22.

Pozwolicie, że zostanę jeszcze na chwilę w temacie prawa jazdy.

Jakieś 15 lat temu zrobiłam kurs w Polsce. Zrobiłam to znaczy: wyjeździłam 20 godzin (60minutowych). Kiedy wsiadałam pierwszy raz nie miałam pojęcia o samochodzie. Ale naprawdę żadnego.
Tak więc lekcje zaczęłam od podstaw: hamulec, gaz, sprzęgło, biegi, światła itd…
Jedną całą lekcję spędziłam na placyku ucząc się ruszać… Bo albo mi samochód gasł, albo skakał… Nie pamiętam dokładnie, ale chyba po dwóch lekcjach umiałam mniej więcej ruszyć bez tych cyrków.
Dalsze lekcje wyglądały tak, że pakowaliśmy się we trójke lub czwórkę do auta i jechaliśmy do Olsztyna, bo to tam miał być egzamin.
Instruktor siedział z boku, za kierownicą jeden z uczniów.
Droga do Olsztyna zajmowała około 30minut. Kolejne 30minut uczeń miał na opanowanie jazdy po mieście.
Jazda odbywała się tak, że siedziało się ze kierownicą, a instruktor mówił
– Jedź w prawo…jedź w lewo…. jedź na rondo…
Nie pamiętam tłumaczeń jak na to rondo wjechać, jak skręcić, jak się ustawić, na co patrzeć…Po prostu jechałam…a instruktor zaczynał wrzeszczeć: hamuj hamuj, gdzie jedziesz, czerwone, zielone, piesi…czy co tam na drodze było. Zawsze krzyk i stres. Instruktor zwykł mówić: ja nie uczę was jeździć, ja uczę zdać egzamin.
Myślałam, że tak ma być, bo prędkość, bo duży ruch, bo samochód i ubezpieczenie…Ale gdy wykorzystałam te 20godzin jazdy to nadal nie wiedziałam jak się poruszać w mieście. No i czułam się oszukana na co najmniej połowę czasu, bo spędziłam go za kierwnicą w trasie, podczas której niewiele nowego się uczyłam.
Owszem, 15 lat później miałam więcej doświadczenia, a ruch w moim miasteczku jest dużo mniejszy.
Każda lekcja tutaj trwała 40minut. Zazwyczaj bukowałam dwie lekcje – bo wtedy można naprawdę sporo zrobić. W sumie wyjeździłam 36godzin lekcyjnych. Policzyłam, że to 24 godziny zegarowe.
Erik czyli mój nauczyciel, zachowywał spokój, momentami był nawet wręcz przesadnie, moim zdaniem, rozluźniony. Raz go tylko załamałam, ale nawet wtedy nie podniósł głosu, tylko poprosił bym się skupiła… Szczerze? Dotknęło gorzej niż najgorszy krzyk, bo czułam, że go zawodzę…
Nim zrobiliśmy jakiś nowy manwer najpierw mi to tłumaczył, czasem rysował, czasem obrazował dłońmi czy filmem z telefonu.
Uczył wszystkiego: jak się ustawić, jak wjechać, na co patrzeć, GDZIE patrzeć, które ryzyko jest najbliżej i trzeba na to zwracać uwagę. Jak jechać, żeby nikogo i niczego nie uszkodzić, z tym, że nasze auto było mniej ważne niż auta pozostałych użytkowników.
Manewrowanie typu: rusz pod górkę, zaparkuj, wyjedź z parkingu odbywały się ZAWSZE na ulicy lub normalnym parkingu, wśród innych samochodów.
On mnie nie uczył jak zdać egzamin. On mnie uczył jeździć.
Kiedy widział, że mam z czymś problem to myślał o tym, aż wynajdował sposób na wyćwiczenie tego…
Erik uczył też jeździć mojego syna, na manualnej skrzyni biegów. I np. Yankie miał problem z gwałtownym hamowaniem tak, by mu auto nie gasło. Erik zabrał go na pustą, leśną drogę, kazał rozpędzać samochód i hamować gwałtownie na klaśnięcie.
Na początku się bałam, bo Erik zdawał się w ogóle nie zwracać na mnie uwagi, tu zerkał w telefon, tam coś ustawiał na panelu…Po kilku lekcjach zrozumiałam, że widzi WSZYSTKO!
Wyłapał każdą sytuację, gdy nie spojrzałam tam, gdzie powinnam, zahamował zawsze wtedy, gdy ja przegapiłam znak stopu czy cokolwiek innego.
Oraz, czego także nie było na jeździe w Polsce, skrupulatnie pilnował przestrzegania przepisów. Uczył też, jak nie być przeszkodą na drodze.
Polubiłam go serdecznie.
Częścią nauki był też opisywynay przeze mnie kilka tygodni temu halkkörning czyli jazda po śliskiej nawierzchni. To ćwiczenie sprawiło, że przestałam się bać! I polubiłam tego sprytnego Golfika.
Na egzaminie, okazało się, że w zasadzie wymagania są naprawdę niewielkie. Zwłaszcza, gdy się jedzie na automatycznej skrzyni biegów. Bo w Szwecji ogromną wagę przywiązuje się do jazdy jak najlepszej dla środowiska. Czyli: wiadomo samochód powoduje zanieczyszczenia i wzmaga efekt cieplarniany ZAWSZE, ale można jechać tak, by to działanie było jak najmniejsze. I na egzaminie bardzo mocno się tego pilnuje. Np: utrzymując stałą prędkość, hamując silnikiem.
Na automacie za wiele podziałać się nie da…
Ale sam egzamin to właściwie sprawdzenie czy umiesz jechać bezpiecznie w mieście i poza nim, czy umiesz jechać, gdy nie ma znaków, czy umiesz zaparkować, zawrócić, czy zwracasz uwagę na bezpieczeństwo swoje i wszystkiego wokół.
Koperty? Parkowanie co do milimetra na środku? Sto i jeden sposobów parkowania? Po co? Masz umieć zaparkować. Tyłem, bokiem, przodem…dowolnie, byle nie zrobić szkody sobie i komu innemu oraz abyś ty i twój pasażer mieli wystarczająco miejsca by wysiąć i wsiąść.
Ale Erik nie powiedział ani razu, że egzamin będzie w sumie prosty.
Sam egzaminator…
W Polsce nasłuchać się można niesamowitych historii. Nie wiem ile z nich jest prawdą.
Mój egzaminator, miałam wrażenie, robił wszytsko, żeby mi egzamin ułatwić, bym zdała. To znaczy… nie łamiąc zasad. Mówił bardzo spokojnym i cichym głosem. Był miły, uśmichnięty, zagadywał w czasie jazdy, ale nienachalnie. Komendy podawał powoli i z duuuużym wyprzedzeniem. On nie przyszedł z zadaniam „oblać” i było to widać od samego początku.
Rezultat otrzymałam natychmiast po zgaszeniu silnika w postaci słów:
– Jag gratulerar dig…

Dziś kupiłam tort i kartkę z podziękowaniami i podrzuciłam do biura szkoły. Napisałam, że dziękuję i, że Erik jest najlepszym nauczycielem, ale pozostali też są super.
Mam nadzieję, że było im miło :D.
A teraz wreszcie opanowałam migrenę.
No i zaczynam szukać samochodu… Mam nawet pewne typy… ale oczywiście wszystko zależy na co będzie mnie stać. Bo ja najbardziej to bym chciała Golfika. TEGO GOLFIKA ze szkoły, bo to kochane autko.

21/21 do trzech razy sztuka

Pierwszy raz próbowałam jeszcze w Polsce.
Poszłam na kurs…i się poddałam przed egzaminem.
Uznałam, że nie umiem, że nie dam rady…
Drugi raz próbowałam tu w Szwecji.
Wtedy próbowałam na własną rękę, ale znowu uznałam, że to do bani taka nauka, nie umiem, nie umiem się nauczyć, nic z tego nie będzie.
We wrześniu stwierdziłam, że to ostatni moment.
Jak nie teraz to nigdy.
Pozyczyłam kasę od mojego banku, poszłam do najbliższej szkoły, wpłaciłam 14 500kr. I zaczęłam.
Ludzieeee… Ile ja razy sądziłam, że jestem za stara i powinnam się poddać. Ale zapłaciłam za pakiet: nauka czyli teoria i praktyka, dodatkowe ćwiczenia, wypożyczenie sprzętu na egzamin… Tylko za egzaminy płaciłam oddzielnie, bo to do komórki nadrzędnej.
No a skoro zapłaciłam za tyle i tyle godzin praktycznej nauczki…to trzeba to zużyć.
Zużyłam. Po czym stwierdziłam, że skoro rzekło się A to trzeba sprawę dokończyć. Wyciągnęłam zaskórniaki swoje, męża, dzieci rzuciły swoimi w ramach prezentu pod choinkę…
No dobra. Nie ma co przeciągać.
Zdałam. Choć przyznaję, że poszłam częściowo na łatwiznę. Ale po co się męczyć i sobie utrudniac jak można sobie ułatwić?
Tak więc, od dziś jestem dumnym posiadaczem prawa jazdy kategorii B na samochody z automatyczną skrzynią biegów.

…a wy co myśleliście? Przepraszam, jeśli was rozczarowałam, ale dla mnie zdobycie prawka to…jak wejście na najwyższą górę. Tyle lat do tego podchodziłam i byłam pewna, że nigdy mi się nie uda.
Teraz jeszcze chciałabym nauczyć się pływać.

19. Adio Pomelo!

Pytanie: Ile pomelo to za dużo pomelo?
Odpowiedź: nie ma czegoś takiego jak „za dużo pomelo”.
Odkryłyśmy ten owoc, Zuzu i ja, w zeszłym roku.
Zuzu ma mój charakter i jak czegoś nie zna to ciężko ją namówić do spróbowania. Ja się z nim zetknęłam kilka lat temu za sprawą koleżanek szkolnych z Tajlandii więc jak zobaczyłam w sklepie to nie wahałam się przed zakupem.
Zuzu patrzyła zdegustowana, gdy je obierałam. Bo co tu mówić: wydajny to ten owoc nie jest, oj nie. W dodatku w środku jest dość blady, a jego cząstki czasem wyglądają jak zęby…co osobom z fobiami może się wydawać nieco obrzydliwe.
Ale Zuzu jest jednak odważniejsza ode mnie więc nakłaniana uporczywie odważyła się spróbować. Ugryzła, skrzywiła się, skrzywienie się wyprostowało, przeszło w uśmiech, po czym drapieżna łapa złapała miseczkę z obraną połową owocu…i tyle jej widziałam.
Przez kilka kolejnych wizyt Zuzu u mnie raczyłyśmy się przysmakiem, a potem jakoś zapomniałyśmy…
W tym roku, jakoś w grudniu znów zobaczyłam pomelo w moim sklepie pod domem.
Na marginesie dodam, że to sklep sieci Hemköp i jest to najbardziej nie lubiany przeze mnie sklep spożywczy w mieście. A jednocześnie tam najczęściej robię zakupy, bo leży najbliżej domu. Bo w Szwecji nie ma sklepików na każdym rogu. Są tylko markety spożywcze różnych sieci: COOP, Ica, Willy’s no i Hemköp właśnie. Są jeszcze Lidle, było Netto, ale zniknęło. W niektórych miastach są City Gross i jeszcze jakieś inne, których imion nie pamiętam.
Sklepy te leżą zwykle na obrzeżach miast, w centrach handlowych i niczym dziwnym nie jest, że obok ciebie są ICA i Willys czy Coop i ICA. Różnią się cenami- czasem ten sam towar w sklepie obok kosztuje nawet o kilka koron więcej. Oczywiście zazwyczaj obok artykułów znanych producentów, mają artykuły sygnowane własnym logo. Ale już się przekonałam, że choć te sygnowane własną firmą są tańsze, to zazwyczaj są jeszcze gorsze niż te znanych firm. O jedzeniu mówię. Bo w Szwecji jedzenie nie jest dobre.
Na przykład chleb, nawet ten pieczony w sklepie, to nie jest chleb robiony od początku do końca przez piekarza. To jest chleb wyprodukowany w fabryce Fazer lub Dafgård, wstępnie podpieczony, dopieczony na miejscu by udawał chleb prawdziwy. Jest w nim oczywiście cała masa polepszaczy.
Jeśli się chce zjeść dobry chleb trzeba iść do piekarni…O ile jest w mieście taka, która produkuje pieczywo z mąki, drożdży lub zakwasu, a nie z gotowej mieszanki znowu pełnej chemii. Ze świecą szukać, a cena takiego pieczywa szybuje pod niebo.
A mój osiedlowy Hemköp, prócz niewielkiego wyboru, ma także dużo wyższe ceny niż inne sklepy (lokalizacja w centrum nawet najbardziej zapyziałego miasteczka przekłada się na wysokość czynszu) oraz bardzo często…jeśli nie notorycznie…niektóre produkty są po prostu stare i popsute. Mięsa mielonego nie kupuję tam z zasady, choć sama nie jem, to nawet przygotowywanie go wzbudza mój odruch wymiotny, bo ono po prostu śmierdzi.
Na kurczaka z grilla raz nabrał się eM, a innym razem Yankie na żeberka. Nigdy więcej.
Na spleśniałe maliny (mniej więcej 10dag za 40kr) trafiła kiedyś Zuzu… Kartofli nie kupuję tam już z zasady, bo od kilku lat sprzedają kartofle szare w środku. A często z pleśnią na wierzchu.
Za każdym razem obiecuję sobie, że pójdę i zrobię awanturę…ale potem się okazuje, że jak zawsze nie wzięłam paragonu, albo coś…
No ale jak brakuje śmietany/soli/mąki/masła…to tam jest najbliżej… Staram się jednak oglądać uważnie wszystko co kupuję.
I to w tym sklepie odkryłam jakoś w połowie grudnia pomelo.
Przyniosłam, rozkroiłam, obrałam, pożarłam pół. Obrałam drugie pół, znowu pożarłam.
Pomelo jest w smaku podobne do grejpfruta, ale mniej gorzkie i słodsze. Nie jest też aż tak soczyste, sok jest zamknięty w małych, zwartych cząsteczkach. Dzięki czemu łatwo obrać pomelo nie tylko z wierzchniej skórki, ale także z błonek w środku.
Jak zaczęłam w grudniu tak przez całą zimę kupowałam pomelo w Hemkopie obok domu. Zjadałam niemal każdego dnia po pół owocu i czekałam kiedy dostanę znanej mi wysypki, która zakończy to obżarstwo.
Wysypka się nie pojawiła, ale na początku lutego przyniesione do domu pomelo, po rozkrojeniu, okazało się zapleśniałe… Z bólem serca wyrzuciłam owoc i nawet się nie obraziłam na sklep, no bo jak zobczyć w środku?
W ICA pomelo nie było przez całą zimę, ale odkryłam, że ma je Lidl i Willys.
Raz kupiłam w Willys, było czerwone, ale nadal dobre. Ale Willys nie jest mi po drodze- idę tam tylko by kupić polski twaróg. To już szybciej Lidl, bo tam kupuję jogurt grecki oraz wodę w niebieskich butelkach czyli to co spożywam każdego dnia. Płatki kukurydziane bez dodatków oraz dwie łyżki jogurtu greckiego z Lidla to moje śniadanie od kilku lat.
Kupione w Lidlu pomelo było też smaczne, soczyste i całkiem świeże.
Aż do wczoraj.
Rozpakowane z folii, bo każdy owoc jest opakowany w folię, ukazało na czubku ciemną, miękką plamę. Wnętrze wyglądało okej, ale po przystąpieniu do konsumpcji odkryłam, że duża część owocu jest sucha i zdrewniała.
Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy: sezon na pomelo się skończył. Idzie wiosna.




18.

Basil jest jednak niesamowitym kotkiem.
W piątek zaczął mruczeć! Po prostu: wzięłam go na kolana i zaczęłam głaskać. Głaskałam chyba z pięć minut. W tym czasie Basil leżał na moich kolanach, rozstawiał szeroko paluszki, naprężał, a potem lekko mi wbijał pazurki w udo. To podłożyłam mu swoją dłoń, i nadal głaskałam.
Nie robiłam tego z jakąś myślą. Po prostu: przyszedł mi na kolana to głaskałam. I nagle poczułam jak mu najpierw brzuszek wibruje, potem całe ciało, a w końcu z gardełka wydobył się oczekiwany odgłos. Nie było to ciągłe mruczenie jak np. silnik auta pracujący na wolnych obrotach, nie. To było bardziej jak samochód mający problem z uruchomieniem.
Ale już wiem, że po prostu mruczenie Basil jest aktywne tylko włącza się z trudem.
A kupiłam mu nowe zabawki, bo już doszczętnie zdewastował (przy pomocy Tosi)
wszystkie wędki. A za wędkami lubi ganiać. A jeszcze bardziej lubi mi tę wędkę wyrwać, zaciągnąć gdzieś w bezpiecznie miejsce i potem spokojnie zamordować.
W ten sposób zamordował swoją ulubioną pszczółkę. Najpierw odgryzł oryginalną gumkę. Wiązałam ją potem wiele razy, ale ileż można.
Pojechałam do Biltemy z Yankiem i kupiłam kolejną, taką samą.
Pan w kasie się ucieszył:
– To jest ulubiona zabawka mojego kota!
– Mojego też! I psa też.
Wróciłam do domu, wypakowałam zabawki, wędkę chciałam wyjąć z opakowania, odwróciłam się po nożyczki, a tu patrzę: pszczółka właśnie ucieka…Kot nie czekał aż się pozbędę kartonika itd…
Strasznie to komiczny widok jak w tą pszczółką w paszczy, oraz ciągnącą się z tyłu gumką wraz z patyczkiem, pomyka gdzie, gdzie Tola go nie sięgnie.
Ogóle rzecz biorąc Basil jest zmyślnym kotkiem. Wie, że jak zawołam
– Basil, a gdzie jest kotek? -i zamacham kołdrą to trzeba przybiec, bo będzie zabawa w „Tittut!” czy w „a kuku!” (Tittut to moje najulubieńsze szwedzkie słowo). Zabawa polega na tym, że nakrywam kota kołdrą, głaszczę go przez nią, podstawiam palce tu i tam, a on je łapie, ale dzięki grubości kołdry ani jego ząbki ani pazurki mi krzywdy nie robią. Pytam przy tym „Gdzie kotek? Gdzie Basil?” takim wysokim głosem jakiego używa się do dzieci. A Basil czołga się do krawędzi i kiedy już jest tuż -tuż zatrzymuje się. Wtedy ja podnoszę kołdrę i wołam „Tittut!” a kot dostaje porcję głasków.
Strasznie to lubi i przychodzi do tej zabawy zawołany, czym zaskoczyłam nawet moją córkę.
A wczoraj odebrałam męża ze szpitala. Ledwie się lekko ogarnął, położył na kanapie. Wchodzę: a tam przytulony do niego Basil. Bo Basil uwielbia być blisko człowieka, być przytulany lub noszny na rękach. Wzięty na ręce rozstawia szeroko paluszki, jakby się troszkę bał, że spadnie, ale łebek przykleja do ramienia jakby się przytulał.

Czwartkowy egzamin sprawił, że złapałam zawiechę. Oraz dwudniowa migrenę.
Dwa dni chodziłam mając uczucie pustej głowy…
Przed egzaminem miałam czas na naukę z książek oraz z testów szkoleniowych. Z książek korzystałam mniej, i to, jak się okazało był błąd…
Przyszłam swoim zwyczajem pół godziny za wcześnie, i całkiem słusznie, bo procedury przed egzaminem ze względu na pandemię zajmowały dużo więcej czasu.
Egzamin w formie testu. Na czas. 70pytań, 50minut. Zaliczenie przy poprawnych 52 odpowiedziach.
Zaskoczenie: ekrany nie stoją…a leżą.
Do zaznaczania potrzebny ten długopis z gumką, a i tak należało go mocno docisnąć do ekranu. Oraz deblizm największej klasy: pytania wyświetlały się po prawej stronie, a odpowiedzi po lewej. Żeby zaznaczyć odpowiedź trzeba było sięgać na skos, po przekątnej ekranu. W dodatku niektóre pytania zawierały obrazki – a tych często nie widziałam wyraźnie, bo zwyczajnie jestem za niska, musiałam się lekko podnosić by widzieć cały obraz.
Ale najgorsze to było to, że wielu słów lub nawet całych zwrotów nie rozumiałam! O co chodzi… zgadywałam po odpowiedziach. W ten sposób mając 16 minut do końca, byłam mniej więcej w połowie. Uznałam, że trudno. Nie zdam. Przestałam czytać dokładnie.
Skończyłam jakieś 3 minuty przed czasem. „Chcesz zakończyć i sprawdzić?” – zapytał mnie komputer. Zawahałam się. A czort brał, przecież i tak nie zdam, a czasu na nic innego nie ma…TAK. Nacisnęłam. A tu ZONK! ZIELONE „Godkänd” czyli zaliczone.
Byłam tak zaskoczona, że aż sapnęłam głośno. Wyszłam z sali, pani pilnująca nas pogratulowała mi zdania.
Potem w domu sprawdziłam: zdałam 53 punktami. Czyli rzutem na taśmę. Ale zdałam.
Ale kiepsko. I było mi wstyd, że tak kiepsko. Pewnie dlatego wymyśliłam te usprawiedliwienia o ekranie i nieznanych słowach…
No tak…ale to dopiero połowa. 2 marca czeka mnie egzamin końcowy. I to dopiero będzie jazda…Prawdziwy hardcore.
Obiecałam sobie, że nic nie powiem do końca żeby nie zapeszyć. To nie mówię.

17. 2021

Jaki dziwny był wczorajszy dzień!
Przede wszystkim – zmieniła się pogoda. Mróz zniknął jakby ktoś pstryknął pstryczkiem. W poniedziałek było jeszcze -5 (w nocy -11) a wtorkowy ranek wstał z zerem (albo -0,5). Było szaro i buro. Zima właśnie odsłoniła swą najobrzydliwszą część.
Nie spałam od jakiejś 3. O 4 usiadłam do pracy. O 5 wstał eM i zaczął się szykować do szpitala. Godzinę później wyszedł, ale mnie się wciąż nie chciało spać.
Em miał operację…
To w ogóle nieprawdopodobna historia.
Z racji swej choroby miał do wykonania operację, która nawet nie tyle, że miała mu pomóc wrócić do zdrowia (a już na pewno nie ratowała życie) ale miała poprawić komfort życia i ewentualnie zapobiec jakimś przykrym konsekwencjom w przyszłości.
Decyzja o operacji zapadła jakieś dwa tygodnie temu, podczas rutynowej kontroli.
Lekarz wtedy nam tłumaczył, że skoro to jest tego rodzaju zabieg to czas oczekiwania może się dłużyć bo wiadomo, że pierwszeństwo mają inne przypadki.
Okej, to czekamy.
Aż tu kilka dni później przychodzi wezwanie do chirurga. Zapakowałam własną maseczkę bo po tych dawanych w punkcie kontrolnym dostaję wysypki i kicham (jakieś zakurzone chyba), przepustkę od lekarza dla żony-tłumaczki i ruszyliśmy.
Dygresja będzie.
Tak normalnie to można poprosić o tłumacza w czasie wizyty lekarskiej albo w urzędzie. Ale nie wiem jakim cudem – ja całkiem dobrze rozumiem język medyczny od samego początku, nawet jak słyszałam dane słowo po raz pierwszy. Np. takie: tolvfingertarmen.
Tolv to po szwedzku dwanaście
finger – palce dłoni
tarmen – jelito.
No toż od razu wiadomo, że chodzi o dwunastnicę, nie?
Oczywiście znajomość problemu ułatwia, nie poważyłabym się nazywać siebie tłumaczem i brać za to pieniądze, a co ważniejsze – narażać innych na konsekwencje mego błędu. Ale mężowi z powodzeniem tłumaczę od jakichś 10lat i jakoś się z lekarzami dogadujemy. On oczywiście zazwyczaj daje sobie radę sam, ja już teraz uczestniczę w szczególnych okolicznościach. A że ostatnio nie wpuszczono mnie z powodu covida to lekarz wydał mi przepustkę, że jestem żoną i tłumaczem i trzeba mnie wpuszczać. Jakby nie było, to szpital też woli jak idę ja niż tłumacz urzędowy bo ja nic nie kosztuję.
No to poszłam do chirurga, bo sytuacja nietypowa.
Chirurg zbadał co trzeba, zapytał o co trzeba, powtórzył to, co mówił jego kolega: że czekanie itd… Na koniec dodał znamienne zdanie, że może być też i tak, że z dnia na dzień wezwą, bo im się jakaś luka zrobi, i dzięki temu operacja może się odbyć szybciej niż planowano. To dlatego te badania teraz…
U chirurga byliśmy w poprzedni poniedziałek. A tu we czwartek po południu dzwoni do mnie jakaś kobieta i pyta czy eM by nie reflektował na operację we wtorek. Ale jak to we wtorek? Ten WTOREK? Tak, 16, bo mają właśnie lukę…
eM był na spacerze z Tośką, dlatego zadzwonili do mnie bo decydować było trzeba natychmiast. …No w ciągu godziny. Ja byłam za, bo żyć z perspektywą „bo może operacja” to jest koszmar. EM się zgodził. No i jesteśmy.
Teoretycznie się nie denerwowałam, ale wiadomo.
eM poszedł do szpitala, a ja pracowałam. O odpowiedniej porze poszłam z Tośką na spacer. Było wilgotno, bezwietrznie i ciepło.
Bolał mnie brzuch nie wiedzieć czemu, zmęczona byłam jak diabli, oczy piekły, kawy pić nie mogłam bo ten brzuch/żołądek. Noż, nienawidzę takich chwil. Nie można nic robić bo zmęczenie, ale zasnąć też się nie da. Kręciłam się po domu, zaczynałam coś robić, odkładałam, brałam inne… Wreszcie po lunchu zasnęłam i spałam jak zabita dwie godziny.
Stwierdziłam, że pora by Tośkę wziąć na spacer, a tu Yankie się nie zbiera. Zajrzałam – a tam syn pod kocem, z trudem rozlepił oczy, wymamrotał coś o zmęczeniu. Poszłam ja.
Całe popołudnie i wieczór walczyłam ze łzawiącymi oczami i ziewaniem. Yankie wstał jakieś dwie godziny później, też na siłę. Też się snuł po chałupie ziewając i trąc oczy. Bez energii, z dziwnym węzłem w żołądku.
Po 18 zadzwonił eM, że wreszcie go przewieźli z pooperacyjnej na zwykłą salę. Głos miał lichy, więc kazałam odpoczywać.
O 21 po prostu zgasiłam światło i poszłam spać. A dwie godziny później Basil powiedział „mrrrryt” i władował mi się pod nos. I mnie obudził. I wybudził na dwie godziny.
I takie było spanie. Co godzinę -dwie pobudka, a pomiędzy tym sny pełne treści.
Pogoda zmieniła się definitywnie. Prognoza mówi, że ma wiać i sypać śniegiem, ale temperatura tylko w nocy ma spadać trochę poniżej zera. To pewnie była główna przyczyna naszego wczorajszego rozmamłania.
Mam nadzieję, że dziś się ogarnę. Bo jutro mam egzamin. A jak go zdam to powiem o co chodzi…
Ósma. Czas dzień zacząć.

16. Na całej połaci…lód i lud

Dziś obrazkowo.
Zdjęcia z poprzedniego weekendu i z wczoraj.
Ostatnie dwa tygodnie to słońce i biel.
I tradycyjnie: wszędzie tłumy ludzi. (No dobra: jak na szwedzkie warunki, bo po polsku to niemal bezludnie).
Na początek zamarznięte jezioro.
Przypominam, że jezioro jest przy brzegu głębokie do kolan. Tosi kolan! Więc proszę nie wpadać w przerażenie, że chodzimy po lodzie.
Na rzece też jest lód i lud łazi. My – nie, bo rzeka jest głęboka i płynąca.
Jezioro jest płytkie (przynajmniej tak ze 200m od brzegu).
Na instagramie widziałam zdjęcia odważnego co jeździł Porchem po lodzie na Wener koło miasta. Kto bogatemu zabroni…

Jak Tosia kocha śnieg? Tak, żeby tylko uszy wystawały 😀
Samotny piknik na lodzie? Albo zdjęcia na Instagram
Coś mnie urzeka w tym zdjęciu. Te wysokie drzewa, biała pustka i mały wobec natury człowiek
Wczoraj, w drodze na Kinnekulle
Zamarznięty staw
A skały pokryte lodowymi wodospadami: najpierw lało, a potem gwałtownie zamarzło.
Tłum prawie jak na Krupówkach
Jedyna okazja by spojrzeć na wyrobisko ze środka stawu

Dziś zmiana pogody. O 8 rano było już tylko -9. Ma padać śnieg a temperatura w dzień ma zbliżać do zera. Dla mnie to mało fajne, bo co w dzień się stopi to w nocy zamarznie.
No ale…idzie ku wiośnie.

15.

Sobota.
Już dawno tak źle nie spałam. Nie wiem co się dzieje, że do tego stopnia się walałam. Wstałam oczywiście z bólem głowy.
Na termometrze -16!
Czekam na wschód słońca, żeby jednak mróz trochę spadł.
W tle słucham Eltona Johna. Kilka dni temu obejrzałam (drugi raz) film „Rocketman” i mnie wzięło na jego piosenki. Uświadomiłam sobie, że Elton John i jego piosenki są w tle całego mojego życia.
Basil głaskany przez dłuższą chwilę wydaje z siebie pojedyncze mruknięcia, no ale to musi być co najmniej 5minut głaskania… A mnie po minucie zaczyna piec twarz i cieknie z nosa.
Obejrzałam wczoraj „Miłość do kwadratu” na Netflix.
Polska produkcja. Film w gatunku „komedia romatyczna”, więc czego się spodziewałam?
Jak zobaczyłam w obsadzie Karolaka to się zbyt wiele nie spodziewałam, no ale mimo wszystko…Ależ to było złe…A jednak obejrzałam do końca. Potrzebowałam resetu.
Oglądam teraz na Netflix serial „Firefly lane” na podstawie książki Kristin Hannah. Serial ma urok, książka pewnie by mnie znudziła…Hannah ma bardzo nierówne pisanie. Książki, które czytałam mają ciekawe momenty, ale są też chwilami cukierkowe lub łzawe, często szablonowe. Ale np. taka Wielka samotność, ma skopaną tylko końcówkę. Cała reszta jest bardzo, ale to bardzo, dobra.
A ja teraz czytam Haruki Murakami „Norwegian Wood”. To moje pierwsze spotkanie z tym autorem.
Lubię azjatycką literaturę. Jest w niej jakiś spokój. Ale tu… Dziwna powieść, dziwne postacie… Troszkę nudzi, ale chcę zobaczyć do czego to doprowadzi.
Przed tym czytałam „Czasomierze” Davida Mitchella (ten od Atlasu chmur). I mam mieszane uczucia. Warstwa fantasy nudziła mnie śmiertelnie, momentami książka jest kompletnie przegadana, bohaterowie żonglują zdaniami, ale nic z tego nie wynika. Ale końcówka, pokazująca schyłek naszej cywilizacji wstrząsająca i bardzo dołująca, bo tak bardzo, ale to bardzo prawdopodobna.
Chyba na jakiś czas dam sobie spokój z literaturą „postapo”.
Za oknem jasno…Chyba trzeba się zbierać.

14/2021

Skaranie z tym kotem…
Po pierwsze i najważniejsze: NIE MRUCZY! Mam zepsutego kota. Tym samym trzymanie go mija się z celem. Chciałam mruczka co przyjdzie na kolanka, pomruczy kołysankę a mam…co mam.
Łobuzuje, buja się na drzwiach, zwala miskę ze stołu…bo tak, a na dodatek wywala Tośkę z jej miejsca w moim łóżku.
To ostatnie jest dla mnie zagadką: JAK?!
Od zawsze Tosia spała w rogu, w nogach mego łóżka. Czasem, po usilnych namowach przychodziła na pieszczotki, ale potem szła w swój róg. Czasem w nocy się rozwalała, ale zasadniczo trzymała się swego rogu.
Od kilku tygodni obserwuję, że w tym miejscu coraz częściej śpi kot.
Tłumaczę Tosi, że to jest jej miejsce, że ona ma tu we wszystkim pierwszeństwo, bo starsza, większa… Tosia kiwa głową ze zrozumieniem, goni kotu kota w ciągu dnia, kłapie paszczą gdy smarkacz się zbliża do jej kości – nieważne, że wycmoktanej do cna-ale gdy przychodzi do spania…
Tosia kładzie się na swoim miejscu, potem wskakuje kot…zatrzymuje się na chwilę, patrzy w stronę Tosi…i Tosia schodzi, i idzie sobie gdzie indziej.
Albo, wcale nie przychodzi, bo po co skoro i tak ją zaraz wywalą.
Smutno mi, bo lubię mieć Tosię blisko. (Czasem śnią mi się straszne rzeczy i wtedy dobrze po przebudzeniu słyszeć jej pochrapywanie lub wręcz się do niej przytulić).
Taki to zbój z tego Basila.
Ostatnio chciałam sprawdzić czy jest Bazyliszkiem i pokazałam mu lustro, ale bardziej go ciekawiło co jest z tyłu. Za to coraz częściej ogląda ze mną telewizję.
Tymczasem trwa zima. Ale dni są jasne, takie jasne! Pogodne niebo, słońce na czystym niebie i mróz. Ale i wiatr, niestety, więc fajnie jest głównie przez okno, bo na spacerze, gdy idziemy w rytmie trzy kroki -stop-trzy kroki-stop to nie jest fajnie.
Dziś kończę rozliczenia kwartalne, ale jak nigdy dotąd, jestem mocno w tyle. I nie z mojej winy. Uparłam się po prostu, że moi klienci to osoby dorosłe i powinni być świadomi, że brak dokumentów to brak możliwości złożenia deklaracji. Teoretycznie powinnam nie składać zerówek, bo to nie jest zgodne ze stanem faktyczny. Powinnam wrednie pozwolić by im urząd skarbowy doliczył karę za brak deklaracji, wtedy może się nauczą?
Jak fryzjerki…
Pytam kiedy dostanę dokumenty, bo w piątek jest termin. To mi piszą, że do piątku się wyrobią.
Albo taki jeden pan W. Nie dość, że przywiózł mi śmietnik w postaci kłębu pogniecionych paragonów, to nie dostarczył wszystkich przychodów. Albo pani S, która ostatnie dokumenty dostarczyła mi za sierpień.
Tym razem złożę im te zerowe deklaracje, ale napiszę, że to ostatni raz – jeśli następnym razem na czas nie dostanę dokumentów, nie złożę deklaracji, a wtedy dostaną karę za jej brak.
I tak się toczą dni jeden za drugim.

13/2021 Busy busy bee

Lorelai tak mówi jak Michel chce, żeby rozsądziła spór o to, czy Sookie rządzi nim czy on Sookie…
…tak znowu lecą Gilmorki, ale bo to się tak ogląda! Lorelai ma piegowata skórę, mały biust, z czasem też lekko tyje, co widać.
Sookie ma nadwage, tak samo jak Miss Patty czy Babette.
Luck ma łysinę, i Mr Doose też.
Emily ma kiepsko dobrane biustonosze i jej piersi patrzą w dół.
Kris się stroi w dopasowane koszule i jeansy a Lorelai się z niego wyśmiewa…
Jest NORMALNIE. Dziewczyny wyglądają każda inaczej, wyższe, niższe, szczuplejsze, z małymi i dużymi ustami, z naturalnymi rzęsami, ubieraja się różnorodnie…
Nie ma zbrodni, kryzysów wielkoświatowych, wielkich afer spektakularnych wydarzeń
Ten serial jest jak bajka…albo jak łyk czystego powietrza.
Jest normalnie, zwyczajnie.

Ale ja nie o tym…
Pracuję, pracuję, pracuję. Nie czytam blogów, bo nie mam czasu.
Mam tydzien na zakończenie ostatniego kwartału, a klienci jak zawsze.
Ponad to, po kolejnych 6 dniach mam egzamin, więc wolnej chwili o poranku staram się przyswoić sobie wiedzę. Z różnym skutkiem.
Sypiam całkiem dobrze.
Czasem aż za dobrze, bo bywa, jak dziś, że budzę się około 6:30.
To wtedy gdy o 3 nad ranem wyrzucę łobuzującego kota z sypialni. Jak wstaję, znajduję go pod moimi drzwiami i pęka mi serca, ale muszę spać, by mieć siłę żyć. Licze na to, że maluch nauczy w końcu, że rozrabianie jak mamusia śpi=wywalenie za drzwi.
On jest całkiem pojętny. Zabawę ze ścieleniem łóżka załapał po dwóch razach. Z wędką, wieczorem też. Miseczka po porannych płatkach z jogurtem należy do niego gdy stoi na stole w kuchni – to też wie.
Oraz to, że jak Tosia i Mamusia się ubierają to znaczy, że na stole w kuchni będzie cukierek i trzeba tam iść.
No ale nie umie biedactwo załapać, że o 3 nad ranem nie zaczepiamy ani Mamusi ani Tosi, bo źle się to kończy.
Ani tego, że na klawiaturę nie wchodzimy pod żadnym pozorem, bo wtedy Mamusia zmienia się w złą macochę co mówi brzydkie słowa.

Zima. Zimno. Nawet w domu zimno! Wełniane kapcie nie pomagają na marznące stopy! Po plecach ciągnie, trzeba narzucać udziergany latem sweter z odzyskanego mohairu. Gryzie to i obłazi kłakiem, ale kurde, grzeje. Wyciągnęłam leżącą w głębi szafy chustę wełnianą na szyję, zamiast zwykłej kokonkowej.
Marzną mi ręce! Okropnie mi marzną. Kupiłam kolejne rękawiczki, ale i w tych marzną. Chyba sobie zrobię takie z jednym palcem i będę nosić na te zwykłe palczaste.
A wiecie, że po szwedzku rękawiczki to handskar lub vantar?
Handskar to rękawiczki z palcami. Także ochronne np. medyczne czy do pracy.
Vantar to rękawiczki zimowe z jednym palcem.

Wykupiłam sobie wczoraj dostęp do TVNowskiego Playera…Na razie na próbę, zobaczę co jest i co mi z tego pozwolą oglądać.

A dziś przychodzi Zuzu! Tylko na dziś, bo jutro rano ją zabierają, ale…Ojej, jak się cieszę! Zuzu do mnie przychodzi! Ale się za nią stęskniłam!