43.

Dziś rano cukier 7,2 czyli w polskich normach to jakieś 130.
Każdego dnia rano mierzę cukier i obiecuję sobie, że dziś ja zwyciężę i jutro cukier będzie poniżej 6.
Ranki niestety wybitnie pokazują, że ta walka jest nierówna.
Mogłabym się poddać. Uznać, że dupatam… są lepsze metody, więc co się będę katować.
BMI + cukrzyca + podwyższony cholesterol uprawniają mnie do skorzystania z terapii ozempikiem i podobnymi… I jak mi tak rano ta cholerna cukrzyca pokazuje paluch to myśę mściwie, że czekaj zdziro już ja cię załatwię.
Ale potem przychodzi refleksja, że jak raz zacznę to będę musiała się kłuć dożywotnio.
I znowu próbuję. Więcej białka, mniej kartofelków. Więcej kapusty.
Szybszy spacer z Tośką, która właśnie okulała, więc cud, że w ogóle chce chodzić. Ćwiczenia w domu. Te zalecane przez osteo i dołożone kilka asan z jogi…
Jedno skonstatowałam: mogę jeść kartofelki, bułeczki, placki oraz inne potrawy, które wywalają mi cukier w kosmos. Ale nie mogę cukiereczków, batoników, czekolady bo wtedy z jakiegoś powodu odpala się ten ból w potylicy. Mogę nawet zjeść przesłodkie szwedzkie torty…
Cukier szaleje i tak i tak, ale ból w potylicy chyba ma związek z tymi przemysłowymi słodkościami. Tak podejrzewam.
A już miałam pomysł, żeby popytać o blokadę nerwu.
Ale skoro ten ból to mój czujnik przecukrzenia to może lepiej go nie wyłączać.
I nie, nie że sobie pozwalam na batoniki, cukiereczki i placki każdego dnia…
Mimo wszystko jest jakiś progres, bo rzadko miewam telepkę z kołataniem serca, a i siódme poty biją na mnie coraz rzadziej.
A teraz nawiązałam kontakt z dietetyczką.
Oto jej odpowiedź na moje pytanie

Jeśli dobrze podsumowałam to chciałaby Pani zamówić jadłospis z niskim IG, ograniczeniem cholesterolu, bez mięsa, owoców morza, z ograniczeniem ryb, warzyw strączkowych.
Oraz kilku rzeczy Pani nie lubi. Do zrobienia – zapraszam :)”


W kultowym filmie Nigdy w życiu Judyta dostaje pytanie czy da się zdrowo odżywiać bez warzyw, bo są wstrętne. Zatem odpowiedź brzmi: da się. Skoro można zdrowo bez mięsa, ryb, strączków…

Zainwestuję w tego dietetyka. Dostanę jadłospis na 7 dni. Luuuudzie… to i tak będzie bogatszy repertuar niż to, co jem obecnie.
Twarożek przez 5-6 dni w tygodniu na śniadanie.
Kartofelki + jajko/ryba/kotlet + surówka też przez 7 dni.
A na deser i kolację śliwki, nektarynki, truskawki.

Fajne sny mi się śnią.

Np. taki: zdejmuję sukienkę, która jest sztywna, ciasna i zdejmując ją czuję lęk, że się z niej nie oswobodzę.
Pod spodem mam inną sukienkę: miękką, wygodną, ciemnoniebieską.

Albo: jadę samochodem z Panem W. Leje deszcz. W mijanych ogrodach widzę stojącą błotną wodę. A potem jedziemy drogą wzdłuż jeziora. Woda sięga krawędzi jezdni. Ale woda jest spokojna, jasno niebieska, otoczenie jest jasne. Trochę się boję tej wody, ale pan W mówi, że nie ma czego.

Odstawienie sertraliny wyzwoliło we mnie pragnienie tworzenia.
Ale oczywiście moja rozlazłość ADHD sprawia, że tworzę tylko w głowie. Ale kiedyś się wezmę! Nawet pisać mi się chce i znowu mi skaczą po głowie jakieś historie.


42.

Wczoraj zadzwoniła do mnie pani z administracji. W sprawie psa, bo „ktoś” się poskarżył.
Spokojnie opowiedziałam moją wersję:
– pies w zasadzie nie szczeka w godzinach nocnych. Bywa, że szczeknie raz -dwa, gdy roznosiciel gazet za bardzo trzaska drzwiami. Dzieje się się tak, ale bardzo rzadko. Ostatni raz było to ponad miesiąc temu.
– pies nie szczeka długo. Samą mnie to irytuje i reaguję na to natychmiast.
– pies szczeka, gdy ktoś przychodzi, nim przejdzie od drzwi od klatki do naszego mieszkania. Szczeka, gdy wracam skądś i podjeżdżam pod blok. Parking mam pod balkonem. Szczekanie trwa tyle, ile trwa wyjście z auta, zabranie rzeczy i dojście do mieszkania. Ile to zajmuje? 3 minuty? 5 minut? Jak często wychodzę? Średnio raz dziennie. Wychodzę bo muszę: zrobić zakupy, iść do lekarza czy do klienta.
– zdarzyło się, że pies szczekał gdy wyszłam. Zapewne trwało to dłużej niż 5 minut. Ale nie dzieje się tak każdego dnia. Nawet nie raz w miesiącu.
– pies to zwierzę – nie da się nad nim zapanować całkowicie, zwłaszcza podczas nieobecności.
– takie są uroki mieszkania w budynku wielorodzinnym: psy szczekają, sąsiedzi trzaskają drzwiami, ktoś rozmawia na schodach, dzieci hałasują.
Póki dzieje się to bez zakłócania ciszy nocnej trzeba to znosić.
– drzwi mojego mieszkania w ogóle nie izolują dźwięków. Mówiłam cieciowi, ale rozłożył ręce „stare drzwi” i tyle.
– paniusia z góry, bo podejrzewam, że to ona, jest upierdliwa i czepialska. Poprzedni lokatorzy mówili, że ich też się czepiała. Gdybym była złośliwa powiedziałabym „pracuj poza domem, może w firmowym biurze – tam na pewno masz komfortowe warunki i bezwzględna cieszę”
Na koniec zapytałam czy jest coś co wg mojej rozmówczyni mogę zrobić żeby nie zaogniać sytuacji? Pani orzekła, że widzi, że ogarniam i zgodziła się ze mną, że póki nie ma zakazu trzymania psów, oraz że to co się dzieje nie wykracza poza zwykłe, codzienne hałasy w bloku.
Ale domyślam się, że konflikt będzie narastał.
Naprawdę próbuję Tośkę nauczyć, ale to chyba przekracza i moje i jej zdolności.
W tej chwili mam ambiwalentne odczucia: z jednej strony chcę zrobić na złość, z drugiej – wolałabym zażegnać konflikt.
W ramach diabolicznej zemsty wymyślam np. takie działanie: wieszam na klatce informację, że trenuję psa do ciszy i że niestety na początku oznacza to, że pies będzie szczekał dłużej i częściej, ale to proces edukacji, więc proszę o wyrozumiałość. I nie tylko pozwalam, ale wręcz z premedytacją prowokuję Tośkę do jazgotu. Na telefony z administracji odpowiadam: uczę psa, to wiąże się z tym, że pies musi sam zrozumieć że cisza jest nagradzana. ITp…

Ogólnie cholernie mnie to wkurza i deprymuje.
Oczywiście pani z administracji nie powiedziała kto naskarżył. A ja wiem, że to jedna osoba z tej świętej trójcy: dziunia z góry, gostek zza ściany, lub ten dzidek co mieszka obok dziuni.

I niby nic, niby wzięłam na luziku, a wieczorem grzmotnęło po głowie jakby mi ktoś pałą przywalił.

41. Pozrzędzę

Zazwyczaj znoszę upały o wiele lepiej niż mrozy.
No ale ostatnio to jednak była przesada: 29-30 stopni w cieniu!
Nawet moja wieża nie dawała rady. Otwierałam i odsłaniałam okna tylko na noc, zaraz po szóstej rano zamykałam, zasłaniałam. A i tak szybko robiło się 26 stopni.
Budynek w którym mieszkam ma fatalną izolację. Zimą chłód przenika przez ściany, jak wieje to od razu to czuć. Latem to samo. A niby elewacja nowa i okna nowe, ale dupatam…
Tak więc wczoraj wymiękłam. Bo do upału doszedł ból głowy. I znów się poddałam: poszłam spać i przespałam całe popołudnie.
O 23 zjadłam michę makaronu z masłem i czosnkiem. I poszłam spać.
Ranny cukier – w kosmos! Oraz nadal albo znów ból głowy.
Mam wrażenie, że ten konkretny ból jest skorelowany z poziomem cukru.
Jakbym miała swoisty sensor w głowie…
Poproszę rodzinę o sensor na urodziny i wtedy sprawdzę.
I tyle u mnie.
Nie spotykam nikogo, nie chodzę nigdzie. Tosia skutecznie ogranicza moje życie. Nigdy nie wiem kiedy będzie się awanturowała po moim wyjściu. Zazwyczaj jest cicho a potem nagle awantura.
Nie chce mi się wdawać w interakcje z tą babą z góry. Myślę o niej nieżyczliwie od ostatniego razu…
Nie wiem czy pisałam.
Byłam u osteopaty. Wyciszyłam telefon. A ta mi w tym czasie SMSy
1. Pies szczeka i szczeka
Minutę później
2. Pies przeszkadza mi w pracy.
Minutę później:
3. Dość tego! Dzwonię na skargę!

Odpisałam, że przepraszam, ale musiałam wyjść do lekarza.
A ona mi na to
„Następnym razem weź psa do samochodu”
Noż…
Ubodło mnie to na maksa i już przestałam być wyrozumiała. Sama sobie wsiądź do samochodu. Załóż słuchawki, wsadź stopery w uszy. Co byś zrobiła gdyby to było płaczące lub krzyczące dziecko? A może Zieloną na uspokojenie? Pracuj w firmie – tam na pewno masz absolutną ciszę…

A teraz, sobotni ranek. Znowu okna pootwierane na przestrzał. I czuję jak nadciąga błogosławiony chłód. Idzie ochłodzenie. Nad miastem rozciągnęła się szarość. Będzie padać. Nareszcie.

Oglądałam wczoraj ogłoszenie wyroku skazującego na 20lat więzienia tego gada co leciał ponad 200km/h po Trasie Łazienkowskiej. Chciałabym, żeby ten wyrok został nie tylko utrzymany, ale żeby stał się normą przy tego typu przestępstwach.
I chciałabym, żeby w całej Unii prowadzenie pod wpływem zostało uznane ze przestępstwo kryminalne.
Obyś gadzie z pierdla nie wyszedł…

Z niejakim zdumieniem zanotowałam też nagły (dla mnie) wybuch niechęci do Zełeńskiego i Ukrainy. I ten atak na jakieś dzieci w autobusie. Bohater! Wołyńskich Polaków własną piersią obronił. Zastanawia mnie co zrobili inni ludzie w autobusie, bo o tym się jakoś nie doczytałam. A przecież poza tą trójką był tam co najmniej jeszcze kierowca.
Następnemu życzę, żeby go skazano na dotkliwą karę.
Co w tych ludziach siedzi, żeby atakować przypadkowych ludzi..?
Jakbyście się poczuli czytając, że w Wilnie ktoś napadł na dzieci mówiące po polsku? A to nie jest wcale takie mało prawdopodobne.
Dwa stare pryki, na dwóch krańcach świata szczują resztę świata na siebie wzajemnie…
Opad rąk po prostu.
Gdy myślę, że gatunek ludzki siega dna to słyszę pukanie od dołu.

Jedyny pozytyw, że chyba odczepili się od alei drzewnych na Warmii.
Choć tyle.

A na oku zrobił mi się jęczmień.



40.

Ale ale! W tym wakacyjnym szale umknęło mi najważniejsze:
Zuzu oraz William dostali oficjalne zawiadomienia, że zostali przyjęci do liceum na wybrane profile.
Zuzu – prawo i ekonomia
William – techniczny.
Mam wnuczkę licealistkę.

Wczoraj widziałam pana w koszulce z napisem: Mój ulubiony człowiek nazywa mnie DZIADKIEM. My Favorite People Call Me Grandpa
Też chcę taką. I drugą dla pana W. Bo choć mała Misia ma dopiero 6 miesięcy to już sobie dziadka owinęła wokół paluszka.

Gorąco aż strach. I nie mogę się zmusić do roboty.
Ale za chwilę weekend więc na bank się ochłodzi

39. Pochwała gaci męskich

Wróciłam, a tu upał.
Zamknęłam i zasłoniłam wszystko. Włączyłam wiatrak słupkowy. Ubrałam się w gacie męskie typy bokserki (ale nie te obcisłe, tylko te ze zwisającym tyłkiem). Zamiast koszulki wdziałam na siebie poszewkę od poduszki z wyciętymi otworami na głowę i ręce. Piję wodę z limonką i miętą.
W ciszy zakłócanej szumem wiatraczków.
Tosia leży w zasięgu powiewu i nareszcie nie dyszy.

Pozwólcie, że wrócę do gaci…
Otóż już od dawna przestałam kupować majtki „bo ładne”. Od lat kupuję majtki w tym samym sklepie. Są w burych kolorach, ale bezszwowe i bardzo wygodne. Nawet jadąc na pierwsze spotkanie z panem W… Rozumiecie…
Gdy byłam u niego po raz drugi, a było wtedy bardzo ciepło choć wietrznie, miałam ze sobą sukienkę do kolan (albo i ciut krótszą). Z rozcięciami z boków. Gdy zawiewał wiatr – kiecka odsłaniała moje desusy i dlatego założyłam pod spód krótkie spodnie. Odznaczały się i nieco grzały.
I wtedy W. zaproponował bym założyła jego … ekhem… gacie. A były to luźne gatki z dzianiny bawełnianej. Ludzie! Jakie to było boskie! Gorąco a nic się do tyłka nie klei. Wieje wiaterek i przyjemnie chłodzi. Nic się nie wpija, nic nie ciśnie, nie uwiera i nie drapie. Przy mojej nadwrażliwości na różne bodźce – poczułam chyba coś podobnego co czuły nasze babki wychodząc bez gorsetu. Grzeszna przyjemność.
Sprawiłam sobie takie. Noszę jak normalne majtasy z upodobaniem. Szczególnie w upały.
I teraz tak się zastanawiam: dlaczego do lich wszystko co damskie jest naszpikowane elastanem? Dlaczego nawet majtki muszą być jak druga skóra? Po co?

W ramach buntu postanawiam sprawić sobie więcej takich gaci. Może i na zimę..?

Poza tym boli mnie oko. Nie wiem czy mnie coś użarło czy robi mi się jęczmień. Powieka spuchnięta, czerwona, swędząca i boląca.

Odstawiłam antydepresanty (powoli: najpierw zmniejszałam dawkę stopniowo a teraz, od tygodnia, jestem już całkiem bez).
I notuję zastanawiające rzeczy.
Na przykład – znowu zaczynam ogarniać bałagan w chałupie.
I bałagan w dokumentach klientów.
I znowu wzruszam się przy niektórych piosenkach i filmach.
A co najważniejsze: moja głowa pęka od kreatywnych pomysłów.
Od wizji przekształcenia butelek pet w sztukę, poprzez wykorzystanie kamieni zbieranych na wyjazdach oraz ozdobienie starej bluzy haftem sashiko aż po stworzenie wełnianego szala metodą filcowania…
Taka jest podekscytowana MOŻLIWOŚCIĄ zajęcia się tymi projektami, że nie byłam w stanie dziś nic zrobić.
Ale, coś w głębi mi podpowiada: może to nie nadmiar pomysłów? Może przez ostatnie 5 dni miałaś tyle bodźców, że twój układ nerwowy rozładował akumulatory…
Coś w tym chyba jest

38. Cisza

Pamiętam jak kilka lat temu, gdy przyjeżdżałam do Polski, męczył mnie wszechobecny hałas. Wiadomo: gdzie tłum ludzi tam się robi głośno, ale w wielu miejscach do naturalnego hałasu dochodziła głośna muzyka oraz głośne komunikaty czy inne dźwięki.
Wracałam zmęczona tłumem, pospiechem i tym wszechobecnym jazgotem wszystkiego co mogło jazgotać.
W Szwecji oddychałam z ulgą: nareszcie wszystko zwalnia i cichnie.
Nie wiem kiedy się to zmieniło. Pewnie stopniowo i pewnie jeszcze nie całkowicie.
Ale w Polsce widzę zmiany zmierzające do tego co 20 lat temu tak mnie koiły w Szwecji. sku jest
Znikł ten wszędobylski wrzask. A na pewno jest go znacząco mniej.
Moje ulubione lotnisku w Gdańku ma szyldy informujące, że jest lotniskime cichym. I jest. Komunikatów jest mniej, są emitowaane ciszej, nie ma zbędnych dzwonków i dżingli. Pewnie się to dziwne komuś wyda, ale… lubię być tam trochę więcej niż 2 godz przed czasem. Znajduję miejsce i mogę się wyciszyć. Moje zmysły doznają ulgi.
Inn rzecz, że gdańskie lotnisko jest mniejsze niż goeteborskie: ludzi mniej, sklepów i barów mniej. Więc i o ciszę łatwiej.
A teraz wracam od mojego chłopaka. Mogłam pojechaać zwykłym IC, to tylko 30 minut dłużej i 50% taniej. Ale gdy się zaastaanawiałam Pendolinaa za 100zł czy IC za 55zł zobaczyłam, że to pierwsze ma strefę ciszy.
I wiecie co? Tak, to ja mogę zawsze..!
Tu jest naprawdę cicho. Nawet ludzie między sobą mówią ciszej. Nie bębnią telefony, nikt nie opowia historii życia całemu światu. A i komunikatów jest zdecydowanie mniej.
Odpoczywam.
Popracowałam uczciwie przez godzinę. A teraz po prostu cieszę się podróżą. Bo ja lubię podróże jako takie. Szczególnie pociągami.
Pan W, który kochany jest naprawdę, jest niestety zwolennikiem zagłuszaczy. U niego wciąż coś gra, nawet w nocy.

37.

Co za dzień…
Nic nie idzie.
Najpierw nie mogłam zasnąć. Kręciłam się do jakiejś drugiej w nocy.
Wstałam o 7 więc najpierw biegusiem z Tosią a dopiero potem cała reszta.
Kawa mi wyszła za zimna. A pasjanse nie wychodziły w ogóle.
Teraz usiłuje pracować, ale nic nie wychodzi. Ludzie znowu nie wysłali dokumentów! Nawet mój ulubieniec, zawsze zorganizowany i ogarnięty Piotr. A potem sama narobiłam bałaganu, bo wysłałam plik starych, dawno rozliczonych faktur do klientów. A chciałam tylko wysłać te dwie, co nie zostały wysłane oraz je zaksięgować… Pół godziny straciłam na wyszukanie wszystkich maili żeby wysłać przeprosiny.

Potem odkryłam, że kolejny klient nic nie wysłał… Uporządkowałam biurko z przyległościami i nic nie znalazłam. Ale coś mnie niepokoiło, bo miałąm wrażenie, że choć kilka paragonów powinnam mieć. Rozejrzałam się raz jeszcze… i jest: na drukarce leży czarna teczka z tym, czego szukam.

Nie wiem dlaczego, jakim cudem mam taki bałagan w pracy. I kuchni.
Nie ogarniam tego.
A przecież dotąd ogarniałam. Nie było opcji, że dokumenty leżą to tu, to tam. Tak samo jak nie było czegoś takiego, że w kuchni starty garów z całego tygodnia.
Mam poczucie ciągłego kręcenia się chaosie.
Do tego problem żeby się skupić na czymkolwiek. Nawet najlepszy czy najprostszy film oglądam na raty. Zasiadam, siedzę pięć -dziesięć minut a potem MUSZĘ: siku, pić, sprawdzić coś, zamknąć okno, otworzyć okno, coś podnieść, coś odstawić…
Czasem mam wrażenie, że mój mózg stracił zdolność do… Nie wiem czego. Do ogarniania? Robię się szalona? Nawet rozmawiam tak, jakbym się wynurzała z jakichś odmętów.

36.

Dziś startują Dni Żywych Trupów czyli zlot starych samochodów.
Znów będzie smród spalin i szczyn. Znów śmieci i porozbijane szkło. Dudnienie muzy, strzały z gaźników i warkot rozwalonych tłumików. Będą kawalkadą jeździć w kółko, przez główne ulice miasta. Dla nas, mieszkańców oznacza to zamknięcie tych ulic, czyli uniemożliwia nam poruszanie się po własnym mieście, bo nawet przejście przez ulicę bywa problematyczne.
Co za debil na to pozwala i w imię czego to ja nie rozumiem.
Mówią: „to dobrze dla miasta” Taaak? Dla miasta czyli dla kogo? Bo ja jakoś nie zauwazyłam żeby mi było lepiej. Truskawki znowu podrożeją.
W Szwecji samochód liczący sobie 50+ jest zwolniony z przeglądów technicznych. A samochody 30+ zwolnione z podatku drogowego.
Co mnie wkurza okropnie, bo moim zdaniem to jest jakaś cholerna hipokryzja.
Na nowe samochody, takie od 1 do 3 podatek jest kosmiczny.
A niby jest napisane, że jest to podatek bazujący na tlenku węgla…
A te trupy, bo większość tych pojazdów trzyma się chyba tylko na resztkach lakieru, kopcą przeraźliwe…
Ale mamy nowego szefa komuny tzn. Urzędu miasta i gminy i jest nim moja znajoma z klubu foto. Może, gdy kiedyś ją spotkam, zapytam komu należy podziękować za tę wątpliwą atrakcję.

Szczęście, że nie mieszkam w centrum…

Ochłodziło się. Wczoraj po południu było aż 14stopni.
Tośka na wieczornym sikaniu prawie podskakiwała z radości.
Kupiłam bilet do pana W na sierpień. A we wrześniu chciałabym pojechać do Olsztyna i załatwić sprawy urzędowe: kapitał początkowy, rejestracja rozwodu oraz zmiana nazwiska. Tak, zdecydowałam się. Wracam do panieńskiego i znowu będę KasiąS.
Na facebooku dodałam sobie owo nazwisko przed obecnym, żeby przyzwyczaić znajomych i klientów.




35.

Zatem: lipiec.
A tak sobie obiecywałam, że w czerwcu nadgonię wszystkie ogony…
A przez większość czasu tylko się kręciłam w kółko. Nie mogłam się skupić na niczym. Szłam do kuchni po szklankę a godzinę później orientowałam się, że w międzyczasie ogarnęłam pranie leżące od tygodnia na fotelu, podlałam kwiatki, umyłam pół wanny oraz odbyłam kilka rozmów, nie zawsze koniecznych w tej właśnie chwili: „ale mi się przypomniało”. I siadając do biurka konstatowałam, że nadal nie przyniosłam szklanki, więc znowu szłam do kuchni…
Można rzec, że jakiś feler jest albo w kuchni albo w tych szklankach. Może powinnam pić wprost z butelki?
Jednocześnie ciągle czuję się senna, bez energii, z rojem brzęczących pszczół w głowie. Jak dodam do tego codzienny ból głowy to będzie komplet..? A nie, bo jeszcze dochodzi wybudzanie się o godzinie 3-4 nad ranem.

Nie wiem co z tym zrobić. Wygląda na ciężki atak ADHD… Ma ktoś jakieś sposoby? Silna wola nie działa, bo… wymaga silnej woli chyba.

Dziś w końcu spałam do 6:15. A tak chciałam pogadać z panem W o poranku. Ale sen był silniejszy. Ale dzięki temu czuję, że może w końcu przerwę ten dziwny krąg.

Eks wrócił z Polski, po spotkaniu z kolejną kandydatką. Rozanielony… Odbierałam od niego lek, bo coś mi wlazło w plecy, a w Szw jest na receptę i nie ma w kapsułkach.
W duszy na ten temat coś mi się mieli. Mam poczucie, że oto właśnie definitywnie nasze drogi się rozdzielają i gdzieś tam na dnie siedzi maleńki cień żalu. Mimo wszystko..?!

Do wyjazdu do PL 9 dni.
Tęsknię za Panem W.

34.

Upał nieziemski. Siedzę w pozamykanym mieszkaniu, przy opuszczonych żaluzjach, z wiatrakiem na maksa. Tosia dyszy i już nawet nie ucieka od wiatraka.
Na spacery chodzimy rano i wieczorem. W dzień tylko na chwilę, na siku, przed blok, bo to północna strona więc cień i trawa.
Migrena jest stanem stałym.
Jeszcze tylko dziś, od jutra będzie lepiej, chłodniej.
Teraz, rano, pootwierałam wszystko na przestrzał. Na podwórku 21 stopni: mieszkanie się schłodzi choć odrobinę. Po spacerze z Tosią zamknę.

Wczoraj minął rok od spotkania pana W. na żywo.
Fajnie, że jest mi to dane.
Jak wy dajecie radę w te upały?