71. a tu bęc!


W niedzielę Zuzu miała przedstawienie…
To znaczy nie ona sama, tylko jej szkoła tańca przygotowała pokaz.
Mieliśmy do wyboru dwa terminy, wybraliśmy ten w samo południe, zgodnie z życzeniem Zuzu, która nie chciała by tata siedział sam na widowni.
Zabrałam eM z domu i podjechaliśmy pod starą cukrownię, którą przerobiono na… wszystko. Jest tam i centrum młodzieży i biuro pracy i jakieś biuro rachunkowe, a także teatr.
No i w tym teatrze był pokaz.
Jeszcze zdążyliśmy się pokłócić na parkingu bo eM swoim zwyczajem zarządzał moją jazdą, a na koniec wmawiał mi, że tam gdzie jest wolne miejsce parkingu nie ma… Skończyło się tekstem ” Twój samochód” oraz ” i moje mandaty”…
Szedł za mną nabzdyczony, a że od września tego nie było, więc i mnie lekko ruszyło.
Sala tonęła w półmroku, eM wypatrzył ojca Zuzu, który nam zajął miejsca w drugim rzędzie. Kobieta siedząca z brzegu wystawiła stopę…
Potknęłam się najpierw o stopień, którego nie zauważyłam, potem o tę wystawioną stopę, poszukałam oparcia w ścianie, ale ściana okazała się być kurtyną. Poleciałam z hukiem, walnęłam lewym pośladkiem i lewą krawędzią dłoni…
No. Przedstawienie dałam że hej!
Zbiłam tyłek, ale kości chyba na szczęście wciąż jeszcze mam mocne.
I tak zaliczyłam spektakularny upadek roku 2023.
A już liczyłam na to, że w tym roku mi się uda tego uniknąć…
Najwięcej aplauzu zebrały maluchy, które nie do końca wiedziały co i kiedy mają robić, ale były słodkie w swoich cekinowych kostiumach.
Obserwując te tańce nie mogłam się jednak oprzeć wrażeniu, że w tańcu też się cofamy. Większość tego co prezentowano przypominała mi tańce „dzikich”, a i muzyka do tego była mniej więcej podobna: bębny, piszczałki i od czasu do czasu jakiś okrzyk.
Taka moda…
Zaskoczyło mnie też to, jak wiele dziewcząt ma nadwagę. Jeszcze bardziej zaskoczyło mnie to, że nadwagę i to znaczną mają niektóre instruktorki…
Po przedstawieniu wzięliśmy psa na spacer, a Zuzu została w teatrze, bo dwie godziny później było drugie. Nie chciała z nami jechać, mówiła, że będą ćwiczyć.
Gdy ją zabrałam o 16 była nakręcona, pełna takich pozytywnych wibracji. Mówiła, że to było coś wspaniałego. Nie tylko występ, ale i to co za kulisami. To, że nareszcie zaczęły ze sobą rozmawiać, bo dotąd na treningach praktycznie się do siebie nie odzywały (witamy w Szwecji).
Teraz trema przed i adrenalina po sprawiła, że się otworzyły na siebie.
Zuzu była cała roziskrzona aż miło było na nią popatrzeć. Potem w domu, gdy już wszystko z niej zeszło, stała się milkliwa i wycofana, więc zostawiłam ją w spokoju.
A w poniedziałek po południu zaczął sypać śnieg. Wczoraj sypał cały dzień. A teraz znowu sypie. Zza okna słyszę jeżdżące pługi.
Na popołudniowy spacer poszłam z Tosia na wybieg, bo pies czując śnieg pod łapami dostaje głupawki. Chce biegać, wierzgać i brykać.
Na tym wybiegu odebrałam telefon od administracji, że jeden pan się wybiera, żeby sprawdzić czy da się u mnie postawić pralkę.
Zebrałam psa i poleciałam do domu.
Pana znam, to ten sam który robił kontrolę mieszkania. Wszedł do łazienki, spojrzał … i powiedział, że się tej pralki wstawić nie da.
O! Ale jak to… w centrum łazienka była podobnej wielkości…
No, i według niego to głupota, że tam powstawiali pralki. Bo prąd za blisko wody, a woda za blisko urządzenia. Wszystko razem jest mało bezpieczne i dla człowieka i dla sprzętu.
O!!! Jednak! Czyli miałam rację, że nie do końca czułam, że to bezpieczne…
No tak, tylko co teraz?
Latanie z Tośką do pralni jest naprawdę upierdliwe. A jeszcze latanie dookoła budynku, by przejść przez piwnicę, bo królewna po schodach w dół nie za bardzo… Do wejścia schodzi się stromym podjazdem, teraz zimą gdy śnieg i lód równa się gwałtownemu zjazdowi na tyłku…
Gdyby eM jednak choć jeden dzień w tygodniu zabrał psa na popołudnie do siebie, byłoby prościej. Ale eM jest typowym polskim tatusiem lat 90. Kocha bardzo, góry przeniesie, w ogień wskoczy… tylko nie zajmie się samodzielnie przez kilka godzin w tygodniu.
Wiem, że jestem zgryźliwa, ale tak to wygląda.
Rozważam więc zakup czegoś takiego. Na poważnie


Jest małe, lekkie, nie wymaga podłączania na stałe. Wypierze i odwiruje zwykłe pranie typu majtki, skarpety, lekkie spodnie czy koszulki.
Większe i cięższe rzeczy będę zbierać i prać w pralni raz w miesiącu lub rzadziej.
Zastanawiam się całkiem serio…
No a teraz chyba pora się zbierać. Może Zuzu da się odwieźć do szkoły. Bo śnieży, chyba wieje i nie jest fajnie.
Malutkowi zamarzają spryskiwacze mimo, że ma płyn zimowy… Co robić?

Malutek robi za bałwanka

70. Pan scenograf Mróz

Dziś o 8 rano było -7. Niebo czyste, słońce…
Chodniki pokryte lodem, ale wbrew szwedzkiej tradycji ktoś jednak je trochę posypał żwirem, więc dało się iść z Tosią na spacer bez większych problemów.
Cały tydzień były plusowe temperatury, a na weekend się zebrało i łups. Popadało marznącym śniegiem, powlekło wszystko lodową powłoczką… Widocznie po poprzedniej weekendowej zimie był jakiś negatywny oddźwięk, bo tym razem wysłano w miasto jakieś piaskarki (które sypią żwir) mimo soboty. Mimo wszystko jednak moja uliczka pozostała nietknięta, a że ruch na niej mały to się samo z siebie nie rozpuściło. Ale przynajmniej na chodnikach leży żwir.


Byłam wczoraj w centrum i z niedowierzaniem oraz zgrozą patrzyłam na dwie osoby na motorze! Matko boska, kamikadze! Co z tego, że opony z kolcami, jednoślady są niestabilne latem, na suchej nawierzchni… A zimą?
Podziwem napełniali mnie też rowerzyści. Jak… JAK?! Do licha oni to robią, że jadą rowerem po lodzie i się nie wywalają? Ja na własnych nogach potrafię wywinąć niezłego orła…
Inna rzecz, że jak mi przed samochodem pedałuje taki rowerzysta, to mi siwych włosów przybywa, bo widzę już jak się wywala prosto pod koła, a ja na lodzie nie jestem w stanie zahamować … Omijam wielkim łukiem o ile się da.
Ale zza okna to jest ładnie. Słońce, niebieskie niebo, złoto połyskujące resztki brzozowych listków…
Czy ja się chwaliłam, że tydzień temu odkryłam za wycieraczką mandat?
Za parkowanie po niewłaściwej stronie w dniu sprzątania ulicy.
Tylko, że … tam nie ma żadnej informacji o sprzątaniu, żadnego zakazu, nic. Mandat w wysokości 750kr. Czyli prawie tyle, ile wynosi mój tygodniowy budżet. Odwołałam się, ale. Ja muszę go zapłacić jutro. A oni jak coś, to mi oddadzą, jeśli uznają, że mandat był niesłuszny.
Kiedy rozpatrzą i kiedy oddadzą – tego w pouczeniu nie ma. Może nie przewidują takich sytuacji.
Jakoś nie wierzę, że uznają moją reklamację, bo… nie wiem. Może coś przeoczyłam?

W poniedziałek oddzwoniła Helena weterynarz i powiedziała, że wyniki Tosi są dobre. Więc kontynuujemy ostatnio ustaloną dawkę.
Pies mi odżył. Ostatnio nawet staje na tylnych łapach! Nie było tego co najmniej trzy lata! A na wybiegu ostatnio ganiała za jednym whippetem. Dla nie zorientowanych w psich rasach: whippet to rasa chartowatych używanych głównie do wyścigów. I Tośka za takim jednym biegała. Jasne, że krótki dystans. Jasne, że nie doganiała. Ale nie pamiętam kiedy ostatni raz widziałam ją biegnącą. Na pewno nie w ciągu ostatniego roku!
Na dodatek obywa się bez tabletek przeciwbólowych.
I sierść jej odrasta. Nad ogonem znowu zwijają się loczki.

Pralki jeszcze nie dostałam, nikt się do mnie nie odzywał, w tym tygodniu zadzwonię i zapytam.
Poza tym eMowi spuchła stopa, bolała tak, że nie mógł chodzić, do toalety się czołgał. Trzy dni walczyłam o to by go obejrzał jakiś lekarz.
Wreszcie we środę udało mi się zabukować mu czas. Wizyta… Przyszedł jakiś młody „czarniawy” czyli jakiś Ahmed albo podobny (przepraszam, po każdym oszustwie staję się coraz większą rasistką). Nie przedstawił się, nie miał plakietki więc równie dobrze mógł to być sprzątacz. Na twarzy miał maseczkę, co blokowało dźwięk. A dodatkowo jeszcze mamrotał… i rzucał półsłówkami. Kompletnie nie mogłam się z nim porozumieć. eM poddał się już na wstępie.
A nasza konwersacja wyglądała tak:
– hrgrbrmi – on
– Przepraszam, nie rozumiem cię. Możesz powtórzyć?
– hrgrbr…
– Mówisz, że musisz zrobić badanie krwi?
– pszyyy
– Już było robione, jak weszliśmy, nie masz wyniku?
– przyprszyprszy
– Pójdziesz zobaczyć, tak? Okej. Mamy tu czekać?
Chwilę potem…
– szpszysszz 11.
– Słucham?
– szpszys 11…
– Ale co to znaczy 11?
– rzrsrzrzr….

Metodą pytań zamkniętych udało mi się dowiedzieć, że nie zbadano eMowi poziomu kwasu moczowego i trzeba to zbadać i czy się zgadzamy. Oraz, że eM dostanie kortyzon. Nadal jednak nie wiem co to za jedenaście w wyniku. Być może poziom CRP, ale nadal mi to niczego nie mówi.
Tak, że wiecie. Może ciecie w wynajmowanych mieszkaniach są luksusem, ale opieka medyczna, zwłaszcza ta podstawowa, nie jest już nawet pod psem. Ona jest pod tą pchłą, co na tym psie żyje…

Gdy się człowiek źle czuje i szuka pomocy to nieodmiennie słyszy „Ale wiesz, my mamy naprawdę mało lekarzy”. Tym razem już mnie to naprawdę zniecierpliwiło i powiedziałam „Ale ja nie dzwonię w sprawie kataru! Mąż cierpi, nie może pracować, co według ciebie ma zrobić? Leżeć i czekać aż …co?”
Oczywiście nie jest to wina ani tej pielęgniarki, ani lekarza… Wina jest polityków i złego systemu finansowania.
Dla jasności dodam jeszcze, że w Szwecji praktycznie nie istnieje prywatna opieka medyczna. Tzn jest, ale głównie dla tych, którzy mają płacone przez pracodawców ubezpieczenie na opiekę medyczną. Ci, co nie mają tego szczęścia, dobijają się po wielokroć żeby ktoś ich zbadał.

M wydobrzał, w poniedziałek już chyba wróci do pracy. Ale co dalej – nie wiadomo.
A na mnie już pora.
O 12 szkoła tańca, gdzie tańczy Zuzu ma pokaz, więc trzeba się ogarnąć.



69. Zamienił stryjek pralkę na kijek…

Pralka została przywieziona, ustawiona, nastawiona… i tyle było radości.
Jak zaczęła wirować zaczęło w niej coś grzechotać tak, że natychmiast przypomniało mi się jak u jednej mojej koleżanki pralka miała jakiś kłopot z łożyskiem… Przysięgam: brzmiało tak samo.
Pół dnia czekałam na czacie na kontakt z obsługą klienta, wreszcie po kilkukrotnym zapewnieniu, że śruby transportowe są na pewno usunięta, pralka jest wypoziomowana, a w bębnie nie ma niczego co mogłoby wywoływać taki dźwięk ustalono, że chyba jednak pralka ma coś nie tak… I żebym się skontaktowała … z producentem.
Podczas gdy producent napisał mi, że powinnam się kontaktować z dostawcą.
Zirytowało mnie to i powiedziałam, że w takim razie chcę skorzystać z prawa otwartego zakupu…
Dalej poszło już łatwo.
Etykieta zwrotna przyszła na maila. Zamówić transport mogłam przez internet, ale albo w piątek, albo w poniedziałek. Przy czym firma transportowa owej pralki nie odbierze z mieszkania, a jedynie z powierzchni gruntu. No i sprzęt musi być zapakowany. Nie musi to być oryginalne opakowanie ale musi być takie by pralka była zabezpieczona prze np. obiciem…
Wczoraj eM z Yankiem owinęli ją kartonami i folią, dziś rano znieśli i ustawili przy wyjściu. Czekam aż się ktoś po nią zgłosi, ale czas mają od 8 do 15. Czyli cały dzień. Mam nadzieję, że ten jeden schodek da radę pokonać człowiek od transportu…
To wszystko utwierdziło mnie w przekonaniu, żeby jednak taki sprzęt wynajmować… Jak się zepsuje – wyniesienie nie jest moim problemem. Jak się wyprowadzę – to sprzęt zostaje. Wprawdzie kosztuje mnie to drożej niż mój własny (+105kr do czynszu), ale o ile mniej kłopotów. Zwłaszcza to noszenie…
Zamówiłam więc pralkę u administratora… i czekam. Nie mam pojęcia kiedy się spodziewać jakiejkolwiek odpowiedzi.
Ale w związku z tym, że jednak nie wydam tych 5 tys na pralkę to postanowiłam sprawić sobie kolejny odkurzacz. Tym razem wymyśliłam odkurzacz pionowy. Oglądałam w sklepach różne i od razu na wstępie odpadły wszystkie Dysony… bo są za ciężkie. Odpadły też wszystkie inne tego typu gdzie zbiornik śmieci oraz silnik są przy uchwycie. Pewnie są to odkurzacze dobre, ale nie dla mnie. To już lepiej mi pasują te zwykłe stojące, które często mają też odkurzacz ręczny. Ich waga jest porównywalna, ale serce urządzenia jest na środku „tyczki” co powoduje, że ciężar jest jednak mnie odczuwalny.
Kupiłam jakiś elektrolux w promocji na której oszczędziłam 1300kr. Testowałam przez weekend i jestem zadowolona, choć nadal nie da się chyba całkiem zrezygnować ze zwykłego odkurzacza, niemniej jako podręczny sprzęt jest rewelacyjny. Wadą jest maleńki zbiornik, ale przy Tośczynych kłakach nawet zwykły odkurzacz wymaga wymiany worka co drugie odkurzanie.

Poza tym dostałam mandat za zaparkowanie na zakazie w dniu sprzątania ulicy. Co jest dziwne, bo zakazu na tej uliczce gdzie parkowałam nie ma żadnego z żadnej strony. Mandat 750kr – to kupa kasy. Odwołałam się… i zobaczymy co mi powiedzą. Na dodatek niezależnie od tego czy się zgadzam czy nie – mandat muszę zapłacić w ciągu ośmiu dni. Jak uznają, że to ja mam rację to mi kasę oddadzą. Dranie.
W sobotę spadł prawdziwy śnieg. I tak sobie leżał. A dziś od rana ślizgawka.
A teraz siedzę i czekam na kuriera i oczywiście w związku z tym nie potrafię robić nic innego.
Sara od raportów w spółkach coś do mnie pisze… a ja na widok maila od niej dostaję ścisku żołądka…

PS. Zapomniałam napisać, że weekend spędziłam z dala od ekraników. Samo jakoś tak wyszło. Odkopałam starą Chmielewską i tak mnie wciągnęły kolejne tomy, że nawet mi się nie chciało patrzeć w ekrany.
Wczoraj po południu pojechałam z Zuzu do szkoły tańca. Ona tańczyła, a ja usiłowałam kontynuować lekturę Lesia. To nie był dobry pomysł bo skończyło się na tym, że rechotałam w szalik, a ludzie wokół mnie rzucali mi spłoszone spojrzenia, bo jak wiadomo wszyscy boimy się wariatów. A dla większości ludzi już sama papierowa książka jest dziwna…


68.

A zatem orzeł wylądował. To znaczy pralka.
Stanęła wczoraj po południu i… straszy. Jest wielka, ma czarną paszczę, Basil się jej boi. Ja… też.
Zaburzyła harmonię mojej łazienki. Nie mam miejsca na wannę, nad czym boleję. Myślałam, że zamiast wanny choć głęboki brodzik postawię, ale też się nie zmieści. To znaczy: zmieści, ale wtedy nie otworzę pralki, bo oczywiście jak to w Szwecji: nikt nie myśli o takich drobiazgach jak kierunek otwierania drzwi. Pralka otwiera się na lewo, więc nie mogę postawić jej inaczej, bo wtedy musiałabym się wciskać w przestrzeń między jej drzwiami a ścianą.
Zatem: brodzik też nie. Żegnaj wizjo siedzenia tyłkiem w gorącej wodzie.
Za jakiś czas pewnie ją zaakceptuję, oswoją przestrzeń po nowemu, znajdę miejsce na skrzydłokwiat i scindapsus, na żele pod prysznic i inne łazienkowe utensylia. Ale na razie jest bleeee…
W dodatku Cieć Björn uświadomił mi wczoraj, że mogłam przynajmniej najpierw zapytać w administracji czy by mi mogli wstawić pralkę. Płaciłabym 150kr czynszu więcej, ale pralka i wszelkie z nią związane problemy nie byłyby moimi. Cieknie? Psuje się? Zgłaszam do ciecia. Przeprowadzka? Zostawiam i odchodzę… Niepotrzebnie wydałam te 5tysięcy…
No tak, ale nie byłaby to pralko-suszarka.
No tak, byłaby taka, jaką by mi dali.
A mogłam zawołać tego dozorcę… (konserwatora?) wcześniej.
Zwlekałam, bo tak bardzo nie miałam chęci z nim rozmawiać. Jedną barierą był to, że go nie znam. Drugą – niewiara w to, że uzna moje sprawy za ważne. Bo co to, za problem, że z drzwi balkonowych wieje. Ma wiać, jest lepsza wentylacja…
Wczoraj odkryłam, że zamiast dzwonić mogę wysłać zgłoszenie problemu przez internet. No to wysłałam hurtem: drzwi wejściowe, drzwi balkonowe, umywalka w łazience, lampka w okapie oraz śmierdząca kanalizacja w piwnicy.
Oddzwonił natychmiast i się śmiał, że strasznie dużo tych spraw. To mu wyjaśniłam, że jestem introwertykiem… Po czym zreflektowałam się, że to nie brzmi dobrze więc dodałam, że nie chciałam go też wołać do jednej rzeczy, wolałam poczekać aż będzie coś więcej.
Drzwi wejściowych wygłuszyć się nie da. Są stare i taka ich konstrukcja, niestety. A że pies szczeka… Póki co sąsiedzi nie składają skarg.
Powiedziałam, że do niech nie, ale mi kartki lepią… Opowiedziałam o kartce na drzwiach mieszkania i pralni. Pokiwał głową.
Wyjaśniłam, że nocne szczekanie Tośki było jednorazowe, ale w dzień… nie gwarantuję. No i że problem pralni i kłaków psich rozwiązałam kupując własną pralkę. Wtedy mi powiedział, że mogłam zamówić u nich. Nawet przez chwilę rozważałam skorzystanie z prawa do otwartego zakupu (czyli wycofania się z transakcji bez powodu), ale tak samo jak nie chciałam wydawać kasy, to chciałam własną pralkę. Moją. Li i jedynie.
Tośka oczywiście koniecznie chciała się z Bjornem pobawić w zabieranie butów, ale go ostrzegłam i wystawił je na klatkę. Bo w Szwecji się w butach pod domu nie chodzi i buty zdejmuje każdy. Czy cieć, czy jakikolwiek inny człowiek, łącznie z np. tapeciarzem…
Drzwi balkonowe, przez które dmucha wzbudziły w cieciu zainteresowanie. Bo nie powinno przez nie dmuchać. Bo to nowe drzwi, plastikowe, tak samo jak okna. A dmucha aż się firanka porusza.
Takie samo zainteresowanie wzbudziła wisząca pochyło i niestabilnie umywalka…
A lampkę w okapie wymienił od ręki. A ja chciałam tylko, żeby mi ją wyjął i dał, to sobie kupię i włożę nową.
Na studzienki w piwnicy nic nie poradzi. Coś mi tłumaczył dlaczego czasem śmierdzi a czasem nie. Może się coś zatkało… Sprawdzi zapewne. Jak oglądałam mieszkanie to nie śmierdziało. Ani wtedy jak się wprowadzałam.
Zapisał sobie w kajeciku i poszedł. Jeszcze poklepał Tośkę, powtórzył jej imię. Psa znać musi. Kto wie, może kiedyś będzie musiał wejść do mieszkania gdy mnie w nim nie będzie, więc lepiej żeby Tosia go znała i lubiła, jak Kennetha.
Ledwie pożegnałyśmy Bjorna, przyjechał eM, bo jechaliśmy do weterynarza.
U weterynarza znają nas już bardzo dobrze. Jak dzwonię i mówię:
– Hej, tu Katarina, chciałabym zamówić czas dla Toli – to od razu wiedzą o kogo chodzi. I umieją wyszukać TOLA w systemie. Bo na początku strasznie im ciężko było zrozumieć, że TOLA pisze się przez O, a nie Å. Bo Å wymawia się jak O. A O to jest bardziej Ó.
No więc jak mówiłam TOLA to oni szukali TÅLA. A jak literowałam (T jak Tomas, O jak Oskar) to odczytywali TÓLA.
Takie tam… różnice językowe.
W każdym razie od jakiegoś czasu nie mamy już większych problemów z komunikacją i nawet Helena-wterynarz nie mówi do mnie drukowanymi literami.
Tosia, która ostatnio dostała przydomek Szkieletor, i do której mówię „ej, nie galopuj tak, bo ci kości będą dzwonić” okazała się wcale nie takim szkieletorem. Od sierpnia przytyła kilogram. A wygląda jak wygląda, bo straciła masę kudłów. Mamy nadzieję, Helena i ja, że urodę Tosia zaraz odzyska.
Póki co pobrano Tosi krew i zobaczymy jak wygląda poziom hormonów tarczycy.
Przy pobieraniu krwi Tosia jest ostatnio grzeczna, nawet nie walczy, łapkę daje sobie ogolić, kłucie znosi z godnością, tylko głowę odwraca, żeby nie patrzeć. Nie kłapie paszczą, więc nie zakładamy kagańca, a to on sprawiał, że się szarpała i broniła. Jeszcze kilka lat i może by się dała wsadzić na stół? Bo na razie wszystkie zabiegi robimy na podłodze, co nie jest wygodne dla personelu…
A po południu, na wybiegu, spotkałam jedną panią z młodym pieskiem. Pani usłyszała jak rozmawiam z synem przez telefon i powiedziała nagle:
– Pani jest z Polski! Ja też, tylko ja już dawno wyjechałam.
Powiedziałam, że miło i że może się jeszcze tu spotkamy… Miło byłoby…

Oczy zaczynają mi się kleić, bo o 2 wybudziła mnie głowa… a jest prawie 5:30. Mam wrażenie, że te bóle mają związek z konsumpcją oraz spadkiem cukru.
Żadne tam napięcia, albo przynajmniej nie tylko…
Jeszcze tylko napiszę, że jak Tosia zyskała przydomek Szkieletor tak Basil od pewnego czasu jest Puckiem. No pucaty się zrobił, a żarcia domaga się już na okrągło.
Oraz wymówiłam córce usługi opiekuńcze nad jej dzieckiem.
Kocham Zuzu, każdy to wie, że kocham najbardziej na świecie.
Ale czuję, że odpowiedzialność za nastolatkę mnie przerasta.
Co innego mieć ja raz na jakiś czas, na dzień-dwa, a co innego stale, przez kilka tygodni, w moim małym mieszkaniu, które, umówmy się, nie jest dla więcej niż jednej osoby.
Córka odpisała, że rozumie i że to jest ostatni raz kiedy ją zostawia u mnie.
No, w to, że w ogóle przestanie ją zostawiać na kilka tygodni/miesięcy to nie wierzę, a bardzo mi się to nie podoba.



67.

Wczoraj na drzwiach pralni znalazłam kartkę. Zaczynała się od „Wy, którzy macie psy…” a dalej, o obowiązku czyszczenia urządzeń z psiej sierści. Napisana anonimowo (oczywiście) pełna była przekleństw i ogólnie w tonie nieprzyjaznym … a nawet wręcz agresywnym.
Z jednej strony rozumiem, że nic fajnego jak wyciągasz pranie, a na nim jest sierść. Z drugiej: aby wyczyścić pralkę czy suszarkę z kłaków Tośki trzeba by to urządzenie rozebrać na części. Wiem, bo czyszczę te urządzenia wg zaleceń, ale jak widać nic to nie daje. Albo nie za wiele.
Rozwaliło mnie to na cały dzień.
Naprawdę czułam się jakby mnie ktoś skopał…
Miałam chęć odpyskować, ale nie będę się z jakimś prostakiem licytować na chamstwo. Ale mam ogromną chęć przykleić mu do tej kartki „szczotkę” okrągłą z tym klejącym się papierem…
Dziś rano postanowiłam naruszyć mój „zapas żelazny” czyli moją część kasy za mieszkanie w Polsce i wydać ją na pralko-suszarkę.
Szukałam używanych, ale nie kupię 5letniego sprzętu za połowę ceny nowej. Miotałam się od samej pralki do pralko-suszarki. Ale potem policzyłam, że do samej pralki muszę kupić coś do suszenia, coś co zajmie miejsce… No i znowu używać płynów do zmiękczania.
A takie 2w1 to i miejsce oszczędzi i czas…
W dodatku znalazłam sklep Skövde, gdzie to co mnie interesuje przeceniono o ponad 1300kr. Zamówiłam, będzie do odbioru od za dwa do pięciu dni.
Na szczęście moi poprzednicy mieli tutaj podłączoną pralkę więc jest wszystko: i prąd, i woda i wylot do kanalizacji. Zatem trzeba ją tylko będzie postawić i podłączyć.
Ale zastanowiła mnie moja reakcja na tę kartkę…
Bałam się. Po prostu.
Czego?
Nie wiem.
Że ktoś na mnie będzie krzyczał.
Że będzie wrogo nastawiony.
Że będzie mnie szykanował.

Okazuje się, że gdy cokolwiek się dzieje, u mnie najpierw wygrywa przejmujący strach…

66.

Narobiłam gar gołąbków. Bo Zuzu przyszła. Jej matka znów w podróży – tym razem do Tajlandii. Mam na ten temat własne zdanie, ale się z nim nie wyrywam, bo niczego nie zmienię, a po co mi konflikty…
Moje drzwi wyjściowe są tak nieszczelne, że nie tylko słychać tośczyne szczekanie, ale też czuć każdą potrawę jaką gotuję już na schodach i długo po tym jak zapach ulotni się z domu.
Muszę się zmobilizować i zadzwonić do Anioła Bjorna, ale … Nie znam człowieka, rozmawiałam z nim raz. Może dwa. To nie mój sympatyczny Kenneth, do którego Tośka leciała z drugiego końca ulicy. Rozmawiać przez telefon… z obcym… po szwedzku… bleeee…
Zwlekam, w nadziei, że kiedyś wyjdę z Tośką na spacer i go spotkam. Ale sprawa zaczyna się robić nagląca, bo jest jakiś feler w drzwiach balkonowych i wieje stamtąd. Oraz umywalka w łazience nie dość, że wisi na słowo honoru to jeszcze pochyło…
No mus…
Tośka zgubiła już prawie wszystką sierść. Tak się przynajmniej wydaje, gdy się na nią patrzy. Skąd więc jeszcze te kłaki każdego dnia, nie mam pojęcia. I chyba znowu schudła. Oraz na skórze ma jakieś guzki.
W przyszłym tygodniu pójdziemy do veta i zobaczymy co dalej.
Listopad przyniósł zaskakujące ocieplenie. Po październikowych przymrozkach przyszły temperatury typowo jesienne: od 10 do 6 stopni. Wichury ustały. Ranki i noce są mgliste i wilgotne.
Jeszcze dużo liści na drzewach, żółto dookoła, jak na chwilkę wyjdzie słońce (bo wychodzi czasem nawet aż na 30minut!) robi się pięknie.
A w sklepie pojawiło się pomelo.
Taki listopad to może być nawet i do stycznia… a nawet lutego.
EM zajęty sobą, swoim hobby, swoim mieszkaniem, znalazł chwilę żeby zakończyć montaż półek różnej maści i u mnie. Ale na psa czasu już nie ma. Z musu poszłam więc wczoraj z Tośką do lasku. 15minut szłyśmy w jedną stronę, jakieś 15 spacerowałyśmy po lesie, Tośka nareszcie luzem, i kolejne 15 na powrót. Siąpiło, ale było ciepło. Pies w drodze powrotnej nie protestował, że do domu. (Kręcę głową ze zmartwienia).
Basil w nocy urządza jazdy. Jak tylko zaczynam przysypiać to on włącza tryb wyjca. Kończy się tym, że zamykam go w kuchni, ale mi go żal…
Pojechałabym gdzieś, tryb włóczęgi mi się włącza, ale niestety: nie mam co zrobić z psem.
eM na moje napomknięcie „a może pojadę tu czy tam” odparł „a co zrobisz z psem, bo ja nie wezmę”. I tyle w temacie podziału obowiązków… Dobrze, że do karmy się dorzuca.
O kocie nie ma co wspominać, bo kot jest MÓJ.
Poza tym głowa dokucza niemiłosiernie, niemal noc w noc. Wszystko wskazuje, że to bóle napięciowe… problem w tym, że tabletki, które mają zwiotczać – nie pomagają.
Muszę iść do jakiegoś fizjo, może pomogą ćwiczenia jakieś.
Ale na razie 12 za tydzień, więc nie oderwę się od komputera ani na moment.



65.

Wstajesz rano, a tu o:

Dodam jeszcze, że się wstaje po nocy spanej na raty.
Najpierw od 8 do 12. Potem od 5 do 7:30. Przy czym te drugie spanie też podzielone na kawałki. Do szóstej bardziej drzemka niż spanie, a twardy sen resztę czasu… Jak już wiadomo, że zaraz trzeba wstawać.
Ych… znowu sen się robi problemem?

Na ulicach ciemno, pusto. Ale widziałam jednego pana w krótkich spodenkach!
I wycięli mi brzozy prawie spod okna. Rosły sobie w bramie szkoły… i komu to przeszkadzało?
I teraz zamiast na brzozy mam z okna w salonie widok na plac szkolny.
Nie lubię…
A na psim wybiegu pustki. Nie przychodzą moje znajome ze swoimi małymi pieskami. Tylko pana z Toto widuję dość regularnie. Ale Toto to Curly-Coated Retriver. Jest większy od Tośki, choć smuklejszy. A Tosia, jak wiadomo, jest Yorkiem w głębi duszy i nie lubi piesków dużych.
Toto jest przyjazny, a nawet trochę nieśmiały. Nie jest nachalny i nie próbuje na Tośkę włazić, co jest rzadkością u samców. Ale nie. Tosia nawet nie spojrzy w jego stronę. Tyle dobrze, że mogą przebywać na jednym wybiegu i Tośka nie kłapie paszczą na kolegę. Może się coś z tego da ulepić?
Pan Toto… to ciekawie wyglądająca postać. Siwe włosy ma dość długie, związane w kitkę, przykryte kapeluszem. Jak stary wagabunda, zawsze z plecakiem. Jego ubrania, typowo outdoorowe, mają swoje lata, ale ich zużycie tylko podkreśla ich klasę. Bo widać, że przeszły wiele lat i kilometrów ze swym człowiekiem, a wciąż mocno się trzymają i pełnią swoją rolę. I żadne tam syntetyczne, oddychające tkaniny… Styl a la królowa Elżbieta. Taki typ.
Może kiedyś pod jakimś pretekstem uda mi się ich sfotografować.

A tymczasem pora na drugą kawę. I do pracy. Za 12 dni muszę wysłać wszystkie raporty…

64.

Uświadomiłam sobie, że od kilku miesięcy nie robię nic z tego co dotąd sprawiało mi ogromną radość… nawet jeśli efekty były takie sobie.
Właściwie poza pracowaniem czytam (ale nie za wiele i tylko mało ambitną literaturę) oraz oglądam filmy przy których robię na drutach.
Przestałam fotografować, jeździć na wycieczki-spacery, przestałam też pisać. Nawet bloga piszę tak sobie… Szyję tylko wtedy, gdy naprawdę ktoś mnie zmusi…
Dlatego w ostatnią niedzielę przemogłam lenistwo i wygodnictwom i zgodziłam się, byśmy wywieźli Tośkę gdzieś dalej, niż tylko nad jezioro „koło firmy” czy do lasu na Rådzie. (NA bo Råda leży na wzgórzu).
Wzięłam też aparat.
Pojechaliśmy na Dimbo, a tam zamiast iść płaską, wygodną ale nudną ścieżką zgodziłam się iść pod górę.
Zdjęcia porobiłam, ale większość z nich wywaliłam, bo mało ostre, ciemne i nic na nich nie ma. Kilka się ostało. A i tym dużo brakuje.
Najlepsze wyszły mi te z samochodu w drodze powrotnej, ale technicznie też tak sobie, bo wiadomo jak to w samochodzie.
Ale wrzucę kilka przypadkowych. Choćby dla upamiętnienia decyzji by znów coś robić…

A wczoraj zaliczyłam migrenę gigant, trzymała mnie france do nocy.
Nie wiem co mi tak zrobiło „dobrze”: pizza z serem? Czy może jednak zmiana czasu czyli problem ze spaniem + sztorm + pełnia? (Bo chyba jest pełnia, Lucia?).
Lało cały dzień, jedną nieprzerwaną strugą.
Na spacerze z Tosią udało mi się jakimś cudem trafić w lukę miedzy jedną ulewą, a drugą.
Jak o 15 wychodziłyśmy zaczepiła mnie listonoszka.
Zapytała czy ja to ja, przy czym zrobiła z mojego imienia coś takiego, że w ogóle go nie przypominało, dzięki czemu natychmiast wiedziałam, że musi chodzić o mnie. Niestety. KATARZYNA jest dla Szweda tak samo łatwa do wymówienia jak dla Polaka SJUKSKÖTERSKA (pielęgniarka – trudność polega na prawidłowym wymówieniu zlepek: SJ SK RS, które przypominają nasze SZ, ale każde z nich brzmi inaczej. Oraz mojego ulubionego Ö, którego do dziś chyba nie potrafię wymówić prawidłowo).
W każdym razie pani z poczty miała dla mnie dwie paczki. Jedną, na którą czekałam. I drugą… którą wysłałam do koleżanki z kocykiem dla jej pierwszej wnuczki. Na kartoniku wyraźnie było napisane kto jest odbiorcą, a kto nadawcą, ale ktoś na poczcie nie umie czytać… I paczka trafiła do mnie. Na szczęście pani listonoszka zrozumiała w czym błąd i zabrała paczkę do nadania jej we właściwą stronę. Bez dodatkowych kosztów z mojej strony. Dobrze, że ją na tych schodach spotkałam.
A przy okazji spotkałam mojego sąsiada zza ściany. Nie słychać go nigdy, nawet drzwi zamyka chyba bezszelestnie, bo Tośka nigdy na niego nie wznosi alarmu.
Zagadałam, zapytałam czy bardzo mu przeszkadza jej szczekanie, wytłumaczyłam, że ona poszczekuje, bo pilnuje całego domu, a że ma ponad osiem lat więc nie łatwo zmienić jej nawyki. Ale zapewniłam, że robię wszystko co w mojej mocy, żeby była nieuciążliwym sąsiadem.
Facet wyglądał na nieco przytłoczonego naszą napaścią, bo Tośka oczywiście koniecznie chciała się z nim witać…
Ale uśmiechnął się, wyjąkał, że nie, to nie problem o ile nie szczeka po nocy… Przeprosiłam, ze tamten raz, wytłumaczyłam, że nie było mnie w domu…
Jakby nie było, co by se człowiek nie myślał, z sąsiadami trzeba w zgodzie żyć.
A potem przyjechał EM i pojechaliśmy do Uddevalla do IKEA. Bo potrzebowałam większego dywanu do salonu, bo Tośka wyłamuje sobie stawy, próbując się podnieść z parkietu, a przy tym drapie klepki.
Kupiłam najtańszy czyli ten:
https://www.ikea.com/se/sv/p/korsning-matta-slaetvaevd-inom-utomhus-gul-rosa-randig-30550779/

Jechaliśmy w takim deszczu, że prawie nie było nic widać.
I widzieliśmy jednego debila, który wyprzedzał po prawej.
Naprawdę, niektórych to się powinno wyciągać zza kierownicy i trzaskać po ryju aż równo spuchnie.
W drodze powrotnej przejechaliśmy przez przelewającą się wodę z rowów.
No, a teraz pora iść z Tosią, a potem odpracować wczorajszy dzień czyli pracować za dwóch.

63.

Jak piętnaście lat temu zaczynaliśmy życie w Szwecji, mieliśmy taki żarcik „A kto wie, może w Polsce tak się zmieni, że będziemy chcieli wrócić”. W tym miejscu wybuchaliśmy śmiechem, bo myśl, że w Polsce może się żyć lepiej niż w zachodniej Europie wydawała się absurdalna.
Aż do teraz.
Ceny i zarobki w Polsce zaczynają się zbliżać do tych w Szwecji.
A raczej… to siła nabywcza korony zaczyna się zbliżać do siły nabywczej złotego.
Za to w Polsce jest bezpieczniej.
Szwedzi są coraz bardziej sfrustrowani i zaczynają mówić o przenosinach do Polski.


62. PS

Chcecie wiedzieć co to znaczy, że Tośka gubi kłaki?
To znaczy mniej więcej to, że po 5 minutach czesania
mam takie coś:

Czyli jedno Tościczyne futro leży na glebie, a drugie na Tośce, z tym, że ma tendencję że tak powiem: „spadkową”…
Nie ma lekko…