11.

Na listę podejrzanych trafiają ziemniaki.
Wczoraj całe popołudnie bolała głowa. A w nocy mail z pytaniem o psiankowate…
Jeśli okaże się to prawdą to nic tylko umrzeć z rozpaczy! Naprawdę nie będę mogła już niczego normalnego? Tylko ten ryż, ryż i ryż? I mięso, tak? Jak w diecie paleo?

A tymczasem czeka mnie znowu dość ciężki tydzień.
Dziś muszę przeprowadzić rozmowy z klientami, których dokumenty nie dotarły do mnie jeszcze, mimo, że dziś jest dzień raportowania VATu. A jest ich czworo…
Opad rąk po prostu.
Ponadto jedna pani właśnie dosłała mi faktury z okresu, ze który raport już wysłałam. Choć pytałam czy na pewno nic więcej nie ma.
Nie wiem jak mam z tymi ludźmi rozmawiać.
Rozumiem, że ktoś, kto dopiero zaczął prowadzić firmę nie wie pewnych rzeczy. Ale ktoś kto prowadzi działalność od lat to choć tyle powinien wiedzieć, bo to są te same sprawy jak co roku.
Wprawdzie powoli wypracowuję albo przynajmniej staram się wypracować podejście NIE ZŁOŚĆ SIĘ NA GŁUPOTĘ ALE NA NIEJ ZARABIAJ, ale jednak nie jest to takie proste, bo na jutro miałam zaplanowaną inną pracę, do której też goni mnie termin.

Nie śpię od 3 30, bo Basilowi się włączyła aktywność. Łazi wtedy, pomiaukuje, wskakuje na łóżko, na drapak… Zwykle do wtedy wywalam do kuchni i zamykam drzwi, ale dziś dotarło to do mnie, gdy już byłam naprawdę rozbudzona. I już nie zasnęłam.

Tośka na antybiotykach. Znowu. Brzuch się goi, już ma prawie normalną barwę, jeszcze resztki jakiejś wydzieliny (ropy) muszę to zmyć, ale na razie boję żeby nie podrażnić. Uspokoiło się krwawienie. Choć nadal zostawia kropki, to jednak mniej niż w zeszłym tygodniu.
Ale humor ma dobry, zachowuje się normalnie.

Ostatnie dwa tygodnie nie przyniosły nowych karteczek na schodach. Ale zaczynam rozumieć irytację sąsiada, oraz chyba wiem, który z nich jest autorem.
Mikael, właściciel psa…czy psów, sama w końcu nie wiem czy wszystkie trzy są jego czy tylko jeden… No cóż. Jest co najmniej… dziwny.
Nie ma go po całych dniach. Wraca do domu o bardzo różnych, nieregularnych porach. Psy siedzą w mieszkaniu same przez większość czasu. Zwykle są to dwa wielkie dogi + jeden mały. Ten mały jest bardzo głośny i czujny. Jak zaczyna jazgotać to nie cichnie przez długi czas, a do niego dołączają te dwa wielkie.
A że wszystkie drzwi w budynku są kiepskie, to głos psów się niesie po klatce schodowej. Nic dziwnego, że Peterowi, temu co mieszka obok bardzo to przeszkadza, bo on ma je najbliżej. W dodatku te środkowe mieszkania chyba są naprawdę maleńkie, więc nawet siedząc w pokoju słyszy wszystko co jest na schodach.
U mnie jednak odległość od drzwi wejściowych jest większa więc tak nie słychać.
Do tego dochodzą jeszcze inne rzeczy.
Np. to, że od naszego budynku do torów, pod niemal każdą latarnią leżą ogromne kupska i zaczynam podejrzewać, że facet nie sprząta po swoich psach. Raz dlatego, że kupy zaczynają się przy naszym bloku, dwa – że innych psów takiej wielkości jak dogi w okolicy nie ma.
Kolejna sprawa to zachowanie gościa.
Jak pisałam: wraca do domu o różnych porach, choć trudno to nazwać powrotami. On wpada i wypada. Czasem w środku dnia, czasem w środku nocy. Czasem kilka razy w nocy… Problem w tym, że on nie chodzi po schodach normalnie tylko biega czy coś bo tupie. No i nie zamyka swoich drzwi normalnie tylko niemi trzaska.
I znowu: gdyby nasze drzwi były lepsze nie byłoby to tak słyszalne, a tak to jest tak:
Środek nocy. Godzina 24, 1, 2… Sąsiad wraca – najpierw trzaskają drzwi na klatkę. Potem jest łubudubudu… bo leci po schodach. JEB! Trzaskają drzwi od jego mieszkania. Za chwilę: JEB -drzwiami mieszkania, podwójne łubudubudu… bo zlatuje po schodach razem z psem/psami. Trzaskają drzwi klatki (dobra, na to wpływu nie ma). Chwilę potem wraca. Znowu łubudubudu na schodach, JEB drzwiami. Potem wychodzi sam…
A jako atrakcja dodatkowa występuje parkowanie samochodu przed drzwiami do klatki choć ma wykupione miejsce parkingowe dosłownie za rogiem… Nie dość, że blokuje przejście to rozjeżdża trawnik.
No to nie dziwię się, że kogoś to wkurza.
No i szkoda mi tych psów wiecznie zamkniętych i samych.
W sobotę na schodach roznosił się smród psiej kupy… Domyślam się, że któryś pies albo się pochorował, albo zwyczajnie nie wytrzymał. Biedne zwierzę.

A poza tym to już nic… Wieje, -2, śnieg leży. Ale dni dłuższe. O 17 jeszcze dość jasno, ale rano rozjaśnia się jeszcze niechętnie.




10.

Wypaliłam się. Po prostu.
Od wczoraj łykam sertralinę i zastanawiam się co jeszcze mogę zrobić.
Ma się do mnie odezwać ktoś z oddziału zdrowia psychicznego.
Zrobiono mi też badanie krwi. Ciekawe co badali i czy dostanę jakąkolwiek odpowiedź inną niż „wszystko wygląda normalnie”.
Lekarz chciał mnie wysłać na zwolnienie – ale co niby mam zrobić z klientami? Kazałam mu znaleźć inny sposób.

Sama próbuję znaleźć inny sposób
Na początek…
Myślę, że praca sprzątaczki będzie trochę pomocna. Zmusi do wyjścia z domu, do ogarnięcia się, do spotkania ludzi, różnych ludzi. No: każe wziąć się w garść.
Zmusi do aktywności fizycznej.
No i da dodatkowe wsparcie finansowe.
Oraz emocjonalne na zasadzie, że jak odpadnie mi klient to nie będę miała wizji eksmisji z mieszkania.

Poza tym Tośka ma znowu cieczkę. Tak, po 6 tygodniach od skończenia poprzedniej. Oczywiście byłyśmy u weterynarza, Tośka przy okazji ma znowu infekcję skóry, więc dostała antybiotyk. 
Jak skończy antybiotyk będziemy z lekarką Heleną zastanawiać się nad dalszą diagnostyką dróg rodnych, choćby po to by wiedzieć czego się spodziewać i ewentualnie się jakoś na to przygotować.
Ale Tosia w marcu kończy 9 lat. Od co najmniej roku żyje „na kredyt”.
Średnia długość życia berneńskiego psa pasterskiego to 5-8 lat…

Acha.
W zeszłym tygodniu był u mnie pan i montował nową umywalkę. Dołączył do niego Bjorn – cieć.
Tośka oczywiście witała obu jak najlepszych kumpli no bo głaskacze zawsze mile widziani.
Bjorn śmiejąc się pokazał mi kartkę zdjętą z drzwi (wisiała tam chyba ze dwa tygodnie). Zapytał czy widziałam i co ja na to.
No to mu powiedziałam, że się z początku zestresowałam, ale później uznałam, że skoro psy nie szczekają bez przerwy, nie szczekają po nocach to w zasadzie nie powodu do narzekań.
Bjorn się tylko śmiał, pytał czy wiem kto to napisał, bo to głupek jakiś. I że właśnie mam rację i mam się nie przejmować.
On tu bywa często i wie jak jest z psami. Gość się czepia, ale tyle tego.

Ale jak się pojawi kolejna kartka to i tak się zestresuję…

Poza tym klienci znowu powysyłali papiery na ostatnią chwile oraz niekompletne, więc jestem przyspawana do biurka (to tyle w temacie higieny pracy). Gdyby nie Radio357 to nie wiem jak bym dała radę. Naprawdę. Płacę im 25zł miesięcznie i są to równie dobrze wydane pieniądze jak te na Legimi. Rozważam zwiększenie kwoty, bo 25zł to kwota śmieszna, to nawet nie połowa abonamentu Netflixa. A kudy tam Netflixowi do 357.

Ale też uczę się.
Nad jednym klientem spędziłam ponad 9 godzin. W liczniku miałam 9 tylko, bo nie pamiętałam o uruchamianiu gdy pisałam do nich kolejne maile o uzupełnienia lub dzwoniłam z pytaniami.
No i gdy przyszedł czas wystawianie faktury to mi ręka zadrżała. Poprzednio było 7 godzin, pomyślałam, a teraz 9. Może lepiej napiszę te 7. Wpisałam 7. A potem się zbuntowałam.
Nie, halo! Ale dlaczego?! Ja te godziny uczciwie przepracowałam przekładając i układając dokumenty, szukając wpłat, drukując potwierdzenia itd… Dlaczego mam nie wziąć za to pieniędzy?
Przecież tak naprawdę to powinnam jeszcze doliczyć za wydrukowanie wszystkiego tego co powinno być a nie było…
I poprawiłam fakturę na 9 godzin i tak wysłałam.
Byłam równie przerażona (może pewnie to moja wina, że taka ślamazara jestem, może powinnam to robić szybciej?) jak i dumna z siebie.



PS. Właśnie zadzwonił lekarz, że mam bardzo wysoki cukier i mam iść na badania.
Za mało ruchu…

8.

Jestem tak zmęczona moją pracą, że…
Minął styczeń, przede mną jeszcze luty a potem dwa najgorsze miesiące: marzec i kwiecień.
Na myśl o nich odechciewa mi się wszystkiego.
Już zbieram cięgi od klientów.
Bo czemu tak mało zarabiają. Bo czemu tak dużo podatków. Bo czemu w koszty firmy nie daję wrzucić wszystkiego co się komu zamarzy ze szczególnym uwzględnieniem modnych odkurzaczy, prywatnych podróży, wypraw do knajp oraz wszelkiej maści ubrań…
Ogólnie winą księgowej jest to, że podatki są zawsze za duże, a dochody za małe.
Mam serdecznie dość.
Umówiłam się w firmie sprzątającej na rozmowę o pracę.
Naprawdę.

Muszę odetchnąć, muszę mieć alternatywę, cokolwiek co sprawi, że kolejnej pyszczącej do mnie klientce będę mogła powiedzieć spokojnie i grzecznie żeby się oddaliła na drzewo.

Nie wiem czy podołam fizycznie, bo sprzątanie to zapieprz, ale przynajmniej spróbuję znaleźć cokolwiek innego.
Na pracę w firmie księgowej na etacie nie ma co liczyć: nie ten wiek, nie to wykształcenie, a i język swoje robi.
Najchętniej poszłabym do kilku firm na kawałki etatu jako osoba do ogarniania administracji, ale jakoś nic znaleźć nie mogę.

Mam ciągłą huśtawkę: albo śpię jak zabita po 10-12godzi albo nie sypiam prawie wcale.
Albo jem, jem i najeść się nie mogę albo patrzę na jedzenie i mnie odrzuca od wszystkiego.
Nie mam chęci widzieć ludzi, na telefon patrzę z nienawiścią.
Książki są coraz mniej interesujące.

Nie mogę się zebrać na telefon do przychodni, bo nie mam siły pilnować czasu i nie czuję się na siłach by komuś mówić, że nie mam siły pracować, funkcjonowac, walczyć. Tak, bo tak postrzegam mój obecny żywot: jako ciągłą walkę.
Marzę o tym żeby nic nie musieć.

7.

Dziś zaczęły śpiewać ptaki.

Wczoraj jeszcze była cisza, gdy o ósmej byłam na spacerze z Tosią.
A dziś śpiew.

A wczoraj widziałam się z Zuzu.
To zawsze mnie zaskakuje, jak miła, jak normalna jest moja wnuczka. Jak lekko się z nią rozmawia.

6. Panta rhei

czyli nareszcie odwilż.
Pada deszcz i śnieg spływa…

Będzie chlapa, będzie ciemno, będzie parszywie… ale już tęskniłam do czegoś innego niż góry śniegu, mróz i konieczność ubierania się w jakieś koszmarne ilości ubrań.
Moja radość jest nieco przedwczesna, gdyż prognoza mówi, że owszem: w dzień będzie + ale za to nocą znowu – więc szykujta ludzie łyżwy, zwłaszcza ci, co wczesnym rankiem gdzie muszą popylać. Na przykład z niesfornym psem na spacer lub do roboty.

A propos niesfornego psa…
Same kłopoty.
W sobotę rano znów pojawiła się kartka. Tym razem na drzwiach wejściowych. Ten sam styl i charakter pisma. Tym razem zaadresowana do nas – mojego sąsiada Mikaela oraz mnie. Gość narzeka, że ma dość szczekania naszych psów i że idzie na skargę do administracji. Wszystko okraszone przekleństwami i wykrzyknikami.
Napisałam smsa do Mikaela (znalazłam jego nr na takiej jednej stronie, gdzie można sprawdzać, gdzie ktoś mieszka, o ile tego nie zastrzegł.)
Oddzwonił pogadaliśmy.
Według niego, a mieszka tu 10 lat i doskonale zna sąsiadów, bo miewał już niektórymi zatargi, autorem jest któryś z mieszkających w środkowym pionie. Albo Peter z 1 pietra. Albo Stefan z parteru.
Najdziwniejsze jest to, że rozmawiałam z oboma. Z Peterem nawet kilka razy. Spotykam go gdy wraca z pracy a ja w tym czasie idę z Tośką na spacer. Był miły, nawet bardzo miły ale… Pamiętam taką chwilę: wracałam z Tośką do domu, on schodził po schodach. Ja byłam jeszcze na podwórku… zmierzył mnie wzrokiem a potem go odwrócił, nie odpowiadając na moje powitalne machnięcie, ani uśmiech…
Całość zrobiła bardzo nieprzyjemne wrażenie.
Stefan… Miałam okazję rozmawiać z nim tylko raz, krótko po tym jak się wprowadziłam. Pytałam czy słyszy szczekanie psa, wtedy powiedział, że o ile to za za dnia to nie jest to problem.

Na tę sobotnią kartkę odpowiedziałam:
Psy nie szczekają w czasie ciszy nocnej.
Psy nie szczekają cały czas.
Pamiętaj, że mieszkasz w domu wielorodzinnym.
Nie nasz wina, że drzwi nie izolują dźwięków.
Kontroluj język.

Mikael powiedział, że bardzo trafnie odpisałam.
Ale rozmowa z nim nic nie dała, bo on się skupiał na snuciu domysłów, który z tych dwóch to napisał…
Prawda, przypomniało mi się: na schodach leżały opony Mikaela i ktoś przykleił kartkę z upomnieniem… Stefan się do niej przyznał. Ale to chyba inne pismo… Inny papier na pewno. I nie było przekleństw.

Do rozmowy z Mikaelem włączyła się też jego dziewczyna. Ta z kolei dociekała czy słyszę ich psy szczekające oraz jak głośno…

Od razu mówię: zarówno Tośka jak i psy Mikaela nie szczekają często.
Mikael ma doga, ale prócz tego dość często ma jeszcze innego doga, oraz jakiegoś małego. Generalnie psy są cicho, ale bywa, że coś je sprowokuje.
Tośka jest bardziej szczekliwa, ale też nie ujada przez cały czas. Wieczorami i popołudniami zagradzam przejście w salonie i przedpokoju, żeby nie mogła latać pod drzwi i tam szczekać, bo przez kiepsko wygłuszone drzwi każdy odgłos niesie się na klatkę. O drzwiach rozmawiałam z cieciem i niestety nic się nie da zrobić.
Niestety nie mam wpływu na szczekanie Tośki gdy czuje, że wracam do domu. Cieszy się wtedy jazgocze. Ale też nie dzieje się to codziennie i nie trwa długo minutę może dwie nim nie otworzę drzwi…
Ogólnie cała sytuacja jest bardzo stresująca bo nie mam pojęcia do jakich konsekwencji może doprowadzić.

Poza tym Tośka znowu ma zasyfiały brzuch. Dopiero co wyleczyłam zasyfiałe ucho… Dziś muszę jej ten brzuch jakoś ogolić i umyć szamponem antybakteryjnym. I we środę i w piątek. Jak nie pomoże – to za tydzień weterynarz.

Sprawdziłam, że w przyszłym roku mogę się ubiegać o emeryturę w Polsce. Sprawdziłam najniższą kwotę, bo o ile otrzymam tę emeryturę to wysoka ona nie będzie. Mam 22lata pracy w Polsce.
Jestem zmęczona pracą, szarpaniem się o wszystko, lataniem od terminu do terminu, perspektywą kontroli…
Marzę o tym, żeby nie musieć. I mieć choć trochę odpoczynku.
Gdybym była na umowie o pracę poszłabym do lekarza bo diagnozuję u siebie wypalenie.
Ale pracuję u siebie…

5. 2024

Zima szaleje.
Wczoraj znowu była śnieżyca ze śniegiem padającym poziomo. Wiało okropnie. Około południa ucichło nieco, wyszło trochę słońca. A o 15, jak wyszłam z Tośką na spacer temperatura była lekko powyżej zera.
Mimo wiatru -nawet nie było zimno.
A teraz znowu -9.
I tak ciągle.
Śniegu jest masa. Wszędzie pousypywane całe hałdy.
W poniedziałek miałam umówione spotkanie. Jak wyszłam do samochodu to zwątpiłam. Jedna zaspa przed samą maską, druga – pół kroczku z tyłu. Nie wiem jakim cudem Malutek wyjechał, na tych swoich malutkich kółeczkach.

Tośka taką zimą jest zachwycona. Bywa, że budzi mnie w środku nocy, mówi, że ma pilne sprawy na mieście. Wdziewam na siebie jakieś tony ubrania, wychodzę zaspana… a panienka radośnie pakuje się w największą zaspę i to była ta ważna sprawa. Zabiłabym ale szkoda, bo ładna. Ostatnio znowu wypiękniała. Sierść odrosła i lśni jak pastowana.
Nikt nie zgaduje, że pies ma 9 lat, co jak ,przypominam, na Berna jest wiekiem zaawansowanym. Tośka na szczęście tej wiadomości nie przyswaja i dalej jest postrzelona.
Ale… Co zauważyłam: po ponad godzinnym spacerze jej protesty przed powrotem do domu są takie bardziej… dla zasady. Może jednak się męczy?
Mamy nieustający problem z prawym uchem. Ma tam wiecznie jakieś stany zapalne, trzeba płukać, potem zakraplać. Okazało się, że piesia, gdy nikt jej nie przytrzymuje z stoickim spokojem i godnością znosi różne zabiegi. A ucho to w zasadzie już nawet sama nastawia, wystarczy, że zawołam i pokaże buteleczkę. Swędzi ją chyba…
Kiedy siadam na kanapie po trudnym dniu, Tosia siada obok, kładzie mi głowę na kolanach i cała jest taka przyklejona…

Wczoraj moja największa i najstarsza klientka (stażem, bo wiekiem jest najmłodsza) poinformowała mnie, że odchodzi. Sprawa złożona, nie pogniewała się na mnie ani nic. Trochę ją zmuszają okoliczności, choć można było wszystko rozwiązać inaczej. Ale chyba ją tez skusił prestiż drogiego biura… Będzie za te same usługi płaciła trzykrotnie więcej…
W sumie wiedziałam od tygodnia, że tak się zapewne stanie, wczoraj mnie tylko poinformowała o ostateczne decyzji.
Walnęło mnie to po tak wielu miejscach, że jeszcze się zbieram z podłogi…
Rozpaczliwie szukam kolejnych zleceń, ale na razie nic się nie dzieje.
Nie jest łatwo być 3xS (samodzielna, samorządna, samofinansująca).

A wczoraj Misia powiedziała, że Helmer im umarł.
Nie znam detali. Helmer miał 9 czy 10 lat… Na maine coona to też całkiem poważny wiek. Chorował też. Ale myślę, że stałe i długotrwałe wyjazdy rodziny proces przyspieszyły. Pamiętam jak Kocio schudł strasznie przez pół roku, gdy został w Polsce po moim wyjeździe do Szwecji.

A dziś o 9 przychodzi pan malarz i będzie mi odnawiał kuchnię. Kuchnia nie jest brudna, mimo, że odnawiana z 10lat temu. Ale tapeta jest buro-beżowa. Przy „drewnianych” frontach szafek kuchnia i północnym oknie sprawia, że kuchnia jest ciemna i smutna.
Wybrałam tapetę biało-szarą, dość jasną.
Tak naprawdę miałam chęć na jakieś kolory, ale ta północna strona nie bardzo się nadaje na wzorzyste zielenie czy ciemne niebieskości.
Ale całkiem biało też nie chciałam.
Ale powiadam wam: drewnopodobne fronty to mistrzostwo. Nie widać brudu! W poprzednim mieszkaniu fronty były białe, ale z jakiegoś takiego tworzywa, że nawet umyte wyglądały kiepsko. Ale może ja myć nie potrafiłam..?

Słucham sobie ostatnich Zakamarków z Radia 357. I rozkoszuję różnorodną muzyką oraz zakatarzonym głosem Pana Marka.
I taki to misz masz…

O Basilu nie było.
Przedwczoraj wieczorem zwiał mi gdy wracałam z Tośka po wieczornym sikanku. Prysnął przez drzwi i swoim zwyczajem pognał na górę. Głupek jeden. Aż się boję myśleć co by było jakby w tym czasie wychodził mój sąsiad ze swoim dogiem.
A wczoraj wieczorem złapał mnie pazurami za stopę.
Jak szykujemy się z Tośką do spaceru to kotu się włącza motorek i uprawia biegi po chałupie.
Nudzi mu się, wiem… A tu balkon pozaklejany i nawet sobie na ptaszki nie popatrzy, no chyba, że przez okno…


4.2024

Za oknami najprawdziwszy armagedon: z nieba walą tony śniegu, a wiatr sprawia, że śnieg pada poziomo. Yankie utknął w zaspie gdzieś w polu. Z dwóch się wykopał sam, ale w tej już nie da rady. Więc siedzi i czeka na jakąś pomoc, która go wyciągnie lub pług, który odśnieży.
Tośka o czwartej zażądała spaceru, a ponieważ żądała natarczywie, to nie było przeproś. Nie mogłam otworzyć drzwi od klatki. Nie wiem czy północny wiatr je blokował, ale zaspa też swoje robiła.
Kilka dni temu, znużona bezskutecznym szukaniem czegoś sensownego do oglądania na Netflixie…
(Netflix to cudowny wynalazek: jeden ruch ręki i ani nie widać, ani nie słychać…. No dobra. Pewnie ma wiele sensownych pozycji, cóż z tego jednak dla mnie, skoro niemal wszystko co mnie zainteresuje ma napisy po szwedzku, angielsku, fińsku, norwesku, niemiecku, czasem nawet po arabsku i rosyjsku… ale nie po polsku. Nie rozumiem polityki tej platformy. Polacy w Szwecji są co najmniej trzecią co do wielkości grupą etniczną, ale Netflix uparcie to ignoruje. A te nieliczne napisy często zawierają błędy językowe a i ortograficzne widuję… Dramat. Wstydź się Netflixie!)

Zatem któregoś dnia, gdy Netflix znowu mnie zniechęcił, zaczęłam szukać jakiegoś audiobooka, którego dałoby się słuchać podczas robienia na drutach.
Trafiłam na Dyrdymarki Marka Niedźwieckiego czytane przez autora.
Mam w domu Radiotę oraz Nie wierzę w życie pozaradiowe, ale nie doczytałam, bo jednak Niedźwiedź na papierze to nie to samo.
Dyrdymarki czytał tak, jak prowadził audycje, brakowało tylko muzyki.
I tak sobie przesiedziałam kilka wieczorów, ale nie za wiele…
Gdy usłyszałam, że to koniec zrobiło mi się smutno i tęskno.
Poszłam szukać gdzie ten Pan Marek teraz jest…
Od wczoraj latam jak durna po stronie radia 357 i nie wiem czego najpierw słuchać. Podcastów Single z Żoliborza? Zakamarków? Na żywo? A może jakieś gadane audycje?
Nie wiem czy mi tam wszystko się spodoba. Nie znalazłam niczego, co przypominałoby Powtórkę z rozrywki ani audycji poświęconej muzyce filmowej, ale jednak jest to alternatywa dla radia publicznego, gdzie przez cały tydzień, godzina po godzinie grana jest ta sama składanka, a udział prezenterów skasowany jest do wymienienia wykonawcy i tytułu… A gdzie dusza? gdzie klimat? gdzie teatr wyobraźni? Gdzie lansowanie czegoś wartościowszego niż tylko disco-sieczka?
Disco… heh. Pamiętam czasy, gdy słuchanie Modern Talking było siarą na całego i nikt się do tego nie przyznawał. Modern Talking? Już ELO było zbyt disco by szanujący się meloman przyznawał się do słuchania. Dziś tekst to trzy słowa i jęczenie oraz stękanie. I jedna kilkunutowa fraza grana w kółko. Tak samo grają i śpiewają, tak samo wyglądają. Po półgodzinie sieczki masz wrażenie, że komuś się płyta zacięła.

Ale słuchając z internetu odkryłam, że można audycję zatrzymać, iść po herbatę lub przeciwnie, wrócić włączyć i słuchać dalej, lub cofnąć i znów posłuchać zacnego kawałka… To lubię.
Napisałam do Pana Marka maila. Że ja też pamiętam kiedy zakochałam się w radiu i muzyce. I wiecie co? ODPISAŁ! Że dla takich wiadomości warto robić to, co robi…

Miałam mało fajne ostatnie dni. Praca mnie coraz bardziej zniechęca, bo ciągle się szarpię z różnymi rzeczami. Ostatnie dni sprawiły, że coraz mocniej marzę o byciu emerytką…
Od dwóch godzin próbuję się zmusić do pracy…
A najchętniej schowałabym się w mysią dziurę.
Ludzie czasem są okropnymi dupkami.





2. 44 lata temu

8 stycznia 1980 roku zmarł mój ojciec.
Zmarł, ponieważ inny ojciec ze swoimi dwoma synami, uznał, że brygadzista z PGRu, w dzień wypłaty powinien mieć pieniądze. Zwłaszcza taki, który wraca z tzw Banderosy tuż po godzinie 17.
Nie wiedzieli, że mój ojciec nabrał nawyku, żeby w dniu wypłaty pierwsze kroki kierować do domu, żeby zostawić pieniądze. Dopiero potem mówił do mojej matki „Haluśka, wyskoczę na kielicha z chłopakami” i wyskakiwał do owej Banderosy, pijalni piwa, która oficjalnie nosiła zupełnie inną nazwę. Banderosa leżała po przeciwnej stronie Łyny i z jej tarasu doskonale można by było zobaczyć okna naszego domu, gdyby nie zasłaniały go wysokie drzewa.
Było popołudnie 7 stycznia 1980.
Napadli go na moście, od tyłu. Uderzyli. Upadł, waląc głową o ziemię. Przeszukali, nie znaleźli kasy. Z zemsty chcieli go z tego mostu zrzucić (10 metrów? więcej? – nie wiem, na kamieniste, płytkie dno rzeki), ale spłoszyły ich światła samochodu. Uciekli.
Kilkanaście metrów dalej był przystanek, na którym stali ludzie i widzieli co się działo.
Ten samochód to była karetka. Przejeżdżali zupełnym przypadkiem. Zabrali nieprzytomnego na pogotowie.
Tam ojciec odzyskał przytomność. Miał lekkie rozcięcie pod okiem, nic poważnego. Chcieli go badać, ale machnął ręką. Powiedział, że dobrze się czuje, nic mu nie jest, idzie do domu.
A ponieważ wyczuli alkohol to nie protestowali. Nie zaniepokoiła ich ani niewyraźna mowa, ani zataczanie się, bo wyczuli alkohol. Nie wiedzieli, że ojciec tego dnia wypił dosłownie jeden kieliszek wódki.
Za mało, żeby ścięło zdrowego, 39letniego mężczyznę o wzroście 180cm i wadze ok 80kg.
Wrócił do domu i poszedł spać. Wszystkie trzy myślałyśmy, że jest pijany.
Chrapał. Chrapał tak, że nie dało się spać. Tej nocy spałyśmy w kuchni.
Ale gdy o 4 rano nie wstał, żeby się wyszykować do pracy matkę to zaniepokoiło. Poszła go obudzić…
Tego dnia przestałam być dzieckiem. Straciłam rodzinę. Dosłownie.

Matka żyła na prochach, a potem uciekła w alkohol. Baśka podążyła jej śladem dwa-trzy lata później. Rodzina ojca się odsunęła. Chyba nie przepadali za moją matką. A dziećmi nikt się nie przejmował. Skończyły się rodzinne święta, imieniny, jubileusze. Nas nie zapraszali i do nas nie przychodzili. Spotykaliśmy się już tylko 1 listopada nad grobami.
Matki rodzina nigdy nie była wspierająca. Teraz też nie. A może nawet tym bardziej.

Jeden z synów, uznany za najbardziej winnego nieumyślnego spowodowania śmierci dostał wyrok 7lat i kilka miesięcy.
Drugi – dwa lata i kilka miesięcy.
Ojciec – rok i kilka miesięcy.
Odsiedzieli swoje, wyszli, potem pewnie znowu trafili za kratki, bo to była taka bandycka rodzina.
A z nas czworga zostałam tylko ja.