Ponieważ P-Sunia ma okres rozpłodowy na dłuższe spacery zabieramy ją z mężem do samochodu i śmigamy na odludzie. Najpierw robimy postój nad jakąś wodą, gdzie pies załatwia co musi, biegając potem za patykami i kamykami wrzucanymi do wody. Mąż wypala paierosa, oglądamy sobie jak żerują malutkie szczupaczki, śledzimy loty ptasie i migotnia wody. Potem gwiżdżemy na psa i rozpoczynamy powrót do domu. Powrót odbywa się zazwyczaj wg dwóch reguł:
1- prawdziwy turysta nie wraca nigdy tą samą drogą;
2- a dokąd prowadzi ta ścieżka?
I takimi sposobami zazwyczaj odkrywamy niesamowice urokliwe miejsca, odległe od naszego domu o marnych parę kilometrów, a których nigdy dotąd nie widzieliśmy. Wczoraj to było urokliwe domostwo, na rozległej polanie zamkniętej z wszystkich stron lasem. Polana wygladała jakby specjalnie uporządkowana, z młodymi brzózkami przy drodze,z puszystą trawą , z wyniosłymi świerkami w oddali, całość niemal jak pocztówka z angielskiej prowincji.
Ale dziś…dziś to już w ogóle szaleństwo. Jechaliśmy starym ,zdaje się bukowym lasem, by zatrzymać przy rozwidleniu dróg. Droga skręcająca w lewo przechodziła pod torami, droga na wprost oddalała się od nich i tę wybraliśmy. I słusznie zresztą jak się okazało za chwilę. Wyjechaliśmy w mocno pagórzystą okolicę, droga prawadziła wierzchołkami. Odbiliśmy jeszcze trochę w lewo i wjechawszy na wysokie wzgórze wysiedliśmy z auta. Zmierzch już się zbliżał. Pod naszymi nogami leżały pofałdowane pagórki , w dolinkach czerwieniły się dachy nielicznych domów, wszystko nastroszone koronami drzew, aż po daleką linię lesistego horyzontu. Na wprost przed nami migotały czerwono światła wieży telewizyjnej w Olsztynie, a na prawo od niej intensywnym światłem świeciła wieża ze szczytu Dylewskiej Góry ( tak nam się wydaje). Widok zapierał dech w piersiach i nie chciało się wracać. Że też nie mam aparatu! Zjechaliśmy w końcu z tego wzgórza, dojechaliśmy do asfaltowej drogi i skręciliśmy w lewo. Zachciało mi się spojrzeć na pobocze i zatchnęło mnie ze strachu! Tuż za krawędzią jezdni zaczynał się wąwóz o głębokości chyba ze 30 m, ściany pionowo niemal schodziły w dół skąd dobiegał stłumiony poprzez zarośla szum jakiejś wody. Pojechaliśmy dalej bo po dwudziestej się zrobiło i zmrok nam gęstniał. Dojechaliśmy do wsi, przejechaliśmy mostek przy którym stał napis "Stara Łyna" , nad brzegiem wody, jakby nieco pochylony stał młyn wodny. Odkryliśmy tablicę upamiętniającą jedną z największych bitew wojny napoleońskiej. Ujechaliśmy kolejne parę metrów, wjechaliśmy na most i zupełnie znienacka, po prawej stronie ujrzeliśmy rzekę szerokością dorówującą Wiśle. Ale to nie była rzeka tylko jezioro, rzeka z niego wypływała pod mostem i wartką strugą płynęła w dal. To była Łyna, a jezioro nazywa się Mosąg. Znów droga prowadziła wśród pagórków mniejszych i większych, dotarliśmy do przepięknej wsi, czystej, z porządnymi opłotkami i porządkiem w obejściach. Wieś mi się kojarzyła z jakimś poetą warmińskim, tylko nie umiałam sobie skojarzyć z którym. Mignął nam jakiś posąg przy drodze, cofnęliśmy się i znaleźliśmy przy popiersiu Marii Zientary-Malewskiej oraz tablicy pamiątkowej na ścianie domu, w którym się urodziła.
Zmierzch już zapadł na amen , zatem nie skręciliśmy do wodnej elektrowni, ale obiecaliśmy sobie, że w najbliższą niedzielę spenetrujemy tę okolice dokładniej.
Wróciliśmy tak dobrze nam znaną , codzienną trasą do domu, która w przyjezdnych z dalekich stron wywołuje zachwyt i przerażenie, a dla nas jest nudna i nieciekawa. Zwłaszcza po TAKICH widokach.
Tak kochani: cudze chwalimy, swego nie znamy, sprawdziło się dziś porzekadło. Zachwycam się Jastrzębią Górą, Tatrami, a nie wiem, że równie piękne tereny mam w zasięgu ręku niemal.
Inna rzecz, już chyba o tym pisałam, że my , tu na Warmii i Mazurach , jesteśmy rozpuszczeni widokami i naprawdę trzeba czegoś mocno spektakularnego by zrobiło to nas wrażenie.