Nie chce mi się…albo może nie jestem jeszcze gotowa pisać o rodzinie. Znowu się porobiło… Mam jakąś taką serię… Kilka tygodni temu za wycieraczką znalazłam mandat. Bo Astra stała poza liniami, nieważne, że w takim miejscu gdzie nikomu to nie przeszkadzało. 300koron, tylko 300, więc się tylko zaśmiałam, że MÓJ PIERWSZY MANDAT, w ramki oprawię. A tydzień temu dostałam zawiadomienie, że dostałam karę za nieterminowe złożenie raportu. Ale jak?! Ano tak: zapomniałam o złożeniu raportu, bo jest nietypowy, i składam go bardzo rzadko. I bęc. 1250kr. To już nie mało. A w piątek wieczorem odkryłam, że przegapiłam kolejną sprawę. Sprawdzam czy może jednak termin mam do 30czerwca, zdaje się że tak, ale jeśli nie – to będzie mnie to kosztować 5tys. Nie mam pojęcia co się dzieje…Jakim cudem przegapiam takie rzeczy?!
No nic. Muszę to poogarniać.
A poniżej zdjęcia z punktu widokowego na Hunneberg na moją równinę.
W piątek pisałam do koleżanki Adasia: „Nie jestem pewna czy się rozpoznamy…Może jakiś znak rozpoznawczy? Mlecza se w klapę wepnij, żebym wiedziała, że to ty” Co było nieco kąśliwe, bo od dwóch lat nie miał czasu się z nami zobaczyć…On w odwrocie zaproponował jakieś hasła. „Ja bym się jednak upierała przy mleczyku w butonierce” – twierdziłam nieugięcie. No i nadeszła sobota i pojechaliśmy. Czołgiem, bo według książek czołg ma spalać jakieś 4 litry na 100km, więc o połowę mniej niż jego poprzednik. Całkiem znienacka zrobiło się lato. Teren był dość trudny bo stromo pod górkę, dosyć wąską ścieżką, ze stromym urwiskiem z boku. No i mokro, miejscami wręcz grząsko albo ślisko bo gleba gliniasta. Nad nami była skała, a ze skały spływał wodospad.
No, ale w końcu dotarliśmy na wierzchołek.
Zjedliśmy po kanapce, porobili zdjęcia i zaczęliśmy wracać, bo słońce prażyło.
A potem weszliśmy na drugi szczyt.
Wracaliśmy tą samą ścieżką, bo koniecznie chciałam zejść na sam dół wodospadu, żeby obejrzeć go w całej okazałości, bo to co widać poniżej to tylko jego malutki fragment.
Ale gdy wreszcie zeszłam na dół jedyne co zobaczyłam to to:
Troszkę się rozczarowaliśmy. W związku z tym kolega, który pełnił honory pana domu zaproponował byśmy się udali w miejsce, gdzie łączy się rzeka górska z nizinną. Jeszcze tylko sfotografowałam ruinkę.
A rzeka okazała się być rzeką pełną wody powodziowej. Rozlała się i pędziła przerażająco.
A tu się wreszcie spotkały. A my rozleźliśmy się po chaszczach.
Potem jeszcze chwilę pohuśtaliśmy się na wiszącym mostku.
A na koniec zrobiliśmy sobie selfie udając ludzi z rysunków naskalnych.
Potem była pizza, kawa… i do domu. Kolega z koleżanka zażyczyli sobie zobaczyć mnie za kierownicą… Cóż było robić. Tyle, że mój nawigator okazał się kiepski … a może to ja jeszcze nie umiem wypatrywać znaków…w każdym razie zjechaliśmy z ronda o jeden zjazd za wcześnie. Tym sposobem zamiast jechać autostradą, gdzie równo, prosto i szeroko, musiałam przejechać jakieś 20km wąską, krętą i pagórkowatą drogą. I w dodatku ominął mnie widok, bo to już jest wybrzeże zachodnie z małymi fiordami. Trzeba wrócić. W Uddevalla za kierownicą siadł eM.
Trzymaj się. Dobrze się sprawuj, tak jak dotąd – powiedziałam. Poklepałam go po masce i dodałam: – Byłeś dobrym samochodem, dzięki.
Dziwne. Zawsze sądziłam, że jest mi obojętny. Rzecz jak rzecz. Ale… tyle wspomnień w nim było. eM przez te 5 lat ciągle mówił, że nie ma do niego przekonania, ale i jemu mina zrzedła. Teraz trzeba napełnić wspomnieniami nową przestrzeń. I stało się. Em, który twierdził, że samochód tylko z manualną skrzynią, przesiadł się na automat.
Leje. Leje. I jeszcza raz leje. Jak nie leje to siapi. Albo kapie kapuśniaczkek „kap kapusto w okap*”
A, że tak pada to z czystym sumieniem, w założeniu, zaszywam się w domu. Tylko, że gdy w nocy bolą wszystkie kości myślę sobie, że za mało się ruszam, za mało chodzę, i to przez to. Ale wtedy odzywa się ręka i mówi, że ona w przeciwieństwie do reszty rusza się bardzo dużo a też jest obolała, więc to nie ruch chodzi.
W piątek naprawili nam Volvo, więc w sobotę zapakowaliśmy panienkę i pojechali pospacerować. Jak wyszliśmy z domu to akurat wielka chmura poszła nad Kinnekulle i właśnie na chwilę przestało lać. Zdjęcia robiłam z samochodu, bo światło magiczne choć wiedziałam, że efekt będzie taki sobie, ale nie mogłam nie.
Znany dąb „z drugiej strony”. (Niewyraźny, bo z samochodu)
Zarządziłam krótki postój nad Stenbrott, ale te dzikie tłumy oraz świadomość błota zniechęciły do spacerowania, więc zjechaliśmy na dół, na Munkängarna.
Widzicie te kampery w krzakach? Niech już się skończy ta pandemia, niech mi wreszcie oddadzą moje miejsca!
Na dole tak samo – tłum ludzi i samochodów. Ale obszar większy więc się gdzieś to rozproszyło.
Fotografowałam mokre kwiatki, ale chyba wyszłam z wprawy, bo mi się łapki trzęsły i ostrość …jest jaka jestTak leje, że ślimakami rzucaTak to wygląda z pozycji Homo Erectus. A to zielone na ziemi, dookoła to czosnek niedźwiedzi. A sam czosnek jeszcze nie kwitnie choć to już koniec maja. Co to za drzewo? Nie buk, tego jestem pewna, bo inną korę miało…Przylaszczki przekwitająI znowu z samochodu. To nie jest ta sama chmura! To jest kolejna. Udało nam się trafić pomiędzy jedną, a druga ulewą.Świat majowy to taki bardziej piękny jest
Niedzielę przespałam i przesnułam od filmu do książki, od drutów do szydełka, od psa do kota… Zamiast Tośki na spacer, zabrałam Astrę na krótką przejażdżkę. Tośkę wziął eM.
Zaszczepili mnie Pfizerem (ludzie zwykle się o to pytają, nie wiem po co, i nie mam pojęcia czy to dobrze, czy wręcz przeciwnie). Druga dawka 1 lipca. Dziwne, że przed szczepieniem nikt mnie nie zapytał czy jestem zdrowa. Nikt nie zmierzył temperatury choćby zdalnym termometrem… Pyk-pyk. I po wszystkim. Wieczorem trochę ciągnęło w ramieniu. Rano też, ale luzik. Ale po południu zaczęło się robić niefajnie. Najpierw poczułam rozdrażnienie, więc oberwało się eMowi za intrukcje jazdy typu „jedź tam” podparte machaniem ręką. Noż k.a! Jak jadę to patrzę w przód, żeby nikogo nie rozjechać i nic nie uszkodzić, a nie na to co mi z boku małżonek pokazuje. Jak wysiadał, noga mi się omskła z hamulca i samochód zaczął jechać. O co on się naturalnie obraził, że chcę go przejechać. Może chciałam. A potem jeszcze poczułam się śmiertelnie zmęczona. I ramię całe bolało jak głupie. Spałam trzy godziny po południu. A potem było mi strasznie gorąco. Bolała ręka. I gardło. I cały człowiek był taki lekko obolały. Po trzygodzinnej drzemce nie mogłam zasnąć o 22. Obejrzałam Niebiańską Plażę z Di Caprio. Dziwny film. Ale muzyka, zwłaszcza ta z plaży, fajna. Usiłowałam przy tym nauczyć się robienia poncho na szydełku. Ale jak o 24 kładłam się spać, to ręka już prawie wcale nie bolała, a temperatura ciała była mniej więcej normalna. Wstałam przed 6. Wyspana. Ręka nie boli. Człowiek czuje się normalnie. Męża nadal mam chęć przejechać 😉
A w ogóle to zapomniałam napisać, że dołączyłam do towarzystwa na flog.pl. Taki polski portal ze zdjęciami. Można mnie znaleźć tu: https://trollatrolla.flog.pl/
Szukam własnego fotoklubu :D, a tam do zdjęć można dodawać muzykę. I duże zdjęcia można dawać.
– A powiedz mi, co ty najczęściej pijesz? – zapytała mnie higienistka od zębów – Wodę gazowaną – oświadczyłam cała dumna z siebie. Czekałam na pochwałę – Wodę gazowaną?! To niedobrze, od takiej wody przybywa kamienia na zębach. Najlepiej pić zwykłą, z kranu. – Marija! Proszę! – załamałam się – Słuchaj: piję alkoholu, nie używam narkotyków, nie jem czekolady ani cukierków… – Zuch jesteś! – Nie zuch! Dostaję migreny od wszystkiego. Woda gazowana to moja ostatnia przyjemność, a ty mi mówisz, że mam z tego zrezygnować? Zastanowiła się chwilę… – No dobrze – skapitulowała – Ale to przynajmniej pij przez słomkę. A potem wzięła moje uzębienie w obroty. Mam obolałe dziąsła, ale zęby są tak białe jak chyba nigdy w życiu nie były. I lśnią. Do listopada mam spokój. Super!
A potem wracaliśmy do domu. 120km po drodze szybkiego ruchu (w większości). Ja za kierownicą, eM z boku. Uczy się chłopak powstrzymywania języka, uczy, nie powiem. I już nie łapie nerwowo za uchwyt na drzwiach. A prędkość 80km/godz to nie jest wcale jakaś tam nadświetlna…To normalna prędkość jest. Ustawiłam sobie tempomat czyli cruiser i wprawdzie jechałam wolniej niż większość aut, ale za to stabilnie. Droga najczęściej była dwupasmowa, więc jak się komuś spieszyło to miał gdzie mnie wyprzedzić. A jak się droga zwężała to od razu i tak było ograniczenie do 80 albo i 70km/godz. Najgorzej to było przez las – bo tam wąsko i pobocze wąskie, więc od razu zaczęłam mieć problem z utrzymaniem się na środku, bo stres. Oraz wtedy jak zaczynało lać, a padało bez przerwy niemal, ale kilka razy tak, że mi nawet wycieraczki nie nadążyły zbierać, na szczęście szybko mijało. Opanowałam włączanie wycieraczek i odkryłam, że muszę wymieć tylną, bo nie zbiera wody w ogóle.
A potem w domu, po zjedzeniu risotto z brokułami i szparagami zasnęłam w fotelu. Na 5minut zaledwie, ale jednak. Oraz bolały mnie barki.
We czwartek idziemy na szczepienie. Mówiłam? Nie pytajcie mnie czym, bo nie mam zielonego pojęcia. Wiem tylko, że nie Astra-Zeneka – nie szczepią nią ludzi przed 65 rokiem życia.
Poza tym jest jeszcze bardziej zielono. I całkiem ciepło. 10-12 stopni, słaby wiatr, więc miło. Obrobiłam się z najczarniejszej roboty, więc mam odrobinę luzu.
Obejrzałam serial Halston. Dobry, ale jakoś mi go nie było szkoda, tego Halstona. Może dlatego, że serial pokazuje krótki odcinek z jego życia, migawkowo pokazując sceny z dzieciństwa. Poznajemy więc rozpuszczonego, himerycznego i nadętego bachora (choć to przecież dorosły facet) którego z niewiadomej przyczyny jacyś ludzie uwielbiają. Bycie genialnym artystą to jednak nieco za mało, by kochać kogoś tak mało sympatycznego. Serial niestety tego nie pokazał. Tak samo jak nie pokazał na czym polegał geniusz. Bardziej wyglądało to tak jakby Halston nie miał za grosz inwencji i tylko korzystał z tego co inni wymyślili.
Przeczytałam „Klara i słońce” najnowszą powieść Kazuo Ischiguro. Czytajcie, jest na Legimi. Warto. Piękna choć smutna. Teraz na kindlu „Szeptun” Tomasza Betchera. Specjalnie po Pachinko oraz Klarze wybrałam coś prostszego i lżejszego. Fajna historia, nawet klimat…No dobra, to mimo wszystko inna kategoria niż Ischiguro.