Pozwolicie, że zostanę jeszcze na chwilę w temacie prawa jazdy.
Jakieś 15 lat temu zrobiłam kurs w Polsce. Zrobiłam to znaczy: wyjeździłam 20 godzin (60minutowych). Kiedy wsiadałam pierwszy raz nie miałam pojęcia o samochodzie. Ale naprawdę żadnego.
Tak więc lekcje zaczęłam od podstaw: hamulec, gaz, sprzęgło, biegi, światła itd…
Jedną całą lekcję spędziłam na placyku ucząc się ruszać… Bo albo mi samochód gasł, albo skakał… Nie pamiętam dokładnie, ale chyba po dwóch lekcjach umiałam mniej więcej ruszyć bez tych cyrków.
Dalsze lekcje wyglądały tak, że pakowaliśmy się we trójke lub czwórkę do auta i jechaliśmy do Olsztyna, bo to tam miał być egzamin.
Instruktor siedział z boku, za kierownicą jeden z uczniów.
Droga do Olsztyna zajmowała około 30minut. Kolejne 30minut uczeń miał na opanowanie jazdy po mieście.
Jazda odbywała się tak, że siedziało się ze kierownicą, a instruktor mówił
– Jedź w prawo…jedź w lewo…. jedź na rondo…
Nie pamiętam tłumaczeń jak na to rondo wjechać, jak skręcić, jak się ustawić, na co patrzeć…Po prostu jechałam…a instruktor zaczynał wrzeszczeć: hamuj hamuj, gdzie jedziesz, czerwone, zielone, piesi…czy co tam na drodze było. Zawsze krzyk i stres. Instruktor zwykł mówić: ja nie uczę was jeździć, ja uczę zdać egzamin.
Myślałam, że tak ma być, bo prędkość, bo duży ruch, bo samochód i ubezpieczenie…Ale gdy wykorzystałam te 20godzin jazdy to nadal nie wiedziałam jak się poruszać w mieście. No i czułam się oszukana na co najmniej połowę czasu, bo spędziłam go za kierwnicą w trasie, podczas której niewiele nowego się uczyłam.
Owszem, 15 lat później miałam więcej doświadczenia, a ruch w moim miasteczku jest dużo mniejszy.
Każda lekcja tutaj trwała 40minut. Zazwyczaj bukowałam dwie lekcje – bo wtedy można naprawdę sporo zrobić. W sumie wyjeździłam 36godzin lekcyjnych. Policzyłam, że to 24 godziny zegarowe.
Erik czyli mój nauczyciel, zachowywał spokój, momentami był nawet wręcz przesadnie, moim zdaniem, rozluźniony. Raz go tylko załamałam, ale nawet wtedy nie podniósł głosu, tylko poprosił bym się skupiła… Szczerze? Dotknęło gorzej niż najgorszy krzyk, bo czułam, że go zawodzę…
Nim zrobiliśmy jakiś nowy manwer najpierw mi to tłumaczył, czasem rysował, czasem obrazował dłońmi czy filmem z telefonu.
Uczył wszystkiego: jak się ustawić, jak wjechać, na co patrzeć, GDZIE patrzeć, które ryzyko jest najbliżej i trzeba na to zwracać uwagę. Jak jechać, żeby nikogo i niczego nie uszkodzić, z tym, że nasze auto było mniej ważne niż auta pozostałych użytkowników.
Manewrowanie typu: rusz pod górkę, zaparkuj, wyjedź z parkingu odbywały się ZAWSZE na ulicy lub normalnym parkingu, wśród innych samochodów.
On mnie nie uczył jak zdać egzamin. On mnie uczył jeździć.
Kiedy widział, że mam z czymś problem to myślał o tym, aż wynajdował sposób na wyćwiczenie tego…
Erik uczył też jeździć mojego syna, na manualnej skrzyni biegów. I np. Yankie miał problem z gwałtownym hamowaniem tak, by mu auto nie gasło. Erik zabrał go na pustą, leśną drogę, kazał rozpędzać samochód i hamować gwałtownie na klaśnięcie.
Na początku się bałam, bo Erik zdawał się w ogóle nie zwracać na mnie uwagi, tu zerkał w telefon, tam coś ustawiał na panelu…Po kilku lekcjach zrozumiałam, że widzi WSZYSTKO!
Wyłapał każdą sytuację, gdy nie spojrzałam tam, gdzie powinnam, zahamował zawsze wtedy, gdy ja przegapiłam znak stopu czy cokolwiek innego.
Oraz, czego także nie było na jeździe w Polsce, skrupulatnie pilnował przestrzegania przepisów. Uczył też, jak nie być przeszkodą na drodze.
Polubiłam go serdecznie.
Częścią nauki był też opisywynay przeze mnie kilka tygodni temu halkkörning czyli jazda po śliskiej nawierzchni. To ćwiczenie sprawiło, że przestałam się bać! I polubiłam tego sprytnego Golfika.
Na egzaminie, okazało się, że w zasadzie wymagania są naprawdę niewielkie. Zwłaszcza, gdy się jedzie na automatycznej skrzyni biegów. Bo w Szwecji ogromną wagę przywiązuje się do jazdy jak najlepszej dla środowiska. Czyli: wiadomo samochód powoduje zanieczyszczenia i wzmaga efekt cieplarniany ZAWSZE, ale można jechać tak, by to działanie było jak najmniejsze. I na egzaminie bardzo mocno się tego pilnuje. Np: utrzymując stałą prędkość, hamując silnikiem.
Na automacie za wiele podziałać się nie da…
Ale sam egzamin to właściwie sprawdzenie czy umiesz jechać bezpiecznie w mieście i poza nim, czy umiesz jechać, gdy nie ma znaków, czy umiesz zaparkować, zawrócić, czy zwracasz uwagę na bezpieczeństwo swoje i wszystkiego wokół.
Koperty? Parkowanie co do milimetra na środku? Sto i jeden sposobów parkowania? Po co? Masz umieć zaparkować. Tyłem, bokiem, przodem…dowolnie, byle nie zrobić szkody sobie i komu innemu oraz abyś ty i twój pasażer mieli wystarczająco miejsca by wysiąć i wsiąść.
Ale Erik nie powiedział ani razu, że egzamin będzie w sumie prosty.
Sam egzaminator…
W Polsce nasłuchać się można niesamowitych historii. Nie wiem ile z nich jest prawdą.
Mój egzaminator, miałam wrażenie, robił wszytsko, żeby mi egzamin ułatwić, bym zdała. To znaczy… nie łamiąc zasad. Mówił bardzo spokojnym i cichym głosem. Był miły, uśmichnięty, zagadywał w czasie jazdy, ale nienachalnie. Komendy podawał powoli i z duuuużym wyprzedzeniem. On nie przyszedł z zadaniam „oblać” i było to widać od samego początku.
Rezultat otrzymałam natychmiast po zgaszeniu silnika w postaci słów:
– Jag gratulerar dig…
Dziś kupiłam tort i kartkę z podziękowaniami i podrzuciłam do biura szkoły. Napisałam, że dziękuję i, że Erik jest najlepszym nauczycielem, ale pozostali też są super.
Mam nadzieję, że było im miło :D.
A teraz wreszcie opanowałam migrenę.
No i zaczynam szukać samochodu… Mam nawet pewne typy… ale oczywiście wszystko zależy na co będzie mnie stać. Bo ja najbardziej to bym chciała Golfika. TEGO GOLFIKA ze szkoły, bo to kochane autko.
Wszystko złe, co mówi sie naszych szkołach jazdy, to prawda, temat rzeka:( Ale mam pytanie – dlaczego robiłas prawo na automat, tylko?
PolubieniePolubienie
tu masz odpowiedź: https://krainatrolli.home.blog/2017/03/27/35-o-jeden-pedal-daleko/
PolubieniePolubienie
Juz rozumiem 🙂
PolubieniePolubienie
Ja robiłam na tak zwanych wczasach z prawem jazdy. Tak naprawdę to jeździć nauczyłam się sama, jeżdżąc w nocy po pustym mieście. Ale wtedy nie była tak wiele wymagań związanych z parkowaniem, zawracaniem, kopertą i innymi rzeczami manewrowymi. Uczyli jeździć.
PolubieniePolubienie
i nie byli nastawieni na zarabianie na kolejnych egzaminach
PolubieniePolubienie
Wiele lat temu ja a moi synowie całkiem niedawno zrobiliśmy prawa jazdy. Choć minęło tyle lat jedyna rzecz jaka się zmieniła to to, że mój egzamin teoretyczny był na papierze a chłopaków w komputerze. Raz zdana teoria daje prawo do rozpoczęcia jazd z instruktorem. Tak jak ty żadne z nas nie umiało prowadzić auta przed kursem. Od pierwszego momentu jeździliśmy wyłącznie po tutejszych zatłoczonych ulicach. Zdaliśmy wszyscy za pierwszym podejściem, bez placów manewrowych i innych nieprzydatnych głupot. Najważniejsze, żeby nauczyć się myśleć w czasie prowadzenia jazdy i nikomu nie zrobić krzywdy. Po odebraniu prawa jazdy nikt nie potrafi jeszcze jeździć, tego uczą samodzielnie wyjeżdżone godziny po skończeniu kursu.
Niech nikt mi nie mówi, że Włosi jeżdżą jak wariaci, może na południu tak ale tu na północy jeździ się prawie zawsze kulturalnie i prawie przepisowo. I tylko jak jestem w Polsce to wydaje mi się, że wszyscy na drogach chcą mnie zabić. I ten poziom agresji wśród polskich kierowców!!!
PolubieniePolubienie
W Neapolu, przysięgam na wszystko!, dwie Brytyjki robiły znak krzyża nim weszły na pasy na zielonym świetle… My nie, ale my z Polski 😉
PolubieniePolubienie
Rozczuliłaś mnie tym Erykiem! Ech, chciałabym też trafić na takiego instruktora. Ja tutaj szykuje kasę na 100 godzin jazd, bo też nie mam bladego pojęcia jak to się robi;) Najgorzej, że tutaj po zdanej teorii można jeździć z kimś, kto ma prawko i w ten sposób się tutaj ludzi uczą głownie, A JA TU NIE MAM NIKOGO TAKIEGO, buuu. Moi najbliżsi przyjaciele też nie mają prawka.
Ale jeszcze mam pomysł, że jak zdam teorie, to kupie auto i będę służyła za transport do lokalnego sklepu namawiając każdego sąsiada co ma prawko, czy by może go gdzieś nie podrzucić;D
PolubieniePolubione przez 1 osoba
No wiesz, Erik jest kochany. Ale jakbym jeździła z Johanem czy Rogerem czy Josefine – pewnie mówiłabym tak o nich.
Po prostu w Szwecji wszystko albo przynajmniej większość robi się „po dobroci”.
Pomysł z podwożeniem sąsiadów dobry, ale wiesz…Dobrze byłoby jednak pojeździć z instruktorem. Byle dobrym! Jednak nauka ze świadomością, że w razie czego ktoś jeszcze ma pedał hamulca – naprawdę pomaga.
PolubieniePolubienie
Ok, też już rozumiem, czemu automat 🙂 Gratuluję i trzymam kciuki, żeby jak najszybciej trafił się Golfik taki, jak trzeba. A potem przyjadę i powieziesz mnie nad to fajne jeziorko… ….wzdech…
PolubieniePolubienie
batumi…mam dla ciebie dwie złe wiadomości:
1. to fajne bajorko to ja mam na końcu ulicy i jechać tam nie trzeba,
2. trafiło się coś innego niż Golfik…ale o tym w następnym odcinku.
PolubieniePolubienie