17. 2021

Jaki dziwny był wczorajszy dzień!
Przede wszystkim – zmieniła się pogoda. Mróz zniknął jakby ktoś pstryknął pstryczkiem. W poniedziałek było jeszcze -5 (w nocy -11) a wtorkowy ranek wstał z zerem (albo -0,5). Było szaro i buro. Zima właśnie odsłoniła swą najobrzydliwszą część.
Nie spałam od jakiejś 3. O 4 usiadłam do pracy. O 5 wstał eM i zaczął się szykować do szpitala. Godzinę później wyszedł, ale mnie się wciąż nie chciało spać.
Em miał operację…
To w ogóle nieprawdopodobna historia.
Z racji swej choroby miał do wykonania operację, która nawet nie tyle, że miała mu pomóc wrócić do zdrowia (a już na pewno nie ratowała życie) ale miała poprawić komfort życia i ewentualnie zapobiec jakimś przykrym konsekwencjom w przyszłości.
Decyzja o operacji zapadła jakieś dwa tygodnie temu, podczas rutynowej kontroli.
Lekarz wtedy nam tłumaczył, że skoro to jest tego rodzaju zabieg to czas oczekiwania może się dłużyć bo wiadomo, że pierwszeństwo mają inne przypadki.
Okej, to czekamy.
Aż tu kilka dni później przychodzi wezwanie do chirurga. Zapakowałam własną maseczkę bo po tych dawanych w punkcie kontrolnym dostaję wysypki i kicham (jakieś zakurzone chyba), przepustkę od lekarza dla żony-tłumaczki i ruszyliśmy.
Dygresja będzie.
Tak normalnie to można poprosić o tłumacza w czasie wizyty lekarskiej albo w urzędzie. Ale nie wiem jakim cudem – ja całkiem dobrze rozumiem język medyczny od samego początku, nawet jak słyszałam dane słowo po raz pierwszy. Np. takie: tolvfingertarmen.
Tolv to po szwedzku dwanaście
finger – palce dłoni
tarmen – jelito.
No toż od razu wiadomo, że chodzi o dwunastnicę, nie?
Oczywiście znajomość problemu ułatwia, nie poważyłabym się nazywać siebie tłumaczem i brać za to pieniądze, a co ważniejsze – narażać innych na konsekwencje mego błędu. Ale mężowi z powodzeniem tłumaczę od jakichś 10lat i jakoś się z lekarzami dogadujemy. On oczywiście zazwyczaj daje sobie radę sam, ja już teraz uczestniczę w szczególnych okolicznościach. A że ostatnio nie wpuszczono mnie z powodu covida to lekarz wydał mi przepustkę, że jestem żoną i tłumaczem i trzeba mnie wpuszczać. Jakby nie było, to szpital też woli jak idę ja niż tłumacz urzędowy bo ja nic nie kosztuję.
No to poszłam do chirurga, bo sytuacja nietypowa.
Chirurg zbadał co trzeba, zapytał o co trzeba, powtórzył to, co mówił jego kolega: że czekanie itd… Na koniec dodał znamienne zdanie, że może być też i tak, że z dnia na dzień wezwą, bo im się jakaś luka zrobi, i dzięki temu operacja może się odbyć szybciej niż planowano. To dlatego te badania teraz…
U chirurga byliśmy w poprzedni poniedziałek. A tu we czwartek po południu dzwoni do mnie jakaś kobieta i pyta czy eM by nie reflektował na operację we wtorek. Ale jak to we wtorek? Ten WTOREK? Tak, 16, bo mają właśnie lukę…
eM był na spacerze z Tośką, dlatego zadzwonili do mnie bo decydować było trzeba natychmiast. …No w ciągu godziny. Ja byłam za, bo żyć z perspektywą „bo może operacja” to jest koszmar. EM się zgodził. No i jesteśmy.
Teoretycznie się nie denerwowałam, ale wiadomo.
eM poszedł do szpitala, a ja pracowałam. O odpowiedniej porze poszłam z Tośką na spacer. Było wilgotno, bezwietrznie i ciepło.
Bolał mnie brzuch nie wiedzieć czemu, zmęczona byłam jak diabli, oczy piekły, kawy pić nie mogłam bo ten brzuch/żołądek. Noż, nienawidzę takich chwil. Nie można nic robić bo zmęczenie, ale zasnąć też się nie da. Kręciłam się po domu, zaczynałam coś robić, odkładałam, brałam inne… Wreszcie po lunchu zasnęłam i spałam jak zabita dwie godziny.
Stwierdziłam, że pora by Tośkę wziąć na spacer, a tu Yankie się nie zbiera. Zajrzałam – a tam syn pod kocem, z trudem rozlepił oczy, wymamrotał coś o zmęczeniu. Poszłam ja.
Całe popołudnie i wieczór walczyłam ze łzawiącymi oczami i ziewaniem. Yankie wstał jakieś dwie godziny później, też na siłę. Też się snuł po chałupie ziewając i trąc oczy. Bez energii, z dziwnym węzłem w żołądku.
Po 18 zadzwonił eM, że wreszcie go przewieźli z pooperacyjnej na zwykłą salę. Głos miał lichy, więc kazałam odpoczywać.
O 21 po prostu zgasiłam światło i poszłam spać. A dwie godziny później Basil powiedział „mrrrryt” i władował mi się pod nos. I mnie obudził. I wybudził na dwie godziny.
I takie było spanie. Co godzinę -dwie pobudka, a pomiędzy tym sny pełne treści.
Pogoda zmieniła się definitywnie. Prognoza mówi, że ma wiać i sypać śniegiem, ale temperatura tylko w nocy ma spadać trochę poniżej zera. To pewnie była główna przyczyna naszego wczorajszego rozmamłania.
Mam nadzieję, że dziś się ogarnę. Bo jutro mam egzamin. A jak go zdam to powiem o co chodzi…
Ósma. Czas dzień zacząć.

10 myśli w temacie “17. 2021

Dodaj komentarz