Po pierwszym dniu

Misia jest …

Misia jest zadowolona. Mówi, że było łatwo. Przyszli potem pod moje biuro cała gromadką: chłopcy w garniturach, w pantoflach miast adidasów, dziewczyny w żakietach, białych bluzkach i szpilkach. Uroczyści. Młodzi. Roześmiani. Cudni! Patrzyłam na nich i czułam rozpierającą mnie radość. Że tacy własnie są. I patrzyłam na moją córunię, pomiędzy tymi przystojnymi chłopcami ( choć niektórzy byli nieco pryszczaci 😉 ) i ślicznymi dziewczętami. I wiecie? I uznałam, że Misiunia była najładniejszą dziewczynką w całej tej gromadzie. Bo ma piękne włoski. I oczka. I ładniutką szczupłą, ale okrągłą pupę. I ślicznie jej było w tym czerwonym żakieciku  z wyłożonym białym kołnierzykiem bluzki i szarych spodenkach.
Że co? Że nieobiektywna jestem? Że zaślepiona? Kto? Ja? Ja?! Wcale!
;)))

Proszę o trzymanie kciuków jutro ze zdwojoną siłą, a za dzisiejsze wszystkim piękne dzięki.

O jejku!

O rany! O matko! O …

O rany! O matko! O Boże, Boże!
Misia dziś ma test. Nie przeżyję tego, choć dziś część humanistyczna zatem łatwiejsza. Jutro matematyczno-przyrodnicza- jutro to chyba mnie w ogóle skręci.
Taki sobie głupi test gimnazjalny a ja dostaję czegoś, to co to będzie na maturze za trzy lata?
Trzymajcie kciuki, co? Zwłaszcza jutro będą jej potrzebne bo nasza rodzina w zakresie matematyczno-przyrodniczym jest "zdolna inaczej".

Mało mnie tu, bo w pracy nadal bez neta, a w domu wieczorami jestem dziwnie padnięta. Nie wiem, może to ta wiosna? Ale tepsa obiecuje, że może jeszcze w tym tygodniu skrosują nam linię ( cokolwiek to znaczy) i będziemy miały net.  

Netu nie ma!

W pracy nie mam wyjścia …

W pracy nie mam wyjścia na świat.Bo do niedawna firma figurowała na męża Szzefowej zatem i telefony i neostrada też. Ale od pewnego momentu firma już figuruje na Szefową.Zatem należało przepisać telefony.
– Pchi, bagatelka- mysłałam- pójdzie do TP SA i tylko zmienia adres na fakturze w komputerze.
Oj naiwny, naiwny , naiwny!
Jak dziecko we mgle- zaśpiewał mi do ucha kabaret.
Przepisać? Fakturę? – kabaret w mojej głowie pękł ze śmiechu.
TP SA łaskawie zostawiła nam telofon, ale neta odcięła. I dostaniemy go z niejasnych przyczyn na powrót za jakiś tydzień ( w najlepszym wypadku).Tylko z innym urządzonkiem. Nowym. A to stare to se możemy na śmietnik.
Acha…no to poleciałam po modem.
Ale na modemie to się wchodzi tylko po to by umowe wysłać. Maila ściągnąć. Z nudów uporządkowałam wszystkie papiery.Co ja będę robić jutro? Chyba będę musiała popracować jak mnie pasjans pająk znudzi doszczętnie.

Przed egzaminem córki cd.- natchnęła Madika

Dziś pojechaliśmy po …

Dziś pojechaliśmy po buty. Dziecko nóżkę ma słuszną, o jakiś numer większą od mamusinej. I całkiem inny gust. Na co dzień używa obuwia sportowego, na egzamin, do eleganckich spodni dziecię zdecydowanie wykluczyło buty inne niż czółenka.
I się zaczęło. Pierwszy sklep.
Żaden kolor – mają być czarne. Ok szukamy czarnych. Czarnych wydawałoby sie zatrzęsienie. Jest w czym wybierać. Podsuwamy z mężem  pod nos pannie kolejna parę obuwia. A panna, z miną udzielnej księżnej, prycha pogardliwie na każdą propozycję. Sandałki- nie. Odkryta pięta – najchętniej, ale jak będzie padać?  Obcas- za wysoki, jak dla mamusi ( czyt: jak dla starej baby), za niski, nie modny. Bez ozdób- jak gumaki, z ozdobami- jak wiochmenka, z kokardką- takie już miała, Ciapa jej zeżarła, drugich nie chce. Za błyszczące…
W drugim sklepie to samo. W trzecim też. Ojciec wynalazł piękne czółenka, skórzane, o pięknej linii i pięknie profilowanym, choć dość wysokim obcasie. Zachwyciła się nimi też i matka choć całkowicie platonicznie, bo wysokość obcasa to nie jej liga była. Ale piękne były. Panna tylko rzuciła okiem i znów wydała prychnięcie. Ojcieć się wkurzył i wyrwał mu się nieprzychylny komentarz na temat gustu córci.W odwecie córcia opuściła sklep. Matkę zalała nagła krew i poczuła w sobie żądzę mordu.
– Wracamy do domu – warknęła. Ojciec ochoczo podjął propozycję. Udali się do samochodu, panna za nimi z miną niezależną.
– Fajnie, jak sobie po mnie jedziesz i wyśmiewasz mój gust na cały sklep – wybuchnęła w końcu panna do ojca.
Matce się ulało: o nabzdyczonej minie, o głośnym komentowaniu zasobów sklepowch, o zachowaniu w stosunku do rodziców i komentarzach do propozycji.
Ojciec zmiękł po 5 minutach i pojechał do jeszcze jednego sklepu, w którym oboje z matką zgodnie przestali wyszukiwać  i podtykać dziecku buty pod nos.
Dziecko natychmiast spokorniało i zaproponowała powrót do pierwszego sklepu w którym bez szemrania wzięło jedyne godne uwagi obuwie.
Inna rzecz, że jakby matka miała sobie buty kupować to by też od razu na zapas była zła. Bo te co się jej podobają- to kosztują jakby ze złota były. A te tańsze to…
Eeee, szkoda gadać, ciśnienie sobie podnosić przed nocą.

Czasem jest trudno

Trudne było …

Trudne było wczorajsze spotkanie z terapeutką.
Już po – mąż obdarował mnie słodkościami na poprawę nastroju i wywiózł za miasto, bo zadzwonił jakiś bardzo starszy pan, że zjechał z żoną do swojego domu po zimie i dramat: wody nie ma, ciepła nie ma…
Mąż się miotał pomiędzy rurami, a ja spacerowałam.
Dom, widać, że stary, z drewnianymi , skrzynkowymi oknami, z białym tynkiem. Wokół domu ogromny kawał ogrodu, obsiany trawą , ze starymi jabłoniami i młodymi iglakami różnej kategorii.
Gospodarz zapraszał do domu, co prawda zimnego ale z telewizorem, ale odmówiłam. Wolałam ogród. Słońce zachodziło ukosem za domem, w oddali skrzyło się jezioro, niebo wybłękitniało i przesunęły się po nim bezgłośnie dwa wielkie ptaki- chyba żurawie. Patrzyłam na dom, wiedziałam, że rano wstające słońce oświetla jego front wychodzący właśnie na ten ogód, pomiędzy jabłoniami był odstęp w sam raz na hamak, okiennice wisiały krzywo…Czułam zapach lata, smak jabłek "z drzewa".
Chciałabym tak…
Gospodarz ze mną gawędził. Starszy mocno człowiek, trochę niedosłyszący, troskajacy się o zreumatyzowaną żonę. Zapraszał na jesień na jabłka bo drzewa rodzą ich w bród i nie ma ich kto zbierać. Pies im zdechł dwa lata temu, na drugiego już są za starzy, brak siły i…- powiedział Pan.
Poradziłam kota, najlepiej takiego dachowca ze schroniska, żeby im mruczał i reumatyzm grzał.
A na ten żony reumatyzm poradziłam herbatke z imbiru co mi Marlena zaleciła na moje barki bolące.
Rozstalismy się z Panem w przyjaźni. Pan powiedział, że mąż mój ma przewspaniałą żonę, a mnie było bardzo miło.
I coraz bardziej mnie ciągnie do takich starszych ludzi.
Nie wiem- może  wciąż odczuwam brak rodziców i dziadków? Rodzice niby byli, ale…
Dziadków nie miałam – obaj umarli , jeden w 47 roku, drugi gdy miałam kilka lat.

Lany Poniedziałek

Pojechalismy nad …

Pojechalismy nad jezioro, liczyliśmy na spotkanie z czaplami, może rudzikiem a na pewno- z bocianami. Przy okazji postanowilismy spalić wszystkie stare papiery których pełna się szwęda po zakamarkach naszego dom. Wyciągi bankowe, wezwania do zapłaty, upomnienia, zagubione blankiety spłat…Na każdym dokumencie nasze imiona, nazwiska, dane osobowe w postaci adresu tudzież wysokości spłacanej raty czy nazwy wierzyciela.
Palilismy ognisko, sowicie dokładając zeschłych pędów zielska, bo drewno mocno wilgotne było i poza zadymieniem nic ciekawego do akcji nie wnosiło. Ogień się w końcu rozśpiewał, wpełzł na nasze papiery skwabliwie obracał je w poiół. Patrzyłam w płomień i myślałam że szkoda, że tak łatwo nie można spalić złych wspomnień o złych sprawach , które się w naszym domu działy onegdaj. Może gdzieś tam w głębi duszy, trochę zaklinałam los, by ujął  ze mnie choć odrobinę tej pamięci, albo choćby zamienił  część z niej na coś odrobinę lepszego.  Ot, takie mrzonki na ogniem.
Bocianów nie spotkaliśmy. Ani czapli, ani rudzika. Za był dzięcioł w czerwonej czapecze oraz wielkie ptaszyka, które pierwotnie wzielismy za brudne bociany, choć wydawały sie nam nieco za duże. Nie dały niestety podejśc do siebie zbyt blisko- odleciały spłoszone. Widzieliśmy tylko, że są szare z czarnymi końcami skrzydeł, większe od boćków, ze zwiasjącymi pióropuszami  na ogonach. Doszlismy do wniosku, że mogły to być żurawie, choć to ponoć niezwykłej rzadkości ptaki.

Banan z wyrzutem sumienia

Nie poszłam do tego …

Nie poszłam do tego chirurga bo dziś przyjmował właśnie ten "antyreklamowany" przez Doktorzycę. No to muszę jutro. I to koniecznie, bo to pilne się już robi. Pilne z dwóch powodów.
Po pierwsze dlatego, że ból się teraz umiejscowił na karku, to znaczy na łopatce też i z niej promieniuje na ramię i przedramię, ale najbardziej to własnie w szyję gryzie, skubany.
Po drugie- spać nie mogę. Budzę się za każdym razem jak już odgniotę sobie to, na czym aktualnie śpię i usiłuję znaleźć inną, dogodniejszą  pozycję. Tak było dziś w nocy. Usiłowałam najpierw zasnąć. Na plecach? No nie lubię, nie mogę, nie zasnę. Zasypiam na boku, albo jak mam zgryza- to na brzuchu. Ale naplecach – nie mogę. Lewe ramię boli- bo wiadomo, prawe też boli, bo po tym wczorajszym tężcu. PaniW ostrzegała, ale zlekceważyłam, bo po I dawce nic nie było. A teraz boli jak głupie. Na brzuch? Głowa odwrócona na prawy policzek- coś ciągnie , na lewy policzek- jeszcze bardziej. To może na brzuchu ale bez poduszki? UUU, jeszcze gorzej. Dobra – z powrotem poduszka pod  głowę. Na wznak. No nie mogę. Na prawy bok, ostrożnie się umościłam, zabolało, ale przeszło jak się nie ruszałam. Zasnęłam. No, a potem hopka z szukaniem kolejnej pozycji po 4 godzinach snu.
Wreszcie zniechęcona mioteniem sie po całym łóżku wstałam. Poszłam do kuchni. Zjadłam całego banana obficie smarując go nutellą. ( Nie próbowaliście? Pyyyycha, zwłaszcza o 3:46 nad ranem) Nawet kot nie przyszedł sprawdzić czy to pora na śniadanie. Za to Suka skwapliwie wykorzystała moment i umościła się na moim miejscu, pod moją kołdrą. Wypiłam potem pół butelki galicjanki. Z obciążonym żołądkiem zasnęłam, ale najpierw powtórzyłam taniec z układaniem się. Obudziłam się stratowana. To pewnie przez te wyrzuty sumienia za spożycie nocne.  Mają rację naukowcy gdy mówią, że najzdrowsza jest woda zupełnie niegazowana.

Wiosenny przegląd

Hehehe, właśnie …

Hehehe, właśnie wróciłam od Doktorzycy. Poszłam bo mi jakiś rzep się wczepił w lewe ramię i boli to jak głupie już od kilku tygodni. Robiłam już różne cuda : nacierałam mądrymi żelami, masowałam rękami męża, próbowałam nie sypiać na lewym boku i nie nosić torby na ramieniu. Bo ja noszę wyłącznie na lewym ramieniu, z prawego mi spada.
Nic z tego. Jak bolało- tak boli.
No to poszłam. Doktorzyca zapytała od kiedy mnie boli i bardzo się skrzywiła jak powiedziałam, że od kilku tygodni.
– Pani doktor- zaczęłam się bronić – Mnie ciągle coś boli, niech pani spojrzy w kartę. Muszę najpierw popróbować czy boli bo chore czy boli zamiast głowy. Bo głowa już prawie nie boli.
– O !- ucieszyła sie doktorzyca skwapliwie przeglądając moja kartę – Faktycznie. I co?
– I chodzę na psychoterapię. To głowa się uspokoiła. Prawie – dodałam uczciwie, bo akurat bolała jak jasny gwint: idzie na deszcz to szaleje.
–  A jakieś leki na uspokojenie pani brała?
–  Brałam. Ale nie chcę. Mam za dużo nałogowców w rodzinie no i nie można ciągle żyć na wspomagaczach.
– Oooo, mędre podejście- ucieszyła sie Doktorzyca.- To moge dać skierowanie do chirurga albo ortopedy. Tylko tak: ortopeda to może potrwać i z miesiąc, a jak panią boli…Chirurg może też poleczyć, założyć blokadę, skierować  na rehabilitację.
– Ja bym wolała od razu ortopedę…Może zleci jakieś ginastyki, zabiegi czy coś a nie od razu prochy-
– No, ale to potrwa. Zresztą, chirug też jakby co skieruje do ortopedy na dalsze leczenie albo na zabiegi, a na razie choćby pomoże uśmierzyc ból – Doktorzyca patrzyła na mnie z uśmiechem. Nie wiem, podobałam się jej czy co? 
– Dobra- zdecydowałam- niech będzie ten chirurg.
Podała mi białą kartkę, a potem nachyliła się powiedziała konfidencjonalnym szeptem:
– Tylko jak będzie doktor X, to pani do niego nie idzie, tam jest taki doktor K, albo pani doktor F. To do nich, dobrze?
Zaśmiałam się.
– Wiemy, wiemy, do jakich lekarzy się chodzi w naszym mieście – czy ja się jej podlizywałam?
Poleciałam do rejestracji bo przy okazji przypomniałam sobie, że drugą dawkę tężca muszę wziąć. Znaczy- szczepionki przeciwtężcowej. Pani W. jak zawsze była uśmiechnięta. Ja nie wiem co ci ludzie chcą od tej służby zdrowia: ja zazwyczaj trafiam na życzliwych, uśmiechniętych i kompetentnych ludzi.
Pani W. pytała co to za przyczyna z tym tężcem. Opowiedziałam. Patrzyła ze zgrozą.
– Oj, wie pani- podśmiewałam się sama z siebie, żeby nie pokazać po sobie, jak bardzo boje się strzykawki i igły- jak popatrzę na niego, że taki śliczny to od razu mu wybaczam.
A potem, jak już wróciłam do pracy to stwierdziłam, że skoro będę u chirurga, a z Młodym w Poradni Rehabilitacyjnej bo ma krzywy kręgosłup, i z Młodą u dermatologa bo pryszcze, to ja też odwiedzę dermatologa, bo przebarwienie na rękach i ginekologa bo chyba rok nie byłm. Czyli przegląd kompleksowy.
Zaraz…jak kompleksowo to by się chyba  do Zębiarza przydało? Eeee, na pewno się nie dostanę…

To mi chlup,chlup, chlup, to mi kap, kap, kap…

Deszcz się rozpadał …

Deszcz się rozpadał nad moją Prowincją.Taki spokojny, ciepły, wiosenny.
Rozpachniało się deszczem.
A głowie od razu piosenka, usłyszana kiedys w radio i nie odnaleziona do dziś.
Może ktoś wie, ktoś zna? Kołacze mi głowie: Bronisław Opałko.

Wyjść na drogę w wiosenny, ulewny deszcz
z gołą głową, z parasolem pod ręką.
Zamknąć oczy na sekundę, na dwie
i opłynąc jeszcze raz kulę ziemską
Jeszcze raz póki tli się żar
w byle łachu z dziurą w kieszeni,
jeszcze raz odbić się od dna
i opłynąć jeszcze raz całą ziemię…