Mają dziś obywatele leniwą niedzielę

Zgnilizna…<br …

Zgnilizna…
Wczoraj Synek i jego drużyna znów grali mecz w sąsiednim mieście, które dla nich jest miastem "domowym". Pojechaliśmy i my – Marcepanek, Misia, ja, no i naturalnie Zozol. To był jej pierwszy mecz. Połowę przespała i nie budziły jej nawet trąby jerychońskie, które produkowała panna od tablicy wyświetlającej wyniki.
Przeciwnikiem była drużyna chłopaczków na oko w wieku do 16 lat. Dobrze się bronili ale ataki im szły kiepsko. Może dlatego, że niscy wszyscy…Wygraliśmy 3:0.
Dobra, ustalmy jedno: to nie jest żadna licząca się drużyna, ich poziom jest daleki od poziomu polskiej ligi podwórkowej. Ale i tak od tego co widziałam na pierwszym meczu jest zdecydowana poprawa. Jakby lepiej rozumieli czego się od każdego oczekuje pod siatką.
Już nie miałam wrażenie to Synek gra a reszta czeka na piłkę.
Wyjechaliśmy wcześniej, bo chcieliśmy obejrzeć miasto. Najpierw pomyliliśmy zjazdy, potem zaplątaliśmy się w uliczki. Informacja turystyczna była zamknięta więc mapę mieliśmy tylko w postaci stojącej planszy.
Deszcz padał grubymi, gęstymi kroplami. Przed miastem nad pobielonymi śniegiem polami snuły się gęste mgły. W mieście już tylko padało, ale aura pewnie spowodowała, że miasto wydało się nam szare i nieciekawe. Choć pagórkowaty teren, brukowane uliczki i stary kościół zdają się mieć jakiś potencjał. No i Mariestad leży nad tym samym jeziorem- widok na  nie ma ładniejszy niż nasze Miasto. Ale chyba eksplorowanie zostawimy do lata…Albo przynajmniej do stycznia-lutego, gdy dni będą dłuższe i bardziej słoneczne.
 A tymczasem wstał Zozol.
Przeciągającą się wyniósł POSynek na rękach żeby zmienić pieluchę. Rano nasz dzidziś jest najfajniejszy. Najchętniej gada, śmieje się w głos, uśmiecha. Jest taka słodka jak się przeciąga, jeszcze nie do końca rozbudzona.
No to wicie, rozumicie…
Lecę.

Zadymkowo

Okna od rana powleczone …

Okna od rana powleczone wilgocią. Za tymi oknami regularna zadymka – wicher miotający śniegiem, szarpie moją brzozę za czuprynę. Śnieg pada poziomo.
Musiałam iść do Skatteverket (Urząd skarbowy) uzupełnić dokumentację Zozola.
Na zewnątrz było wilgotniej i wietrzniej niż się to wydawało przez okno. I ta mokra, lepka, śliska breja pod butami. M. się zlitował, odwiózł mnie i przywiózł kosztem swojej przerwy na lunch. Jak widać – nie zeszwedział jeszcze ze szczętem, bo dla Szweda przerwa jest święta.
Ja chcę na południe Europy, nad ciepłe morze, do zielonych drzew, do słońca, niechby sobie nawet było zaledwie 19 stopni…
Ale. Ale.
Zadzwoniła Camilla czyli doradca zawodowo-edukacyjny czy jak tam inaczej to tłumaczyć. Jest w mojej szkole kurs angielskiego organizowany przez jakąś inną instytucję. Mogę do nich dołączyć, oni mają początki -początków. Pójdę, zobaczę, a jakże. Mam nadzieję, że tam więcej mówią, więcej robią ćwiczeń.
Gramatykę doczytuję sobie na fajnej stronce którą mi dała Misia, słówka na tej co sama znalazłam. Tylko ćwiczyć nie mam z kim. Gulsum jest jednak kapryśna a może i ja też. Ale mnie nauka najlepiej przychodzi rano, do południa, a ona wstaje teraz około południa. Nawet ją rozumiem – jakbym co rano miała w perspektywie rzyganie to też by mi się pewnie nie spieszyło do wstawania.
Ciśnienie spadło na ryj.
Czy ktoś wie jak to się ma do ciśnienie krwi ?  Jak na zewnątrz jest niskie to w człowieku wysokie ? Czy jak ? Bo głowę mam ściśniętą obręczą, którą najbardziej czuję na potylicy i w oczach. Potylicę mi wgniata, oczy wypycha. I w sen po obiedzie zapadłam prawie na stojąco.
Misia wczoraj przeczytała przepowiednię jakiejś bułgarskiej wiedźmy, która przepowiedziała wcześniej zatonięcie Kurska i jakieś inne nieszczęścia. Teraz zapowiada wybuch III wojny światowej na jutro. Podobno zgodnie z Nostradamusem.
Teoretycznie to ja w takie rzeczy nie wierzę, ale…
Misia przyszła wczoraj wieczorem roztrzęsiona, i cały dzień dziś widziałam, że przeżywa. Ja jej się nie dziwię. Refleksje mnie naszły przed zaśnięciem, że krucha ta nasza ziemia, pogoda się robi coraz bardziej anormalna. Jesteśmy coraz bogatsi, coraz więcej produkujemy, a ludzie wciąż umierają z głodu lub od braku czystej wody. Naukowcy ostatnio odkryli sposób na pokonanie wirusa w komórce. A wciąż nikt nie wynalazł metody na ludzką złość, małość, pęd do władzy i kasy. A III wojna światowa już trwa – wojna religijna między światem chrześcijańskim a muzułmańskim. Wojna partyzancka.
I …"guzika się lękam,
tak, tego guzika co go po pijanemu
jakiś sierżant niechcący naciśnie
i tylko świśnie i zabłyśnie" ( powtarzam za Marianem Załuckim).
Nie macie wrażenia, że świat coraz bardziej robi się nieprzyjazny ?
Bo ja coraz częściej.

Znacie ? Nie ??? To posłuchajcie :
Marian Załucki "Poproszę o rozbrojenie"
 

Bądź asertywny czyli jak sobie z prośbami o wsparcie

Masz bliskich znajomych,…

Masz bliskich znajomych, których czasem nazywasz przyjaciółmi, a którym przytrafił się wypadek losowy, na skutek którego znaleźli się w tarapatach finansowych. Was wspólni znajomi zwracają się do Ciebie z prośbą o wzięcie udziału w zbiórce pieniędzy, które znajomym pomogą uregulować najpilniejsze potrzeby typu zakup żywności lub uregulowanie najpilniejszych rachunków.
Nie masz chęci się w tę akcję włączyć, ale nie chcesz się do tego przyznać ? Oto kilka odpowiedzi, które pomogą ci wybrnąć z trudnej sytuacji.
Możesz na przykład na propozycję małego datku odpowiedzieć:
– Ale po co ? Przecież na pewno mają ubezpieczenia – nie zapomnij przy tym nadać swojemu głosowi stosownego tonu w którym będzie nagana i oburzenie. Jest szansa, że zdeprymujesz proszącego, który poczuje się jak żebrak i wycofa się z pytania.
Możesz też poprosić o czas do namysłu, jest szansa, że proszący drugi raz nie zapyta. Ale jeśli zapyta możesz odpowiedzieć:
– Wiesz, jestem przeciwnikiem dawania pieniędzy, ale mogę im zrobić paczkę żywnościową.- reakcja proszącego może być jak wyżej.
Najlepsze jednak co mogłoby się zdarzyć w tej niewygodnej sytuacji byłoby to, że proszący nie ponowi pytania. Aby taką sytuację sprowokować możesz powiedzieć przy pierwszym kontakcie:
– To ja zobaczę i dam ci znać w tygodniu.
Pamiętaj koniecznie o użyciu tego  mało precyzyjnego zwrotu „w tygodniu” zwłaszcza jeśli proszący napada cię we wtorek lub środę i mówi, że przed weekendem chciałby tę sprawę zakończyć. W tym wypadku możesz spokojnie poczekać do piątkowego, późnego popołudnia a jeszcze lepiej do soboty i w końcu zadzwonić z niewinnym pytaniem:
– To kiedy przekazujemy im pieniądze?
Jest bardzo duża szansa, że na takie pytanie otrzymasz odpowiedź, że już zostało to dokonane. Nie zapomnij wtedy wyrazić swego rozgoryczenia z tego powodu zasypując rozmówcę listą wyrzutów i wyjaśnień zaczynają od:
– To nie mogłaś do mnie zadzwonić albo przyjść, przecież wiesz, gdzie mieszkam?
Na argument, że proszący czekał na kontakt od ciebie należy odpowiedzieć:
– Ale nie miałam pieniędzy na koncie (telefonicznym) i nie miałam jak zadzwonić, i nie miałam przecież kiedy kupić doładowania, bo przecież pracuję i jeszcze mam małe dziecko.
Nadawaj w ten sposób kilka minut, nie dając dojść rozmówcy do słowa, wyraź rozczarowanie postawą proszącego jak i innych zaangażowanych w tę akcję osób. Pamiętaj także o modulacji głosu, by zawierało się w nim święte oburzenie i rozżalenie.
Ten ostatni sposób jest najbardziej godny polecenia, bowiem gwarantuje, że proszący nie tylko zaniecha swych niewczesnych próśb na przyszłość, ale zapamięta sobie, że w razie gdyby to Tobie coś się przydarzyło nie powinien wścibiać nosa w Twoje sprawy. Wszak przezorny zawsze powinien być ubezpieczony, a w ogóle to każdy musi sobie radzić sam. Tobie wszak nikt nie pomaga.  

Mordercze żądze

obudziły się we mnie …

obudziły się we mnie dziś w nocy…

Powiedzcie jak przekonać męża do zrobienia porządku z jego trąbami jerychońskimi ?
Bo przecież chyba można coś na to poradzić ?

Tak, wiem.
Dwadzieścia lat temu mi nie przeszkadzało. Ale wtedy to ja mogłam spać w każdych warunkach i o każdej porze i jedyne co mnie wybudzało to było głośniejsze westchnięcie któregoś z dzieci, po za tym można mi było koło ucha strzelać z armaty.

Słowotok

Leje.
Nic nie dała…

Leje.
Nic nie dała zmiana czasu – tylko w niedzielę o ósmej było w miarę jasno. Zaraz potem potem niebo przybrało kolor papieru toaletowego, tudzież pasztetowej i takie trwa. Celowo nie piszę, że niebo kolor ścierki bo po 1. jest to tak powszechnie stosowany zwrot, że aż się wstydzę go używać więc usiłuję błysnąć poranną formą, po 2. moje ścierki są kolorowe – zarówno te kupowane w sklepie jak i te stosowane okazjonalnie, sporządzone naprędce ze starej koszulki.
Pisze się naprędce ??? Nie wiedziałam, edytor mi podkreśla.
W każdym razie jest szaro. O ósmej rano mam zmierzch. I o dwunastej mam zmierzch.Że nie wspomnę o piętnastej trzydzieści kiedy następuje zmierzch zmierzchu.
No tak, i teraz wszyscy wielbiciele prozy o wampirach będą tu zaglądać.
A przy okazji mam pytanie. Może ktoś czytał owe dzieło w oryginale i jest w stanie mi powiedzieć, czy po angielsku jest to równie ubogi język jak po polsku? Bo ja dobrnęłam do połowy 1 części i wymiękłam. Nie mogłam znieść tego, że dziewczyna na każdej stronie wbijała wzrok w ziemię a chłopak, Edward?, z niewyjaśnionych dla mnie przyczyn wciąż się wściekał. Tak sobie siedział, prowadził luźną konwersację o wampirzym życiu i nagle robił się wściekły. Nie wiem w końcu czy był wampirem czy nie, ale na pewno był bardziej niestabilny uczuciowo niż Judyta w filmowej wersji "Nigdy w życiu".
Ale ja przecież nie o tym…
Zaczęłam afirmować ciepłe kraje. W góglu (Szwedzi tak śmiesznie wymawiają "gógiel") pogoda ustawiłam sobie podgląd pogody na Gran Canaria, i Aix-en-Provece.  Żeby afirmować. Zwłaszcza tę Prowansję, o której marzę o dziecka. W końcu trzeba zacząć spełniać marzenia. To, że zaczynam afirmować, znaczy, że zaczynam wierzyć, że TO jest możliwe. Bo mnie się w te szarości marzy ciepła woda przy ciepłym piachu i ciepły wiatr na twarzy. I słońce. Ale nie upał. A w Aix na jutro zapowiadają 19 stopni i słońce.
I właściwie to ja nie miałam nic do powiedzenia, po za stwierdzeniem faktu pogodowego. I braku sensu w zmianie czasu w Szwecji.
Najgorzej, że wiem, że teraz tak będzie co najmniej do połowy stycznia.

Kościół

Kiedy Viola powiedziała …

Kiedy Viola powiedziała o mszy nie byłam zachwycona. Moja antyklerykalno-kościołowa postawa otrząsnęła się ze wstrętem.
A jednak pojechaliśmy do Skovde, zabierając naszych pogrążonych w żałobie przyjaciół.
Są sytuacje gdy przekracza się progi, których nie chce się przekroczyć. Robi się to w imię przyjaźni. Im ta msza była potrzebna a my, ich przyjaciele i znajomi, ludzie którzy mają stać się erzacem rodziny pozostałej w Polsce, my czuliśmy, że powinniśmy tam być.
I byliśmy. Mała grupka dorosłych i troje dzieci.
Msza była piękna.
Taka…ludzka.

Tak. Misjonarski Kościół Katolicki w Skovde godzi mnie z kościołem.
 

Nie choruj w Szwecji

Wydarzenia ostatnich dni…

Wydarzenia ostatnich dni nasuwają mi zatrważający wniosek : strzeżcie się szwedzkich medyków.

Po 1.
Kiedy przyszłam do mojej „Małej Łączki” w przedszkolu, prawie natychmiast rzuciło mi się w oczy, że Adek jest dzieckiem innym. Ponad trzyletni chłopczyk w pieluszce, mówiący tylko „tigidigidi”, bardzo aktywny, nie reagujący ani na wołanie swego imienia ani na ból. Nigdy nie wołający mama, nigdy nie nawiązujący kontaktu. Początkowo sądziłam, że to upośledzenie, ale zdarzyło się jednego razu, gdy śnieg już prawie zniknął, że  Adek na podwórku sięgnął po sanki. Wtedy już wiedziałam, że on zawsze wie czego chce i że wskazuje różne rzeczy świadomie. Po cichu, wprost do jego ucha powiedziałam „ Nie ma śniegu żeby jeździć na sankach” i Adek sanki zostawił.
Kilka razy jeszcze zdarzały mi się sytuacje, że Adek posłuchał tego co powiedziałam bardzo cicho, wprost do jego ucha.
Ponieważ nie jestem ani lekarzem, ani psychologiem, ani nawet pedagogiem nie odważyłam się postawić jawnej diagnozy, ale po cichu domyślałam się autyzmu.
Dziecko było ewidentnie niepełnosprawne, ewidentnie wymagało specjalnego traktowania, specjalnych metod, ale nikt tego nie zalecił, nikt opiekunkom w przedszkolu niczego nie podpowiedział po za próbą nauczenia chłopca języka migowego…
Wiosną rodzice zabrali Adka na spotkanie z psychologiem. Niestety – ponieważ Adek nie wykazał zainteresowania proponowanymi ćwiczeniami (zdziwiłabym się, gdyby wykazał) bardzo mądry psycholog orzekł, że postawienie diagnozy a zatem i przekazanie zaleceń jest niemożliwe.
Rodzice zabrali Adka do ojczyzny taty na południu Europy i dziecko wróciło z diagnozą ”autyzm” oraz wskazówkami jak z nim pracować. O tym jak Adek zaraz po powrocie dał buziaka mamie – pisałam w stosownym czasie.
Po 2.
Zuzia jest w Szwecji. Po wstępnym spotkaniu z pielęgniarką, ponieważ Zuzi zbliżał się termin kolejnego szczepienia, a to ordynuje tylko lekarz, ustaliłyśmy spotkanie z lekarzem oraz z tłumaczem, żeby przetłumaczyć wszystkie informacje z zuzinej książeczki dziecka.
”Nadejszła wiekopomna chwila”…
Na pierwszej stronie książeczki jest kolorowa karteczka.
– Co to ? –
– To certyfikat, że dziecko słyszy
Pani doktor – oczy wielkości 5 koron. Lecimy dalej (kolejność mogłam pomylić)
– A co to ?
– 10 punktów Apgar.
– 10 punktów ? To dużo…
– Co to ?
– Badania przesiewowe
– Co  takiego?
Tłumacz, słyszałam to, tłumaczy opisowo, że chodzi o wykrycie niektórych chorób.
Pani doktor kiwała głową, robiła mądrą minę, ale sprawiała wrażenie, że jednak nie rozumie. No. Nasz Pawełek jest genialnym tłumaczem, ale wiedzy medycznej nie posiada, może w tym ból ?
– A co to ?
– USG brzucha…
– A to ?
– USG główki…
– Tyle badań ? Czy dziecku urodziło się chore ?
(Hallo! 10 AP ! Czy to coś mówi, pani doktor?!)
– Nie, tylko to są normalne badania noworodków w Polsce
Miałam wrażenie, że pani doktor zbiera szczękę z podłogi.
Badanie bioderek ? Proszę bardzo – pani doktor zbadała rączkami. USG ? Ale po co ?
Ale szczepienie przeciw pneumokom, tutaj jest gratis. Rotawirusy? Po co? Tu się tego nie stosuje, rodzice o to nie pytają, lekarze nie proponują… Pani doktor nie wiedziała nawet jak i gdzie zamówić taką szczepionkę.
Doszliśmy do systemu miar i wag.
– Ona się urodziła 60 cm długa ? Nie, to musiał być błąd w miarze. Dzieci się nie rodzą takie długie. Noworodek ma najwyżej 56 cm.
Teraz ja musiałam pozbierać szczękę z podłogi. Tydzień wcześniej pielęgniarka mierzyła Zuzię, i wtedy dziecko mierzyło 64 cm. To znaczy, że w ciągu niespełna trzech miesięcy niemowlak miał urosnąć co najmniej 8 cm ?
Niemniej pani doktor się upierała i nie dała się przekonać. Bo, proszę w komputerze to ona ma schemat długości noworodków, i tam wyraźnie pokazuje, że nie ma noworodków sześćdziesięciocentymetrowych. Koniec. Kropka.
Zuzia miała katarek i Misia pytała czy to normalne, że dziecko karmione piersią ma katar trzeci raz w ciągu trzech miesiącu.
– Nooo, to możliwe….
Czemu mnie nie przekonał ton głosu ?
Czemu z całej wizyty wyniosłam przekonanie, że jeśli (tfu przez lewe ramię) Zuzia zachoruje to będę szukać polskiego lekarza i to wcale nie z powodu bariery językowej ? A najlepiej wyślę moje Sokoły do Polski, do naszej doktor Ani.
Po 3.
Sposób leczenia zmarłego przedwczoraj synka naszych przyjaciół.
To co opowiadał nam tata chłopczyka to jakiś horror jest.
7 prześwietleń rentgenem w ciągu niespełna dwóch miesięcy ? Zastrzyk znieczulająco-zwiotczający do badań USG ? Trzykrotne otwieranie klatki piersiowej w ciągu pierwszych tygodni po urodzeniu, bo po plastyce komory serca lekarz najpierw nie zobaczył, że odpływ jest za mały, a potem  następna, bo się okazało, że się jeszcze coś, czego NIE ZOBACZONO.
Dwa tygodnie w przyszpitalnym hotelu, potem dwa tygodnie w domu i poza kolkami wszystko było dobrze. Natlenienie organizmu było w odpowiedniej wysokości i stabilne. Do piątku przed tygodniem, gdy pojechali na kontrolę. Miało być standardowe USG. Podano ów zastrzyk. Potem już było tylko gorzej. Nie pomogło włożenie baloników…

Nie wiem jak cudem Szwedzi szczycą się niską umieralnością noworodków. Ten maluszek im statystyk nie zaniży, bo wiek noworodkowy to 6 tygodni, a on tylko co skończył dwa miesiące.
Nie ma badań, lekarze sprawiają wrażenie jakby mieli wiedzę niższą od przeciętnej pielęgniarki.
I jeszcze to co mnie zastanawia.
Mieszkam tu dwa lata. Mieszkam na okrągło. W zimę i lato. W mróz i upał. W wakacje i w roku szkolnym. I po za Adkiem nie widziałam ANI JEDNEGO chorego dziecka. Nie ma dzieci na wózkach, z zespołem Downa, chodzących o kulach. Nie spotykam ich w szkołach gdzie pracuję okazjonalnie. Nie spotykam z rodzicami w sklepach. Nie widać ich latem na plaży ani na spacerach w parku. Młody w swojej ogromnej szkole tez nie przypomina sobie ani jednego takiego przypadku.
Czy to genialna opieka zdrowotna czy system społeczny „po co babcię denerwować, niech się babcia cieszy” sprawia, że takie dzieci po prostu nie istnieją ?  

Nie!

Dwumiesięczny synek …

Dwumiesięczny synek naszych przyjaciół zmarł wczoraj.
To szok. Żal. Ale i wściekłość.
Bo zdaje się, że lekarze zrobili wszystko co można żeby do tego stanu doprowadzić.
Dziecko przeżyło trzy operacje, choć można było wszystko zrobić podczas jednej. Ale lekarzowi kardiochirurgowi nie przyszło chyba do głowy żeby sprawdzić czy krew płynąca do serca ma jak odpłynąć.
Po operacjach dziecko miało się coraz lepiej. Aż do piątkowej kontroli USG przed którą dostało lek zwiotczający.

Chłopczyk był śliczny jak różna
Dobre kochane dziecko.
Wierszyk niech będzie nieduży,
Nie religijny, świecki…

Zmarł wczoraj.
A my trwamy w szoku.

Wybuchłam

Nie wiem co dokładnie …

Nie wiem co dokładnie było przyczyną.
Może to, że zdałam sobie sprawę, że angielski może zająć dużo więcej czasu niż liczyłam szczególnie przy takim systemie jaki ma nauczycielka czyli żadnym.
Bo właśnie zaczynam ostatni poziom szwedzkiego i do tego by zacząć studia najdalej za rok brakuje mi tylko odpowiedniego świadectwa z angielskiego.
A może po prostu po dwóch tygodniach BEZ Karoliny i jej metod nauczania (najpierw ona była chora, potem w ona była szkole, potem znów chora, potem ja pracowałam) straciłam odporność.
I czujność.
Pół lekcji przesiedziałam z narastającym wkurwem.
Po 1. Rasha co ledwie duka po szwedzku (jakim cudem skończyła SFI ???), na angielskim koniecznie chciała zabłysnąć…Ewidentnie popisywała się tym, że wie , ze już zna. Taki sam numer wycięła mi na ostatnim ustnym sprawdzianie – ja z bólem wydukałam kilka słów, ona sobie swobodnie gadała – jak taka dobra to co robi na kursie dla początkowych?
Po 2. Metoda Karoliny polegająca na przepisaniu zdania z książki i przetłumaczeniu go na szwedzki. Biegiem wypisanie na tablicy odmiany czasownika "have" sprint do jakiegoś pytania, w poprzek przez angielski alfabet powrót do owego have ale z dodatkiem got.
– Co to znaczy got ? – zapytałam
– Get – dostałam odpowiedź.
Rzuciła zdankiem, które z angielskiego na szwedzki a ze szwedzkiego na polski zabrzmiało "ja mam ołówek" i "on ma ołówek" co miało mi pokazać różnicę pomiędzy używaniem i nieużywaniem…
Wstałam, zebrałam moje rzeczy, bo łzy wściekłości już mi oczy zalewały i wyszłam.
Rozryczałam się w łazience.
Byłam umówiona na 10 z doradcą szkolnym na wybór przedmiotów na wiosnę. Poszłam, choć może lepiej  było nie iść. Poszłam jednak i mi się wylało. Rozbeczałam się na amen. I zwyczajnie naskarżyłam. Że w grupie jestem tylko ja, która pojęcia o angielskim nie ma. Że Karolina jest młoda i nie ma doświadczenia ale też nie ma chęci by pomóc. Że próbowałam z nią rozmawiać, powiedzieć, że potrzebuję więcej ćwiczeń, to powiedziała, że nie rozumie o co mi chodzi. Że właściwie to w domu powinniśmy pracować co najmniej 7 godzin w tygodniu, ale w takim razie po co mam chodzić szkoły i po co mi nauczyciel skoro mam się wszystkiego dowiedzieć sama ?
Zdesperowana zapytałam o kursy zawodowe.
Trudno, nie skończę tych studiów, zrobię kurs kasjerki, pójdę do sklepu albo co innego.
Doradca obiecała mi rozmowę z rektorem, żeby się dowiedzieć czy są inne możliwości nauki angielskiego.
Mam zgryza, bo.
Bo nie lubię być skarżypytą.
Bo wiem, że to nic nie da, bo nie ma innego nauczyciela.
Bo nie mam kasy na kurs prywatny a tylko to by mi chyba pomogło.

Bo zwyczajnie się boję, że sobie nagrabiłam.