62.2021

Naprawdę, ten wpis powinien nosić tytuł „Seria niefortunnych zdarzeń”.
To się naprawdę jakieś cuda dzieją…
Zaczęło się dwa tygodnie temu, w piątek w nocy, przed wycieczką do Munkedal. Przyśniły mi się wszystkie te rzeczy, które według mojej mamy (i babci i ciotki i innych krewnych po kądzieli) zwiastują kłótnię i kłopoty i ogólnie nic dobrego.
W niedzielę córka powiedziała, że mają z Melem kryzys. I że to chyba koniec.
W międzyczasie jak pamiętacie ja się martwiłam, że coś przegapiłam w pracy, a kara miała być duża.
Zajęłam się podtrzymywaniem córki na duchu, bo była naprawdę zdruzgotana. Serce mi pękało, bo to był jeden z tych związków, któremu wszyscy sekundowali, przyklaskiwali i z którego czerpali radość. Młodzi przy sobie rozkwitli. Ona się uspokoiła i złagodniała. On odkrył cel w życiu – i nie, wcale nie ją – bo znalazł swoją pasję.
Widać było, że dobrze im razem, że w zasadzie nikogo, poza Zuzu, więcej im nie trzeba, ale nie zaniedbywali przyjaźni. On miał męskie wyjścia, ona babskie…ale najchętniej byli razem.
No i Zuzu. O relacji mojej wnuczki z Melem i jego rodziną pisałam wielokrotnie. Dodam tylko, że przy Melu Zuzu stała się pewniejsza siebie, radosna… odważniejsza.
No i tu nagle bum! Jak grom z nieba.
Misia była załamana cały weekend… a we wtorek zebrała się i zaczęła organizować życie na nowo. Zaczęła od mieszkania. Bo jak się ma dziecko, to człowiek nie pozwala sobie na rozpadnięcie się, nawet gdy cały świat się rozpada.
Mel wrócił ze swojej ucieczki, postanowili ratować związek. Sami czy przy pomocy profesjonalisty, widać uznali, że warto.
Ale Misia i tak uznała, że lepiej jak zamieszka oddzielnie.
Oni się szarpali, a ja usiłowałam pracować. Szukałam odpowiedzi na pytanie w jaki sposób mam ów zaległy raport złożyć, aż wreszcie zapytałam moją Sarę, której zlecam to, czego sama nie potrafię. I Sara powiedziała, że jej zdaniem tak jak zrobiłam jest wystarczająco i żadnego więcej raportu się nie składa. Odetchnęłam.
W weekend eM zrobił ten mały drobny błąd w Astrze i uparta ikonka samochodu z kluczem warsztatowym wreszcie zgasła. Odetchnęłam.
W niedzielę wieczorem pojechałam z Misią na Husaby na zdjęcia.
Jechało się cudnie, poczułam, że lubię jeździć, że nie jest to już tylko stres.
We wtorek, ten ostatni, Misia i Mel poinformowali Zuzu o tym co się dzieje. Ucieszyła się, że będzie mieszkała w mieście, blisko przyjaciółki, szkoły, babci… A ja się zamartwiałam.
Misia się stopniowo przenosiła do nowego mieszkania.
We czwartek rano Astra miała obowiązkowy przegląd. Pan kazał przykręcić akumulator i przybił swoje błogosławieństwo.
A Astra po wyjeździe ze stacji diagnostycznej zaczęła „wierzgać”: pedały mnie kopały, a Astra przy hamowaniu i ruszaniu robiła jakieś zrywy.
Poprosiłam Yankiego, żeby się przejechał i mi powiedział, czy mam rację. Młody nic dziwnego nie znalazł… choć nie był pewien czy przy zmianie biegów nie szarpie mocniej niż zawsze.
Em i Yankie po południu pomagali Misi wywozić największe rzeczy.
EM wrócił koło dziewiętnastej. Yankie jeszcze swoją Limonką miał coś tam przewieźć.
Powiedziałam, że Astra coś dziwnie…EM potraktował sprawę poważnie i choć padnięty był postanowił się przejechać. A ja razem z nim. Wyjechaliśmy z parkingu, eM orzekł, że się czepiam. Jechaliśmy dookoła kwartału, żeby wrócić na parking, gdy zadzwoniła Misia.
Yankie miał kolizję! Dziewczyna w niego wjechała! Nic się nikomu nie stało, bo to na osiedlowej drodze, gdzie się jeździ do 30km/h, ale wiadomo.
Pojechaliśmy na miejsce. Cytryna ma wgniecione drzwi, coś z felgą, jakiś plastik szorował o oponę.
Młodzi spisali protokół, dziewczyna bez dyskusji zgodziła się, że to jej wina. Resztę załatwią ubezpieczyciele.
Tylko mamusia koleżanki tej dziewczyny wyskoczyła z domu z awanturą, że co to za jeżdżenie po ich drodze, przecież oni tu nie mieszkają. Misia ją spacyfikowała mówiąc spokojnie, że po co się wtrąca jak sprawa jej nie dotyczy, a oni już się porozumieli.
W drodze do Misi, na obwodnicy eM odkrył co miałam na myśli mówiąc, że Astra wierzga i uznał, że jeździć nią jest niebezpiecznie. Jakim cudem ona przegląd przeszła? Chyba rzutem na taśmę…
W piątek eM wraz z Yankiem odprowadzili Astrę do Ronnego – znajomego mechanika, który pracuje razem z eM.
Pół godziny po ich powrocie Ronny zadzwonił, że można Astrę zabierać, bo on już zrobił, ale musielibyśmy być w ciągu 30minut, bo on zaraz wychodzi. Uznałam, że w takim razie odbierzemy Astrę w sobotę.

Te ostatnie wydarzenia sprawiły, że po nocach sypiałam jakieś 4-5 godzin. Potem dosypiałam po jakieś 45 minut w dzień, ale ogólnie rzecz biorąc padałam na pysk. A dodatkowo miałam masę pracy, bo jak zawsze do 12ego był termin raportów VAT. Zmęczona byłam tak, że już nawet nie miałam siły się martwić autem Yankiego.
Wieczorem więc, po tych dwóch tygodniach pełnych zdarzeń i emocji po godzinie 22 zasnęłam, a ponieważ się ochłodziło nakryłam się ciężką kołdrą.
Obudziłam się nazajutrz o 6:30. Nie to, że wyspana i wypoczęta, ale mniej zmęczona. Spojrzałam na zegarek, potem na otwarte drzwi sypialni i się zdziwiłam, że przespałam tyle godzin bez pobudki. Smętnie pomyślałam, że szkoda, że nie ma Astry bo bym pojechała zdjęcia porobić.
Wstałam po kawę i zastanowiło mnie, że Basil nie leci się ze mną witać.
Zawołałam. Cisza. Otworzyłam garderobę. Cisza. Obie łazienki, szafę, balkon. Pokój eMa, pokój Yankiego. Drzwi na klatkę schodową.
Kot zniknął.
Jak całkiem spory kot może wyparować z mieszkania?! Balkon ma siatkę. Nie, nie ma żadnej dziury. Okna uchylamy… Zaraz. eM często otwiera, ale zazwyczaj pilnuje… Może tym razem nie upilnował?
Zaczęłam się martwić. Jeśli kot wypadł z okna, to tylko tamtędy. Na dole jest beton i asfalt. Ulica w dzień jest dość ruchliwa…
Nie zawracając sobie głowy higieną ubrałam się i wyszłam szukać kota.
Mrusiek, jak wypadł z balkonu, siedział w trawie pod nim…Może Basil też się gdzieś schował w pobliżu. Ma czipa. Jest przyjazny do ludzi, jak ktoś go znajdzie to jest szansa, że się zgłosi do przyjaciół zwierząt. Pocieszałam się, bez większej nadziei, idąc chodnikiem i nawołując
-Basil!
On nie reaguje na kici kici. On reaguje na Basil i na Chodź.
I naraz za plecami usłyszałam przejmujące miauczenie.
Wyszedł spod BMW. Przerażony. Wzięłam na ręce i zawróciłam do domu. Najpierw się wyrywał, ale pod klatką przestał.
Jak poszłam z Tośka na spacer i wróciłam…to mi znowu zwiał na schody. Lotnik cholerny! Przygód mu mało chyba.
Skacze, włazi, szaleje. Obejrzałam łapy, ale nie widzę uszkodzeń. Je, sika, wydala. Czyli chyba nic mu nie jest.

Takiego spiętrzenia dziwnych epizodów, które mogły skończyć się źle, ale w sumie skończyły się dobrze, to jeszcze chyba nigdy nie miałam.
Jakiś pech..?
Jakieś uroki mam odczynić?
Ja bym już chciała mieć znowu nudne życie. Nic lepszego nad nudne życie, naprawdę!

A na zdjęciach byłam dziś rano, przed piątą.



9 myśli w temacie “62.2021

  1. Dzieje się! Na szczęście Tak, jam piszesz- nie kończy się dramatem. Tylko zawirowania spędzają sen z powiek i czasu na relaks w ciągu dnia brakuje. Czasem trzeba doprawić to życie i po prostu pieprzyć to. Tylko nie każdy tak lubi… Myślę, że to chwilowe. Minie samo.

    Polubienie

    1. wiesz, ze mną jest taki problem, że ja zawsze od życia oczekuję ciosów, a jak nie daj boże coś mi się dobrego trafi to wiem, że muszę za to zapłacić.
      „Za każdy gram manny niebieskiej płacę słoną rzeką” – śpiewa Anna Maria Jopek.
      Może miałam za dużo dobrego ostatnio…

      Polubienie

  2. Uwielbiam maki, ale rzadko kiedy udaje mi sie zrobic zdjęcia.
    Rozumiem, że sie martwisz, czy pocieszy cie, jak powiem, że i tak wszystko pójdzie własnym torem, niezaleznie od tego co myslisz i czujesz? Moje dziecko ‚dostarczyło’ mi ostatnio kilka nieprzespanych nocy, na szczęście (sic!) złamałam noge i zajełam sie soba, zanim zdążyłam całkiem osiwieć, mysląc o jego sprawach. Nie poradzimy, mozemy trzymac kciuki, jesli chca, to potrzymac za rączke i na tym koniec. Dzieci nie biora pod uwage tego, że ich decyzje maja wpływ na nasze życie, to działa na ogół tylko w jedna strone. I chyba dobrze, bo przeciez w stosownym momencie my też tak robilismy.

    Polubienie

    1. Ja lubię wszystkie te „polne’ kwiatki: maki, chabry, rumianki/margerytki, łubiny. Uwielbiam je! Tylko ich nie zrywam, bo w wazonie umierają natychmiast. Więc sobie taki sposób wymyśliłam. Mogę cieszyć oko tak długo jak chcę.
      W sumie to dobrze, że dzieci nie układają sobie życie „pod mamę”. Ani pod nikogo.

      Polubione przez 1 osoba

  3. Zdjęcia przywodzą mi na myśl
    … wstaje mgłą wilgotny dzień
    szczyty ogniem płoną, stoki kryje cień
    mokre rosą trawy wypatrują dnia
    ciepła które pierwszy promień słońca da..
    czyli harcerski standard, dopiero widzę, że naprawdę coś opisuje, jak patrzę na Twoje zdjęcia:)

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s