62.

Tośkowe zrzucanie sierści przekracza wszystkie normy.
Czeszę ją szczotkami na spacerach niemal codziennie, poza tym skubię niemal bezustannie, wyciągając pęczki kłaków. A w domu wygląda jakby nikt nie odkurzał od zawsze…
Tośka zresztą dostarcza atrakcji na każdym kroku.
Szperając w internecie w poszukiwaniu rady, odkryłam, że jej durnowate zachowania to „zwyczajny” lek separacyjny.
Dlatego nie daje się zabrać na spacer komu innemu, dlatego kradnie moje rzeczy i uparcie je próbuje zakopywać pod legowisko, dlatego rozpacza, gdy wyjdę z domu, ale ona czuje, że jestem blisko.
O dziwo: wygląda na to, że gdy się od domu oddalę, Tośka jest cicho.
Zainwestuję w kamerę na wszelki wypadek, żeby jednak wiedzieć na pewno na czym polega problem. No i żeby w razie czego mieć materiał dla behawiorysty.
Na pewno postanowiłam oduczyć psa takiego nerwowego witania i mnie i innych ludzi.
Próbowałam to zrobić jak była młoda, ale mogłam se… EM wracając z pracy wręcz ją zachęcał, bo on lubi. Moje argumenty, że ja nie, a moi klienci jeszcze bardziej nie, mogłam se … Teraz, kiedy jesteśmy same, spróbuję ją choć trochę oduczyć powitalnej histerii.
Wiem też, że muszę popracować nad jej zwracaniem uwagi na mnie, bo czasem myślę, że jest po prostu głucha. Muszę ryknąć żeby na mnie spojrzała.
Kolejną rozrywką związaną z psem są … jej leki.
Tośka dwa razy dziennie dostaje Forthyron – lek na tarczycę. I nie, nie ma problemu z podawaniem, bo on smakuje jak ciasteczka, Tośka lubi aż za bardzo, muszę pilnować, żeby tabletki zawsze były w szufladzie.
Drugi lek, jakiego używamy systematycznie to lek Onsior na ból i stany zapalne stawów.
Oba leki są na receptę, a jako takie są sprzedawane w aptece. I za każdym razem, gdy muszę wykupić receptę jest tak:
Jadę do apteki w ICA, bo to największa apteka w mieście. Niestety wraz ze mną na leki czeka co najmniej 10osób, co oznacza, że czekać będę długo. Pół godziny, godzinę…
Wreszcie podchodzę do okienka, daję dokument, farmaceuta pyta dla kogo chcę lek, mówię, że dla psa, podaję nazwę…
I ups. Nie ma. Może być, jak zamówią… za tydzień. Albo dwa. LEK NA RECEPTĘ (to samo było jak pytałam o antybiotyk). W uprzejmości swej mogą mi sprawdzić czy lek ma może jakaś inna apteka w mieście.
Sprawdzają, owszem jest w aptece na drugim końcu miasta.
Jadę. Po czym okazuje się, że jakiś błąd, bo system mówi, że mają, podczas gdy na półce nie mają. Ale mogą zamówić. A, potrzebny już? To sprawdzą czy inna apteka ma.
Aptek w mieście jest co najmniej 6…
Wczoraj było jeszcze lepiej, bo musiałam wykupić Forthyron. W ICA oczywiście nie mieli, znaleźli mi w tej na drugim końcu miasta. Spoko, nastawiałam się na to. W sumie mogłam od tego zacząć, bo z racji oddalenia, do recept jest tam zawsze mniejsza kolejka, ale chciałam tak raz-dwa… A jak znam życie to wtedy akurat tu by nie mieli.
Zapytałam w okienku,już w tej drugiej aptece, czy może mają jakieś mniejsze opakowania, bo na co mi 250tabletek na raz? Biorąc pod uwagę, że Tośka bierze jedną dziennie, to 250szt jest zapasem na prawie 9 miesięcy. No i kosztuje odpowiednio. Skąd mam wiedzieć czy mój pies jeszcze tyle pożyje?
Pani sprawdziła, nie, producent nie robi mniejszych opakowań. A oni mają tylko jedno, ostatnie, z terminem do maja2024.
Czyli zapłacę grubo za lek w zasadzie przeterminowany…
Na szczęście była uprzejma i obiecała, że zapyta u dostawcy czy mają lek z dłuższym terminem. Wzięła mój numer, żeby oddzwonić.
Oddzwoniła potem, że owszem, mogę mieć taki z terminem do września 2024. Podziękowałam, ale ze szczęścia nie zapytałam kiedy. A Tośce zostało leków na tydzień… Mam nadzieję, że się wyrobią, obiecali wysłać sms.
Miłe to, że w sumie w każdej aptece tak to funkcjonuje, że personel jest naprawdę pomocny. Lipa, że podobne sytuacje bywają notorycznie i nie dotyczy to leków dla zwierząt tylko, ale ludzkich też. Co ma zrobić człowiek chory, bez samochodu?
I tak w zasadzie za każdym razem.
Jak mieszkałam w centrum, miałam aptekę przy Torget, ale unikam jej jak zarazy, bo recepty obsługuje tam jakiś dziadek. Albo przygłuchy, albo nie rozumie mojej wymowy. Wiecznie mnie podejrzewa, że chcę lek dla mojego syna, a nie psa (pies to HUND, syn to SON) i muszę wrzeszczeć na pół apteki, żeby zrozumiał, a wtedy ludzie się gapią.
Więc omijam. Pozostałe trzy to apteki przy przychodniach a tam wiecznie kolejki, bo ludzie idąc od lekarza od razu idą tam. Ale jak nie ma tam gdzie lubię to idę tam gdzie jest. I w ten sposób można czasem i dobrych kilka godzin strawić na wykupienie leku dla psa.
Ale wczoraj zauważyłam, że w aptece w ICA postawili paczkomat. Może będzie to rozwiązanie? Choć jak znam życie, leków na receptę tam nie dostarczą, bo jak mają sprawdzić, że ja to ja? Ale może się mylę.

Za czym kolejka ta stoi?

Śpiewała jakieś 40lat temu Krystyna Prońko.
I odpowiadał jej chór:
Po szarość, po szarość, po szarość.
Ale dalej było:

Bądź jak kamień, stój, wytrzymaj
Kiedyś te kamienie drgną
I polecą jak lawina
Przez noc, przez noc, przez noc
Bądź jak kamień, stój, wytrzymaj
Kiedyś te kamienie drgną
I polecą jak lawina
Przez noc, przez noc, przez noc


My wczoraj staliśmy po nadzieję. Tutaj: jesteśmy jakoś w połowie drogi.

Po dwóch godzinach dotarliśmy do stolika. Pan sprawdził dowód, wskazał rubryczkę do podpisu, w innej rubryczce zanotował, że odmówiłam… Minuta za kotarką… I przybiłyśmy ze znajomą żółwika.
Udało się. Na osiem gwiazdek się udało 😀
Co dalej będzie?
Coś się zmieni?
Czy zostanie jak było?
Czas pokaże.
—-
A tymczasem jesień na całego. Wyciągnęłam mój pasiasty sweter i wełniane skarpety. Na spacerach z Tosią bywa chłodno.
Dziś był prawdziwy mróz w nocy! Nie przymrozek. Temperatura spadła do -1.
Mój biedny Malutek był cały biały po nocy, buuuuu.
W domu ciepło. Nocami nawet za ciepło mimo zakręconego kaloryfera. Musiałam uchylić okno. Tosia chyba zmarzła, bo się wyniosła na kanapę do salonu. Basil, wtulony w zgięcie moich kolan, spał jak zaklęty całą noc.
Tosia marznie, bo zgubiła masę sierści. Czekam jeszcze ze dwa tygodnie, jak nie zacznie się jej wygląd poprawiać znowu czeka nas wizyta u weterynarza.
——–
Wczoraj, gdy po całym dniu w Goteborgu weszłam do domu znowu miałam to cudne odczucie bycia na właściwym miejscu. W miejscu dobrym i bezpiecznym.
Kocham moje mieszkanie. Nigdy dotąd nie miałam czegoś takiego… było mi w zasadzie obojętne co w tym mieszkaniu jest, byle spełniało swoje zadanie. Zasłony, nie ważne z czego, byle zasłaniały. Kosz na śmieci? A co za różnica jakiego koloru? Stoi w szafce i go nie widać…
Takie drobiazgi… A teraz oglądam każdą rzecz po wiele razy i zastanawiam się czy ją chcę, czy jest właśnie taka jak chcę?
W second handzie kupiłam lampę sufitową do przedpokoju, metalową. Cieszyłam się jak dziecko z nowej zabawki i od razu ją zawiesiłam.
Lubię sprzątać. To dziwne, ale sprzątanie sprawia mi przyjemność. Uśmiecham się patrząc na podłogę wolną od psich kłaków. Na pusty blat i zlew w kuchni. Na czyste lustro nad umywalką.
Najbardziej zachwyca mnie wciąż czysta kuchenka, bez brązowego nagaru wokół palników. Czyli da się! Ilekroć mi cokolwiek wykipi – wycieram natychmiast…
W domu mam przeważnie ciszę. Mało muzyki, no chyba, że przy pracy, gdy nie robię nic wymagającego skupienia.
Wieczory spędzam na kanapie w salonie, z psem przytulonym do boku.
Dziergam kocyk dla przyszłej wnuczki mojej koleżanki. Oglądam filmy na telewizorze. Już do niego przywykłam. Rzeczywiście: lepiej niż na komputerze. Tylko ostatnio mnie wkurzył, bo z uporem nie chciał znaleźć aplikacji Vod Tvp. A ja chciałam obejrzeć Dewajtis.
Skończyło się na podłączeniu laptopa do telewizora. Obejrzałam to, co dotychczas wypuścili.
No, trzeba przyznać, że film dobrze zrobiony. Szkoda tylko że aż tak wiernie według książki. Bohaterowi są za bardzo jednowymiarowi. No ale: albo wierna ekranizacja, albo pogłębienie bohaterów.
Rodziewczówna myszą trąci, niestety. Ale z drugiej strony: przecież po to są bajki, żeby był podział na dobro co zawsze zwycięża, i zło co zawsze ponosi karę.
Poniedziałek czas zacząć…




60. Piździernik

No i piździ.
Kto to słyszał, żeby termometr pokazywał +5, a odczuwalna była jak -5? W październiku! Bo w styczniu itd to normalne.
Tośka znów wygląda jak stara etola, odkurzacze oba dwa zaraz zapadną na wypalenie zawodowe czy coś. Jeszcze nie zdążę dobrze jednego schować, a kłaki sobie radośnie fruwają po całej chałupie. Pół godziny po odkurzaniu ma się wrażenie, że w tym domu nikt nie sprząta.
Chyba uszkodziłam sobie mały palec u nogi. W nocy leciałam uciszyć Tośkę, bo poleciała z japą pod drzwi… Inna rzecz, że przez moje drzwi wszystko słychać jakby ich w ogóle nie było! A jeszcze inna, że jak wracasz gamoniu w środku nocy do chałupy to:
a. nie leź po schodach jak podkuty słoń
b. nie pizgaj drzwiami od swojego mieszkania, tylko je po cichu zamknij
No ale poleciałam, a po drodze mój palec zaliczył spotkanie z półką na kapelusze, która od kilku tygodni czeka aż ją eM zabierze.
Nawet nie mocno przywaliłam, zwykle takie uderzenie jest mocno bolesne. A tu nie. Za to potem w łóżku zaciekawiło mnie, że ból narasta. A rano paluszek okazał się być tęczowym.
Chodzę, choć na dłuższą metę jest to dość bolesne.
Dobrze, że to lewa noga, więc nie ma problemu z jazdą samochodem.
Miałam przesłuchanie w Szwedzkim Urzędzie Skarbowym. W sprawie jednego mojego byłego klienta. Który okazał się być idiotą.
Chyba robił coś na czarno, a pieniądze za to brał na prywatne konto bankowe przez aplikację telefoniczną SWISH. Musiał coś robić na czarno, bo faktur nie wystawia, a skąd nagle wpłaty od różnych ludzi w kwotach powyżej tysiąca koron?
Co nie zmienia faktu, że pytanie o kwalifikacje obudziło wszystkie moje kompleksy. Ale się ucieszyły! Prawie widziałam jak merdają ogonkami.
Szkoła +25 lat stażu w Polsce się nie liczą.
A po przesłuchaniu wpadłam w stany lękowe i znowu wali mnie migrena.
No bo czy ja wiem jakie konsekwencje będę miała z powodu klienta idioty? Na własną obronę mam to, że jego prywatnego konta nie mam potrzeby oglądać.
A poza tym odkryłam, że 30dni wystarczyło by poczuć, że nienawidzę mieszkać z kimś.
Wczoraj wzięłam do siebie ukraińskiego dwunastolatka, bo jego mama miała wyjazd i nie miała co z nim zrobić, a samego zostawiać nie chciała. Dziecko jest ciche, spokojne, bezproblemowe. Cały dzień tkwił w fotelu z telefonem/tabletem i laptopem. W przerwach zabawiał psa i kota. Książkami po szwedzku się nie zainteresował, ale może uznał, że są za dziecinne. Polskiego nie rozumie. Prosił by mówić po szwedzku… ale odpowiadał monosylabami, więc nie wiem co rozumiał, dlatego ograniczyłam konwersacje do podstawowych komunikatów.
Ale nadal: OBCY w domu.
Ktoś w domu poza mną i futrzakami. Zajmuje moje łóżko, mój fotel, moją łazienkę, moją przestrzeń życiową.
W listopadzie i grudniu będzie ze mną mieszkać Zuzu. Tak mniej więcej 3 razy po tygodniu. Już mnie wszystko boli. A przecież Zuzu to Zuzu.

Obejrzałam Znachora. Niezły, ale szału nie ma. No, ale to po prostu taka historia.
Oglądam Infamia. Niezły, ale ten rap kiepskawy.
Przeczytałam Kameliowy Sklep Papierniczy. Oooo, to było dobre.
Na liście książek przeczytanych w 2023 powoli dobijam do 52.


59.

We środę pojechałam do Polski.
Miałam sprawę do załatwienia, ale przez własne gapiostwo nie załatwiłam… Ale nic nie szkodzi, bo w zamian za to miałam trzydniówkę rozrywkowo -kulturalną.
Byłam na tym filmie co to go obecna władza taknie znosi, że gotowa autorke spalić na stosie. Byłam jedną z 130 tysięcy tych świń…
Tu pewnie każdy chce zapytać „I co?”
Więc powiem: i nic.
Nie umiem ocenić czy to dobre kino.
Aktorzy zagrali bez zarzutu, fabuła czytelna, bez nadmiernej łzawości i nadmiernego epatowania złem. Więc chyba dobre.
Film właściwie przypomina dobry reportaż. Każda strona ma swoje racje i każda ma głos.
Czy jest tam coś, za co reżyserka została wyklęta przez rządzących?
Nie.
Film nie pokazuje niczego, o czym byśmy nie wiedzieli. Znamy te historie nie tylko z polskiego pogranicza. To samo, choć oczywiście w innych okolicznościach, dzieje się na południu Europy.
Przyznam szczerze: nasi pogranicznicy i tak zostali pokazani tam o niebo lepiej niż np. białorusini.
Ale uprzedzam: film nie jest dla ludzi o słabych nerwach.

Następnego dnia byłam na wernisażu Święta Warmia. Impresje.
Autorka Anastazja Fietisowa mówiła piękną, wschodnią polszczyzną. Aż ją sobie nagrałam, dla samej przyjemności słuchania melodii jej języka.
Jeden z jej obrazów wzruszył mnie niemal do łez. A że nie było go w folderze wystawowym to zrobiłam sobie jego zdjęcie. Ale…chciałabym mieć co podobnego na ścianie. Mam nadzieję, że nie naruszę praw autorskich wrzucając moja mało udane zdjęcie tego obrazu.

Poza tym nagadałam się chyba na cały rok.
Oraz zaprzyjaźniłam się z jednym kanarkiem.
Wróciłam w niedzielę, tuż po północy.
I dostałam skargę od sąsiadów, że pies szczeka po nocy. Pies szczekał zapewne jak Yankie, który na czas mojej nieobecności zamieszkał u mnie, wychodził do pracy.
Szkoda, że nie wiem czy Tośka szczekała 5 minut czy 5 godzin.
Wczoraj cały dzień była cicho. Raz czy dwa zamruczała pod drzwiami…
Ale nie wiem co się dzieje, gdy wychodzę.
Choć gdy wracam – szczekania nie słychać.

Chciałam w październiku lecieć do Gdańska, żeby zobaczyć w kinie nowych Chłopów. Ale jak Tośka robi takie cyrki to nie wiem…

Jest nadal dość ciepło, ale trochę pada.
I tyle.

A nie. Jeszcze jedno:
Nadal kocham moje mieszkanie.

58. Jesień

Było zimno, ale znowu jest ciepło.
Była susza, a teraz znowu pada.
Było pochmurno, ale znowu wychodzi słońce. I tak na okrągło.
Grzyby rosną. Dziś przy śmietniku i parkingu znalazłam pięknego borowika. Prócz niego rosną jeszcze jakieś takie… podobne do rydzów, ale nie pomarańczowe a zielonkawe. Nie zbieram. Notuję ku pamięci.
Na grzyby toby trzeba było do lasu, ale. Kto to później obrobi i co z tym zrobi? EM zagoniony, bo mieszkanie ma w kartonach i reklamówkach. A jeszcze czeka moja zmywareczka, którą chcemy wsadzić do szafki pod zlew. Zmywarka się nazywa „nablatowa” ale i tak mam mało płaskiej powierzchni, to nie będę sobie blatu zabierać. Tym bardziej, że jak postawię zmywarkę tam, gdzie być teoretycznie powinna, to
A. blokuje dostęp do gniazdka i włącznika lampy umieszczonej pod szafką wiszącą
B. rurka wypuszczająca brudną wodę będzie musiała leżeć luzem, na blacie i w zlewie, co wygląda obrzydliwie.
A gdy zmywarkę umieszczę POD zlewem, w szafce, to da się podłączyć wylewkę do syfonu. Wprawdzie tracę miejsce na kosze do sortowania śmieci, na worki różnej maści, ale da się to zorganizować inaczej. Ale będę musiała się pozbyć drzwiczek od szafki… ale tylko jednych. Trzeba będzie wykombinować jakąś ściankę, żeby część ze śmieciami była zamknięta. Lub kupić zamykany kosz na śmieci, który będzie na zewnątrz. Albo zawiesić zasłonkę 😀
Wczoraj wieczorem wreszcie udało mi się znaleźć najbardziej rozsądne miejsce na regał z książkami.
Uparłam się, że sypialnia ma zostać jak najbardziej pusta. Żeby było dużo powietrza i światła. Mało kwiatów i tylko takie, które są zalecane do sypialni. Tak więc w tej chwili w sypialni są puste, białe ściany (jedna w delikatny zielonkawo-różowy deseń roślinny). Łóżko stoi mniej więcej na środku ściany północnej, tej w roślinny wzorek. Po lewej, czyli na wchód stoi skrzynia ze szmatkami, biało-zielona, dalej jest okno a pod nim kaloryfer. W oknie wiszą cienkie, białe, bawełniane zasłonki. A na szyby, tak na wysokość 1/3, nakleiłam film z motylkami, dzięki czemu latarnie z ulicy nie świecą mi w oczy nocą. Vis a vis łóżka, na ścianie południowej, w kącie, stoi przepaścista, wysoka, biała szafa z wąskim lustrem. Obok szafy – mój malowany na biało sekretarzyk, który mi robi za toaletkę. A z boku w plastikowych, przezroczystych pudłach – nitki. Dalej drzwi. Pod ścianą zachodnią, przy drzwiach stoi fotel, a dalej, przy głowie łóżka – szafka nocna.
Początkowo chciałam nad łóżkiem powiesić kupione w second handzie akwarele, ale teraz uznałam, że powieszę łapacz snów zrobiony z serwetki jaką dostałam od mojej Kasi.
Akwarele pójdą nad sekretarzyk, żeby cieszyły moje oczy rano i wieczorem.
Salono-gabinet jest wciąż w ruinie, bo EM nie ma czasu przymocować regału do ściany. A bez mocowania ja nie mam odwagi umieścić w nim książek. Książki leżą więc na podłodze dookoła telewizora. Ale obiecałam sobie, że je posortuję i te, których naprawdę nie chcę, oddam do biblioteki.
Przywykłam do oglądania filmów na telewizorze. A raczej przywykam.
Zaczęłam oglądać Infamia – polski serial o Romach i po pierwszym odcinku zapowiada się bardzo dobrze.
Była u mnie Gullsum… Nie jest dobrze… To samo co i wszędzie: mąż pracuje, często po godzinach, nie pije, nie bije, pieniądze oddaje. No: ideał. Tylko ją samą zauważa dopiero jak ma potrzebę. Dzieci w zasadzie nie zauważa, no chyba, żeby powiedzieć córce, że jest dziewczynką i powinna pomagać matce.
Na szczęście dziewczyna (jest rok młodsza od Zuzu) jest wychowana w Szwecji oraz z natury niepokorna i potrafi odpyskować ojcu „Ja pomagam, ale jestem tylko dzieckiem, ale ty mógłbyś robić więcej, nie widzisz, że mama jest zmęczona?”. W Bułgarii czy Turcji ojciec mógłby ją za to sprać na kwaśne jabłko. W Szwecji na szczęście jest jednak trochę inaczej (choć mordy rytualne i tu mają miejsce).
Gullsum wychowana w typowym patriarchacie ma wdrukowane, że ona ponosi odpowiedzialność za wszystko. Za to jak wyglądają dzieci, mąż, dom, ogród. Za zachowanie członków rodziny… Ma przy tym pracować zawodowo i jeszcze do tego być cała szczęśliwa, bo mąż nie pije i jej przecież nie bije.
Od lat próbuję wsączyć jej do głowy, że nie musi. Że świat się nie zawali jak nie zmyje jednego talerzyka natychmiast. Ale wiadomo, że trudno z czymś takim walczyć. Pomogłaby psychoterapia może, ale do PSYCHIATRY chodzą tylko wariaci… Na poziomie świadomym ona wie, że ja mam rację. Ale wdrukowane przekonania siedzą głębiej…
Jedno z dwojga: albo jej wreszcie sytuacja tak dokuczy, że coś zmieni. Albo znowu wejdzie w kierat i będzie udawała, że jest dobrze. Do następnego kryzysu. Może około sześćdziesiątki wreszcie się odważy…

Za tydzień lecę do Polski. Na trzy dni zaledwie, ale dobre i to.
Kombinuję jeszcze żeby polecieć w październiku żeby obejrzeć w kinie nowych Chłopów. Oglądałam zwiastuny i to może być coś naprawdę wielkiego.

57. Wpis pod psem

Życie bez zmywarki jest możliwe. Zwłaszcza jak się mieszka w pojedynkę, to po co zmywarka? Ten jeden kubek i talerz można umyć ręcznie…
Tak myślałam.
A teraz wiecznie mam zlew zawalony garami do umycia. Mówiąc GARY mam na myśli wszystko, czego człowiek używa by przygotować sobie jedzenie. Okazuje się, że nawet zrobienie kanapki generuje więcej garów niż tylko jeden talerzyk… No bo nóż, którym ukroisz chleb, albo pomidora, albo ser… Nóż, którym posmarujesz chleb. Deska, której użyjesz. Widelczyk, by wyjąć pikla ze słoika… I rośnie.
A jak coś bardziej skomplikowanego niż kanapka? Coś co trzeba obrobić, a potem ugotować?
Naprawdę staram się zmywać na bieżąco, ale czasem zwykle się nie da. Bo głód, bo praca, bo coś tam…
Kupiłam małą zmywarkę, taką na blat. Kupiłam używaną, oczywiście, bo w zalewie dóbr z drugiej ręki, głupotą jest płacenie pełnej ceny.
EM mi ją dzisiaj zamontuje.
Gdybyż jeszcze można było kupić pralkę o podobnych gabarytach…
Pralnię mam w piwnicy, ale korzystanie z niej nastręcza trudności.
Bo Tośka. Pralnia leży dokładnie pod podłogą gabineto-salonu. I Tośka, mnie wyczuwa, w związku z czym drze japę jak opętana „Laboga mamusza mnie porzuciła na całe życie! Mamuszaaaa wracaj, bo ja tu jestem i konam z tęsknoty!”
Jeśli jeszcze kiedykolwiek pomyślę, że psie przywiązanie jest takie wspaniałe to kopnijcie mnie w zadek.
W tym tygodniu zwoziłam książki. Oraz resztę drobiazgów. Tośka mój samochód rozpoznaje…nie wiem po czym i ujada ledwie podjadę pod dom. Nawet nie muszę wysiadać. Istnieje jeszcze podejrzenie, że gdy mnie nie ma, ona szczeka na każdy samochód, na każdy ruch w okolicy, ale wolę wierzyć, że tak nie jest. Nie z potrzeby własnego ego, ale potrzeby spokoju ducha, gdy jestem zmuszona wyjść z domu.
I weź tu w takich warunkach noś klamoty z samochodu do domu…
Wreszcie, za radą eM, wypuściłam Tośkę w samej obroży. Ruch samochodowy prawie tutaj nie istnieje, a że szkoła po drugiej stronie to i tak nie wolno jeździć szybciej niż 30km/h. Ludzi na chodnikach też mało. Tyle, że prawie każdy przechodzień idzie z psem, a to może być pewien problem. No, ale zwożenie już prawie zakończone…
Rozważam zabieranie Tośki do pralni. Ale czy mój durnowaty inteligentny inaczej pies pokona przeszkodę pt „Obce schody w dodatku w dół”? Zat is kłesztion jak mawiają Rosjanie.

56.

Cisza. Samochody przejeżdżają rzadko. Nie ma gwaru ulicy, choć za dnia słychać dziatwę szkolną z naprzeciwka. A w nocy bywa, że ktoś przejdzie gadając głośno.
Ale ogólnie: cisza.
Dookoła mnóstwo ścieżek i uliczek do spacerowania z psem. W okolicy królują domki jednorodzinne, stare, więc na słusznej wielkości działkach. Otoczone ogródkami, często z drzewami owocowymi. Domy wielorodzinne, też wkomponowane w otoczenie: niskie, otoczone trawnikami, często w cieniu starych drzew. Parę minut spacerem i wychodzi się na ścieżkę spacerową, położoną pomiędzy dwoma osiedlami, z szerokimi trawnikami i wysokimi drzewami tu i tam, bez sąsiadującej jezdni.
Pięć minut od domu przechodzą tory, ale pociągów nie słychać, zresztą nie ma ich tak dużo. Za to zaraz za torami: WYBIEG. Ogrodzone dwa przestronne place, gdzie można psa bezpiecznie puścić ze smyczy. Przychodzą tam inni psiarze, wiec obie, i Tosia i ja, mamy okazję do socjalizacji. Tosia oczywiście wzbudza zainteresowanie i każdy się zachwyca.
Do sklepu spożywczego spacerem: 10minut. Tak samo do pizzerii serwującej całkiem dobrą pizzę (jak na Szwecję).
Nie ma problemu z parkowaniem. Choć czasem nie daje się zaparkować pod samym oknem 😉 i trzeba malutka zostawić na parkingu kilka kroków dalej.
Sąsiedzi są cisi. Ale Tośka i tak ich słyszy jak idą po schodach i niestety koniecznie musi o tym zawiadamiać cały świat. Gdyby warczała… ale nie, ona musi japę drzeć jak york jakiś czy inny nie-do-piesek.
Najgorzej jest, gdy wychodzę z domu bez niej, a potem wracam. Jest taki alarm, że umarłego by podniosło.
Większość rzeczy już znalazła swoje miejsca. Jeszcze tylko książki… i tu mam problem. Nie wiem czy nie wylądują w przedpokoju, bo naprawdę nigdzie indziej miejsca na nie nie mam. Oczywiście na upartego mogłabym wepchnąć do salono-gabinetu, ale wtedy pokój stanie się całkiem zagracony. No ale zobaczymy w przyszłym tygodniu.
Trochę brakuje mi szaf z półkami, bo nie wszystko da się powiesić. Pościeli, ręczników itp… Nie mam też pomysłu na przechowywanie butów. Tzn. owszem mam, ale nie mam funduszy by kupić szafkę na buty. Myślę, że skończy się na przerobieniu kartonów na szafkę na buty… Ale jak coś działa, to nie jest głupie, nie? Najważniejsze, żeby był porządek i żeby się nie walały na wierzchu.
Znowu śpię dobrze. A migrenę miałam tylko raz. Po pizzy.
Choć wiadomości o kolejnych fakturach wywołują drżenie serca, mimo, że na liście należności od klientów jest sumka całkowicie wystarczająca.
Nadal mam poczucie bycia przytulaną przez to miejsce. Zaglądam na stronę mojego administratora, oglądam jakie mieszkania pojawiają się na rynku, ale robię to z nawyku i bez zainteresowania. Tak samo chodząc i patrząc na różne domy nie odczuwam zazdrości: o jaki balkon, o jakie okna…
Jestem tu, gdzie naprawdę chciałam być. Nie z przypadku, a z wyboru. I brak tych wszystkich uczuć utwierdza mnie w przekonaniu, że to była słuszna decyzja.

55.Nowe życie?

Klucze odebrałam przedwczoraj. Ile mogłam, tyle zawiozłam Malutkiem – czyli niewiele. Głównie: kartony z segregatorami. Ciężkie jak wyrzut sumienia.
Wczoraj do popołudnia woziłam resztę, ale już nie pakowałam w kartony, tylko w mocne torby. O 15 przyszedł Yankie, o 16 -dwaj Ukraińcy, którzy pracują z eM. EM wziął z pracy duży samochód i w trzy godziny wszystkie najcięższe i największe rzeczy zostały przewiezione. W tym mój cissus. Jednak nie ma to jak silni trzydziestolatkowie.
Około 20 pożegnałam towarzystwo, zapakowałam kota i pojechałam „do siebie”.
Tosia została z eM i serce mi pękało. Spokojnie: tymczasowo. Dziś, po południu ją zabiorę do siebie. Tymczasem nie chciałam, bo dziś jeszcze będę wozić ubrania, garnki itp. Będzie jeszcze sporo latania i nie chcę zostawiać jej samej w obcym dla niej domu. Lepiej będzie się czuła w starym mieszkaniu, gdzie jeszcze wszystko pachnie nami.
Basil wył w jak opętany w samochodzie. Ale w połowie drogi ucichł.
Nie przyzwyczajony do zamknięcia… chyba muszę go od czasu do czasu wsadzać do transportera z czymś co go uspokoi, żeby w razie konieczności nie było takich dramatów.
Mimo pomocy chłopaków padałam na twarz. Ale jeszcze coś robiłam, przestawiałam, ustawiałam. Zawiesiłam zasłonki, wypakowałam higieniczne utensylia i odkryłam, że nie wzięłam pasy do zębów.
Basil zwiedzał. Wąchał, podskakiwał przy każdym głośniejszym dźwięku, a gdy miał dość bodźców chował się na szafę. Szafa (odkupiłam ją od poprzednich lokatorów) ma na oko 2,30m. Albo i więcej. Pod sufitem niewiele jest miejsca, ale kotu się podoba. No i imponujące, że Basil potrafi bez rozbiegu skoczyć w górę prawie 130cm, ze stojącego obok sekretarzyka.
W końcu podłączyłam internet i uznałam, że mogę iść spać.
Poleżałam może pół godziny…
Wstałam i zaczęłam ustawiać biurko oraz komputer, bo wciąż nie mogę wymyślić jak to wszystko poustawiać. W końcu zdałam się na to co mi się samo i uparcie produkowało. Biurko pod ścianą zachodnią, na prawo od okna.
Podobne ustawienie miałam w starym mieszkaniu, samo mi się to nasunęło i teraz znowu ten pomysł nie chce wyjść z głowy. Widać tak ma być.
I widać tak ma być, że kanapa stanie… na środku salonu-biura. Jakbym nie kombinowała, to tylko takie ustawienie wydaje się logiczne – bo w każdej innej opcji telewizor od kanapy dzieli zbyt wielka odległość. A ja postanowiłam, że przynajmniej Netflixa mogę oglądać na telewizorze zamiast na starym lapku…
Telewizor mam w spadku po mężu, który kupił sobie kilka lat temu o wiele większy, mogłabym go zacząć używać…
U Gilmorek też kanapa stoi na środku…
O północy wreszcie uznałam, że teraz to już chyba naprawdę dość…
Akurat!
Walałam się po łóżku jeszcze co najmniej dwie godziny.
Za dużo wrażeń, za dużo wysiłku. Nawet nie rozkminiałam „olaboga co to będzie!” bo zwyczajnie nie miałam na to siły. A gdy zasnęłam to spałam bez snów. I nici z zapamiętywania pierwszego snu.
Ranek wstaje chłodny, Malutek nocujący pod moim balkonem cały pokryty rosą, szyby w domu lekko zaparowane.
Cisza… Nic nie jeździ, nikt nie gada, nie trzaskają drzwiczki samochodów, nie plumkają czujniki z Kii.
Trzeba dopić kawę, zlokalizować lekarstwa Tosi i jechać do pieska.
I nie zapomnieć, że dziś SOBOTA! Nie ma parkowania za fri.
Mieszkanie … Czuję tu dobrą atmosferę. Mam uczucie, że ono mnie otula, przylega do mnie. Nawet nie mam tego lekkiego uczucia obrzydzenia jakie czułam przy każdej poprzedniej przeprowadzce. Inna rzecz, że poprzedni lokatorzy – para ponad siedemdziesięciolatków, którzy właśnie kupili sobie domek – zostawili po sobie niemal sterylną czystość.
No to dzień pierwszy „reszty mojego życia” czas zacząć.

54. Nie jest dobrze

Jechałam wczoraj do klienta. Jechałam przez pola i dopiero wtedy zobaczyłam, co dwumiesięczne ulewy zrobiły za miastem.
W każdej niecce stoi woda. Strumyki, rowy melioracyjne zamieniły się w rwące potoki. W wielu miejscach domy stoją niemal jak na wyspie: dookoła woda, tylko dom i kawałek podwórza w miarę sucho, dzięki temu, że dom wzniesiony na lekkim podwyższeniu. Ale to nie znaczy, że dom nie ma zniszczeń…
Gdy wjechałam na podwórze klienta-Litwina zobaczyłam wychodzące z piwnicy rury i zgadłam, że mieli powódź. (W sobotę lało naprawdę solidnie.) Nie wiedziałam tylko, że to była aż taka powódź.
Woda do piwnicy lała się im przez gniazdka, przez szczeliny w futrynach, płynęła prosto ze ścian. Trzy pompy pracowały pełna parą żeby tę wodę wypompować.
Szwedzkie piwnice w domach jednorodzinnych to często dodatkowa przestrzeń życiowa: dodatkowa sypialnia np. dla hałaśliwych nastolatków, pokój telewizyjny, biuro, dodatkowa łazienka. Tak też jest u nich.
Oboje byli wstrząśnięci, w sumie nie zrobiliśmy prawie nic z tego, co planowaliśmy. Klient odpływał myślami, widziałam, że ostatnia rzecz na jaką ma siłę to papiery …
Wróciłam do domu jadąc przez pozalewane pola. Wygląda to strasznie, a jesień dopiero się zaczyna.
Za to grzybów jest tyle, że nawet ja, ślepa komenda, je znajduję. I nawet nie trzeba daleko jechać. Byliśmy z Tosią na spacerze w lesie, w godzinkę zebraliśmy koszyk podgrzybków, koźlaków, kurek i borowików. Z tymi ostatnimi dziwna sprawa: rosło ich dużo, ale same wielkie, z kapeluszami jak męska dłoń. Poobgryzane przez ślimaki, robaczywe w środku naturalnie. Małych-ani jednego. Trzeba chyba tam zajrzeć w tygodniu, może coś się pokaże. Borowiki ostatnio widziałam także w mieście: jeden pod wielkim bukiem w parku. Taki „w sam raz”. Pomacałam: twardy był, więc chyba zdrowy, ale nie brałam, bo ja wiem… tak z miasta, przy samej ulicy? Kolejne trzy wypatrzyłam pod naszym liceum. Tak samo piękne, ale znowu: obok ruchliwej ulicy… W składzie pewnie miały wszystkie te przyjemne rzeczy, jakie wywalają samochody…
Prócz grzybów, przynieśliśmy ze spaceru około dwudziestu kleszczy!!
Ja jednego, eM dwa, resztę Tośka. Wybieraliśmy jej z futra jeden po drugim. A przecież natychmiast po powrocie wyczesałam ją gęstą szczotką…
Tosia nie dostała tabletki od kleszczy, którą powinna było dostać w lipcu, ze względu na niepokojące wyniki wątroby i nerek.
Ale teraz okazało się, że wyniki nie tylko wróciły do normy, ale są wszystkie centralnie po środku normy, czyli pies jest w doskonałej formie! Tak więc dziś muszę zorganizować receptę i podać jej tabletkę na kleszcze.
Ale zastanawiam się nad kroplami… Może lepiej by było?
W tym tygodniu dostanę klucze od swojego mieszkania i… zaczynam nowy rozdział.
Sypiam dobrze, ale śnię niedobre sny. Moje poczucie bezpieczeństwa runęło… Wątpliwości się mnożą. Dziś, po prawie trzech miesiącach od decyzji, już nie jestem pewna, że dobrze robię. Fakt, że te miesiące były prawie jak miesiąc miodowy. Nigdy wcześniej nie było między nami takiego porozumienia jak w ciągu tych miesięcy. Nigdy też, przez całe 32 lata, nie odczułam ze strony męża takiej troski i zaangażowania w nasze życie. Nagle, w cudowny sposób zaczął dostrzegać nawet upierniczoną kuchnię!
No, ale główny powód mojej decyzji, nadal ma się dobrze. Tu się nic nie zmieniło i znając życie raczej nie zmieni…
Bywa mi smutno, bywam przerażona i jest mi przykro.
Dzieci przyjęły wiadomość dobrze, choć córka i wnuczka lekko nadrabiają minami. Widzę to. Mój mózg próbuje mi wtykać poczucie winy, ale się nie dają.
Teraz kolej na znajomych i sama nie wiem czy mam się tłumaczyć czy kwitować krótko „bo tak”. To znaczy… Nie, nie muszę się nikomu tłumaczyć, wiem to. Ale odpowiedzieć „Bo tak” jest mi trudno, bo oczywiście troszczę się o to, by nie być niemiłą… Nie wiem po co.
No dobra. Zatem zadanie na dni najbliższe to nauczyć się odpowiadać „Bo tak” .