Palnąć sobie w łeb!

Ja nie mogę!
Mąż…

Ja nie mogę!
Mąż dziś pojechał do architekta w sprawie projektu przłożenia instalacji gazowej.  Instalację gazową musimy przełożyć z dwóch powodów:
1) ponieważ chcemy przenieść kuchnię w miejsce dużego przedpokoju, a w jej miejsce urządzić pokój dla dzieci; stosowne pozwolenia od ZBK i Burmistrza posiadmy,
2) bowiem dwa razy do roku PaniPrezesWspólnoty urządza przegląd kominów i zawsze jest ta sama historia- kominiarz ma do mnie pretensje, że piecyk gazowy w łazience umieszczony jest zbyt daleko od komina i zachodzi obawa zatrucia spalinami; piecyk jest umieszczony zgodnie z projektem z lat 50.
Sądziłam, że w tej sytuacji- zrobię po prostu wymagany projekt, kuzyn  mający stosowne uprawnienia ten projekt zrealizuje  i już.
Architekt niestety nie jest optymistą.
Najpierw trzeba uzyskać zgodę na przeróbki od wszystkich lokatorów kamienicy, którzy są właścicielami zajmowanycyh mieszkań, w imieniu lokatorów najemnych taką zgodę musi wyrazić ZBK.
Kiedy lokatorzy wyrażą zgodę- muszę poprosić o opinię kominiarza. Do tego- miejsce gdzie postawię kuchenkę musi spełniać wymogi kubatury.
Jak już te warunki spełnię mogę się ze stosownymi dokumentami zgłosić do architekta. Pan architekt uda się z tymi dokumentami gdzieś tam i poprosi o zgodę. Na zgodę można czekać dwa tygodnie, jak się zgodzą- to wtedy pan sporządzi projekt a dalej to już droga prosta…
Ja nie mogę…Pół roku się będziemy z tymi babami użerać, dwie zlośliwe bezinetersownie, jedna głucha jak pień, inna boi się Pani Prezes, a druga inna jest z Panią Prezes skłócona, a jeszcze inna nie lubi mnie…
W łeb sobie palnę! Projekt ma kosztowac 500złotych. Kurcze! Za taką kasę to ja mogę się naprawdę pobawić w dobrym kabarecie.
Chyba sobie w łeb palnę! Mąż co prawda twierdzi, że on sie tym zajmie, ale ja wiem, że to tak nie ma. Teraz każdej jędzy razem i z osobna po 5 razy będę musiała tłumaczyc, że tak ,śmak i owak.
Was dziwi, że mówię o sąsiadkach "jędze"? To i tak najłagodniejsze określenia.
Parę dni temu spotkałam byłą sąsiadkę, kobietę w moim prawie wiku. Latem, ona i jej mąż, zmęczeni ciągłym nachodzeniem przez Panią Prezes, zakazami, nakazami, komisjami, ekspertyzami oraz awanturami za przyjmowanie gości po godzinie 20 – sprzedali działkę budowlaną, zlikwidowali zebrane oszczędności lokując je w mieszkaniu w innej kamienicy. Bo już nie mogli ani jednego dnia dłużej wytrzymać. O szykanowaniu kobiety utrzymującej siebie i dwójke nastoletnich dzieci jedynie z przemytu też kiedyś pisałam. Nie pisałam natomiast, że kiedyś wiecznie napadały na dzieci i czepiały sie ich za każdy papier na podwórku, i każde błoto na klatce, do tego stpnia, że dzieciaki nim wyszły z domu najpierw  sprawdzały czy nie ma żadnej w pobliżu.
A teraz muszę się z tymi jędzami dogadać.
Trzymajcie mnie !!!

Życzliwość w pracy i na co dzień

Uwielbiam! No po …

Uwielbiam! No po prostu uwielbiam naszą polską życzliwość. Serce rośnie normalnie…
Przyszedł klient. Przyniósł zaświadczenie o zarobkach z zakładu pracy. Co prawda- zaświadczenie na druku innym niż mój, ale najważniejsze dane były napisane jak trzeba, te brakujące dopisałam sama, uprzednio sprawdziwszy ich prawdziwość w zakładzie pracy. Moja Operatorka nie widzi w przeszkód w takich uzupełnieniach. Niestety- dziś akurat ma urlop. Pani , która ją zastępuje, uznaje moje wyjaśnienia za niewystarczające i każe wymienić zaświadczenie.
– Ale pani M. zawsze sie godziła na taką formę – protestuję.
– Może pani M. to wystarczy ale ja poproszę o wymianę – słyszę w odpowiedzi. No cóż – z silniejszym nie ma sensu się spierać. Zatem  muszę teraz znaleźć klienta, który jest w pracy i nie ma komórki. Dziwne, że nie ma? No, dziwne, ale widać są tacy dziwacy. Dzwonię do domu- ale odbiera syn i mówi, że tata będzie po 15.
Po 15 to na nic- biura zawyczaj pracują też do 15 i klient nowego zaświadczenie nie załatwi dziś, a tu liczy się czas. Myślę. Myślę. Myślę…wiem!
Poproszę panią, która wystawiała poprzednie zaświadczenie by wypisała nowe, podyktuję dokładnie dane jakie mają być lub przefaksuję wzór, poproszę też o znalezienie przełożonego klienta i poproszę o pomoc w skontaktowaniu się.
Dzwonię. Przedstawiając siebie i sprawę uśmiecham się do słuchawki. Pani po drugiej stronie przerywa mi w pół słowa, ledwie zdążyłam powiedziec, że brak pewnych danych na zaświadczeniu…
– To dawajcie swoje druki, skąd ja mam wiedzieć, co wam trzeba, a potem tylko w kółko przepisuj każdemu…
Grzecznie tłumaczę, że klient do niej trafił wcześniej niż do mnie, że rozumiem, ale przecież nic na to nie poradzę i czy teraz mogłabym ją prosić o wypisanie kolejnego…
Znów mi przerywa, żądając by klient jej dostarczył druk.
Usiłuję wytłumaczyć, że zależy nam na czasie, ża podam jakie ma wpisać dane, że…Nie słucha mnie.
– Nie będę biegać za tym panem- warczy do słuchawki.
– Ależ ja wcalę o to nie proszę, ten pan sie zgłosi na pewno sam po odbiór, gdyby tylko pani zechaciała…
Pani (?) babsko(!) po drugiej stronie słuchawki wyraźnie cierpi z niedowartościowania bo  puszy się wyraźnie władzą, napawa sie swą ważnością i ważnością swej pracy. Nie słuchając mnie , nie dopuszczając do głosu niczym zegarynka powtarza swoje , że ona ma dużo pracy, że ona nie będzie tutaj przepisywać zaświadczeń, nie będzie tu się gimnastykowac dla kogoś…
Nie słucham, tym razem ja usiłuję przerwać.
– Dziekuję pani bardzo za życzliwośc i pomoc. Naprawdę, bardzo mi pani pomogła.Bardzo. Do widzenia – rozłączam się.
Rozłączam się bo jeszcze chwila i nawrzeszczałabym na podłe babsko. Kobieto, nie chcesz pracować? Zwolnij się, nie blokuj miejsca innym, którym nie będzie przeszkadzało, że w pracy muszą pracować. A gdzie taka zwyczajna , bezinteresowna ludzka życzliwość? Wygląda na to, że zamiast tego mamy bezinteresowną złośliwość. Ta pani i tak w końcu będzie musiała wypisac to zaświadczenie. Mogła to zrobić bez złości zaskrabiając sobie wdzięczność moją i klienta. Wolała pokazać- co? Władzę? Swą ważność? Nie rozumiem. Poza wszystkim innym- ja bym się po prostu wstydziła takiego zachowania.

Klient przyszedł po 15 , z przepraszjącym , grzecznym uśmiechem wziął druk i poszedł. A mnie jest go żal jak pomyślę, że ma w poniedziałek rozmwiać z owym monstrum.

 

Ratunku! Mam męża sadystę!

Bo to było tak.<br …

Bo to było tak.
Ojciec moich dzieci od czasu do czasu przegląda zeszyty Młodego. Młodej nie rusza, bo po co zaczepiać o lekcja dzieciaka co nawet w gorączce sie kłóci, że chce do szkoły bo sprawdzian? Ale Młody to zupełnie co innego…I dlatego od czasu do czasu następuje w domu małe trzęsienie ziemi zwane sprawdzaniem zeszytów. Efekty są zazwyczaj takie same.
– Czemu tu puste karki?- pyta ojciec mojego syna.
– Eeee, nie miałem zeszytu w szkole
– Ale to było trzy tygodnie temu!
– Nooooo
– Nie przepisałeś?
– Eeeee, zapomniałem..
Szelest kartek. ( Ja nie wiem jak on to wszystko widzi? Ja tam nic takiego nie dostrzegam)
– Tu masz brak pracy domowej
– A tu znów brak lekcji
– A co to za uwaga? O, brak pracy domowej!
No i tak się przyjemnie wieczór toczy, aż do finału:
– Znów masz czas na wszystko poza nauką. Szlaban na komputer.
Młody ma w tym czasie nadrobić co powinien. Nadrabia. Komputerowym szlabanem się mocno nie martwi bo ma kolegów co też mają komputery…
Po tygodniu – powtórka z rozrywki. Konsekwencje poważniejsze : szlaban na kompa i na wyjścia do kolegów.
Nie ma problemu: Młody znajdzie sobie inne zajęcie. W końcu niedawno podłączyłam kablówkę, prawda?
Mija jakiś czas i znów trzęsienie ziemi. Uuuuu, kara jest jeszcze sroższa: szlaban na kompa, telewizję i wyjścia do kolegów.
Kara zadana. Ojciec mojego syna przezornie wsiada w samochód i jedzie sobie, zostawiając mi na głowie nudzącego się jak mops nastolatka. Myśli ktoś , że nuda skłoni go do zajęcia się lekcjami? Hahaha! Ależ skąd? Młody siedzi w fotelu z nudów dokucza każdemu w zasięgu wzroku, kłóci z siostrą, robi na złość matce. Snuje się po domu, jeczy, kwęka, psuje krew…
Zaczynam podejrzewać męża o skłonności do sadyzmu. Na dodatek- do dość wyrafinowanego. Nie mógłby wymyślić jakiejś innej kary? Kary dla syna, oczywiście, a nie dla mnie.
Nie mógłby. Nie ma pomysłu. Ja też go nie mam. Ale czasem…czasem, przyznaję się ze wstydem,  czasem myślę, że szkoda, że dzieci nie przywołuje się do porządku lekką chłostą i klęczeniem na grochu.

Co ja gadam?!
Nie jestem agresywna, nie jestem agresywna, nie jestem agresywna, nie jestem…

Leniwie płynący czas

Sobota.
Powolne …

Sobota.
Powolne sączenie się dnia. Niespiesznie pita kawa z biało-zielonego kubka ma zupełenie inny smak niż ta pita w pospiechu,w tupocie nóg dzieci szykujących się do szkoły.
Spokojny oddech syna mieszający się z pochrapywaniem męża. Puste łożko Misi, bo pojechała z harcerzami na rajd do Giżycka. P-Sunia zwinięta w kłębek na mojej poduszce, Kocio szczęśliwy bo najedzony może się powalać po moich kolanach. Nieśmiałe słońce zaglądające przez okno.
W portfelu niewielkie zasoby- zatem trzeba wykorzystać zapasy z zamrażarki. Super- nie trzeba się zrywać, biec, taszczyć koszyka. Choć tak naprawdę lubię sobotni klimat mojego miasteczka. Te niezwykłe tłumy ludzi, spotkania osób dawno niewidzianych, okrzyki:
– Oooo! cześć!
– Kopę lat 
– Dzień dobry!
– Co słychać?
– Schudłaś?
– Przytyłas?
– Jak dzieci? 
– Jak mama?
– Jak siostra?
– Pracujesz tam gdzie zawsze?
Zwykłe pogaduszki ludzi kiedyś bliskich teraz całkiem sobie obcych.  Dziś mnie to ominęło.
W południe zawieźlismy z mężem Fionkę do Doktora Bogdana na wyciągnięcie szwów. Biedna, drżała i ze strachu nawet nie próbowała się bronić. Kiedy wypuściłam ją u teściowej uciekła do kuchni i zza winkla popatrywała na mnie nieufnie, a przyłapawszy mój wzrok natychmiast przypadła brzuchem do ziemi. Oj, zdaje się, że długo mi tej krzywdy nie zapomni.
Spokojne sprzątanie, potem obiad z pieczonego mięsa, kartofli i kapusty pekińskiej. Młody pomaszerował na urodziny do kolegi.
I tak się lenię. Ale tylko dziś.
Na jutro zaplanowałam wykonanie 4 zeznań podatkowych. Zmęczę się zapewne, zatem mam przed czym odpoczywać.
trzymajcie się leniwie robaczki

Emerytowany dandys

Mamy w domu dwa …

Mamy w domu dwa stare, bardzo stare krzesła. Ciemnbrązowa politura, bordowy materiał wyściełający, siedziska na sprężynach. Stały sobie nieboraczki onegadaj w kuchni, potem trochę na strychu i w piwnicy, ale jednego razu wkurzyłam się na krzesło przy biurku, to typowe, obrotowe, że niewygodne, że się kiwa, bo kiedyś dzieci używały go jako karuzeli i przyniosłam sobie tamto stare. Może i niezbyt urodziwe, ale za to jakie wygodne! Oparcie wyprofilowane w ten odpowiedni kąt nachlenia nareszcie odciążyło moje plecy. A krzesło? Cóż urodą wtopiło się w , jak mawia iksińska, skansen epoki "późny Gierek". Był nawet dodatkowy pozytywny aspekt tej zamiany: o wyściełane oparcie Kocio mógł bez stresu drzeć swoje pazury bowiem nikt mu tego starego krzesła nie żałował.
Z czasem wszyscy przywykli to tego Emeryta, obrotowe poszło na wygnanie. A potem emerytowane krzesełko zaczęło się rozsypywać. Rozsuwały się nóżki, wypadało siedzisko.W którymś momencie zasiadanie na nim zaczęło nosić w sobie pewien ładunek emocji: jeszcze wytrzyma czy dziś już wyląduję na podłodze?
Mąż je sklejał, ale ono uparcie odmawiało współpracy. Miałam wrażenie, że nie lubi zwłaszcza mojej córki, ponieważ po każdym jej siedzeniu stawało się coraz bardziej powihrowane. No, cóż, ona je zmuszła do jednostajnego kołysania się na dwóch nóżkach, a ono wolało wyraźnie stabilne trwanie na czterech.
Były nawet zakusy by kupić konkurenta. Poważne, obrotowe krzesło, z wysokim oparciem, ze skóropodobną powierzchnią, ale żal mi sie zrobiło Emeryta. Popatrzyłam na niego uważnie. To piekne wygięcie na linii nóg i oparcia, wygdne siedziska, na wciąz mocnych sprężynach…
– Dałoby sie je jakoś porządnie odnowić? – zapytałam męża. Widziałam je oczami duszy- w jasnych barwach, z nową tkaniną, posklejane.
– Jakby to zrobić porządnie to mówię ci: niejedno krzesło jeszcze przeżyje – dodałam z głeboką wiarą we własne słowa.
– Pomyślę…- powiedział łaskawie.
Myślał i myślał i myslał…
Aż wczoraj wieczorem, gdy wróciłam z trudnego spotkania z Mądrą Panią mąż postawił przede mną brata mojego Emeryta. To znaczy- domyśliłam się, że to jego brat choć tak naprawdę wyglądał jak siostra i to na dodatek dużo młodsza.
Wszystkie części drewniane pokryte piękną pistacjową farbą, a w miejscu bordowej tkaniny- słonecznie żółta. Piękne! Słoneczne i radosne. Teraz kolej na jego brata.
– Zobaczysz staruszku – też zrobimy z ciebie dandysa – powiedziałam pieszczotliwie do Emeryta. A potem przeniosłam rozmarzony wzrok na segment Kętrzyn.

Miało być

o dalszej przygodzie z …

o dalszej przygodzie z warsztatami Progesstron. Nawet przygotowałam tekst.Tylko wczoraj net odstawiał jakieś brewerie i nie udało mi się notki zapodać. A dziś…
A dziś czuję jak zaczyna mnie wciagać taki jednen dół…Zatem oddalam się szybko od bloxa, bo może zaraźliwe to jest i trafi w kogoś  w kogo bym nie chciała.
Trzymajcie się.

Ludzie ludziom

<p …

Postanowiliśmy założyć kablówkę. Zebrawszy odpowiednią kwotę zadzwoniłam do firmy zajmującej się dostarczaniem tej usługi. "TenPan" z którym połączyła mnie uprzejma pani na podany adres zareagował nieco nerwowo:
– Tam? Nie ma mowy!
Zdumiałam się.
– Dlaczego? – zapytałam napastliwym tonem.
– Bo tam jest TA administratorka
Aaaaa, następny co się zaprzyjaźnił z PaniąPrezesWspólnoty i zapewne z jej Zastępcą.
– To co mam zrobić?- zapytałam bezradnie
– Dogadać się z nią.
Mam się z nią dogadywać? W życiu! Poszedł mąż. Uzgodnił
– Bo panie M, bo wie pan, oni mówili, że tu słaby sygnał i już nie można nikogo podłączać bo inni nie będą mogli ogladać.
– Wstawią wzmacaniacz
– Ale kable nie mogą być na wierzchu
– Schowamy pod tynkiem
– Ale przecież dopiero co było malowane i znowu ściana zniszczona?
– Zamaluję
Tu Pani Prezes widać zabrakło argumentów, a nie było Zastepcy żeby jej jeszcze jakąś przeszkodę dorzuciła zatem niechetnie wyraziła zgodę, ale pod warunkiem wstrzymania się aż wypowiedzą się inni lokatorzy bo może ktoś jeszcze chce to by było za jednym bałaganem.
Wieczorem charakterystyczne stukanie do drzwi. PaniPrezes stojąc w  odległości 1 metra  od mojej wycieraczki poinformowała, że już możemy sobie zakładać. Zadzwoniłam i  uzgodniłam termin na wtorek po 15. Około 16 rzeczonego dnia poczułam lekki niepokój, no bo pana nie było. Zadzwoniłam.
Znów połączono mnie do TegoPana
– Co z moją kablówką- zapytałam prawie bez wstępów.
– Ale tam jest problem z administratorką – wykręcił się TenPan
– Przecież wyraziła zgodę?- zdumiałam się
– Tak, ale żąda bym schował kabel a my tego nie robimy
W tym momencie właczył się mąż:
– Powiedz, że ja sam schowam , on ma tylko podłączyć
Nie musiałam- TenPan usłyszał.
– To jutro- rzucił od niechcenia- Będę z rana około 10.
W środę rano, spóźniwszy sie zaledwie pół  godziny TenPan przyszedł. Rozłożył się ze swoimi akcesoriami. P-Sunia  od razu się z nim zaprzyjaźniła, łasiła się do niego zupełnie bez godności. Kocio wyczekał moment gdy człowiek znikł na klatce i dopiero wtedy sprawdził co jest w tej srebrnej walizeczce.
TenPan tymczasem stał, gapił się w ścianę i rozmyślał
– Będzie problem…- rzekł w końcu w przstrzeń.
– Bo?
– Bo nie mam takiego długiego wiertła żeby się przewiercić z klatki do mieszkania…
Zrobiłam oczy jak pięć złotych. Z rybakiem.
– To przynieś, spokojnie, poczekam – zaproponowałam intelignetnie.
– W firmie też nie mam…-
– Chyba mi nie powiesz, że tu są jakieś wyjątkowo grube ściany!- oburzyłam się, bo jak dla mnie to onę czasem bywają za cienkie choć z solidnej cegły.
– My w ogóle nie wiercimy…
Ręce mi opadły.
– To jak przeciagacie innym?
– Normalnnie: przez futrynę robimy otwór.
– No to zrób.
– Ale tu idzie kabel jakiś , pewnie od TP
(Faktycznie, kiedyś używałam telefonu TP)
– A nie możesz zrobić dziury obok?
– …No mogę..- przyznał z ciężkim westchnieniem TenPan
Nareszcie zajął się pracą. Nie na długo.
– Masz może wiertarkę? -zapytał z nienacka.
Matko, wietrtarkę? Mąż kiedyś miał, potem mu się popsuła, czy kupił nową? Nie mam pojęcia. A jesli ma, to gdzie może być? W szafie? W piwnicy? W garażu? Może w samochodzie…
Zadzwoniłam do męża
– Ty masz wiertarkę?
Powiedział mi gdzie mam spojrzeć – była!
– A co majster bez wiertarki przyszedł?- ucieszył się mąż.
– Zapytaj czy ma wiertła do drewna – podpowiedział mi TenPan.
Mąż po drugiej stronie zapytał sarkastycznie:
– Ty zapytaj czy może po przewód jeszcze mam skoczyć.
Nie zapytałam, nie chciałam być niegrzeczna, znalazłam wiertła, podałam.
Uffff. W końcu kabel znalazł się w moim domu. Pan zajął się jakimiś wtyczkami przy wiernej asyście kota i psa, ja poleciałam zamieść śmieci po TymPanu na klatce.
Ledwie zamknęłam za sobą drzwi w mieszkaniu- znajome stukanie. Pani Prezes ze złą miną  i z Zastępcą za plecami zażądała widzenia z TymPanem.
Jak to jest ? My home is my castle? Stanęłam w progu z wypiętą piersią (a jest co wypinać!)
– A co chodzi- zapytałam nadając mojemu głosowi niskie, groźne tony.
– Bo tu jest kabel na wierzchu i to jest nieprawidłowo…
Zatkało mnie. Czy ja śnię??! Acha, prawda, z wariatami należy łagodnie przypomniało mi się.
– Rozmawiała pani z moim mężem?- zapytałam z całą słodyczą.
– Tak…- zawahała się moja rozmówczymni.
– I jaka była umowa? Że co?- zamilkłam dając jej szansę.Milczała
– Że sam ten kabel schowa, tak?
– …Tak
– To w czym ma pani problem? – straciłam cierpliwość.
Pani stała niemo, ropaczliwie ogladając się na Zastępcę.
– No, słucham- powtórzyłam napastliwie – W czym jeszcze problem? Aaaa, prawda: mąż się zobowiązał też zamalować ślad – dodałam dla jasności.
– Ale ja bym jeszcze jednak chciała z TymPanem…
– Ale pytam: po co? W czym jest jeszcze problem?- jak jestem zła to robię się uparta jak osioł.(Nadmieniam, że uważam osiołki za śliczne i mądre zwierzęta)
– Yyyyy…Bo tu sąsiad spod 7 też chciał…
– A to proszę- rozpromieniałam się –  K. panie do ciebie- zawołałam ceremonialnie.
TenPan zmięwszy w ustach jakieś słowo wyszedł na klatkę. Administratorka podniesionym głosem coś mówiła, TenPan nie tracąc stoickiego spokoju tłumaczył. Kocio wysunął nos za drzwi i obserwował sceną z zainteresowaniem. Miałam wrażenie, że świetnie się bawi. Ja- jakby troche mniej. Wyjrzałam na klatkę  i resztką woli powstrzymałam pytanie do PaniPrezes
– Czy czerpie  pani jakąś specjalną przyjemność z zatruwania ludziom życia?Czy się po prostu nudzi?
Nie zapyatałam. Znów wygrało wpojone przez matkę: nie wypada.
Kablówka działa, a kabel już schowany.

Środa

Zatem dziś spokojne …

Zatem dziś spokojne siedzenie w domku. Ból , uspokojony wczoraj wieczorem nurofenem plus  jeszcze śpi. Wstanie zapewne gdy się za dużo poruszam. Za to dzis mam nową atrakcję na twarzy. Ty razem jest to opuchlizna pod okiem. Śmiesznie mi się patrzy na własny policzek…
Wczorajszy PanChirurg obejrzał sobie moją głowę, obejrzał sine oczko, kazał przemyć ranki PaniPielęgniarce, a sam stał i się przyglądał
– Czy pani zdaje sobie sprawę, że niewiele brakowało do oka?- zagderał znienacka
– No, wiem, wiem…Ale na szczęście nie trafił- westchnęłam, bo bez sensu jest "gdybać" przeżywać coś co się nie stało, choć mogło.
– Wie pani, tak? I co?
Wzruszyłam ramionami. No bo jak to- co? Mam zabić kocia? Przecież to wypdak a nie agresja. To tak jakbym miała karać dziecko za to, że mu się szklanka stłukła.
– No, zastanawiam się nad przycięciem pazurów- powiedziałam żeby się nie czepiał.
– I już?
– No przeciez nie zabiję mojego ślicznego Kocia!- oburzyłam się.- On naprawdę nie chciał, bał się i uciekał na oślep. Człowiek w takiej sytuacji też nie patrzy…
Pokiwał głową, nie wiem czy nad moją domniemaną głupotą czy ze zrozumieniem.Poszedł. Ale na twarzy miał uśmiech. A wcześniej zapytał czy to prawda, że koty są fanberyjne bo jego kolega ma takiego co żre surowe ogórki. Potwierdziłam, bo mi się przypomniało jak Kocio lata z listkiem laurowym, jak się o niego wyciera i jak na niego warczy, hihi.