Wydarzenia ostatnich dni…
Wydarzenia ostatnich dni nasuwają mi zatrważający wniosek : strzeżcie się szwedzkich medyków.
Po 1.
Kiedy przyszłam do mojej „Małej Łączki” w przedszkolu, prawie natychmiast rzuciło mi się w oczy, że Adek jest dzieckiem innym. Ponad trzyletni chłopczyk w pieluszce, mówiący tylko „tigidigidi”, bardzo aktywny, nie reagujący ani na wołanie swego imienia ani na ból. Nigdy nie wołający mama, nigdy nie nawiązujący kontaktu. Początkowo sądziłam, że to upośledzenie, ale zdarzyło się jednego razu, gdy śnieg już prawie zniknął, że Adek na podwórku sięgnął po sanki. Wtedy już wiedziałam, że on zawsze wie czego chce i że wskazuje różne rzeczy świadomie. Po cichu, wprost do jego ucha powiedziałam „ Nie ma śniegu żeby jeździć na sankach” i Adek sanki zostawił.
Kilka razy jeszcze zdarzały mi się sytuacje, że Adek posłuchał tego co powiedziałam bardzo cicho, wprost do jego ucha.
Ponieważ nie jestem ani lekarzem, ani psychologiem, ani nawet pedagogiem nie odważyłam się postawić jawnej diagnozy, ale po cichu domyślałam się autyzmu.
Dziecko było ewidentnie niepełnosprawne, ewidentnie wymagało specjalnego traktowania, specjalnych metod, ale nikt tego nie zalecił, nikt opiekunkom w przedszkolu niczego nie podpowiedział po za próbą nauczenia chłopca języka migowego…
Wiosną rodzice zabrali Adka na spotkanie z psychologiem. Niestety – ponieważ Adek nie wykazał zainteresowania proponowanymi ćwiczeniami (zdziwiłabym się, gdyby wykazał) bardzo mądry psycholog orzekł, że postawienie diagnozy a zatem i przekazanie zaleceń jest niemożliwe.
Rodzice zabrali Adka do ojczyzny taty na południu Europy i dziecko wróciło z diagnozą ”autyzm” oraz wskazówkami jak z nim pracować. O tym jak Adek zaraz po powrocie dał buziaka mamie – pisałam w stosownym czasie.
Po 2.
Zuzia jest w Szwecji. Po wstępnym spotkaniu z pielęgniarką, ponieważ Zuzi zbliżał się termin kolejnego szczepienia, a to ordynuje tylko lekarz, ustaliłyśmy spotkanie z lekarzem oraz z tłumaczem, żeby przetłumaczyć wszystkie informacje z zuzinej książeczki dziecka.
”Nadejszła wiekopomna chwila”…
Na pierwszej stronie książeczki jest kolorowa karteczka.
– Co to ? –
– To certyfikat, że dziecko słyszy
Pani doktor – oczy wielkości 5 koron. Lecimy dalej (kolejność mogłam pomylić)
– A co to ?
– 10 punktów Apgar.
– 10 punktów ? To dużo…
– Co to ?
– Badania przesiewowe
– Co takiego?
Tłumacz, słyszałam to, tłumaczy opisowo, że chodzi o wykrycie niektórych chorób.
Pani doktor kiwała głową, robiła mądrą minę, ale sprawiała wrażenie, że jednak nie rozumie. No. Nasz Pawełek jest genialnym tłumaczem, ale wiedzy medycznej nie posiada, może w tym ból ?
– A co to ?
– USG brzucha…
– A to ?
– USG główki…
– Tyle badań ? Czy dziecku urodziło się chore ?
(Hallo! 10 AP ! Czy to coś mówi, pani doktor?!)
– Nie, tylko to są normalne badania noworodków w Polsce
Miałam wrażenie, że pani doktor zbiera szczękę z podłogi.
Badanie bioderek ? Proszę bardzo – pani doktor zbadała rączkami. USG ? Ale po co ?
Ale szczepienie przeciw pneumokom, tutaj jest gratis. Rotawirusy? Po co? Tu się tego nie stosuje, rodzice o to nie pytają, lekarze nie proponują… Pani doktor nie wiedziała nawet jak i gdzie zamówić taką szczepionkę.
Doszliśmy do systemu miar i wag.
– Ona się urodziła 60 cm długa ? Nie, to musiał być błąd w miarze. Dzieci się nie rodzą takie długie. Noworodek ma najwyżej 56 cm.
Teraz ja musiałam pozbierać szczękę z podłogi. Tydzień wcześniej pielęgniarka mierzyła Zuzię, i wtedy dziecko mierzyło 64 cm. To znaczy, że w ciągu niespełna trzech miesięcy niemowlak miał urosnąć co najmniej 8 cm ?
Niemniej pani doktor się upierała i nie dała się przekonać. Bo, proszę w komputerze to ona ma schemat długości noworodków, i tam wyraźnie pokazuje, że nie ma noworodków sześćdziesięciocentymetrowych. Koniec. Kropka.
Zuzia miała katarek i Misia pytała czy to normalne, że dziecko karmione piersią ma katar trzeci raz w ciągu trzech miesiącu.
– Nooo, to możliwe….
Czemu mnie nie przekonał ton głosu ?
Czemu z całej wizyty wyniosłam przekonanie, że jeśli (tfu przez lewe ramię) Zuzia zachoruje to będę szukać polskiego lekarza i to wcale nie z powodu bariery językowej ? A najlepiej wyślę moje Sokoły do Polski, do naszej doktor Ani.
Po 3.
Sposób leczenia zmarłego przedwczoraj synka naszych przyjaciół.
To co opowiadał nam tata chłopczyka to jakiś horror jest.
7 prześwietleń rentgenem w ciągu niespełna dwóch miesięcy ? Zastrzyk znieczulająco-zwiotczający do badań USG ? Trzykrotne otwieranie klatki piersiowej w ciągu pierwszych tygodni po urodzeniu, bo po plastyce komory serca lekarz najpierw nie zobaczył, że odpływ jest za mały, a potem następna, bo się okazało, że się jeszcze coś, czego NIE ZOBACZONO.
Dwa tygodnie w przyszpitalnym hotelu, potem dwa tygodnie w domu i poza kolkami wszystko było dobrze. Natlenienie organizmu było w odpowiedniej wysokości i stabilne. Do piątku przed tygodniem, gdy pojechali na kontrolę. Miało być standardowe USG. Podano ów zastrzyk. Potem już było tylko gorzej. Nie pomogło włożenie baloników…
Nie wiem jak cudem Szwedzi szczycą się niską umieralnością noworodków. Ten maluszek im statystyk nie zaniży, bo wiek noworodkowy to 6 tygodni, a on tylko co skończył dwa miesiące.
Nie ma badań, lekarze sprawiają wrażenie jakby mieli wiedzę niższą od przeciętnej pielęgniarki.
I jeszcze to co mnie zastanawia.
Mieszkam tu dwa lata. Mieszkam na okrągło. W zimę i lato. W mróz i upał. W wakacje i w roku szkolnym. I po za Adkiem nie widziałam ANI JEDNEGO chorego dziecka. Nie ma dzieci na wózkach, z zespołem Downa, chodzących o kulach. Nie spotykam ich w szkołach gdzie pracuję okazjonalnie. Nie spotykam z rodzicami w sklepach. Nie widać ich latem na plaży ani na spacerach w parku. Młody w swojej ogromnej szkole tez nie przypomina sobie ani jednego takiego przypadku.
Czy to genialna opieka zdrowotna czy system społeczny „po co babcię denerwować, niech się babcia cieszy” sprawia, że takie dzieci po prostu nie istnieją ?