27. Sobota nad jeziorem Maggiore

Dzień był mglisty i bezwietrzny. Mgła taka, że można ją było kroić.
Pojechaliśmy odwiedzić klasztor św. Katarzyny Aleksandryjskiej nad jeziorem Maggiore.
Niby jestem racjonalna i przyziemna do bólu, ale nie zaszkodzi oddać hołd patronce.

A to dzięki tej dwójce ta podróż była możliwa. Dziękuję.

A następnego dnia, jeszcze przed świtem pożegnałam Italię.
Ale nie powiedziałam jej Żegnaj lecz Do zobaczenia.

26. Nie lubię takich dni

Od kilku dni wieje, a każdego dnia wieje jeszcze mocniej niż poprzedniego. Niebo zszarzało, wszystko zszarzało. Niby +6 (w porywach do +8) ale zimno jak cholera.
A skoro wieje – to ja jestem niespokojna. Mam problem z zasypianiem, więc po dłuższym czasie wiercenia się i wybudzania co chwila, wreszcie układam się na brzuchu i zasypiam. Niestety 2-3 godziny później budzi mnie ból głowy. Ten znany.
I tak od poniedziałku.
Szfak.
Dziś na dodatek zobaczyłam że samochód sąsiada (Głupka -tego od psów) zjechał parkingu i stoi w poprzek uliczki. Szkoda samochodu, szkoda też kogoś, kto na niego wpadnie, a jak jakieś służby go zobaczą to może wlepią mandat. Głupkowa jeździła, co poznałam wieczorem po tabliczce „Nauka jazdy” i pewnie nie zaciągnęła ręcznego. Albo coś…
Chwilę zajęło mi odszukanie numeru Głupka bo okazało się, że nie mam go zapisanego. Potem chwilę zanim ustaliłam co mu napisać. Potem chwilę biłam się z myślami czy może jednak lepiej zadzwonić np. domofonem…
Potem jeszcze miałam inne pomysły. I tak zrobiła się 3 nim zasnęłam. Dwie godziny snu szlag trafił.
Obudziłam się równo o 7 i tylko dlatego, że Tośka zaczęła drzeć japę.
No więc galopem…
I tak cały dzień.
Bieżącej roboty nie tknęłam, bo gasiłam pożary stare i nowe…
Napisałam skargę do autoryzowanego na sposób pracy jego pracowników i zażądałam zmniejszenia faktury. Bezczelnie napisałam, że długi czas pracy może być wynikiem barku kompetencji i doświadczenia, bo co innego mam sądzić, jeśli pytają mnie o to jest zaksięgowane na koncie, którego nazwa stoi jak byk.
Maila wysłałam do wiadomości Sarze, która stwierdziła, że jestem odważniejsza od niej. I tu na mnie spadły wątpliwości, bo może przegięłam? Mój szwedzki jest mało finezyjny, do tego mój naturalny talent do dyplomacji (nawet po polsku) jest na poziomie -(minus) 8.
Inna rzecz, że tylko dzięki przytomności Sary dowiedzieliśmy się, że ci gamonie nie wysłali dokumentów do urzędu. Oni sami z siebie nie raczyli nas poinformować. A ja przyjęłam, że skoro coś się robi to od początku aż do końca a jak nie to się dopilnowuje by klient zrobił to, co do niego należy. Co też wytknęłam w mailu. A oni „nie wysłali, bo tego nie ustaliliśmy” noż… Nawet Sara mówi, że stawiali głupie pytania, że autoryzowani księgowi o takie głupoty to pytać nie powinni. Oraz, że cała ich usługa była poniżej wszelkiej krytyki.
A zapłacić kazali sobie bardziej niż słono.
P i K z którymi od niedawna też współpracuję aż się zatchnęli słysząc kwotę. A oni wiedzą jak ja pracuję bo też jeden bokslut mi robili.

Do pokazania zostały mi ostatnie zdjęcia, ale nie wiem kiedy dam radę, bo padam na pysk. A będzie jeszcze gorzej…
Byle do maja…

25. Piątek nad jeziorem Como

W piątek miałam opiekę – męża koleżanki. To ten co mi zajumał Tośkę.
Do miasteczka Como pojechaliśmy pociągiem, choć L. był dość sceptyczny. Ale w końcu okazało się to być najlepszą decyzją.
Bo w cenie biletu mieliśmy pływanie po jeziorze oraz powrót. Bilet był całodzienny więc nic nas nie goniło.
W Como poczułam się jak lokals. Bo jedna pani, turystka, nie wiedziała na jaki statek ma wsiąść, by dopłynąć do określonej miejscowości. I wtedy jedna ze stojących w kolejce nastolatek (na oko za 2-3 lata starsza od mojej Zuzu) powiedziała, że zapyta … i poszła do budynku portu. Pani opadła szczęka i urosły oczy. Spojrzała na mnie (wiedziała, że ja też nietutejsza) szukając zrozumienia dla swojego szoku. Na co ja przybrałam minę „MY, w Italii to tak przyjmujemy gości” bo już się czułam półWłoszką z racji tego, że ich życzliwość i kontaktowość mnie nie zaskakuje.

A potem popłynęliśmy. Jeszcze później połaziliśmy. Posiedzieliśmy w słońcu. Porobiliśmy zdjęcia pokazując sobie wzajemnie co nam wyszło i co chcieliśmy żeby było. Potem wróciliśmy do Como i znowu łaziliśmy.
Widziałam wstający dzień nad górskim jeziorem, stare przystanie, pyszne wille, wąskie uliczki pełne rannego światła i głęboki cień tych samych. Podglądałam detale i ludzi. Widziałam niecodziennych gości w restauracyjnym ogródku, nietypowe pnącza na drzewach i kwitnącą mimozę. I pewnym żalem śledziłam upływ czasu.

Zdjęcia nadal (tak już zostało do końca) w jpg a nie w RAW i edycja ich nie zostawiła wiele możliwości.

Bonus dla tych co obejrzeli do końca:
Zdjęcia z podglądania ludzi telefonem.

24. Czwartek w Mediolanie

W Mediolanie zastanawiałam się czy współczesne „kościoły” czyli wieżowce ze szkła i stali przetrwają tyle, ile tamte sprzed wieków. Oglądałam ogrody na balkonach. Zachwyciłam jednym samochodem. Zagapiłam się na mistrza Leonarda i poczułam się maleńka. Rozczarowałam La Scallą. Obejrzałam centrum próżności. Wjechałam na dach Katedry jak burżujka. Obejrzałam zamek Sforzów od zewnątrz.
Zakochałam się w platanie. Nie spotkałam zielonych papug, ale za to spotkałam wiewióra. Oraz trzy razy zmieniałam pociąg, żeby nie wsiadać do „byle jakiego”, ale koniec końców dojechałam bez przygód tam, dokąd miałam dojechać.

PS1: nie wiem jakim cudem Nikon przestawił się z RAW na JPG, więc edycja zdjęć została mocno ograniczona. Dlatego są, jakie są.
PS2. Wycieczkę do Mediolanu opracował Max – syn moich Italieńców dzięki czemu szłam po prostu z punktu A do punktu B. Z tego miejsca serdecznie mu dziękuję.

21. Wróciłam

W niedzielę po południu wróciłam. Tosia czekała na mnie na lotnisku wraz z EksM. W domu czekał Basil.
Dwie godziny się snułam po chałupie nie mogąc ani się zmusić do zrobienia czegokolwiek, ani do spokojnego siedzenia na kanapie. Wreszcie o 18 wylądowałam w łóżku i spałam do 4 rano następnego dnia.
Potem wstałam, wypiłam ziarenka, wyszłam z Tosią… i poszłam dalej spać.
Czułam się połamana, obolała, zmarznięta i chora. Wstawałam na godzinę -dwie, a potem znowu zasypiałam.
Ale to chyba było tylko zmęczenie, bo dziś jest lepiej. Choć znowu najchętniej poszłabym spać, ale nie mogę bo o 9 terapia online.

W Italii widziałam:
– Wenecję: przebierańców, Wielki Kanał, Bazylikę Św. Marka. Pływałam Vaporetto oraz zgubiłam się w labiryncie uliczek.
– Mediolan: katedrę Duomo, miasto z dachu katedry, jeszcze jeden kościół, zamek Sforzów, platan bez liści oraz trzy dworce kolejowe
– Como oraz Torno nad jeziorem Como.
– Klasztor świętej Katarzyny nad jeziorem Maggiore, ale jeziora nie widziałam, bo była mgła.
Poza tym zmarzłam do szpiku kości, zostałam przepędzona po górach i wspięłam się na wysokość 50pięter. Jeździłam skrajem przepaści i umierałam ze strachu. Chodziłam bez kurtki i nadal było mi za ciepło, wystawiałam twarz do słońca i cieszyłam się pięknymi widokami oraz pięknymi ludźmi. Jadłam same dobre rzeczy i nie tylko pomidory.
Jadłam ser, jeszcze więcej sera, a nawet parmezan. Jadłam mięso różnych zwierząt. Jadłam też węgolowodany. Nie miałam migreny, zgagi i spadków cukru.
Doznałam zadziwiającej ludzkiej życzliwości od zupełnie obcych ludzi, dostałam kawę „na piekne oczy” i byłam wpuszczona tam, gdzie nie wolno.
Doznałam też życia rodzinnego w nieznanej mi postaci, troski i serdeczności w takiej ilości, że zgłupiałam i nie potrafiłam nawet podziękować.
Naładowałam baterie.
Zdjęcia będą ale po trochu, bo nie da rady tak pstryk i ogarnąć ponad 500 zdjęć. A to tylko w Nikonie.

20.

Z kronikarskiego obowiązku spieszę donieść, że w dniu 11 lutego 2025roku sąd powiatu Skaraborg zdecydował się zwrócić mi wolność.
Zatem byłam mężatką równe 34lata (bez 12dni).

Nie wiem co czuję.
Ale wiem czego na pewno NIE CZUJĘ: wątpliwości co do słuszności decyzji.

18. Biegiem

10 firm do zaksięgowania w całości, 3 do doksięgowania resztek. Z tych dziesięciu- trzech nie dostarczyło dokumentów do dziś. A dwunasty już jutro. Może i dobrze, że nie dostarczyli, bo i tak nie mam szansy się wyrobić…
Pełnia. Mróz. I słońce.
W duszy już pakuję walizkę.
Do Italii 4 dni.