Na facebooku, w jednej grupie, ktoś zadał pytanie czy święta były udane.
Odpisałam, że owszem, ale lepiej niech nie pyta o szczegóły.
Bo:
W święta spędziłam 2 godziny z córką, wnuczką i prawie zięciem.
Oraz 2 godziny z mężem i synem.
Oraz 24 z zupełnie obcymi ludźmi i tak się nam spodobało, że jesteśmy umówieni na 1 stycznia 😀
78. Drugi dzień świąt
Zasnęłam na jakieś dwie godziny… a potem się walałam po łóżku. Wreszcie się poddałam, zapaliłam światło i czytałam do 4 czy 5 nad ranem.
Skończyłam Towarzyski przewodnik po skandalach.
Po dość nudnawej pierwszej połowie, druga zrobiła się ciekawa więc nie przestałam póki nie skończyłam.
Zasnęłam na kolejne dwie godziny, ale około 7:30 obudziło mnie poczucie obowiązku.
Nawet nie piłam kawy, ubrałam się i poszłam z Tośką, bo cały czas mam w głowie świadomość, że ona może czuć parcie na pęcherz.
Pół roku temu zesikała się w domu i była to dla niej straszna trauma, bo nawet jak przypadłość minęła to jeszcze kilka dni wciąż dopraszała się o spacer o nieoczekiwanych porach.
Wyszłam na mroźny ale zamglony świat, jeszcze mroczny. Na ulicy nie było żywego ducha, wszystkie domy w okolicach ciemne poza zwyczajowymi światełkami adwentowymi.
Miałam nadzieję, że zimne, świeże powietrze wsparte ibuprofenem rozgoni ten znajomy ból w potylicy … Niestety. Po półgodzinnym spacerze już wiedziałam, że popełniłam błąd nie biorąc sumatriptanu.
Migrena objęła całą głowę i ciało. I jedyne co mogłam to drzemać… Sumatripatan dwie tabletki + voltaren… ból zelżał jedynie, ale głowa nadal była jak w imadle, bolało światło, bolały dźwięki, zapachy…
A tu jak na złość niebo się wyczyściło i wyszło jaskrawe słońce, przebijając się przez białe zasłonki w mojej sypialni.
Mieliśmy z eM zabrać Tosię na Kinnekulle, ale nie odważyłam się wypuszczać z domu tak daleko. eM pojechał sam. A ponieważ miałam zabukowaną pralnię to nastawiłam pranie. A potem pomyślałam, że może świeże, zimne powietrze da mi trochę ulgi, więc wzięłam aparat i poszłam na spacer.
Przez pierwszy kwadrans myślałam, że światło rozsadzi mi głowę, ale starałam się oddychać głęboko i równo. Potem zaczęłam WIDZIEĆ, ale każde przyłożenie aparatu do oka też bolało.
Ale po półgodzinie zrobiło się dużo lepiej.
Przypomniałam sobie, że lubię widzieć świat przez wizjer.
Nie wiem dlaczego przestałam fotografować…
Telefon to nie to samo.
Migrena nie odpuściła do wieczora. Zasnęłam tuż po 22…a o znajomej 3:20 byłam świeża jak skowronek.
Dziś już normalny dzień, ale strasznie nie chce mi się pracować. Po południu jedziemy w gości, więc powinnam przynajmniej dokończyć księgowanie u jednego klienta.
Znalazłam wreszcie autoryzowanego księgowego, który mi zrewiduje księgi u moich dużych klientów. W Szwecji taka rewizja jest wymagana co roku dla firm, które spełniają warunki dla tzw dużej firmy przez dwa lata z rzędu. Znaleziony przeze mnie tzw. auktoriserat konsult czyli odpowiednik biegłego księgowego podał cenę 20 tys koron + 25% VAT. Czyli 25 000. Za przejrzenie ksiąg i podpis. Miesięczne wynagrodzenie średnio zarabiającego robotnika. Sara mówi, że to nawet nie jest jakaś wysoka cena, raczej dość przeciętna.
Ale z drugiej strony takim biegłym też nie zostaje się ot tak… Są to lata studiów oraz pracy. Do tego dochodzą obowiązkowe składki do stowarzyszenia księgowych, specjalne ubezpieczenie, obowiązkowe poddawanie się superwizji.
Nie mówię, że mi się to podoba, ale rozumiem dlaczego to musi kosztować. Ale jedna klientka zaniemówiła i chyba się wkurzyła, choć od dwóch lat mówiłam, że będzie musiała to zrobić, oraz że to naprawdę dużo kosztuje. Podsuwałam też pomysł, żeby firmę podzielić na dwie mniejsze…
No nic. Będzie co będzie.
W poniedziałek wpadła Olga z Timem i życzeniami oraz prezentem.
Prawdziwy róg obfitości mam w tym roku. Naprawdę to, że pójdę z kimś do banku i pomogę w otwarciu konta to jest aż tak niezwykłe? Albo, że nauczę jak zrobić przelew?
Ludzie uparcie chcą mi za to płacić! A ja uparcie proszę, żeby lepiej też komuś pomogli w czym, co potrafią. Po prostu: podaj dalej. Więc rewanżują się jak mogą… Wiem, że są tacy co biorą całkiem grubą kasę za takie „przysługi”
Jestem naiwną frajerką?
Ostatnio zadzwoniła kobieta, która zajmuje się ziołami i medycyną naturalną, chce napisać ebooka i sprzedawać, pytała jak od strony podatków ma to załatwić. Pogadałyśmy miło 10 minut. Chciała mi płacić…
Nie umiem wziąć pieniędzy za powiedzenie tego, co mogła jej powiedzieć pierwsza lepsza urzędniczka w urzędzie skarbowym, albo co sama mogłaby przeczytać w internecie.
Może jestem naiwną frajerką…
Ale czasem mam takie poczucie, że od TEJ osoby nie powinnam brać pieniędzy.
Była sytuacja, że inna pani, za podobną poradę, no może nieco dłuższą, dostała fakturę. Ale pani sprawiała wrażenie, że w swojej działalności nie kiwnie paluszkiem za friko oraz, że ja się powinnam zadowolić tym, że ona jest znana w pewnych kręgach…
Nie umiem powiedzieć właściwie na jakiej podstawie jednym ludziom pomogę za darmo, a od innych wezmę pieniądze. Pewnym kryterium jest tu samo zadanie. Jeśli jest to zadanie księgowe – zazwyczaj kasuję. Jeśli pomoc w zakresie językowym – to nie, bo nie jestem tłumaczem. A wizyta w banku to bardziej usługa tłumacza niż księgowej…
A poniżej kilka przypadkowych zdjęć z wczoraj.















77. Boże Narodzenie
W ciągu minionego tygodnia każdego dnia gratulowałam sobie zakupu butów z gwoździami.
Bo było mniej więcej tak:



Przy czym ten ostatni orkan przyniósł znowu plus, która szybko zmienił się w minus. I puszysty biały śnieżek znowu zmienił w czysty lód. A w moim mieście nie używa się soli. Solankę leje się tylko na obwodnicy oraz drogach za miastem. Podrzędne dróżki …są jakie są. Ale ponieważ większość jeździ na oponach z kolcami, nie jest to jakiś dramat. Ja też mam opony z kolcami.
A teraz także i buty. I tylko dzięki nim udało mi się przeżyć codzienne spacery z Tośką.
Dziś jest +2. Wszystko płynie, z nieba siąpi mżawka, ale lód na chodnikach wciąż ma się dobrze, może tylko odrobinę zmiękł.
Tak że buty z kolcami (gwoździami) są najlepszym prezentem jaki sobie w tym roku sprawiłam.
23 grudnia byliśmy na kolacji u Misi.
Miała być Wigilia u eM, ale potem się pokręciło.
Bo Misia i Mel mają święta tylko gdy jest Zuzu, a Zuzu ma 4 domy do obskoczenia. Bo u taty, u mamy, u rodziców Mela no i mnie (teraz to w sumie pięć bo i u dziadka).
Pamiętając kwasy z lat ubiegłych kazałam córce ustalać z ojcem co, gdzie i kiedy, ja się dostosuje, bo dla mnie to nie ma większego znaczenia. A niech oni sobie się sami między sobą ścierają.
I dobrze zrobiłam, bo chwilę później eM poinformował mnie, że kolacja 23 grudnia u Misi…
Byliśmy tylko w sześcioro.
Misia zastrzegła, że żadnego jedzenia mam nie przynosić, ona wszystko zorganizuje. Zatem spodziewałam się typowego, szwedzkiego świątecznego menu: kiełbasek książęcych, klopsików, zapiekanki ziemniaczanej oraz kaszki ryżowej z pomarańczami. Dziecko się postarało, naprawdę. Na pewno wydała masę kasy… Nie miałam sumienia jej powiedzieć, że wszystko to jest OHYDNE. Skubnęłam kartofli i buraczków, zjadłam jedną kiełbaskę. Nadgryzłam klopsika…i tu nawet moje w miarę dobre wychowanie się poddało. Tego się nie dało jeść… Pilnowałam się, żeby nic nie pokazać po sobie, bo córka się naprawdę starała.
Prezenty się wszystkim spodobały, choć sweter który wydziergałam z mohairu z jedwabiem oraz alpaki z jedwabiem córka określiła mianem „taki po domu”. Dobrze, że prócz tego dałam jej piżamę bo to naprawdę polubiła. Mel dostał trzy książki z gatunku SF: Fiasko Stanisława Lema, Kwiaty dla Algernona oraz Autostopem przez Galaktykę. Zuzu wymarzony pierścionek oraz lustro do makijażu z żarówkami. Yankie – nowy wok oraz drewniane łyżki. EM czapkę z odblaskową nicią oraz azjatyckie koszulki podróbki (Misia i Mel wrócili zaledwie dwa dni wcześniej, więc prezenty kupowali w Azji). Ja płyn do kąpieli (do wanny) oraz szal, podobno 100% kaszmiru. Szal jest lekki, gładki i ciepły, więc może to naprawdę kaszmir. Prócz tego dostałam od eMa osłonę na szybę dla Malutka, żebym nie musiała jej wiecznie skrobać, oraz małą patelenkę. Czyli przyziemnie.
Moje zapotrzebowanie na szmatki i nitki w pełni zaspokoiła moja Kasia ze Skanii. Przez 23dni otwierałam paczuszki od niej i znajdowałam rozkoszne pierdołki, słodycze, zawieszki ale także i różne ciekawostki jak magnetyczny łapacz do igieł czy cudowne zawieszki w kształcie kotów.
Wczorajsza, ostatnia, paczka zawierała wełnę farbowaną roślinnymi barwnikami, cienką bawełnę w motylki, czekoladę Makowiec, ptaszki – zawieszki, kolejną czekoladkę, zakładkę do książki oraz przepiękną kartkę.
A że Wigilia upływała mi spokojnie jak nigdy to miałam czas żeby pomyśleć i napisać osobiste życzenia dla najważniejszych dla mnie osób. Kilku z nich podziękowałam za to, że są przy mnie, że wpuściły mnie do swego życia i pozwalają w nim być.
Wieczorem przyszli Yankie z ojcem na pierogi. Posiedzieliśmy ze dwie godziny, potem każdy poszedł do siebie. Misia, Mel i Zuzu byli u rodziców Mela.
I trwałabym sobie w błogostanie…
Ale po godz 22 Tośka się ożywiła. Patrzyła na mnie leżąc w progu w pozycji „waruj” . Usiłowałam czytać „Towarzyski przewodnik po skandalach” ale wyczekiwanie psa mnie rozpraszało.
Wreszcie zapytałam ją czy chce na dwór…
Chciała, jeszcze jak.
Ledwie siknęła… i uświadomiłam sobie, że mamy problem. Bo siknęła na różowo. Fakt, że już na popołudniowym spacerze miałam wrażenie, że przysiada jakoś częściej i bez rezultatu, sprawił, że zaniepokoiłam się mocno.
Jeszcze miałam nadzieję, że to tylko światło latarni… ale dziś rano, w dziennym świetle, nadal sikała na różowo. Zatem mamy powtórkę z czerwca, tylko w odwrotnej kolejności: wtedy najpierw było zapalenie dróg moczowych potem parchy na brzuchu. Wtedy też miała cieczkę. Teraz najpierw pojawiły się parchy na brzuchu, a teraz infekcja dróg moczowych. Parchy zatrzymałam (chyba) przy pomocy szamponu antybakteryjnego.
Najbliższe pogotowie weterynaryjne mam prawie 100km stąd.
Zadzwoniłam, zapytałam czy mogę z kim po polsku (wiem, że pracują tam polscy weterynarze) i bingo! Dziewczyna w Polsce była weterynarzem, tu na razie jest pielęgniarką. Jeszcze miałam nadzieję, że uda mi się wyżebrać receptę na antybiotyk bez badania, ale tu nawet zwierzętom nie podaje się antybiotyku bez badań. Ale ponieważ to są początki uzgodniłam z dziewczyną rozmówczynią, że podam onsior czyli niesterydowy lek przeciwzapalny, który ma też działanie przeciwbólowe. I będę obserwować. Może onsior zahamuje stan zapalny. Jeśli jutro nie będzie pogorszenia to we środę pójdę do naszego weterynarza. Ale gdybym zauważyła, że się pogarsza to jutro zgłoszę się do nich z psem.
ych… A mieliśmy jechać do koleżanki Adasia…
No nic. Zobaczymy co dalej. Na razie nie jest źle, więc może się uda …
„Towarzyski przewodnik po skandalach” jest moją 64 książką w tym roku.
Dociągnę do 65?
76. Koniec adwentu
O ile święta są mi coraz bardziej obojętne o tyle lubię lubię adwent. Lubię tę atmosferę oczekiwania, na magię (która w końcu się nie dzieje). Lubię światełka, lubię skromne hiacynty i pyszne amarylisy. Lubię piosenki świąteczne i nawet Mariah Carey mnie nie wkurza…
Natomiast same święta… no są. Trzeba się koniecznie spotkać z rodziną, Trzeba zmusić wszystkich żeby dopasowali swoje plany, znieść kwaśność tych, którym to nie odpowiada. Nagiąć do uśmiechów i wyrozumiałości, kupić prezenty, znieść zawód, że nie takie. Narobić żarcia… czyli wykonać ciężką robotę, żeby tradycji stało się zadość.
W efekcie mam poczucie, że to JA odwalam najcięższą część roboty. A reszta i tak kręci nosami i zgłasza pretensje.
Moje poczucie humoru oraz tolerancja dla najbliższych w okolicy świąt zanika całkowicie.
Może to kwestia ilości?
Detalicznie kocham każdego z mojej rodziny. Ale gdy mam ich w hurcie trudno opanować chęć mordu…
Dziś pożegnałam Zuzu – jej matka wraca w tym tygodniu.
Odwiozłam Zuzu do szkoły, a po powrocie wygarnęłam ze wszystkich kątów jej rzeczy, spakowałam do walizki, kosmetyczki oraz torby na zakupy.
Nie mam zdrowia do nastolatek.
Do zapaćkanych kosmetykami, świeżo powieszonych ręczników.
Do brudnych ciuchów, wymieszanych z tymi prosto z prania.
Do pozostawianych wszędzie papierków po cukierkach, czipsach itp.
Do wiecznie upaćkanych luster. Zapachu ciężkich, tanich perfum, wymieszanych z zapachem wszystkich kosmetyków.
Do gnuśnienia w wyrze przez dwa dni. Do zniecierpliwionych syknięć gdy coś mówię. Do fochów, nawet jeśli nie ja jestem adresatem.
Nie mówiąc już o tym, że moja piękna, kwiecista kanapa jest wygodna do spania tylko przez jedną noc.
Wśród tych wszystkich atrakcji doszła mi jeszcze cieczka Tośki. A jak Tośka ma cieczkę to to jest najprawdziwsze morze czerwone.
Rozważam zakup najmniejszych pampersów…
Lub kradzież majtek Zuzu.
Nie wiem co praktyczniejsze.
Póki co wszystko w domu mam pookrywane kocami oraz narzutami. Ale ścian się nie da przykryć, a jak Tośka macha ogonem to ogon macha nią…
Muszę psu umyć tyłek, bo śmierdziało dziś w nocy tak, że mnie budziło.
Myślę sobie: jeszcze tylko tydzień… a potem znowu będzie normalnie.
Z rzeczy pozytywnych: eM zamontował mi wreszcie wannę. A na podwórku znikł lód, bo temperatura +8. Mimo to, w sobotę kupiłam buty na gwoździach. Zastanawiałam się czy kupić takie z chowanymi, czy stałymi.
Ale z chowanymi – były tylko firmy Rieker, a ja jakoś nie mam przekonania do ich butów. W dodatku były ciężkie bardzo.
Inne, z gwoździami stałymi były albo Icebug albo Eskimo. Cena podobna. Waga też, oraz rozkład gwoździ. Icebug były całe czarne, w środku lekko ocieplone. Eskimo miały w środku futerko i były czerwone. Ale niestety wyglądały bardzo topornie.
Wzięłam Icebug bo firmę znam i wiem, że ma dość dobre opinie.
Nie są z goretexu, ale spryskane sprajem będą odporne na przemakanie, o ile nie będę wskakiwać do basenu (powiedziała mi sprzedawczyni).
Pod koniec tygodnia znowu mają być minusowe temperatury, a ponieważ teraz jest mocno wilgotno, to zdaje się, że okazja by przetestować gwoździe przyjdzie bardzo szybko.
Oglądam The Crown. I tak sobie myślę: jak bardzo zmienił się świat w ciągu ostatnich 20lat. I nie chodzi o technologię, choć to też.
I właśnie kończę 61 książkę w tym roku.
Eleanor Oliphant ma się całkiem dobrze. Tak mnie wciąga, że czytam przy porannej kawie, zamiast jak zwykle scrollować facebooka.
Ych…
Popracować trzeba…
75.Santa Lucia
74. Zaraza
Cały tydzień upłynął mi na zmaganiu się z dziwaczną infekcją.
Dziwaczna… Wyglądało tak, jakby każdego dnia, jakiś wirus atakował mi kolejne punkty organizmu.
Jednego dnia gorączka, a raczej stan podgorączkowy – ale ja jestem chorobowym mężczyzną i przy 37umieram. Przy tym klekot serca i koszmarne pobudzenie, więc nie było mowy o przespaniu dolegliwości.
Innego dnia potworny ból całego ciała.
Jeszcze innego migrena.
Suchy kaszel.
Gardło.
Wreszcie katar, ale z gatunku tych Niagara.
Każdy objaw występował pojedynczo, trwał jeden dzień, a następnego czułam się dość dobrze (w każdym razie lepiej w porównaniu do dnia poprzedniego).
Jedno utrzymywało się przez cały czas: zmęczenie.
Wreszcie w piątek, gdy nie mogłam rozpoznać smaku mrożonych pierogów, a i zapachy jakoś słabiej docierały uznałam, że mam covid, bo chyba tylko ten wirus może być taki… nieprzewidywalny.
Całą sobotę i niedzielę umierałam na katar. W dodatku katar aktywowany przez światło! Jak tylko próbowałam czytać lub oglądać natychmiast wzmagało się kręcenie w nosie i łzawienie oczu.
No i w sobotę utraciłam węch na amen – nawet przy sprzątaniu kociej kuwety nic nie poczułam. A sprzątałam ją pierwszy raz od kilku dni…
Smak niby mam, ale dziwnie. Np. znajomy jogurt z Lidla jest gorzki.
Albo znajomy kompot z wiśni okazał się być tak słodki, że aż piekło gardło od słodyczy.
Kartofle okazały się niesłone, choć soliłam, a potem nawet dosalałam na talerzu, a kwaśny smak soku z cytryny zaginął…
Byłoby śmiesznie, gdyby nie to, że jutro 12 a to oznacza, że muszę wysyłać deklaracje VAT. Prawie płacząc z bólu i zmęczenia zmusiłam się do pracy – żeby przynajmniej jedną firmę dziennie zrobić.
Na dziś zostały dwie – maleńkie.
Na jutro kolejne dwie, równie małe, ale nie dostałam jeszcze dokumentów.
Testu nie robiłam bo go w domu nie mam. A jechać do sklepu nie miałam siły poza tym szkoda mi kasy na test, który pokaże lub nie prawdziwy wynik a i aspekt społeczny też ma swoje znaczenie. Po co iść i rozsiewać wirusa?
I tak we czwartek musiałam wyjść z domu, korzystając z lepszego dnia, bo groziła mi śmierć głodowa.
Oczywiście mogłam poprosić męża lub syna o zakupy… problem w tym, że kompletnie nie wiedziałam czego chcę, co będę jeść, ani czego potrzebuję. W efekcie wróciłam do domu ze zgrzewką wody z Lidla, przypadkowymi owocami i smaczkami dla futrzaków.
Dobrze, że w zamrażarce były jakieś kupne pierogi z polskiego sklepu, zupa ogórkowa sprzed miesiąca oraz chleb i dorsz w panierce (ostatni kawałek). Makaron i kostki rosołowe wegetariańskie mam zawsze, tak samo jak tuńczyka w puszcze.
Przez dwa wieczory zajadałam się kanapkami z majonezem, tureckim korniszonem i czosnkiem. Wczoraj zjadłam ostatnie trzy kartofle, resztkę sałaty z ogórkiem i śmietaną.
Dziś wygląda na to, że będzie ten lepszy dzień, więc muszę pojechać i kupić coś do jedzenia.
Zuzu miała mieszkać u mnie w tym tygodniu…
Zadzwoniłam w sobotę.
– Jestem chora – powiedziałam – Słyszysz mój głos?
Na co Zuzu
– Nieee… nie mówi mi tego, co chcesz powiedzieć…
– Muszę. Nie mogę cię zarazić. Ale może w takim razie pomieszkasz u dziadka…
– TAK!! U dziadka! To tylko na jeden dzień bo potem mam być dwa dni u Ellie, pamiętasz?
Tak, pamiętam: mają dwa dni obchodów Santa Lucia, zaczynają szkołę później, lekcji normalnych chyba nie mają, rodzice Ellie zgodzili się, żeby Zuzu u nich pobyła dwa dni z rzędu.
Tak więc Zuzu sprzedana do dziadka. Może do czwartku już będę się miała lepiej?
W sobotę z rana poczta kwiatowa dostarczyła mi kwiaty od mojej Izy ze Skanii. Powiadam wam: w Skanii mieszkają fajne dziewczyny…
W międzyczasie mróz zelżał, teraz jest w granicach zera. Na ulicach slush…
No nic, popracuję…
Zabezpieczony: .
73. Kalendarz Adwentowy
23 listopada przyszły do mnie paczki od mojej Kasi ze Skanii.
A w nich … był najprawdziwszy kalendarz adwentowy.
Ustawiłam paczki na regale z książkami i niecierpliwie czekałam do dziś…

I oto nadszedł ranek 1 grudnia…
72. są takie noce…
Są takie noce, że odkładam książkę, gaszę światło, chwilkę się układam, a potem zasypiam i śpię kilka godzin bez przerwy. Budzę się, idę siku, kładę i zasypiam ponownie.
Budzę się trochę po szóstej… Nie wstaję z przyjemnością, ostatnio nigdy nie mam tak, że już się wyleżałam, nie, ale jednak…
Dni po takich nocach są dobre. Bez bólu głowy, bez tej męczącej senności i uczucia zmulenia.
Nie mam pojęcia od czego te dobre noce zależą, bo w zasadzie moje dni są do siebie tak podobne, że dzień tygodnia rozpoznaję po napisie na klapce na pudełku z tabletkami Tośki.
71. a tu bęc!
W niedzielę Zuzu miała przedstawienie…
To znaczy nie ona sama, tylko jej szkoła tańca przygotowała pokaz.
Mieliśmy do wyboru dwa terminy, wybraliśmy ten w samo południe, zgodnie z życzeniem Zuzu, która nie chciała by tata siedział sam na widowni.
Zabrałam eM z domu i podjechaliśmy pod starą cukrownię, którą przerobiono na… wszystko. Jest tam i centrum młodzieży i biuro pracy i jakieś biuro rachunkowe, a także teatr.
No i w tym teatrze był pokaz.
Jeszcze zdążyliśmy się pokłócić na parkingu bo eM swoim zwyczajem zarządzał moją jazdą, a na koniec wmawiał mi, że tam gdzie jest wolne miejsce parkingu nie ma… Skończyło się tekstem ” Twój samochód” oraz ” i moje mandaty”…
Szedł za mną nabzdyczony, a że od września tego nie było, więc i mnie lekko ruszyło.
Sala tonęła w półmroku, eM wypatrzył ojca Zuzu, który nam zajął miejsca w drugim rzędzie. Kobieta siedząca z brzegu wystawiła stopę…
Potknęłam się najpierw o stopień, którego nie zauważyłam, potem o tę wystawioną stopę, poszukałam oparcia w ścianie, ale ściana okazała się być kurtyną. Poleciałam z hukiem, walnęłam lewym pośladkiem i lewą krawędzią dłoni…
No. Przedstawienie dałam że hej!
Zbiłam tyłek, ale kości chyba na szczęście wciąż jeszcze mam mocne.
I tak zaliczyłam spektakularny upadek roku 2023.
A już liczyłam na to, że w tym roku mi się uda tego uniknąć…
Najwięcej aplauzu zebrały maluchy, które nie do końca wiedziały co i kiedy mają robić, ale były słodkie w swoich cekinowych kostiumach.
Obserwując te tańce nie mogłam się jednak oprzeć wrażeniu, że w tańcu też się cofamy. Większość tego co prezentowano przypominała mi tańce „dzikich”, a i muzyka do tego była mniej więcej podobna: bębny, piszczałki i od czasu do czasu jakiś okrzyk.
Taka moda…
Zaskoczyło mnie też to, jak wiele dziewcząt ma nadwagę. Jeszcze bardziej zaskoczyło mnie to, że nadwagę i to znaczną mają niektóre instruktorki…
Po przedstawieniu wzięliśmy psa na spacer, a Zuzu została w teatrze, bo dwie godziny później było drugie. Nie chciała z nami jechać, mówiła, że będą ćwiczyć.
Gdy ją zabrałam o 16 była nakręcona, pełna takich pozytywnych wibracji. Mówiła, że to było coś wspaniałego. Nie tylko występ, ale i to co za kulisami. To, że nareszcie zaczęły ze sobą rozmawiać, bo dotąd na treningach praktycznie się do siebie nie odzywały (witamy w Szwecji).
Teraz trema przed i adrenalina po sprawiła, że się otworzyły na siebie.
Zuzu była cała roziskrzona aż miło było na nią popatrzeć. Potem w domu, gdy już wszystko z niej zeszło, stała się milkliwa i wycofana, więc zostawiłam ją w spokoju.
A w poniedziałek po południu zaczął sypać śnieg. Wczoraj sypał cały dzień. A teraz znowu sypie. Zza okna słyszę jeżdżące pługi.
Na popołudniowy spacer poszłam z Tosia na wybieg, bo pies czując śnieg pod łapami dostaje głupawki. Chce biegać, wierzgać i brykać.
Na tym wybiegu odebrałam telefon od administracji, że jeden pan się wybiera, żeby sprawdzić czy da się u mnie postawić pralkę.
Zebrałam psa i poleciałam do domu.
Pana znam, to ten sam który robił kontrolę mieszkania. Wszedł do łazienki, spojrzał … i powiedział, że się tej pralki wstawić nie da.
O! Ale jak to… w centrum łazienka była podobnej wielkości…
No, i według niego to głupota, że tam powstawiali pralki. Bo prąd za blisko wody, a woda za blisko urządzenia. Wszystko razem jest mało bezpieczne i dla człowieka i dla sprzętu.
O!!! Jednak! Czyli miałam rację, że nie do końca czułam, że to bezpieczne…
No tak, tylko co teraz?
Latanie z Tośką do pralni jest naprawdę upierdliwe. A jeszcze latanie dookoła budynku, by przejść przez piwnicę, bo królewna po schodach w dół nie za bardzo… Do wejścia schodzi się stromym podjazdem, teraz zimą gdy śnieg i lód równa się gwałtownemu zjazdowi na tyłku…
Gdyby eM jednak choć jeden dzień w tygodniu zabrał psa na popołudnie do siebie, byłoby prościej. Ale eM jest typowym polskim tatusiem lat 90. Kocha bardzo, góry przeniesie, w ogień wskoczy… tylko nie zajmie się samodzielnie przez kilka godzin w tygodniu.
Wiem, że jestem zgryźliwa, ale tak to wygląda.
Rozważam więc zakup czegoś takiego. Na poważnie

Jest małe, lekkie, nie wymaga podłączania na stałe. Wypierze i odwiruje zwykłe pranie typu majtki, skarpety, lekkie spodnie czy koszulki.
Większe i cięższe rzeczy będę zbierać i prać w pralni raz w miesiącu lub rzadziej.
Zastanawiam się całkiem serio…
No a teraz chyba pora się zbierać. Może Zuzu da się odwieźć do szkoły. Bo śnieży, chyba wieje i nie jest fajnie.
Malutkowi zamarzają spryskiwacze mimo, że ma płyn zimowy… Co robić?

Malutek robi za bałwanka