-6 tygodniach od pierwszej wizyty u lekarza miał zrobione wszystkie konieczne badania i wdrożenie leczenia. Pierwsza chemia była straszna.
Myślałam sobie wtedy, że dobrze być dobrym, porządnym człowiekiem.
Kiedy pytałam czy potrzebuje pomocy, proponowałam, że coś ugotuję, że pomożemy z transportem do szpitala czy opieką nad kotem, czy cokolwiek innym – słyszałam, że wczoraj ktoś przywiózł zupę, do szpitala zawiózł ktoś inny, do kota przychodzi ktoś jeszcze…itd…
Kolega był otoczony życzliwymi ludźmi…tylko nikt z rodziny do niego nie przyjechał. Ani żona, ani żadne dziecko… Przykre to było patrzeć i słuchać jak tłumaczy, że praca, ze covid, że tysiące powodów dla których w najtrudniejszych chwilach jest sam.
Raz mi się do męża wyrwało:
– No ja rozumiem…ale ja bym jednak przyjechała.
Oczywiście, że nie wiemy jak naprawdę wygląda sytuacja. Kolega – przyjazny dla wszystkich, otwarty, gadatliwy – w domu mógł być kawałem drania, bo przecież znamy takie sytuacje. Staram się więc nie oceniać. Ale szkoda mi go, bo go lubię. Jest uczciwy w swej pracy, rzetelny. W dodatku apolityczny i nie rzuca tekstami o „ciapatych”. Trudno uwierzyć, że mógłby być draniem.
Wczoraj się przyznał do mojego męża, że jednak go zabolało to, że nikt nie przyjechał.
Zatem pieski był wczoraj poniedziałek. Ale może limit przykrych wieści się wyczerpał?
Ugotowałam kapustę i grzyby na farsz do pierogów. Tym samym zaczynam przygotowania do świąt.
139.
Przyszła paczka od Świętego Mikołaja od Kasi z Klippan.
Kotek się ucieszył:
– O kartonik! Będę w nim mieszkał! Zawsze chciałem mieć taki kartonik!
I zamieszkał.
Przyszła Tosia.
– O kartonik! Co tam masz? Daj i mnie, daj!
Kotek prychnął, a potem poklepał Tosię po paszczy.
– Mój kartonik, mój!
Tosia się obraziła.
– To wcale nie chcę. Chciwusy
I poszła. Wzdychając. Przypilnować co się w kuchni dzieje.
– Eeee…nudno w kartoniku. Też pójdę do kuchni – stwierdził kotek.
I poszedł.
Wtedy Tosia wróciła do sypialni. Do kartonika. Dyskretnie wzięła sobie z niego jeden kawałek papieru. Wzięła…nie wzięła…Tylko ten papier sam się jej do paszcza przykleił. No sam. Tosia przechodziła, a ten papier po prostu się przykleił…Tak samo jak na przykład kapcie Yankiego.
Kot usłyszał. Przyleciał galopując jak stado koni.
– MÓJ KARTONIK! MÓJ! Nie rusz! Ja tu mieszkam.
I zamieszkał w kartoniku na powrót.
I tak cały wieczór.
138. Światła
Lucia prosiła o zdjęcia świateł. Zrobiłam co mogłam, choć efekty nie powalają. Nie lubię fotografować na statywie, wiecznie z nim walczę, potykam się o jego nogi, wkurza mnie i nie mam cierpliwości do równego ustawiania, do regulacji wysokości. Jak już naprawdę muszę to wolę używać monopoda czyli statywu jednonożnego. No, ale w ciemnościach to niestety nie zawsze się sprawdza, nawet jak człowiek ma obiektyw o przesłonie do 1,8…
Ale coś tam porobiłam, więc zapraszam na spacerek w świetle i mroku.















137.
Gulsum wczoraj była. Na koniec przyznała się, że od kilku miesięcy starają się o kolejne dziecko.
Nadal mam w sobie niechęć do dzieci i jest dla mnie mocno niezrozumiałym fakt, że ktoś mając dwoje decyduje się na kolejne.
A już w ogóle nie umiem zrozumieć osób poddających się upokarzającym i dokuczliwym zabiegom w celu spłodzenia potomstwa. Zastrzyki z hormonów, seks w wyznaczonych porach, masturbacja do kubeczka, in vitro… No, nie. Nie moja bajka. Nie rozumiem tego. Po co przechodzić takie procedury zwłaszcza, gdy na świecie są miliony dzieci przez nikogo nie chciane. Dlaczego nie adopcja? Oczywiście rozumiem, że procedury nie są łatwe za to długotrwałe i upierdliwe…W Szwecji dodatkowo bardzo kosztowne podczas, gdy kilka prób in vitro (chyba trzy) jest darmowe bo traktowane jak leczenie schorzenia.
No ale nie bardzo rozumiem potrzeby posiadania potomstwa, a już konieczności by była to „krew z krwi” to już w ogóle nie.
Ale to ja…
(Czy kochałabym Zuzię równie mocno, gdyby nie była rodzoną córką mojej córki? Chcę wierzyć, że tak, bo lubimy myśleć o sobie dobrze, ale …tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono).
Zatem nauczyłam się wreszcie, że jak ktoś się chwali kolejnym dzieckiem lub staraniem o nie, to należy schować swoje prywatne opinie i wyrazić entuzjazm. Więc wyrażam.
Ale przy całej mojej dziwaczności i taktem w stylu „jak łysy warkoczem o beton” nigdy nie przyszłoby mi do głowy by komukolwiek na wieść o spodziwanym kolejnym potomku powiedzieć:
– Znowu?! Wy w ogóle czasem śpicie?
A tak odezwała się do Gulsum jej siostra na wieść o drugim siostrzeńcu w drodze.
Tylko, że siostra Gulsum mieszka w Bułgarii, a tam dwoje dzieci to lekkomyślność, a troje to już patologia. Podczas w gdy w Szwecji jedynaków jest na lekarstwo, a normą jest troje. Albo i czworo. A aborcja jest na życzenie. Ale raczej nie jest traktowana jako rodzaj antykoncepcji. Młode kobiety mają dostęp do ginekologa i położnej we własnym centrum młodzieży, tam też otrzymują darmowe prezerwatywy lub recepty na tabletki. I nie wiem czy do pewnego wieku te tabletki nie są za darmo bądź za symboliczną opłatą.
Ot, takie różnice kulturowo-prokreacyjne.
136.
Byłam z Tosią u weterynarza.
Nasza Katarina jest chora i pracuje już tylko częściowo, ale poprosiłam o czas do niej, bo ona jest konkretna i zdroworozsądkowa. Myśli nie tylko o zwierzęciu, ale i portfelu opiekuna. A ja chciałam ją zapytać co sądzi i o diagnozie, i o zalecanej terapii oraz co robić. Bo Tosia ma się lepiej, od jakiegoś czasu, ale nie mam złudzeń, że to chwilowa poprawa.
Problem zniknął w jednym miejscu, ale za chwilę wylezie w innym.
Tosia nam w ciągu roku przybrała na wadze i teraz waży 43kg. To prawie 10% więcej. To dużo.
Katarina jak to Katarina. Zdawała się nie słuchać, oglądała Tośkę z daleka, zerkała do dziennika.
Tośka była spokojna, zdecydowanie lepiej się czuła tylko moim towarzystwie. Ja się starałam nie stresować, tym bardziej, że wiedziałam, że badanie nie będzie szczególnie inwazyjne.
Kiedy w opowieści doszłam do tego, że przysposobiliśmy mieszkanie by Tośka się nie ślizgała, Katarina mi przerwała.
– Co zrobiliście?!
– Położyliśmy wszędzie maty i dywany. Żeby się nie ślizgała….a, i kupiliśmy taki podest do samochodu żeby nie skakała…
Patrzyła na mnie przez chwilę, aż zwątpiłam czy rozumie co mówię. Wreszcie powiedziała:
– Ja tutaj nie mogę mieć takich mat…- machnęła ręką.
Zaczęłam się śmiać.
– Nie, no pewnie, że nie możesz. Ale w domu to co innego…
– Jesteście bardzo ambitni –
– Co?!
– Jesteście bardzo ambitni, że tyle robicie dla Tosi.
– Nieee… przecież to członek rodziny, jest chora potrzebuje specjalnego traktowania… Jak każdy.
Pokręciła głową.
– Mało kto tyle robi dla swoich zwierząt.
Połechtała moje ego… Przypomnę to Tośce jak mi znowu zacznie jakieś cyrki odwalać.
W każdym razie Katarina stwierdziła, że IRAP to „bullshit” nie ma potwierdzeń o skuteczności, a koszty zwalają z nóg. A ubezpieczyciele wiedzą, że jest to metoda mało skuteczna i słabo znana, więc nie refundują. Lepiej zadbać o to co jest. Odchudzić psa!
Co drugi dzień godzinny spacer, najlepiej w lesie, nie na smyczy. Najlepiej w środku dnia, gdy jest jasno i w miarę ciepło. Oczywiście w dni bardzo wietrzne, deszczowe niekoniecznie. Oraz karma na stawy ale dietetyczna.
(Chyba odejdziemy od suszonej wołowiny w ilości hurtowej oraz zamiennie będziemy dawać kurczaka suszonego, też nie koniecznie w ilościach hurtowych). Mamy doprowadzić Tosię do 39kilo.
Tosia tymczasem urządza w domu cyrki.
Bo ona na spacer to tylko z mamusią. Tylko z mamusią. I nie, to że mamusia podeszła do drzwi już nie wystarczy, to że się ubrała i zeszła na dół…Wystarczyło na pięć kroków. Potem pies się zorientował, że smycz trzyma nie ta ręka, a mamusia zniknęła. I się położyła udając kamień. A jak Tosia się położy to „nie ma ch.ja we wsi” (że zacytuję klasyka).
Tym sposobem spaceruję ostatnio nie tylko rano, ale i popołudniami.
No i co zrobisz uparciuchowi, jak nic nie zrobisz.
…A nocy obudził mnie ból głowy pierwszy od tygodnia i atak paniki.
Nie jakiś tam spektakularny z objawami zawału, ale natrętne, straszne obrazy leciały jak tylko zamykałam oczy… Wsparłam się chemią.
W południe pojechałam z moim synkiem do Goteborga.
Ja do dentysty wyjąć szwy. On do swojej szefowej.
Bałam się jechać z dzieckiem. Ma prawko od roku, wg mnie czasem go trochę ponosi ułańska fantazja, ale generalnie jeździ całkiem dobrze. No ale tu zima, temperatury niskie…oraz duże miasto…
Pojechaliśmy, załatwiliśmy, ruszyliśmy do domu. I przez większą część drogi jechaliśmy sobie spokojnie, ja się pozbyłam obaw, bo dziecko ewidentnie wiedziało co robi oraz, niesłychane! wykazywało większą przytomność umysłu niż jego ojciec.
No ale za stacją z łosiem skończyło się rumakowanie. Bo ledwie minęliśmy rondo zaczęło walić w nas śniegiem. Najpierw lekko, ale z każdym kilometrem coraz więcej. Będąc mniej więcej 30km od domu widzieliśmy przed sobą tylko białą ścianę. Młody zwolnił do 50-60km, i szukał wzrokiem tylko linii na drodze, ja usiłowałam patrzeć na pobocza, żeby zobaczyć ewentualne zwierzęta.
A za nami jechał jakiś TIR i co chwila włączał długie, dając nam do zrozumienia, że go blokujemy. Oślepiał nas przy tym.
I naprawdę nie rozumiem, co się z ludźmi porobiło, że teraz takie zachowania na drodze stają się coraz bardziej popularne. Nawet w Szwecji.
Nie mogłam dojrzeć tablic rejestracyjnych dziada bo bym go zgłosiła na policję.
Im bliżej miasta byliśmy, tym śnieg walił mocniej, pobocza były coraz mocniej zasypane, linie prawie niewidoczne, ale na szczęście wyczuwalne, ale Yankie jechał lekko zygzakiem, bo co chwila mu te linie ginęły. Za nami co chwila tworzył się ogonek, ale tu droga była szersza więc młody kilka razy zjechał na bok. Wszystkie osobówki się wlokły, choć może nie tak jak my. Tylko ciężarowe mknęły jak głupie, waląc osobówkom błotem spod kół po szybach.
Dojechaliśmy. Ale dla Yankiego był to hardcore. Pierwszy raz jechał w takich warunkach i do tego w nocy.
Za oknem mamy więc śnieg, ale nie tyle ile by się wydawało. Zaraz pewnie zniknie, bo jest +2.
Barbórka po wodzie.
Znaczy Boże Narodzenie ma być po lodzie.
Nasz balkon z drzewkiem, światełkami na barierce i misiem polarnym wygląda jak u Griswoldów. …ale wczoraj w Media Markt widziałam świetlne bałwany wielkości człowieka…
135. No i grudzień.
Adwent i grudzień przyniosły nam zimę. No dobra…nie przesadzajmy. Temperatura spadła do 1-2 stopni, w porywach do zera. Z nieba pada woda w mniej lub bardziej zbitej postaci, bo trudno to nazwać śniegiem czy deszczem. Takie coś pośredniego. Już nie deszcz, jeszcze nie śnieg.
Spotkana wczoraj w Jysku zozowa „bonusmama” mówiła, że u nich spadło jakieś 5 mm śniegu i dzieci ulepiły bałwana. Co prawda lepiły go z godzinę, a bałwanek miał ze 30cm, ale zawsze coś. U mnie nawet tyle nie było. Wener jak zawsze zimą ogrzewa nam miasto.
Do Jyska zawędrowaliśmy wczoraj w poszukiwaniu drzewka na balkon.
Gdyż w tym roku postanowiliśmy postawić choinkę na balkonie. Bo w największym pokoju, który robi za gawrę mojego męża, na całej podłodze leży teraz wykładzina, żeby się Tosia nie ślizgała. Szpilki świerkowe z tego wyciągać by trzeba pincetą chyba, pojedynczo. No i jeszcze kwestia jak tę choinkę umocować, żeby Basil jej nie wywalił…
Zrobiliśmy się wygodni…To znaczy eM się zrobił. Nie chce mu się. Mnie nie zależy, od lat mówię, że mi choinka nie jest do szczęścia niezbędna.
Namówiłam go na choinkę na balkonie – jak to Szwedzi często mają w zwyczaju. A gdy eM już się zgodził, zobaczyłam te drzewka ze światełkami i stwierdziłam, że w sumie, zamiast choinki to można takie drzewko…No i kupiliśmy. eM dziś zamontuje.
W domu mam już prawie wszystkie okna ustrojone w światełka i świąteczne zasłonki. Zostało okno kuchenno-balkonowe. Ale muszę uszyć zasłonkę, bo stare już mi się tak opatrzyły, że muszę mieć coś innego.
Kilka lat temu kupiłam zasłonki, które okazały się być niewypałem: za grube, za ciemne mimo białego tła, za krótkie. Ale mają ładny wzór, z jednej zrobiłam taką krótką zasłonkę tylko nad samym oknem i jest bomba. Potnę resztę, bo drugie okno ma ponad 2metry, ale będzie ładnie.
ALe muszę mieć chwilę czasu.
A tu tak:
dziś o 9 przychodzi klient, mam nadzieję, że zostawi papiery i sobie pójdzie.
o 14 idę z mężem na badania bo on się boi, że nie zrozumie co lekarz do niego zza maski i przyłbicy mówi
W międzyczasie czekam na Sarę aż mi zrobi zamknięcie roku w spółce, potem muszę to wysłać klientowi, dopilnować podpisania i wysłania do stosownych instytucji.
Prócz tego normalna robota: tu mail, tam telefon, tu księgowanie, tam korekty VATu.
Jutro mam wizytę z Tosią u Doktor Katariny. Oraz spotkanie z Erikiem…
Więc będę pomiędzy tymi spotkaniami nakręcona i zakręcona, nie będę mogła się skupić na pracy…
We czwartek umawiałam się z Gulsum, ale muszę odwołać i ciągle zapominam, bo jadę do Goteborga z synem. Jadę usunąć szwy z dziąsła.
Już to jest sporą atrakacją. Plus jazda z moim synem. No kurdę…z lekka boję się z nim jechać. Młody ma prawko od roku, jeździ, ale wg nieco zbyt brawurowo, a warunki są jakie są. Cytrynka-Limonka też nie jest autkiem, które dałoby mi poczucie komfortu, małe, francuskie…wiadomo.
No to zasypiam koło północy, a budzę się przed piątą.
Jakbym miała fazę maniii.
Poza tym słuchajcie. Dziwna rzecz.
Jednego dnia zapomniałam wziąć tabletki od alergii. Drugiego też zapomniałam. Przypomniałam sobie wczoraj wieczorem, czyli dnia trzeciego. I ze zdziwieniem odkryłam, że przestały mi gluty płynąć po gardle. Hm… może mogę je odstawić te prochy? Może przynajmniej na zimę?
Brałam jak rok okrągły, bo mam uczulenie na kurz (zwłaszcza ten z papieru), na jakieś nieokreślone pyłki ( jabłoń i szczaw i czort wie co jeszcze), na sierść, bo pysk mnie zawsze piecze jak się do Tośki poprzytulam, oraz: na zimno. Na zimnym powietrzu skóra mnie szczypie a czasem wyskakuje pokrzywka.
A teraz nagle okazuje się, że trzy dni przeżyłam i nic.
No to zobaczymy czy da się dalej.
…teraz bym poszła spać, a tu trzeba się powoli do dnia szykować, ych.
134.
Wczoraj pożegnałam się z moim ostatnim zębem mądrości.
Dziwny był…wyrósł i od razu miał dziurę. Ale leczony i łatany jakoś przetrwał. Potem się kluczowym elementem mego uzębienia, bo na nim opierała się proteza.
Dwa lata temu umawiałam się z doktorem, że za rok zrobimy na tym zębie koronę, bo kruszy się bardzo. A w grudniu czy styczniu wypadła mi z niego plomba.
Myślałam: dobra, pojadę wiosną-latem do Polski zrobię porządek.
Ale jak wiadomo przyszła pandemia i szlag trafił plany.
Chodziłam z dziurą rok, na szczęście ząb po zatruciu, więc mniejsze ryzyko, że zacznie boleć, ale zawsze…
Po doświadczeniach ze szwedzkimi stomatologami szukałam kogoś z polecenia. Kogoś rzetelnego i uczciwego, nienachalnego, kogoś, kto nie doi kasy na bezczelnego (tu cię boli? wcieraj sobie pastę do zębów marki X, to przestanie, bardzo proszę 1500kr się należy).
Polecili nam Polkę. Ale w Goteborgu. No, ale skoro i tak raz w miesiącu tam jesteśmy…
EM, który poszedł pierwszy wpadł w zachwyt. Bo kontaktowa, bezbolesna i nie dójka. Swoje bierze, bo wiadomo dentyści się cenią. Umówiłam się więc i ja…Na wizycie, po jednym rzucie oka pani potwierdziła moje obawy: do wyrwania.
No i wczoraj wyrwała…
Godzinę!!! Godzinę dłubała mi zębie usiłując go wyciągnąć. Ładowała mi zastrzyk za zastrzykiem, bo czułam dziada cały czas – dawno temu, przy ostatnim łataniu, też się nie dawał znieczulić. Dzieliła, wyciągała po kawałku. Na koniec zeszyła dziurę. Cały pysk mam obolały, bo przedtem zafundowałam sobie odkamienianie. Nie całkiem dobrowolnie, dentystka mi kazała, a ja jestem przeciwna usuwaniu kamienia, bo wydaje mi się, że to tylko kolejny zabieg ułatwiający życie dentystom, a przecież dawniej ludzie kamienia nie usuwali i zęby mieli zdrowsze. Jak mi wpierają o tym kamieniu, to przychodzą mi do głowy historie z prewencyjnym usuwaniem migdałków, bo kłopotliwe, które swego czasu były na porządku dziennym. Po czym okazało się, że więcej z tego szkody niż pożytku.
Padłam o ósmej. Spałam do 6:30. W zasadzie niemal bez przerwy, nad ranem pić mi się chciało tylko…
Dziś już nie czuję się tak mocno „w dziąsło szarpana”. Ale o normalnym jedzeniu chyba muszę zapomnieć.
Brrr…
Strasznie mnie namawiają na implanty. No ale skąd wziąć na to kasę? No skąd? Sprzedać nerkę?
133. Rozrywkowo
czyli nie samymi obowiązkami człowiek żyje (bo wyjazd z psem do lasu, gdziekolwiek by się ten las nie znajdował, to obowiązek, nie?).
Od jakiegoś czasu nic nie wzbudzało mojej ciekawości na Netflix. To znaczy wzbudzało, ale co z tego jak napisy po szwedzku. Tak, wiem, miałam się wprawiać, ale…
I naraz odkryłam, że są kolejne sezony The Crown. Byłam pewna, że skończyłam na pierwszym sezonie, ale potem okazało się, że na drugim. Ale dlaczego Netflix nie pokazał mi, że jest trzeci to zagadka.Chyba, że 3 i 4 wgrali razem…
W kazdym razie obejrzałam drugi sezon ponownie i takim samym zaangażowaniem.
Nie polubiłam tam Filipa, oj nie. Najbardziej przeszkadzało mi, że wciąż się tam zachwycają jaki to on przystojny, a dla mnie był zwyczajnie parszywy. Te oczy wepchnięte w głąb, wąskie usta, ostry nos. Buty i ustawienei stóp jak u Chaplina. I to wieczne spojrzenie spod byka. Zdecydowanie mało go polubiłam. Dopiero w ostatnich odcinkach sezonu drugiego zobaczyłam w nim człowieka, a nie zwykłego sukinsyna.
W trzecim sezonie obsada się zmieniła…I w cudowny sposób zmieniły się oczy Elżbiety z błękitnych na brązowe.
Filip podoba mi się zdecydowanie bardziej zarówno fizycznie i jak i z charakteru. Tylko czemu tak cedzi przez zęby?
Ale dlaczego z Karola zrobili takiego mazgaja? Wiecznie jest na granicy łez i ten też patrzy wiecznie spode łba. Zresztą Diana też. Reżyser chyba ma jakiś fetysz 😉
Z Camilli zrobili niezłą sucz.
A z Tachter niedołężną staruszkę. Toż ona w tym filmie nawet mówi z wysiłkiem. Nie mówiąc już, że ledwie chodzi, a w czasie dygania chwieje się jak trzcina na wietrze. Aż sobie poszukam filmów na YT żeby zobaczyć i posłuchać czy ona naprawdę taka była?
Film pokazuje ją dziwnie, bo ciagle w opozycji do wszystkich, ale przecież jakoś te kolejne wybory wygrywała, a jednak w filmie ma się wrażenie, że była znienawidzona przez wszystkich.
Najwięcej nieustającej sympatii budzi we mnei Małgorzata. Najmniej – Anna za tę wicznie odętą minę.
Generalnie rodzina królewska wygląda raczej mało przyjaźnie, zwłaszcza w warunkach nieoficjalnych.
Obejrzałam 4 sezon do końca.
I znowu nie mam co …
Nie mam fazy na czytanie, choć wzięłam Magnolię na tapet po raz kolejny.
Poza tym kończę sweter dla Misi, ale o matko. Niczego dotąd tak często nie prułam. Niemal każdą część prułam kilka razy do połowy albo i całkiem przerabiałam. Teraz chyba mam rękawy za długie, szlag!
Jutro czeka mnie jazda do dentysty w celu usunięcia ósemki, która dokonała żywota. Wątpliwa to bardzo przyjemność, ale co zrobić.
No i jeszcze z uciechą oglądam na YT filmy z A Night in London Marka Knopflera z 1996. Muzyka to jedno. Ale tam na tych filmach widac, że na tym koncercie działy się cudne rzeczy. Na przykład przy Cannibals i Gravy Trains chłopaki grają z wyraźną przyjemnością, i widać jak jeden drugiego podpuszcza, żeby dał z siebie jeszcze więcej i więcej. Wiecie, jak Andrzej Wajda do swoich aktorów „zagrajcie mi to ładnie”. I grają tak, że człowiek oglądając dech traci.
Mark jest tam wyraźnie szczęśliwy, a większość wykonywanych na tym koncercie piosenek pochodzi z płyty Golden Heart. A ta płyta, wydana w tym samym roku, jest dedykowana przyszłej żonie Kitty Aldridge (wzięli ślub w 1997). Jakie on tam jej serenady wyśpiewuje, o matko.
A night in summer long ago
The stars were falling from the sky
And still, my heart, I have to know
Why do you love me, lady, why?
133. Wietrzna niedziela
Mąż zagadnął mnie w sobotę wieczorem:
– A może byśmy jutro pojechali tych grot poszukać?
Wykręciłam się pracą.
Ale ranek wstał słoneczny, o miłej temperaturze.
– Dobra jedźmy. Ale tak lało, pewnie będzie błoto…
– To możemy gdzie indziej…
– To może znowu na Silverfallet? Liście opadły, będzie więcej widać…
– Możemy…
– Albo na Kinnekulle… – rozpaczliwie szukałam w głowie miejsca gdzie pies będzie mógł polatać bez smyczy, aparat porobić zdjęcia a szyszynka się doświetli…
– To na Silverfallet bo Kinnekulle to już mam dość…
– Dobra, mnie w sumie wszystko jedno. Jedź gdzie chcesz, mogą być i te groty
eM trzy razy zmienił destynację, ale te groty go kusiły i zgadnijcie co.
Tak pojechaliśmy szukać grot.
Groty są umiejscowione na zachodnim zboczu Hunneberg. Powstały w wyniku wybierania łupków ałunu i wapnia w latach 1700 -1953. Nie ma ich na żadnej mapie, internety pokazują tylko zdjęcia oraz opis, że trzeba jechać w kierunku kościoła w Västra Tunhem.
Zaparzyłam sobie herbatkę spod Kebnekaise w kubku termicznym. Założyłam spodnie wycieczkowe, zwykłą bluzkę zmieniłam na termiczną, żeby móc wziąć lżejszą kurtkę. No bo przecież jest ciepło…
…Nie było. Wiało mocno i zimno.
Pojechaliśmy. Słońce migało zza chmur, światło zmieniało się sto razy na minutę. Koszmar dla fotografa, bo robisz zdjęcia i jedno wychodzi ci za ciemne, przestawiasz, robisz drugie i wychodzi prześwietlone.

EM od kolegi z pracy miał instrukcje gdzie tych grot szukać, więc jechaliśmy dość pewnie. I nagle, na ostatniej, wąskiej dróżce, machają do nas ludzie. Zatrzymaliśmy się, eM uchylił okno
– Drzewo na drodze – pokazali za siebie. Rzeczywiście.

Droga wąska, pobocza strome, samochód wielki i ciężki jak lokomotywa. Jakoś udało się wykręcić, wróciliśmy na pobliski parking. Ale dobrze się złożyło, bo dzięki temu zobaczyliśmy dziurę w skale, więc wiedzieliśmy, że jesteśmy u celu.
Wysiedliśmy…A tu niespodzianka! Wieje. Ale jak!
Ze wszystkich możliwych zjawisk naturalnych najbardziej nie lubię, wręcz boję się, wiatru. Zwłaszcza na zewnątrz. Zwłaszcza pomiędzy drzewami. A tam wszędzie drzewa…Nic to… Idziemy. Przy okazji co chwilę zatrzymywaliśmy samochody, informując o zablokowanej drodze.
EM pocieszył mnie, że potem możemy pojechać, zobaczyć skąd Göta wypływa bo marudzę o tym już od jakiegoś czasu.

Tosia była na długiej smyczy na początku, ale jak weszliśmy w las to już bez. Cieszyła się górkami, zwalonymi kłodami (nikt nic nie rusza, bo to Rezerwat, więc drzewa usuwa się tylko ze ścieżek wycinając w nich przejście). Wiało, drzewa skrzypiały, tańczyły na wietrze, ja z każdym podmuchem odruchowo się kuliłam. Ale tuż przy samej skale, wiało mniej.

Groty jak groty…
Skała na górze, skała na dole. Za ciemno żeby cokolwiek zobaczyć, za mało wiedzy geologicznej by cokolwiek ocenić. I docenić.



I tak to mniej więcej wszędzie wyglądało. Nuda…Chyba, żeby zaprosić jakiegoś geologa, ten mógłby coś poopowiadać.
Wróciliśmy do samochodu. I pojechaliśmy szukać początków rzeki, która jest jedynym chyba odpływem z Wener.


Ale za mało czasu, zbyt wietrznie…Wiemy gdzie iść, którędy, jednak to wyprawa na dłużej. Nic to…zima przed nami, mamy czas.
A tymczasem podziwialiśmy drugą stronę Halleberg. I kolejną rozległą, przyjazną plażę.











I tyle.
Powrót do domu. Jeszcze tylko szybki przystanek bym mogła zrobić jedno zdjęcie. Skała Halleberg, żeby pokazać jej wielkość i strukturę.

I tyle było niedzieli.
Czeka mnie dużo pracy w tym tygodniu. Ych.
Grudzień za progiem. Radio gra świąteczne piosenki, w sklepach święta na całego. Powoli wyciągam światełka i ozdoby, ale muszę każdą rzecz mocno przemyśleć, z powodu tej czarnej cholery, Basila.
Jakoś, wyjątkowo, w tym roku mam chęć na święta.
132.
Roboty mam po uszy, albo i po kokardkę.
Rok przeleciał nie wiedzieć kiedy i znowu czas zrobić roczne zamknięcie roku w jednej spółce zoologicznej.
Nie, no…ich rok podatkowy skończył się w kwietniu. Kto miał 7 miesięcy na zrobienie wszystkiego, a robi w ostatnie 7 dni? Nie, nie klient. Brawo ja! Czyli nie zawsze to klienci nawalą, ja – też.
Aaaaale to jest całkiem inna sytuacja (jak mawia moja Misia gdy wytykam jej podwójne standarty).
Mam koszmarną cechę, której nijak pozbyć się nie mogę: jak nie jestem pewna czy potrafię cos zrobić to odkładam to tak długo jak mogę. A potem, jak już nie mogę odkładać to siadam: szast-prast i robię nawet jak nie umiem. I tu tak miałam.
Zostało mi klika rzeczy do ogarnięcia, ale na szczęście nie wiele.
Potem wyślę to do Piły Sary, żeby zrobiła zakończenie ksiąg i raporty do stosownych instytucji.
Mam, bardzo optymistyczną zresztą, nadzieję, że to ostatni bokslut, który jej zlecam. Kupiłam sobie bowiem kurs inline, rekomendowany na fejsbukowej grupie kolegów po fachu i zamierzam się tego dziadostwa nauczyć. Mus mam, bo dotąd miałam tylko jedną taką spółkę, ale właśnie trzech moich klientów się przekształciło. I jeden „spółkowy” doszedł*.
W efekcie mam tych spółek pięć. No, to jednak lepiej samemu zarobić, niż dawać komuś, nie?
Poza tym kupiłam nową drukarkę, bo mój wieloczynościowy samsung ostatnimi czasy odpala takie numery, że zwątpiłam. A księgowa potrzebuje drukarki. Np. jakiś czas temu drukarki samsunga przeszły pod zarząd HP (którego nie znoszę po kilku doświadczeniach z tą firmą) i skaner przestał działac. To znaczy nie skaner tylko program skanujący. Oczywiście strona Samsunga przesłała mnie do HP, a HP z uporem maniaka pokazuje mi sterowniki i instrukcje tylko do bezprzewodowego łączenia. Programy naprawcze też szukają łącza bezprzewodowego mimo wskazywanego modelu, który NIE MA OPCJI WIRLESS. Sama drukarka działa, ale skanowac się nie dało. Wreszcie wykonałam pracę myślową i odkryłam, że skoro program nie działa, to może można uzyć innego?
Sklep play proponował fajne programy, za jeszcze fajniejsze programy.
Wreszcie odkryłam, że mam w komputerze jakąś aplikację do skanowania, spróbowałam, zadziałało. Problem tylko w tym, że za kazdym razem to skanowanie uruchamia się inaczej. czasem z poziomu drukarki, czasem z komputera. Czasem trzeba wybrać tę konkretną drukarkę czasem jakąś inna alternatywę…No ale to pryszcz. Bo w między czasie na wydrukach zaczęły mi się pokazywac białe paski, a potem drukarka zaczęła na mnie warczeć…Problem z pobraniem papieru jest już tak naturalny, że nawet go nie notuję.
Poszłam do wujka googla zapytać jaką też mam sobie tę drukarkę kupić. Wujek googiel szwedzki powiedział, że jakich jest 5 najlepszych obecnie na rynku.
Dwie pierwsze to były jakieś kolorowe laserówki, same w sobie może i nie drogie, ale za to tonery to hohoho!
Trzecia była monochromatyczna, trzyfunkcyjna, ale kompletnie mi nie znana marka Brother. Hm…
Hm… HmHmHmHm…
Ponieważ nie mogłam spać to nie miałam co robić. Poczytałam, popatrzyłam. W sklepach opinie w więszości bardzo pochlebne tak 4,5 na 5 gwiazdek. No i ta cena: 1600kr. I cena toneru taka sama lub podobna, do tonerów do samsunga.
Ale jeszcze się wahałam aż doczytałam, że Brother drukuje dwustronnie.
Ooooo to lecem i kupuję.
Dwa dni później przyszło wielkie pudliszcze. Tak wielkie, że jeden Szwed rzucił mi się na pomoc w okienku pocztowym. To niesłychana rzecz, bo Szwed sam z siebie może ewentualnie własnej kobiecie pomóc, ale zazwyczaj się nie wyrywa tylko uprzejmie czeka na wyraźną prośbę, bo przecież mamy równouprawnienie. A tu się rzucił. Co zrobiła wyemancypowana Szwedka? Odpowiedziała z najmilszym uśmiechem
– Nej, tack, det går bra! Nie, dziekuję, idzie dobrze – i lekkim gestem wrzuciła pudliszcze do wózka sklepowego. Jeszcze potem bym musiała jakiemuś obecmu facetowi dziękować… I nie, kochane, nie te lata by faceta poraziła moja uroda, poraziła go wielkość pudła.
Jak wielkie było to pudło? Ano tak wielkie, że do bagażnika synkowej Cytrynki-Limonki ledwośmy je wcisnęli. No dobra, Limonka ma gabaryty malucha bo to C3…
W domu okazało się, że drukarka sama w sobie jest tylko troszkę większa od Samsunga, ale jest niestety kruczoczarna. Czy ja mówiłam, że nie lubię wielkich, czarnych rzeczy w mieszkaniu? Mówię o martwych, bo Tosia i Kotek o Małym Rozumku to widomo…Zresztą Tosia jest przecież czarno-brązowo-biała, a Kotek_o_MR jest czarny w brunatne paski. Ale ja nie o tym… Wjęłam drukarkę, postawiłam na kartonie, bo innego miejsca tymczasowo dla niej nie miałam, rozpakowałam całą resztę i okazało się, że do pudła chyba się nie zmieścił kabel do połączenia z komputerem. Zamówiony dodatkowo, bo w wyposażeniu nie ma gdyż drukarka ma WiFI.
hahahaha…już to widzę, jak mi drukarka się łączy z kompem przez WiFi. Akurat! Kaktus mi tu prędzej wyrośnie. Będzie się podłączać trzy dni a potem stwierdzi, że nie widzi sieci…Znam te bajery.
Synek wszedł.
-O, wypakowałaś?
-Tak
-I nie podłączasz?
-Nie. Niech postoi tak trochę, bo dopiero ją odebrałam…
-A co? Nieśmiała jest, tak? Musi się najpierw oswoić z otoczeniem?
Pracowałam do wieczora. Potem wstałam od biurka i nie wiedziałam co ze sobą zrobić. Na książki i filmy byałm zbyt zmęczona. Sprzątnęłam w kuchni. Zrobiłam sobie coś do jedzenia, wstawiłam pranie, zjadłam, wstawiłam drugie. Zimno było, pomyślałam, że poczekam, aż się to drugie wypierze, wrzucę do suszarki i wysuszę razem z pierwszym dzięki czemu oszczedzę energię oraz ogrzeję łazienkę.
I tak czekając na te drugie pranie od niechcenia przesunęłam to i tamto na regale, postawiłam Czarną, podłączyłam jej kabel zasilający.
No dobra, skoro mam trochę czasu to wgram ją do kompa, zobaczę czy da się może jednak używać jej bez kabla. Ściągnęłam instalkę ze strony bo uznałam, że szybciej niż z płyty. Zainstalowała się w try miga! I mówi mi, że mogę drukować.
Z pewną taką nieśmiałością posłałam jej coś tam do wydruku…
Zasyczało, zamruczało…Powiedziało: Prosze Bardzo Kochana Kasiu tu masz swój wydruk.
yyyy…KE?! Ale jak to… Instalowanie nowego sprzętu bez rzucania panienkami, i tak od razu, za pierwszym razem i działa?! I nie zajęło mi to nawet 45minut (tyle trwa program pralki)?!
Eeee…na pewno jutro przestanie działać.
Jutro też działało. Mało tego: dało mi wydrukować przepis na chelebek sodowy od Nadii z komputera do zabawy, który stoi w sypialni.
A dziś…Dziś samo z siebie wydrukowało DWUSTRONNIE długi wyciag bankowy. SZOK i NIEDOWIERZANIE.
Diaboł. Mówię wam. Diaboł.
*Dopiero zauważyłam jak to brzmi…




