Wczoraj, po 10 godzinach pod kołdrą, mój organizm zażądał uzupełnienie niedoborów snu i zarządził drzemkę od 9:30 do 11. Potem już cały dzień byłam rześka i wypoczęta.
KOŁDRA noc druga. Zasnęłam o 22. Obudziłam się o 2. Spokojny, mocny sen. Zasnęłabym ponownie bez wątpienia, gdyby nie to, że było mi za gorąco. Uchyliłam okno. A kilka minut później kot urządził koncert. Koncertował tak co najmniej godzinę i nie dawał się wyłączyć. Wreszcie pozamykałam drzwi od siebie i gabinetu, gdzie śpi Zuzu. Ale na tych walkach zeszło mi dwie godziny. Na wkurw ta kołdra nie pomaga… Spacyfikowawszy kota, czytałam jakiś 10minut, dla odwrócenia uwagi od żądzy mordu. A potem znowu zasnęłam. Ale zachciało mi się do toalety, więc musiałam wstać, kot spał twardo i nie wył, uwierzyłam, że zakończył popisy wokalne (naiwniaczka! nie wierzcie kotom, to podłe, fałszywe bestie). Zostawiłam więc drzwi sypialni otwarte i voila! 5:50 kolejna pobudka. A mogłam spokojnie spać do 7… Wstałam bo stwierdziłam, że przecież to bez sensu. Za oknem jakieś -2stopnie. Odczuwalna -10, bo wieje. Ma spaść śnieg. To znaczy spadł tu i ówdzie. Facebook pełen zdjęć Kinnekulle w zimowej szacie. W mieście topnieje nim dotknie ziemi. A my mamy w planach na dziś ognisko. No nie wiem…
Pierwsza noc z KOŁDRĄ. Waga 7kg. 7 kilo to nie jest ciężar do pralki..! 7 kg to jak na mnie trochę za mało … ale 10 to za dużo, zdecydowanie, a opcji pośredniej nie było. Z pomocą męża oblekłam Kołdrę w ulubioną poszewkę. I o ósmej położyłam się pod nią, bo mi się oczy kleiły. No, co? Obecna ósma to letnia dziewiąta czyli jak najbardziej moja pora. Choć spożycie słodkiego ciasteczka mogło mieć też swój wpływ na senność. Kołdra otula człowieka. I już wiem, że otulanie lekką kołderką to pusty frazes. Bo albo otulać albo lekką kołderką nakryć. Ta kołdra otula człowieka. Dosłownie ma się uczucie jakby trzymania w lekkim uścisku. Lekkim na tyle by nie czuć się uwięzionym. Przyjemne uczucie. Zasnęłam jak kamień. Obudziłam się po dwóch godzinach z bólem głowy (to zawsze, gdy zasnę tak twardo). Tabletka, pić, siku… Byłam pewna, że to już po spaniu. Tymczasem ledwie się położyłam – już spałam. Kolejna pobudka o 12. Za gorąco. Tak, kołdra otula szczelnie, przylega do łóżka, nie wpada pod nią powietrze z zewnątrz, a wewnątrz nagrzewa się od ciała człowieka. Uchyliłam okno… I znowu, ledwie głowa na poduszkę i spałam. Po kolejnych dwóch godzinach pobudka, i po kolejnych… Ale po każdym wybudzeniu, ponowne zasypianie to tylko chwila. Od 4 budziłam się już częściej, ale sen pomiędzy pobudkami był twardy, bo np. nie słyszałam męża wybierającego się do pracy.
Czyli zapowiada się obiecująco. Ale zobaczymy na dłuższą metę. Czy ciało przywyknie do ciężaru i przestanie reagować? Na pewno nie jest to nakrycie na lato. Zdecydowanie nie. Jeśli kołdra będzie zdawać egzamin pomyślę nad zakupem kulek w Polsce i zrobię sobie wersję letnią czyli zaszyję obciążenie w pustą poszwę.
Na lampę jeszcze czekamy. Choć ta, to głównie dla synka, ale ja ją również będę testować.
A poza tym, to zima przyszła. Tosia będzie brykać na spacerku
Skoro ustaliłam ze sobą (i z wami), że mój 2020nie był taki okropny a nawet, nie bójmy się tego powiedzieć, całkiem dobry, to zostańmy przy nim jeszcze chwilę. Wybrałam po kilka ulubionych zdjęć z każdego miesiąca. A wam proponuję wybranie tego jednego, najlepszego z każdego miesiąca. Może…może bym tam kalendarz na 2022 z nich przygotowała?
Pierwsze miesiące nie obfitowały ani w zdjęcia ani w ciekawe wydarzenia, więc wybór był/jest dość prosty. Styczeń reprezentuje więc tylko jedno zdjęcie.
Luty też.
Marzec już lepiej.
1
2
Kwiecień znowu tylko jedno zdjęcie
Ale w maju zaczęło się szaleństwo:
1
2
3
4
5
6
Czerwiec też nie szczędził atrakcji:
1
2
3
Lipiec oszalał:
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10
Sierpień też był niczego sobie:
1
2
3
4
5
Wrzesień:
1
2
3
4
Październik zgłupiał od kolorów i w zasadzie należałoby wszystko…
A kto nie wypił wczoraj ani kropli alkoholu dzięki czemu nie ma teraz syndromu „dnia wczorajszego”? No dobra… ale ból głowy mnie obudził i tak. Rok 2020 zakończyłam spacerowo. Najpierw, w dzień pojechaliśmy z Tosią na Läckö. NA – bo to wyspa. I jest tam zamek. Tam zazwyczaj spędzamy też Midsommar. My i połowa naszej komuny. Latem jest zawsze pełno turystów, zimą zwykle troche mniej. Tym razem były tam dzikie tłumy! Na parkingu było ze 20samochodów! Taki rok: ludzie nie jeżdżą za granicę więc się szwędają po Szwecji. A że rząd nakłania do spotkań rodzinnych i towarzyskich na świeżym powietrzu zamiast w domu to Szwedzi słuchają.
Niebo się niestety nachmurzyło. Ale było niemal bezwietrznie i nic nie padało.
A w Szwecji Sylwestra spędzamy o tak:
A wieczorem poszłam na przechadzkę po mieście. Wzięłam znienawidzony statyw, oraz ciepłe buty i rękawiczki. Miasto w tym roku nie zorganizowało powitania nowego roku na rynku miejskim, ze względu na covid. Pieniądze wydano więc na efektowne oświetlenie: światła laserowe umieszone w kilku miejscacch, oraz podświetlenie rzeki i drzew w okolicach rynku. Znowu, wyjątkowo, po mieście snuło mnóstwo ludzi. Oczywiście już trwała kanonada sylwestrowa, mimo wczesnej pory, widziałam też policję która chyba komuś urządziła dyskotekę. Bo ten ktoś z kolei chyba detonował petardy na dziedzińcu szkoły w centrum miasta. W moim mieście jest nad rzeką 6 mostów. Ja obeszłam trzy z nich tej nocy. UWAGA: będzie dużo zdjęć.
W tym miejscu pomyślałam o Salmiaki i o Innym Głosie, bo na całe 5 sekund pokazał się księżyc w pełni. Aparat wykonywał swą pracę, miał czas nastawiony na jakieś 6 sekund. Widziałam księżyc w dziurze pomiędzy chmurami, przecięty laserowym światłem, ale schował się nim aparat zakończył pracę.
A tu już zaczął padać deszcz, więc odpięłam aparat ze statywu i ukryłam pod kurtką. Zrobiłam jeszcze kilka zdjęć, ale w pośpiechu, żeby mi mój mały przyjaciel nie zamókł za bardzo.
A to powyżej to ostatnie zdjęcie z 2020 roku. I doskonale ten rok obrazuje: niby nie bardzo udane, a ma coś w sobie. Dla mnie ten miniony rok nie był najgorszy…a nwet całkiem dobry. Miałam kilka całkich udanych wyjazdów. Przyszło do mnie kilku, nowych, całkiem fajnych klientów. Wreszcie poczułam więź z miejscem, gdzie mieszkam i nareszcie poczułam, że lubię Szwecję. Nawet płaszczyzny wokół miasta zaczęły mi się podobać. Stare przyjaźnie się utrzymały. Zdrowie jakby się polepszyło. Dzieciom się układa… Tosia jest w dobrej formie. Przybył Basil. Zuzanka….oooo, to jest nieustające źródło szczęścia. Chyba pogodziłam się też ze sobą.
To był rok, dobry rok. Z żalem dziś żegnam go. Miejsce dał nowym dniom Stary rok, dobry rok.
Filmy. Obejrzałam serial Ruchome piaski na Netflix. Potworny. Ale bardzo ciekawy i bardzo dobrze zrobiony. Ciekawe są też tam relacje rodzinne i z tego co słyszę od znajomych lub czytam tu i tam, to w Szwecji bardzo często relacje między nastolatkiem a rodzicami wyglądają tak, jak w domu głównej bohaterki.
Obejrzałam, też serial i też Netflixowy: Bridgertonowie. Jeśli wymagacie by seriale kostiumowe trzymały się prawdy historycznej to sobie odpuście. Jeśli chcecie miłego odmóżdżacza, zabawy konwencją, ładnych ludzi różnorodnych etnicznie, kolorowych i pięknych strojów, ładnych scen seksu – polecam. Fajny, w sam raz na noc sylwestrową.
Obejrzałam na Netflix Rocketman (już jakiś czas temu). Nawet jak nie przepadacie za Eltonem Johnem to warto obejrzeć choćby dla samej historii, która jest lepsza niż niejedna wymyślona, a jest prawdziwa. Do tego genialnie wcielający się w rolę Taron Egerton.
Obejrzałam na Netflix Niebo o północy. O tym filmie można powiedzieć krótko: coś mówi, ale co mówi, to nie mówi. Z tego samego gatunku, o bardzo podobnej fabule jest IO Ostatnia na ziemi – też bez fajerwerków, ale jednak jakoś wydał mi się lepszy.
Książki. Końcówka roku jakoś nie obfituje w spektakularną literaturę. Chociaż „Amerykański brud” Jeanine Cummins pochłonęłam niemal bez odkładania. „Powietrze, którym oddychasz” – Frances de Pontes Peebles. Gdyby z tej książki wyrzucić filozoficzne rozważania, teksty piosenek, skrócić niektóre akapity zostałaby może połowa tekstu i może dzięki temu książka stałaby się bardziej smakowita. A tak jest jak lurowata kawa. Rozmyty smak i uczucia. „Długi płatek morza” Isabel Allende mnie porwał bez reszty.
Muzyka. Jak zawsze Knopfler na każdą okazję. Ostatnio najchętniej to:
Prócz muzyki, ważne jest tu to, co się dzieje między muzykami. Zobaczcie, z jaką radością grają i jak jeden drugiego jeszcze podkręca by dał z siebie jeszcze więcej. Cały ten koncert jest taki. Nie mówiąc już o serenadach dla Kitty 😉
Ale dzięki synkowi odkryłam też zespół Mazzy Star i ich sztandarową piosenkę Fade into you. Stare to, a brzmi…
Dodam, że piosenka ta brzmi w Gilmorkach, gdy Rory jest na balu z Deanem i tańczą ze sobą. Tak. Znowu oglądam Gilmorki. Bo ten serial to taka bajka…
Zakupy. Zrobiłam też sobie prezent i kupiłam do domu AirFryer. Firma NN, ale tani był, bo w promocji poświątecznej. Już dawno się przymierzałam, ale nie byłam pewna. Yankie i ja jesteśmy wielbicielami frytek, natomiast żadne z nas nie lubi smrodu po frytkach, a jeszcze bardziej czyszczenia frytownicy. W airfryerze wyciąga się szufladę, myje w gorącej wodzie z płynem do naczyń (lub w zmywarce). Oleju tyle co kot napłakał, albo i wcale. Czas przygotowania porcji frytek 10min. Bez smrodu i wielkiego sprzątania. Owszem, frytki smakują troszkę inaczej. Bardziej jak pieczone niż smażone w głębokim tłuszczu. Ale różnica nie jest zniechęcająca. Dodatkowo widzę, że w tym urządzeniu można zrobić wiele innych rzeczy. Np. pieczone kartofle z warzywami różnymi czy upiec babeczki. Będę go testować.
Ponadto zamówiłam sobie lampę antydepresyjną czyli imitującą światło dzienne oraz kołdrę obciążeniową. Tak mnie zmęczyła ostatnia bezsenność, że postanowiłam roztrwonić trochę kasy na siebie. Będę testować, dam znać czy daje to jakieś efekty.
Urządziłam Futrzakom sesję zdjęciową wczoraj. No ale… Basil na większości zdjęć jest czarną, rozmazaną plamą. W mieszkaniu ciemno, nawet jak zapalę wszystkie światła. Nawet jak podkręcę ustawienia aparatu, to wciąż jest za ciemno by złapać ostrość na ruchliwego kota. Człowiek sobie nie zdaje sprawy z tego jakie to małe, czarne jest szybkie i ruchliwe póki nie zacznie go łapać. Nieważne fizycznie czy obiektywem… Tosia na odmianę jest bardzo statyczna w większości czasu, więc bez względu na wszystko wygląda tak samo, zmienia się tylko podłoże. No chyba, że Tosia upoluje sobie coś, czego nie wolno… Skarpetkę, papcie, paczkę chusteczek higienicznych, kłębek włóczki…najlepiej z robótką na drugim końcu, kartonik z/po ciasteczkach… Oooo, wtedy Tosia robi się ciekawym obiektem…ale znów zbyt ruchliwym by ją złapać czy to ręką czy obiektywem. To nawet fajnie patrzeć, jak idzie z łupem w paszczy, a każda część jej ciała kręci się w innym kierunku, fuka wtedy i pufa i widać, że jest cała szczęśliwa, bo wie, że teraz już na bank ktoś się nią zainteresuje. Komiczna jest gdy np. staje w progu kuchni ze skarpetką czy papuciem w paszczy, pufaniem daje znać „Zobacz co znalazłam, cieszysz się?” , fafle jej się podnoszą i układają na łupie, a biały pędzelek na końcu ogona maluje szerokie uśmiechy. Gdyby choć raz udało mi się ją uwiecznić w takiej pozie to zdjęcie mogłoby mieć tytuł „Czysta radość”. No ale – albo ja nie potrafię, albo mam sprzęt za słaby… Pozostaje tylko pamięć. A na zdjęciach to tylko tak:
Patrzy na mnie niechętnie gdy celuję w nią obiektywem, bardzo nie lubi nie tylko flesza (a kto lubi?), ale i nawet tego małego światełka przy obiektywie. Ostatnio zakrywałam je palcem, dzięki czemu zwierzaki mają otwarte oczy. Ale wtedy dochodzi jeszcze jedna trudność: przekonanie aparatu, że to tę ciemność chcę uwiecznić. Aparat bowiem szuka jasnego punktu by móc na nim ustawić fokus. No a Basil wygląda najczęściej tak:
Czyli w „ogólnym zarysie”. Właśnie mi się rozlał (koty jak wiadomo są ciałem płynnym) pomiędzy rękami i usiłował pisać na klawiaturze. Odsunięty od zabawki wystawił zęby i pazury… No i poszedł precz z biurka. Chodzi teraz po domu i skarży się na swoją krzywdę. Urósł i nie jest już Kotkiem o Małym Rozumku. Rzekłabym nawet że jak dla mnie uczy się zbyt szybko. Czasem…a nawet bardzo często odnoszę wrażenie, że to on wychowuje mnie, a nie odwrotnie. Ot, taki przykład. Basil jak to drapieżnik aktywizuje się w nocy, najlepiej nad ranem. Tak o 3-4-5 godzinie. Zjadłby coś. Popolował na coś. Dyskretne miauknięcia nie wywołują w Człowieku żadnej reakcji. Co nie jest dziwne jak się weźmie pod uwagę fakt, że Człowiek w męczarniach zasnął o 12-1-2godzinie. Ale Basil ma sposób by Człowieka podnieść w jednej sekundzie. Wystarczy wskoczyć na półeczkę nad łóżkiem. Z łóżka. Na półeczce leży zawsze masa rzeczy: telefony, kindle, balsamy do ust co się fajnie turlają, czasem nożyczki – czyli wszystko to, co nie może się znaleźć na nocnym stoliczku z powodu psiej paszczy lub ryzyka zalania wodą ze szklanki. Jest też jeszcze kwiatek w doniczce. Każdą z tych rzeczy 3-4kilogramowy kotek jest w stanie zrzucić człowiekowi na głowę w ramach akcji „sprawdzę czy się turla”. A wiadomo, że dostać przez łeb telefonem, kindlem czy nawet kwiatkiem to średnia przyjemność. Nie mówiąc już o nożyczkach. Stąd w człowieku głeboko zakorzeniona reakcja: na koci skok z łóżka na górę, człowiek natychmiast przybiera postawę pionową. Istnieje oczywiście ryzyko (ale niewielkie, bardzo niewielkie) że można dostać przez grzbiet strumieniem wody ze spryskiwacza, ale w ogólnym rozrachunku ryzyko się opłaca. Tym bardziej, że Kot już wie, że najlepiej wskoczyć i od razu zeskoczyć i dać susa pod łóżko. Głupi człowiek, otępiały snem, nie widzący w ciemnościach nie zlokalizuje spryskowacza tak od razu… Albo takie żaluzje… To tak fajnie brzdąka, a człowiek też od razu się zrywa na równe nogi… Po co Kot to robi? Na przykład by zaprowadzić człowieka do miski i pokazać, że te kuleczki z wieczora są obrzydliwe i daj jeść. Albo „zmarzłem i weź mnie przytul”. Albo „nudzi mi się”. Albo „chcę spać, a ty siedzisz na moim fotelu”. Zabiłabym drania i naprawdę tylko swojej szybkości zawdzięcza to, że jeszcze żyje. Bo weź dogoń jak nie dość, że sam wieje z prędkością światła, to jeszcze pierwsza do pomocy w zaganianiu kota, Tosia, plącze się pod nogami. I tak se żyjemy. Jak pies z kotem.
Pierwszy raz od …nie wiem kiedy, spędziłam Wigilię nie u siebie. W tym roku Misia i Mel zaprosili nas do siebie. Była Zozo! I strasznie, ale strasznie była stęskniona, przytulała się co chwilę do mnie. Nie widziałyśmy się chyba miesiąc przez tę zarazę. Było kameralnie, bo nie było rodziny Mela. I choć ich lubię to w sumie dobrze, że było nas mniej. Każdy miał dla każdego chwilkę, albo można było pogadać gromadnie na raz. Zdecydowanie to mi się podoba. Prezenty były symboliczne… Tylko Zozo dostała ciepłą, kolorową bieliznę, żeby nie marzła na nartach oraz puchate kapcie o których marzyła. Ja dostałam od dzieci i męża kasę. Nie, jeszcze nie powiem na jaki cel, choć jest on jasny i zdecydowany. Ale nie powiem. Bo jak się o czymś mówi to mózg odhacza jako zrobione i się nie stara i człowiek traci determinację. A mi zależy żeby jej nie tracić. W każdym razie: to była jedna z najlepszych Wigilii ostatnich dziesięciu lat. No, druga w kolejności. Najlepsza była wtedy jak ojciec Zozo zarządził chrzciny – Zozo miała wtedy ledwie pół roku. I pojechali wszyscy do Polski: eM, Misia, tata Zozo i maleńka Zozo. Yankie i ja zostaliśmy. Bo miejsc w samochodzie było tylko 5, a i ktoś musiał zostać bo była wtedy Sara -psunia kundelka i Kocio. Padło na Yankiego, z czego on się bardzo ucieszył. A mnie się zrobiło przykro zostawiać synka samego na święta. Ale też na myśl o spędzie rodzinnym, wielkiej fecie suto zakrapianej alkoholem, zgromadzeniu wielu osób na powierzchni 38metrów… Zdaje się, że głównie z tego powodu wyłgałam się wtedy z wyjazdu. I zostaliśmy z Yankiem sami. Zjedliśmy razem pierogi, a potem nikt nic od nas nie chciał. Do dziś wspominamy tamte święta jako najlepsze. Te tegoroczne są więc drugie w kolejności. Znowu stwierdzamy z moim synem, że dla nas obostrzenia covidowe są cudownym zrządzeniem losu. A na fejsie zdjęcia znajomych z ich rodzinnych spotkań świątecznych – większość na zewnątrz: na tarasach własnych domów, lub gdzieś w plenerze, przy ognisku. Aura nam dopisała: Boże Narodzenie było po lodzie. Nie za wielki ten mróz, bezśnieżny, ale takie -1 w dzień oraz -5 w nocy. Plus słońce oraz czysty błękit nieba, ale tylko w Wigilię. Wczoraj się niebo niestety zaczęło zaciągać…i tu dochodzimy do clou. W ramach odchudzania psa i łapanie słońca pojechaliśmy na Kinnekulle, do dworu Hellekis (nigdy nie pamiętam pisowni: Hellekis czy Hällekis). Wiało trochę z północy, Wener huczał. Niebo było ołowiane.
Zeszliśmy na sam dół, aż do kampingu i poszliśmy dalej, w stronę tych kamiennych wież. Tu w zatoce było jeszcze spoko. Ale na otwartej wodzie Wener znowu pokazywał swą potęgę.
Mimo to było dużo ludzi w większości z psami. Dużo to znaczy, że spotkaliśmy ze trzy czy cztery grupki ;). Normalnie nie spotykamy nikogo :D. Nad wodą wiało bardzo mocno, zaczęłam marznąć, więc zarządziłam powrót. Ale jeszcze tylko chciałam starą latarnię morską (jeziorną?) sfotografować.
Niebo się lekko oczyściło, zaczął się zachód słońca. Wracaliśmy na górę na parking. Słońce było już bardzo nisko, tuż, tuż nad wierzchołkami drzew, nad nim sine chmury, pod nim czyste niebo. I taki nam się spektakl zrobił:
Jeszcze zatrzymaliśmy się na moment na parkingu, na punkcie widokowym. Wiało tam jeszcze bardziej, ale nie przeszkadzało to kolejnej rodzinie w pikniku.
Światło było NIESAMOWITE! Ponieważ eM miał wyraźnie dzień dobroci dla żony-maniaczki nieśmiało zaproponowałam żebyśmy wyjechali jeszcze raz za miasto, niedaleko, byle w pola gdzie otwarta przestrzeń, żeby zobaczyć koniunkcję Saturna z Jowiszem. Wiedziałam, że moim obiektywem nic spektakularnego nie uwiecznię, ale chciałam choć spojrzeć… Wiadomo, że drugi raz nie będzie mi dany… EM, jak się rzekło miał dzień dobroci…i zaproponował wyjazd na plażę czyli na drugi kraniec naszej komuny. A jak chłop chce mnie wozić, to ja nie protestuję… Na plaży było jeszcze całkiem sporo światła, choć słońce już dawno znikło za horyzontem. Niestety: tam, gdzie aplikacja SkyView pokazywała istnienie koniunkcji u mnie były znowu ołowiane chmury.
A dziś już prawie zwykły dzień. Startują świąteczne wyprzedaże. Pewnie się przejdę zobaczyć czy jest coś, czego potrzebuję ( poza majtkami i skarpetami, bo tych nigdy za wiele, ale akurat na to rzadko kiedy jest wyprzedaż. Majtki z mody nie wychodzą, nie?).
gdy mrok zapada Święty Mikołaj do sanek wsiada i wstrząsa lejcami – No, wio mój mały bo będą na nas dzieci czekały! Mknie po obłokach koniczek dziarsko, wesoło parska. Już jest na ziemi, już mknie po śniegu a wtem Mikołaj zatrzymał go w biegu. Bo oto w lesie stoi chatynka a w tej chatynce mieszka dziewczynka mała Dorotka, śliczna Dorotka. Święty Mikołaj wchodzi do środka. Stuk -puk: zamknięte. – Otwórzcie proszę! To ja, Mikołaj, Dorotce lalkę niosę. Dorotka dziękuje i pięknie się kłania a Święty Mikołaj dalej mknie w swych saniach.
Bo choćbym nie wiem ile lat miała, to Wigilia dla mnie, to zawsze ten wierszyk. Mama w ten dzień nas nim budziła. I Wigilia to jedynie słuszna piosenka na ten dzień:
Oczywiście, jestem już dorosła i wiem, że cuda się nie zdarzają. Ci co się nienawidzą, siądą do wspólnego stołu, podzieliwszy się opłatkiem, i nadal będą się nienawidzić (sama tak siadam czasem). Ale można mieć nadzieję, prawda? „Dzień, zwykły dzień, w którym gasną wszystkie spory”. Wzrusza mnie ten tekst, Wigilia mnie wzrusza. Zawsze. I nie ma znaczenia, że jestem ateistką, że nie wierzę w żadnego boga. Wierzę w człowieka. Bądźcie dobrzy dla siebie. I dla swoich bliskich. Odpuście dzisiaj. Tylko tego jednego dnia… Nabierzcie oddechu, spójrzcie w niebo. Może tę gwiazdę betlejemską jednak da się zobaczyć? A jak nie, to może coś innego? Przytulcie psa. Pogłaszczcie kota. Popatrzcie na dzieci, że tak szybko rosną. Na męża, co wkurza strasznie i bywa największym wrogiem. Albo na teściową… Ale, jak mawiał mój tata: najlepszy wróg to swój własny. Zwolnijcie… Na chwilę odłóżcie martwienie się o covid, stan świata i rybołówstwo śródlądowe (jak mówi Kasia z Klippan). Niech Wam Gwiazdka Pomyślności świeci jasno. Dobrych świąt wam życzę. Dziękuję, że tu ze mną jesteście.
Idą święta… Coraz szybciej i coraz bliżej A ja tymczasem niemal zupełnie przestałam spać… Nie wiem czy pobiję rekord dzisiejszej nocy: w sumie, łącznie w serii krótkich drzemek przespałam może 2 godziny. Brawo ja.
Wczoraj zrobiłam test na covid. Bo w niedzielę czułam się mocno chora, w poniedziałek już tylko przeziębiona, ale i tak kazali zrobić test. Termin miałam na wtorek na 9:29. Poszłam (Yankie mnie zawiózł) do mojej przychodni, a właściwie na jej zaplecze. A tam w drzwiach stała pani w typowym uzbrojeniu. Zapytała o imię i czas. A potem podała mi woreczek foliowy z zawartością…do przeprowadzenia testu w domu. Yyyy…ale jak to? No tak to… Instrukcja obsługi, broszura co w razie pozytywnego wyniku, co w razie negatywnego…Patyczek, kubeczek, kod QR żeby zarejestrować próbkę. Zrobiłam wieczorem, eM wrzucił do skrzynki jadąc do pracy. Wynik w ciągu 48-72 godzin. Zakładam, że negatywny, ale można się zdziwić. A koleżanka Adaś pochwalił się w poniedziałek wieczorem: – A ja mam pierwszy covida od ciebie 😀 A wczoraj się żalił, że nie poczuł jak sobie kolację spalił w piecyku. No, ale on na pierwszej linii frontu, walki nie tylko z covidem ale wszelkimi innymi zarazami, więc to była tylko kwestia czasu. Wredne jest to, że na same święta, więc pewnie spędzi je samotnie, w służbowymi mieszkaniu, żeby rodziny nie pozarażać. Gdyby ten virus był mniej nieobliczalny to chętnie bym go odwiedziła i sobie urządziła „covid-party”, zaraziła się , przechorowała i miała z głowy. Ale okazuje się, że nie ma reguły.
Dziś mam w planach dokończyć gotowanie bigosu, upiec ciasto orzechowo-miodowe dla Synka, sernik dla męża oraz ugotować warzywa na sałatkę. Znów oglądam Gilmorki, bo jakoś nic mnie nie wciąga. A może nie mam siły na nic innego. Zaczęłam czytać Nikolski, ale jakoś nie porywa. W nocy, na tablecie zaczęłam więc czytać Pielgrzyma Terry’ego Hayesa. To się czyta samo, ale przeskoki czasowe są trudne do ogarnięcia zmęczonym umysłem. (Niektóre zdania czytałam po dwa razy, żeby zrozumieć co czytam) Ale na głośnikach wciąż ten sam koncert A Night in London Knopfler i spółka z YT.
Dziś dzień u mnie ma mieć 6 godzin 16 minut. Chmury nisko, ale pomiędzy nimi prześwituje błękit i światło słońca, choć na ziemi ciemno. Jeszcze dzień, dwa i światła zacznie przybywać. Ale póki co cieszymy się każdym pojedynczym promieniem słońca i na spacery z Tosią wybieramy takie miejsca by nie uronić ani kropli. W sobotę nad jeziorem było tak: