Poszłąm do secon handu po guziki… No bo naprawdę… W całym mieście jest tylko jeden sklep gdzie można kupić guziki. A jeden guzik kosztuje prawie tyle, co jedna bułka. Jak potrzebuję sześciu to się już kostka masła z tego robi, a nawet coś więcej. Zgłupieli chyba! Zwykłe guziki, nie jakieś tam wypasione… A w szmateksie za 7 szt zapłaciłam nieco więcej niż za bułkę. Takie same guziki, też nówki, nie śmigane! A skoro już wyszłam postanowiałam połazić. No bo kupiłabym jakąś bluzkę czy coś… Bluzki są w tej chwili tylko na dwa sposoby: albo bezkształtne worki. Szyte z kwadratu, bez zaszewek, bez rękawów tylko z taką plisą. Bez miejsca na biust, czego ja jak wiadomo potrzebuję. Albo kuse bluzeczki, z falbankami, bufiastymi rękawami, gumkowanym przodem (też bez miejsca na biust) i dekoltem do pępka. No tak, jak się nie ma cycków to se można takie dekolty nosić. Nie ma nic po środku. A nie, przepraszam. Są. T-shirty. Już nie mogę patrzeć na t-shirty. Tym bardziej, że jak upalnie to bawełniana dzianina słabo się sprawdza. Wróciłam do domu z trzema parami majtek bezszwowych (hurra! rozmiar 42/44 znowu pasuje na mój tyłek) w kolorach czarnym, szarym i brudny róż(nie mogliby tej gamy rozszerzyć o jakieś zielenie, zółcie i kwiatki?). Oraz z piżamą. Piżama ma długie spodnie, czego nie znoszę, ale obciachałam nogawki na wysokości połowy ud i problem rozwiązany. Owszem, były gotowe krótkie spodenki, ale te do spania są zawsze tak szyte, że nawet eski są wg mnie za szerokie. Ciekawe czy któryś z projektantów tej konstrukcji próbował w tym spać… Nie lubię jak jak w nocy bielizna owija się wokół ciała. Bielizna ma być w tym miejscu gdzie być powinna, zwłaszcza w nocy. W dzień można poprawić, w nocy wybudza bo ciągnie lub uciska, a jak wiadomo trudno mi potem zasnąć. Teraz sobie pomyślałam, że muszę kupić jeszcze jedną parę tych spodni. Bo to bawełna, dzianina, bez elastiku! Nosiłabym po domu jak cienkie dresy… No dobra. Przyznam się. Mam szmergla na tle majtek, biustonoszy, piżam, skarpet oraz bielizny pościelowej. Lubię mieć ładne. Ale lubię też, żeby mi było w tym komfortowo. Nic nie uciska, nie ciągnie, nie przegrzewa… Z biustonoszami to u mnie jak wiadomo problem, bo nie toleruję fiszbin. Więc mam, co mam. Zatem folguję sobie w reszcie. Pewnie pozostałość po czasach dzieciństwa, gdy w sklepach nic nie było, a i rodzicielka uprawiała kult biedy, i wychodziła z założenia, że po co się stroić tam, gdzie nikt nie ogląda… Czyste, całe… I wystarczy.
I to w zasadzie tyle aktualności.
W Midsommar byliśmy z Tosią w kamieniołomie. Ludzi było mało, więc można było połazić.
Dzień dobry w pierwszy skrócony dzień roku. Dziś u mnie dzień krótszy od najdłuższego dnia w roku o dwie minuty.
Nie śpię od 3:30. To pojechałam skorzystać z tego, że cały świat będzie należał znowu tylko do mnie. Wczoraj w Szwecji był Midsommar Afton. Drugie, po Wigilii Bożego Narodzenia, święto w Szwecji. Tylko w te dwa dni w roku wszystkie sklepy zamykają się wcześniej, a poza sklepami prawie nikt nie pracuje.
Ulice były prawie puste. Prawie bo spotkałam kilkoro młodych ludzi. Dwie dziewczyny na jednym rowerze. Ta w wianku i sukience wiozła na bagażniku koleżankę w krótkich spodenkach i już bez wianka. Na skwerku leżał jakiś chłopak. Wierny kolega siedział obok. Trzyosobowy rowerowy peleton jechał środkiem jezdni. Uśmiechałam się. Lato. Czas dla młodości. Niech się bawią. (Byle nie pod oknem mojej sypialni 😉 ).
Port Małych Łodzi uśpiony i pełen ptasiej wrzawy. Mewy krzyczały, słowiki kląskały, ostrygojady, te szwedzkie „bociany na krótkich łapach” gwizdały na całego. A w trawie coś piszczało…
Zmagam się z papierami – dziś wypłata trzeba popłacić rachunki, a te się jakoś rozmnożyły, ale i porozłaziły. Tu jakiś podatek za samochód, tam opłata drogowa za wjazd do Goteborga, tam jakaś zapomniana faktura na oporniki za 18koron… Przywykłam do tego, że wszystko lub prawie wszystko przychodzi elektronicznie – faktura ładuje się na konto bankowe i tylko trzeba zaakceptować płatność. Mam tabelkę w excelu, tam notuję wszystkie opłaty, które przypadają na dany miesiąc, uzupełniam ją na bieżąco… A w tym miesiącu zapomniałam i nie jestem pewna czy nic nie zgubiłam. I tak sobie myślę: jakby mnie znienacka szlag trafił to czy mój mąż ogarnie opłaty? … Nie śpię od 3. Od 4 męczy mnie migrena. Moja wina: było nie żreć tej babeczki. Była tak słodka, że aż zakręciło mi się w głowie, a w gardle pojawiło się dziwne drapanie. Nie, nałóg zwyciężył. To mam.
Wczoraj była u mnie Helena, dawna sąsiadka. Schudła 7 kilo, ale widać to tylko po twarzy. Od lat zmaga się z depresją i syndromem wypalenia, brała leki, ale miała silne reakcje uboczne… a ma chore serce. Rok temu chodziła na jakąś terapię, była w bardzo złym stanie: nie miała nawet siły by sprzątnąć w domu. Jest wrażliwa jak świeżo skaleczona rana. Lekko trącisz – i już oczy zachodzą łzami. Poza tym jest fajnym człowiekiem, choć może nieco zasadniczym. Ale ja też taka jestem. Z jakiegoś powodu się lubimy… Może ciągnie swój do swego: robótki, koty, depresje… Jutro Midsommar Afton czyli Wigilia Nocy Świętojańskiej. Jak prawie wszystkie święta także i to, Szwedzi przenieśli na weekend. Jeszcze kilka dni będzie tak długi dzień: 18 godzin 20minut. Wschód słońca o 4. Zachód o 22.20. Od soboty zaczyna się skracać. Jeszcze powoli, po minutce rano i wieczorem, ale stopniowo nabierze to rozpędu, niestety. Chciałabym pojechać w nieznane…
Mieliśmy wczoraj pożar w sąsiednim bloku. Wygląda na to, że wybuchł nagle i szybko się rozprzestrzenił. Nikt nie zginął na szczęście, ale mieszkanie spalone, a to pod nim zalane. Ale. Rozumiecie: mieszkanie płonie, kłęby czarnego i szarego dymu lecą z okien i wentylacji. Oczywiście najpierw zgromadzili się gapie. Większość oczywiście z telefonami w ręku filmuje lub robi zdjęcia. Bo to taka atrakcja. Nasze bloki stoją w ścisłym centrum. Uliczki są wąskie, jednokierunkowe, zastawione zaparkowanymi autami. Wozy strażackie są wielkie. Ludzie łażą po uliczkach, stoją na skrzyżowaniach , próbują podejść jak najbliżej dla lepszego ujęcia. Zero pomyślunku, że blokują drogę i utrudniają prace strażakom. Ale wtedy wchodzi on …niemal cały na biało… Wąską uliczką ciśnie bus, który zawsze parkuje pod moim blokiem, na płatnym miejscu. Żeby dojechać do parkingu musi minąć zbiegowisko na skrzyżowaniu, tuż przy płonącym bloku. Tuż za busem w uliczkę wpada NA SYGNALE i świetlnym i dźwiękowym ambulans. A kierowca busa beztrosko zatrzymuje się dokładnie na skrzyżowaniu, dokładnie przy płonącym bloku. Bo wypuszcza pasażera. Zablokowane skrzyżowanie w najbardziej newralgicznym miejscu? Zablokowany ambulans? Ale kto by się tym przejmował… Noż..! Dlaczego ja nie mam refleksu w takich sytuacjach? Dlaczego nie zrobiłam choćby zdjęcia debilowi, żeby wrzucić na socjal media? Może by się zawstydził, może jego pracodawca by zareagował. Ambulanse powinny mieć kamery i każdy taki wypadek powinien być karany wysokim mandatem. Ludzie są skończonymi debilami bez wyobraźni i krzty empatii. !@#!!!
Połknęłam mojego procha na uspokojenie wczoraj wieczorem. I spałam do 6:30. A teraz jestem wiotka, mam poczucie rozmiękczonego mózgu i niewidzących oczu. Nie ma obawy: mój organizm poddaje się działaniu takiego specyfiku tylko gdy jest stosowany raz na jakiś czas. Dziś już to nie zadziała, więc uzależnienie mi raczej nie grozi. Ależ upalna była ta końcówka zeszłego tygodnia! W mieście było naprawdę jak w piecu. Za to nad jeziorem, nad tym naszym akwenem rozmiarami przypominającym morze, wiało z północy, więc upał nie był w ogóle odczuwalny. A woda była po prostu zimna, bo wiatr spychał ją ze środka jeziora, z głębin. Dorośli moczyli się ostrożnie ale szybko. Dzieciaki – jak to dzieciaki – im zimna woda nie przeszkadza. W sobotę byłam u Mustafy w sprawie klimatyzacji. No i niestety jest tak, jak podejrzewałam – instalacja jest popsuta, muszę wymienić jakieś dwie części, wtedy uzupełnić gaz. Koszt naprawy jakieś 1000-2000 pod warunkiem, że kompresor kupię na tzw szrocie czyli złomowisku. Niby nie dużo, ale… No jak to w starym aucie: zawsze coś. Ale na razie nie mam pieniędzy na co innego. A już NIE WYOBRAŻAM SOBIE ŻYCIA BEZ WŁASNEGO AUTA I BEZ JAZDY. Bo jeżdżenie sprawia mi przyjemność tak, jak to wróżyli wszyscy. W związku z tym, że było gorąco, weekendowe spacery z psem ograniczyły się do grobli nad jeziorem, a po załatwieniu potrzeb do leżenia na trawie. Tosia oczywiście wzbudzała zainteresowanie. Oraz rozbawienie, bo nie dość, że musiała leżeć na kocyku z mamusią, to jeszcze i na kolankach. W sobotę było burzowo i deszczowo, choć wciąż gorąco. Ale w nocy nadciągnął jakiś front i z 25 w nocy zrobiło się 17. W dzień 20-21. Pojechaliśmy na Läckö i zrobiliśmy rundkę taką samą jak wiosną. W lesie żarły komary, oraz nie było wiatru a droga była twarda. Tosia szła z tyłu za nami, aż się zaniepokoiłam. Ale ledwie zeszliśmy nad jezioro, droga zamieniła się w zwykłą ścieżkę. Od wody wiał silny, chłodny wiatry. A ścieżka szła raz pod górkę, raz w dół, po kamieniach, po korzeniach… I piesek odzyskał wigor. Leciała przodem, na wyższych kamieniach stawała czekając na nas, nos wystawiała na wiatr i wzdychała z lubością. Tam, gdzie dawało się zejść do wody, właziła po brzuch, chłeptała i pozwalała podmywać sobie brzuszek. Była zachwycona. Do domu wróciliśmy w strugach deszczu. Na początku trasy spotkaliśmy nocujących w lesie motocyklistów. (W wykoszonej zatoczce przy drodze). Stosunkowo młodzi ludzie, wyglądający mało szwedzko, ale motory miały szwedzkie rejestracje. Wysocy, przystojni, że och!, długie włosy, skórzane ubranka, masywne buciory. Akurat się zbierali do odjazdu. Minęliśmy ich bez słowa, choć zwyczajem w Szwecji jest by się pozdrawiać w czasie spaceru na łonie natury. Byliśmy już kawałek za nimi gdy jeden powiedział po szwedzku: – Przepraszam… Odwróciliśmy się. – Co to za rasa? – To jest Berner sennen – Piękny pies. Naprawdę bardzo piękny! Czyli jak zawsze. Podziękowaliśmy. Cieszy, że Tosia robi wrażenie i dobrą reklamę swojej rasie. Namówiłam jedną moją znajomą i jej męża na zakup berna. Mają szczeniaka od miesiąca i są zachwyceni. A chcieli banalnego goldena… Berny rulez!
Zdjęcia ze spaceru będą później. Trza mego osobistego berna z łóżka zgonić 😀 niech ogon przewietrzy.
W ciągu ostatniego tygodnia nie było żadnych złych niespodzianek, więc nieśmiało zaczynam mieć nadzieję, że zła passa minęła. Przyszło lato. W zasadzie to przyszło już kilka tygodni temu, ale ponieważ się działo, to nie odnotowałam tego faktu. No więc: jest ciepło. A nawet bardzo ciepło. A w tym tygodniu -upalnie. Nie narzekam, nawet jak jest odrobinę za gorąco. Wiatrak, albo inny wentylator, dużo wody z lodem, cytryną, miętą i odrobiną cukru, w miarę możliwości nie wychodzić z domu pomiędzy 12 a 18…i można żyć. Kupiłam sobie kilka tygodni temu taki wentylator „słupek”. A, kolumnowy to się po polsku nazywa. Ze dwa lata temu, szukając czegoś małego, na biurko, kupiłam wersję mini i odkryłam, że kurde, TO JEST TO! Chłodzi naprawdę, jest cichy i co ważne: nie urywa głowy! No ale jak kupić nowy wentylator jak stary wiatrak ma w sumie może ze 3 lata i jest w bardzo dobrym stanie? Co roku oglądałam, wzdychałam, że muszę, że kiedyś… Aż w tym roku po prostu szast-prast kupiłam, bez zastanowienia niemal. Jest dokładnie taki jak ma być: cichy, chłodzący, bardzo wydajny – wystarcza mi jego najniższy bieg. No i nie urywa łba. Oraz Tosia się go nie boi. A poza wszystkim: zajmuje o wiele mniej miejsca. Astra po chwilowej zapaści i interwencji Ronnego ma się dobrze. Tylko klima nie działa. Dziś po południu jestem umówiona z panem na uzupełnienie gazu. Jeżdżę coraz więcej i coraz dalej. I zaczynam pomału parkować pomiędzy innymi autami. Na razie przodem, najchętniej tam, gdzie więcej miejsca, ale widzę postępy. Jazda na trasie z 80km/h jest mniej przerażająca, ale nadal nie jest to to co lubię najbardziej. Ale staram się nie unikać i takich wyzwań. Tydzień temu zaczęły się wakacje. Miasto powoli pustoszeje i spokojnieje. Za tydzień Midsommar – i cała Szwecja pójdzie na urlop. Biada temu, kto będzie zmuszony w tym czasie cokolwiek załatwić. I tak to: nic się nie dzieje czyli nuda panie. To lubię. Naprawdę. Tylko znowu przestałam spać. Sypiam po 4-5 godzin w nocy, w regularną pobudką co godzina. W dzień, nawet jak próbuję dospać to nie zasypiam twardo tylko się tak ślizgam po powierzchni snu, na granicy z jawą. Nie pomaga ciężka kołdra. Nie pomaga waleriana. Ani chemiczny uspokajacz. Nie pomaga zmęczenie się. I unikanie drzemki w ciągu dnia. W dodatku mam permanentne uczucie wewnętrznej drżączki, a popołudniami boli mnie szczęka od napiętych mięśni. Stres. Szukam przyczyn – i nie znajduję. Może po prostu firewall się podniosła po ostatnich atrakcjach. Bo jak się działo notowałam klęski i zajmowałam się minimalizowaniem strat. A teraz, jak się uspokoiło, można w bezpieczny sposób odchorować.
………………… Noż..! Wleciał mi komar! Pierwszy raz, odkąd tu mieszkam mam komara, a raczej komarzycę w domu. Zgryzła mnie małpa wszędzie: po karku, stopach, dłoniach! I nie mogę jej upolować. Basil próbował i też nie dał rady! Nożesz…!@#%!!!
Naprawdę, ten wpis powinien nosić tytuł „Seria niefortunnych zdarzeń”. To się naprawdę jakieś cuda dzieją… Zaczęło się dwa tygodnie temu, w piątek w nocy, przed wycieczką do Munkedal. Przyśniły mi się wszystkie te rzeczy, które według mojej mamy (i babci i ciotki i innych krewnych po kądzieli) zwiastują kłótnię i kłopoty i ogólnie nic dobrego. W niedzielę córka powiedziała, że mają z Melem kryzys. I że to chyba koniec. W międzyczasie jak pamiętacie ja się martwiłam, że coś przegapiłam w pracy, a kara miała być duża. Zajęłam się podtrzymywaniem córki na duchu, bo była naprawdę zdruzgotana. Serce mi pękało, bo to był jeden z tych związków, któremu wszyscy sekundowali, przyklaskiwali i z którego czerpali radość. Młodzi przy sobie rozkwitli. Ona się uspokoiła i złagodniała. On odkrył cel w życiu – i nie, wcale nie ją – bo znalazł swoją pasję. Widać było, że dobrze im razem, że w zasadzie nikogo, poza Zuzu, więcej im nie trzeba, ale nie zaniedbywali przyjaźni. On miał męskie wyjścia, ona babskie…ale najchętniej byli razem. No i Zuzu. O relacji mojej wnuczki z Melem i jego rodziną pisałam wielokrotnie. Dodam tylko, że przy Melu Zuzu stała się pewniejsza siebie, radosna… odważniejsza. No i tu nagle bum! Jak grom z nieba. Misia była załamana cały weekend… a we wtorek zebrała się i zaczęła organizować życie na nowo. Zaczęła od mieszkania. Bo jak się ma dziecko, to człowiek nie pozwala sobie na rozpadnięcie się, nawet gdy cały świat się rozpada. Mel wrócił ze swojej ucieczki, postanowili ratować związek. Sami czy przy pomocy profesjonalisty, widać uznali, że warto. Ale Misia i tak uznała, że lepiej jak zamieszka oddzielnie. Oni się szarpali, a ja usiłowałam pracować. Szukałam odpowiedzi na pytanie w jaki sposób mam ów zaległy raport złożyć, aż wreszcie zapytałam moją Sarę, której zlecam to, czego sama nie potrafię. I Sara powiedziała, że jej zdaniem tak jak zrobiłam jest wystarczająco i żadnego więcej raportu się nie składa. Odetchnęłam. W weekend eM zrobił ten mały drobny błąd w Astrze i uparta ikonka samochodu z kluczem warsztatowym wreszcie zgasła. Odetchnęłam. W niedzielę wieczorem pojechałam z Misią na Husaby na zdjęcia. Jechało się cudnie, poczułam, że lubię jeździć, że nie jest to już tylko stres. We wtorek, ten ostatni, Misia i Mel poinformowali Zuzu o tym co się dzieje. Ucieszyła się, że będzie mieszkała w mieście, blisko przyjaciółki, szkoły, babci… A ja się zamartwiałam. Misia się stopniowo przenosiła do nowego mieszkania. We czwartek rano Astra miała obowiązkowy przegląd. Pan kazał przykręcić akumulator i przybił swoje błogosławieństwo. A Astra po wyjeździe ze stacji diagnostycznej zaczęła „wierzgać”: pedały mnie kopały, a Astra przy hamowaniu i ruszaniu robiła jakieś zrywy. Poprosiłam Yankiego, żeby się przejechał i mi powiedział, czy mam rację. Młody nic dziwnego nie znalazł… choć nie był pewien czy przy zmianie biegów nie szarpie mocniej niż zawsze. Em i Yankie po południu pomagali Misi wywozić największe rzeczy. EM wrócił koło dziewiętnastej. Yankie jeszcze swoją Limonką miał coś tam przewieźć. Powiedziałam, że Astra coś dziwnie…EM potraktował sprawę poważnie i choć padnięty był postanowił się przejechać. A ja razem z nim. Wyjechaliśmy z parkingu, eM orzekł, że się czepiam. Jechaliśmy dookoła kwartału, żeby wrócić na parking, gdy zadzwoniła Misia. Yankie miał kolizję! Dziewczyna w niego wjechała! Nic się nikomu nie stało, bo to na osiedlowej drodze, gdzie się jeździ do 30km/h, ale wiadomo. Pojechaliśmy na miejsce. Cytryna ma wgniecione drzwi, coś z felgą, jakiś plastik szorował o oponę. Młodzi spisali protokół, dziewczyna bez dyskusji zgodziła się, że to jej wina. Resztę załatwią ubezpieczyciele. Tylko mamusia koleżanki tej dziewczyny wyskoczyła z domu z awanturą, że co to za jeżdżenie po ich drodze, przecież oni tu nie mieszkają. Misia ją spacyfikowała mówiąc spokojnie, że po co się wtrąca jak sprawa jej nie dotyczy, a oni już się porozumieli. W drodze do Misi, na obwodnicy eM odkrył co miałam na myśli mówiąc, że Astra wierzga i uznał, że jeździć nią jest niebezpiecznie. Jakim cudem ona przegląd przeszła? Chyba rzutem na taśmę… W piątek eM wraz z Yankiem odprowadzili Astrę do Ronnego – znajomego mechanika, który pracuje razem z eM. Pół godziny po ich powrocie Ronny zadzwonił, że można Astrę zabierać, bo on już zrobił, ale musielibyśmy być w ciągu 30minut, bo on zaraz wychodzi. Uznałam, że w takim razie odbierzemy Astrę w sobotę.
Te ostatnie wydarzenia sprawiły, że po nocach sypiałam jakieś 4-5 godzin. Potem dosypiałam po jakieś 45 minut w dzień, ale ogólnie rzecz biorąc padałam na pysk. A dodatkowo miałam masę pracy, bo jak zawsze do 12ego był termin raportów VAT. Zmęczona byłam tak, że już nawet nie miałam siły się martwić autem Yankiego. Wieczorem więc, po tych dwóch tygodniach pełnych zdarzeń i emocji po godzinie 22 zasnęłam, a ponieważ się ochłodziło nakryłam się ciężką kołdrą. Obudziłam się nazajutrz o 6:30. Nie to, że wyspana i wypoczęta, ale mniej zmęczona. Spojrzałam na zegarek, potem na otwarte drzwi sypialni i się zdziwiłam, że przespałam tyle godzin bez pobudki. Smętnie pomyślałam, że szkoda, że nie ma Astry bo bym pojechała zdjęcia porobić. Wstałam po kawę i zastanowiło mnie, że Basil nie leci się ze mną witać. Zawołałam. Cisza. Otworzyłam garderobę. Cisza. Obie łazienki, szafę, balkon. Pokój eMa, pokój Yankiego. Drzwi na klatkę schodową. Kot zniknął. Jak całkiem spory kot może wyparować z mieszkania?! Balkon ma siatkę. Nie, nie ma żadnej dziury. Okna uchylamy… Zaraz. eM często otwiera, ale zazwyczaj pilnuje… Może tym razem nie upilnował? Zaczęłam się martwić. Jeśli kot wypadł z okna, to tylko tamtędy. Na dole jest beton i asfalt. Ulica w dzień jest dość ruchliwa… Nie zawracając sobie głowy higieną ubrałam się i wyszłam szukać kota. Mrusiek, jak wypadł z balkonu, siedział w trawie pod nim…Może Basil też się gdzieś schował w pobliżu. Ma czipa. Jest przyjazny do ludzi, jak ktoś go znajdzie to jest szansa, że się zgłosi do przyjaciół zwierząt. Pocieszałam się, bez większej nadziei, idąc chodnikiem i nawołując -Basil! On nie reaguje na kici kici. On reaguje na Basil i na Chodź. I naraz za plecami usłyszałam przejmujące miauczenie. Wyszedł spod BMW. Przerażony. Wzięłam na ręce i zawróciłam do domu. Najpierw się wyrywał, ale pod klatką przestał. Jak poszłam z Tośka na spacer i wróciłam…to mi znowu zwiał na schody. Lotnik cholerny! Przygód mu mało chyba. Skacze, włazi, szaleje. Obejrzałam łapy, ale nie widzę uszkodzeń. Je, sika, wydala. Czyli chyba nic mu nie jest.
Takiego spiętrzenia dziwnych epizodów, które mogły skończyć się źle, ale w sumie skończyły się dobrze, to jeszcze chyba nigdy nie miałam. Jakiś pech..? Jakieś uroki mam odczynić? Ja bym już chciała mieć znowu nudne życie. Nic lepszego nad nudne życie, naprawdę!
Moja rodzina ma jakąś czarną serię. Misia i Mel są w kryzysie. Ona się wyprowadza z powrotem do miasta. Zuzu się cieszy, bo szkołę i przyjaciółkę będzie miała blisko. Ale obawiam się, że nie do końca jeszcze pojęła, że Ellie będzie ZAMIAST. Np. zamiast ogrodu z trampoliną, zamiast kota Helmera i całej bonus rodziny… Ale może to tylko dla mnie takie ważne było, żeby ona to miała? Yankie wczoraj zaliczył kolizję. Jego cytryna jeździ i nikomu nic się nie stało, ale korowody z ubezpieczeniem i naprawą… Astrze się pogorszyło i szarpie…
Wczoraj wieczorem (hm…godziny pomiędzy 18 a 20.30, ale tutaj w czerwcu to jak wczesne popołudnie, skoro słońce zachodzi trochę po 22) zabrałam córkę i pojechałyśmy fotografować mój ulubiony kościół w Husaby. Sam kościół jest piękny zarówno z zewnątrz jak i wewnątrz. Przed rokiem 1000 istniał w tym miejscu kościół „klepkowy”czyli drewniany. Po roku 1000 stary kościół rozebrano, a w jego miejsce, w wieku XII postawiono nowy, kamienny, który istnieje do dziś wraz z nietypową wieżą, gdzie wieży głównej flankują dwie mniejsze wieżyczki. Wnętrze kościoła wypełniają freski. Te w nawie są jedynie pochodzącą z XIX wieku rekonstrukcją. Natomiast te w prezbiterium są oryginalne, z XV wieku. Prezbiterium jest oddzielone od nawy drewnianym przepierzeniem z czasów średniowiecza. W ścianie prezbiterium, istnieje niewielkie okienko. Jest to tzw. hagioskop – otwór pozwalający zajrzeć do środka, który być może służył trędowatym. Kościół otacza cmentarz na którym można znaleźć bardzo stare nagrobki, często już bezimienne. Kilka metrów poza cmentarzem jest źródło Zygfryda (Sigfrid Källa) w którym wg podań miał być ochrzczony pierwszy chrześcijański król szwedzki – Olaf Skötkonung syn Erika Zwycięscy oraz Sigrid Storrådy, która mogła być córką Mieszka I. Historycy i polscy i szwedzcy od lat prowadzą dysputę kim była owa Sigrid. Ja lubię wierzyć w jej polskie korzenie…
Uwielbiam szwedzki brak nadęcia Źródło Sigfrida. Napis na płycie: W tym źródle, w roku ok. 1000 został ochrzczony Olof Sköttkonung, pierwszy chrześciajański król Szwecji, przez angielskiego misjonarza Sigfrida.