Ciepło

– Pojedziemy nad jezioro…

– Pojedziemy nad jezioro z psem?- nudziłam mężowi od rana. No bo ciepło nareszcie, słońce świeci, szkoda tkwić w domu.
– Możemy pojechać…- zapałał mąż zrozumiałym entuzjazmem. Zrozumiałym gdyż dopiero co wczoraj pokonał autem ponad 500km wracajac ze szkolenia na drugim krańcu Polski i o niczym innym nie marzył w niedzielę jak tylko o kolejnych chwilach za kółkiem.
– To gdzie chcesz jechać?- zapytał gdy już posprzatałam, zrobiłam obiad, pograłam w kulki podczas gdy on drzemał.- Na Pięćdziesiate?
– Nie, nie…tam pewnie kleszcze i komary. Jedziemy nad Jezioro.
Marzył mi się śpiew ptaków, szum drzew, migotliwe jezioro…
Pojechalismy.
W pawilonie ośrodka wypoczynkowego trwała jakaś impreza, głośno grał zespół, wokalista wydzierał się , że musi ją mieć, bo jest czerwony jak cegła. Na trawie wokół plaży zalegały tłumy i patrzyły z naganą na P-Sunię załatwiającą swe potrzeby nieopodal, w wodzie kąpali sią śmiałkowie, widać morsy jakieś, hałasu czyniąc przy tym co niemiara. Poszlismy wzdłuż brzegu, drogą piaszczystą, by pies się przebiegł i by od jazgotu aut  i muzyki uciec. Z naprzeciwka co chwila mijały nas kolejne samochody wznosząc tumany kurzu. Muzyka goniła nas i na Dzikiej Plaży i na następnej…Ptaki robiły co mogły by ją zagłuszyć, ale nie miały szans.
P-Suni to nie szkodziło- brodziła po wodzie, płoszyła stada młodych rybek, i wyciagała z wody wrzucane kamyki. Mnie komar ugryzł w rekę, a potem jeszcze  jeden w szyję. Meża nie ugryzł żaden. Mąż stwierdził, że komary gryzą wrednych i nie chciał powiedzieć z czego to wywnioskował. Nie rozumiem. Gdyby gryzły wrednych  powinny gryźć wyłącznie jego…;))
Nie wiem czy to za sprawą ciepła, czy z jakiej innej przyczyny po raz pierwszy od wielu tygodni miałam siłę na normalne funkcjonowanie. A może ku lepszemu idzie? 

Niemoc

A tymczasem niemoc mnie …

A tymczasem niemoc mnie dopadła. I to wcale nie niemoc twórcza, bo ta siedzi mi nakarku już od jakiegoś czasu. Niemoc w postaci dawno nie widzianej Cioci Migreny.
Czy Wy ludzie wiecie, że co innego migrena, a co innego jak łeb napieprza? No to mnie dotąd łeb napieprzał, choć przyznam że od jakiegoś czasu zdecydowanie rzadziej. Mam wrażenie, że to za sprawą terapii. A tu dziś: surpraise! Siedziałam sobie w pracy, kawe popijałam i nagłe poczuł takie łup! w czoło…łyknęłem lek co celnie w ból ma trafiać i czekałam cierpliwie aż mi minie. Nie mijało. To po 30 minutach poprawiłam kolejną porcją i na wszelki wypadek już nie dopijałam tej kawy. Nic z tego. Tabletka widać nie trafiła.  Może celownika jej nie zamontowali jak trzeba. Po jakimś czasie poczułam, że ta tabletka w końcu trafiła w jakiś cel. Okazało się, że to mój organizm. Niezły ma rozrzut, swoją drogą. Żołądek zaczął mi wysyłać dziwne sygnały. Najpierw , że ma dość. Nie dyskutowałam, skoro tak twierdzi…Ale po chwili sygnał z przeciwnego krańca: nie ma dość. Chce jeszcze. Chce zdecydowanie: kwaśnego, zupy ogórkowej amino ( a to dobre!). Dałam mu zupę. Mój organizm zachowywał się jak rozkapryszony bachor. Na zapach zupy zareagował: błeeee, nie  chcem. A po chwili przyswoił całą miseczkę paskudztwa. Uspokoił się na 5 minut. A potem zażądał lenistwa. Zażądał zdecydowanie: objawił mi to miękkością kolan i drżeniem każdej części ciała. W ogóle to miałam uczucie jakby we mnie zastępy wojsk maszerowały raz w jedną raz w drugą stronę…
Do domu mam na szczęście niedaleko, szłam jakbym była pijana. W domu nieopatrzne spojrzenie w lustro ukazało mi jakąś zielonkawą marę w miejscu mnie. Może mnie ktoś podmienił, a ja nie zauważyłam? Zastanowiłam się nawet.
Leżałam chyba z godzinę ni śpiąc ni czuwając.
Ale już nie mogę leżeć. Mój organizm też tego nie chce. To pytam jak dziecka, spokojnie, cierpliwie: to czego ty chcesz?
– Może jeść?
– Błeeee
– Kawy?
– 2 x błeeee
– Herbaty? Mocnej, z cytryną  podwójną i cukrem?- kuszę
Tylko się trzęsie z obrzydzenia.
– To czego chcesz? – niecierpliwię się, bo nie lubię jak ktoś się tak mazgai.
– Daj mi spokój – warczy.
Dałam. Poszedł do komputera. Twierdzi, że mu nie szkodzi. Jemu może nie- mojej głowie tak. Bo czuję jak bolą oczy od monitora. Ale on tkwi uparcie. Nie ruszam go, nie pytam czy jeszcze czegoś chce lub nie chce. Wygląda na to, że mój organizm jest bardzo zmęczony samym istnieniem. Bo nawet już żalu i złości nie czuję, co siedziały od kilku tygodni na karku. Chyba mi odłączył czujniki. Nie mógł odłączyć ich od głowy, żeby nie bolała? Egoista jeden.
Czy ja bredzę?
 

W kokonie

Mało mnie tu ostatnio. …

Mało mnie tu ostatnio. Niemoc mnie dopada. Nie mam siły na pisanie ani na czytanie. Nie mam siły na opowieści i realizację projektu jaki mi się ostatnio zamarzył. Najlepsza rozrywka- to bezmyślne granie w kulki. Taka odmóżdżająca gra, która całkowicie pochłania umysł. Można się wyłączyć, nie myśleć, włączyć muzykę w słuchwkach być, trwać…Może to zmęcznie po 33 tygodniach terapii? Po długich miesiącach żmudnego odkopywania w sobie zapomnianych pokładów uczuć, po pracy włożonej w burzenie tam dla morza łez? Nie wiem jak głęboko jeszcze musze kopać, ale coraz trudniej to idzie i coraz bardziej boleśniej. I choć niektóre rany sie zabliźniły, przestały boleć  pojawiły się inne, takie o których istnieniu nawet nie wiedziałam.
Ale nie pytajcie mnie czy warto, bo nie wiem. Rozsądek mi tylko mówi: warto, dusza ma dość. Odmawia wspólpracy, odmawia udziału w reszczcie istenienia.
Reszta energii zostaje zachowana na kolejene sesje. A potem- forma przetrwalnikowa. Tak istnieję jak w kokonie.
 

Rozwiązanie zagadki

Program TVP2. <br …

Program TVP2.
Bliska była GoodNews, która wpisała się pierwsza i od razu orzekła, że to telewizja publiczna.
Pierwsza trafiła Wiolinka9. Gratulacje. Teraz chyba powinnam wymyslić jakąś nagrodę, chyba , że będzie nią "uścisk dłoni prezesa" 😉
Treści programu nie komentuję. Ona wystarczy za komentarz.
Pozdrawiam.

W pracy

Przyszli oboje. Ona …

Przyszli oboje. Ona niewyska, okrągła, z rozwianymi włosami, i dziwnym lekiem w piwnych oczach. On nieco wyższy, szczupły, zarośnięty z dziwnie niezbornymi ruchami.
– Masz te dokumenty? Masz wypełnione?- ona dopytywała nerwowo.
Leniwym ruchem wyciagnął dokumenty z "piterka" i rzucił przed nią na biurko.
Za ten gest już go nie lubiłam. Ustalałam z nią co jeszcze potrzeba, warunki, on siedział obok na krzesełku w półobrocie, odwrócony od niej.W pewnym momencie , zupełnie bez związku rzekł z niekrytą pogardą w głosie:
– Ona nic nie ma. Rozumie pani? Wszystko mam ja…-
rzuciłam na niego okiem i zignorowałam. Niegrzecznie się zachowałam? Wiem. I wcale mi nie wstyd.
– To ja idę zapalić – oświadczył on bełkotliwie.
– Bardzo proszę – ucieszyłam sie szczerze.
– Do widzenia. Żono – to słowa zabrzmiało jakby wypowiadał najplugawszą obelgę- możesz na mnie nie czekać – oświadczył łaskawie.
Piwne oczy zalśniły niebezpiecznnie. Głęboki wdech…I już spokój na twarzy.
Rozmowa dalej jakby nigdy nic, ale ten dziwny błysk w oku nie dawał mi spokoju.
– Co?- zapytałam- W pracy znów była imprezka.
Westchnęła.
– Ja znam ten zakład , proszę pani.I wiem jak tam jest.- dodałam.
– Kiedys nie pił, ale teraz…- rozłożyła bezradnie ręce – Co mam zrobić? Dzieci dorosłe, na swoim. Mam się rozwodzić na stare lata, toż to wstyd.Od dwóch misięcy w dzień wypłaty pod bankiem stoję to choć troche pieniędzy dostanę…
Taak…za te pieniądze to chyba słono musi zapłacić , pomyślałam, ale nie powiedziałam. Powiedziałam co innego:
– Dokument uprawniający do odebrania pieniędzy dam pani, będzie na męża bo inaczej nie mogę, ale bez pani ich nie weźmie. I proszę posłuchać : rozwód to nie wstyd. Czasem- nie ma innej drogi. I proszę zadbać o własne interesy.- wytłumaczyłam krótko co ma zrobić ze sprawą z jaką przyszła do mnie.
Poszła. Nawet się lekko uśmiechnęła.
Nie mam watpliwości, że mnie nie posłucha.

Shape of my heart, Imagine, Trzy noce z deszczem i Hotel California

Taki dzień. Rano ciepło …

Taki dzień. Rano ciepło i wilgotno, zaparowany świat, spowity lekka mgiełką, delikatnie kapiące krople z nieba, wyciszone dźwięki, miękość i spokój. Ale po południu- już słońce, porywisty wiatr tarmosił sukienkami dziewczyn i koszulkami chłopców. Świat stał się ostry, wyrazisty, znów popędził na przód. A wieczór spędzony w towarzystwie miłego faceta. Spał z rękami i nogami rozrzuconymi daleko od siebie , na policzkach krągłych jak jabłka rumienił się rumieniec. Małe rączki zwinięte w małe piąstki- niezwykła precyzja natury wrzeźbiła tak doskonałe dzieło sztuki. Patrzyłam na tego prawie rocznego faceta i świat nabierał właściwych proprcji.
A o parapety znów stukał deszcz. Wracałam ciepłymi, zadeszczonymi uliczkami. Ciemne w większości okna, czasem połyskiwały niebieską poświatą telewizorów. Wiatr znów tarmosił moją kurtkę i szumiał w koronach drzew. Pachniały kwitnące drzewa, świeżo koszona trawa, wilgorna ziemia. Nie ma nic piękniejszego od majowego deszczu.
Deszcz. Deszcz.
Jak ja lubię deszcz. Świat nabiera wtedy bajkowego kolorytu, łagodnieje i zwalnia. Ja też łagodnieję. Zamiast mrocznego Czyżykiwicza wolę łagodne ballady…
"Noc. Jak ludzie wysocy
stoją świerki"

No to…

pojechali! W imię ojca i…

pojechali! W imię ojca i syna…
Misia pojechała na klasową wycieczkę, wraz ze swoimi kolegami( i koleżankami) ze szkoły. A mąż pojechał z nimi w charakterze dodatkowego opiekuna. Należało mu się, bo przez trzy lata dzielnie jeździł z nimi jako cerber na każdy biwak czy wycieczkę, tropił delikwentó co sie wybrali na spacer wokól jeziora, rekwirował piwo ( i nawet sam go potem nie spozywał tylko komisyjnie wylewał)  i przywoływał rodziców jak jakiś delikwent zapomniał o normach społecznych.
No to teraz pojechał. Nie wiem- w nagrodę czy za karę?
Zakopane, Tatry- super, ale z dwudziestką 16-latków na karku? Nie jestem przekonana. Na Kozie Wierchy ich przecież nie poprowadzą. Ani nawet na Giewont. Namawiałam na wycieczkę na Halę Gąsiennicową poprzez Skupniów Upłaz potem nad Czarny Staw Gąsiennicowy stamtąd na przełącz Karb z przełęczy przez Dolinę Gąsiennicową,pomiędzy stawkami na Kasprowy Wierch potem zjazd kolejką  do Kuźnic i powrót do pensjonatu. Po takim dniu smarkacze juz by siły na głupoty nie mieli. Choć siły witalne 16-latków są niespożyte.Inna rzezc, że te nastolatki wspólczesne- pokolenie maniaków komputerowo-telewizyjnych, przyzwyczajone do pokonywania wyłącznie kolejnych pieter w centrach handlowych…Ech..
W każdym razie do soboty jestem słomiana wdowa. A w domu zostało mi tylko  dziecko. I już sie z nim zmawiamy na wyprawę na "Kod Leonarda"

Policja blues

Hy hy hy..teraz to …

Hy hy hy..teraz to sąsiadki mają używanie. Bo przyszedł do mnie PanPolicjant i gdy go już wpuściłam do domu uprzednio zamknąwszy p-Sunię coby chłopaka nie zjadła zapytał o pana Marcina.
– A co,  coś narozrabiał?- zapytałam.
Pan się zmieszał. To ja mu pomogłam
– Dobra, wiem. Chodzi o wczorajszą stłuczkę?
Bo wczoraj w godzinach wieczornych byliśmy świadkami jak jeden pan w audicy zmasakrował pani w seacie boczek po czym spokojnie, bez oglądania się oddalił się z miejsca wypadku. Przytomnie zapamietaliśmy numery i mąż zgłosił się na policję. Inna rzecz, że miejscowa policja zachowała się jak ćwoki. Nie zapisałi danych mojego męża, najpierw spokojniusio pojechali na miejsce zdarzenia i dopiero potem szukali sprawcy. A szukanie zaczęli od zapytania mojego męża, czy wie gdzie wspomniana audica parkuje. Szkoda, że nie zapytali o nazwisko właściciela.
No i dziś miły pan, nawet niebrzydki.
– Mąż jest garażu, bo coś mu się popsuło.
– A gdzie ten garaż?
– Tu, niedaleko, nad rzeką, koło elektorwni, wie pan gdzie?
Pan miał niepewna miną.
– Bo ja nie jestem stąd…- wyjasnił.
Aaaaa, skoro nie stąd, to co ja będę chłopakowi tłumaczyć? Chłopak tymczasem spojrzał na mojego syna siedzącego w piżamie przed telewizorem, a była godzina 10, westchnął.
– Ale tym młodym dobrze…Mają wolne, też miałem dziś mieć…
– Co, pogonili do roboty?- zrobiło mi się go żal. Bo faktycznie co innego wiedzieć, że się pracuje w dzień wolny, a co innego jak odbierają człowiekowi coś na co miał nadzieję.
– To ja pana zaprowadzę- zaproponowałam.
– To podjedziemy- pan się ożywił.
– O! Przyjechał pan służbowym autem? – ucieszyłam się, bo nigdy policyjnym nie jechałam.  Pan przyświadczył. Wyszliśmy. Sąsiadka sprzątająca na schodach obrzuciła mnie ciekawym spojrzeniem. Udałam, że nie widzę. Na podwórku zapytałam z nadzieją:
– A moglibyśmy na syganle?
Pan mi odmówił z przykrością. Nie wolno. No, skoro nie wolno…Chech..nie przyszło mi do głowy by go poprosić o skucie mi rąk kajdnakami…Pokazałam panu gdzie  należy jechać.
– Tylko wie pan, ja nie wiem czy z tej strony można tam wjeżdżać…
My to robimy ale władzy nie wypada, nie?
Pan powiedział, że można i wjechał.
Zostawiłam panów by sobie pogawędzili i ukradkiem wróciłam do domu. Ciekawe, czy ktoś mnie widział w tym policyjnym aucie? I kiedy się dowiem jakie przestępstwo popełniłam, he he he

Spacerek z P-Sunią

Ponieważ P-Sunia ma …

Ponieważ P-Sunia ma okres rozpłodowy na dłuższe spacery zabieramy ją z mężem do samochodu i śmigamy na odludzie. Najpierw robimy postój nad jakąś wodą, gdzie pies załatwia co musi, biegając potem za patykami i kamykami wrzucanymi do wody. Mąż wypala paierosa, oglądamy sobie jak żerują malutkie szczupaczki, śledzimy loty ptasie i migotnia wody. Potem gwiżdżemy na psa i rozpoczynamy powrót do domu. Powrót odbywa się zazwyczaj wg dwóch reguł:
1- prawdziwy turysta nie wraca nigdy tą samą drogą;
2- a dokąd prowadzi ta ścieżka?
I takimi sposobami zazwyczaj odkrywamy niesamowice urokliwe miejsca, odległe od naszego domu o marnych parę kilometrów, a których nigdy dotąd nie widzieliśmy. Wczoraj to było urokliwe domostwo, na rozległej polanie zamkniętej z wszystkich stron lasem. Polana wygladała jakby specjalnie uporządkowana, z młodymi brzózkami przy drodze,z puszystą trawą , z wyniosłymi świerkami w oddali, całość niemal jak pocztówka z angielskiej prowincji.
Ale dziś…dziś to już w ogóle szaleństwo. Jechaliśmy starym ,zdaje się bukowym lasem, by zatrzymać przy rozwidleniu dróg. Droga skręcająca w lewo przechodziła pod torami,  droga na wprost oddalała się od nich i tę wybraliśmy. I słusznie  zresztą jak się okazało za chwilę. Wyjechaliśmy w mocno pagórzystą okolicę, droga prawadziła wierzchołkami. Odbiliśmy jeszcze trochę w lewo i wjechawszy na  wysokie wzgórze wysiedliśmy z auta. Zmierzch już się zbliżał. Pod naszymi nogami leżały pofałdowane pagórki , w dolinkach czerwieniły się dachy nielicznych domów, wszystko nastroszone koronami drzew, aż po daleką linię lesistego horyzontu. Na wprost przed nami migotały czerwono światła wieży telewizyjnej w Olsztynie, a na prawo od niej intensywnym światłem świeciła wieża ze szczytu Dylewskiej Góry ( tak nam się wydaje). Widok zapierał dech w piersiach i nie chciało się wracać. Że też nie mam aparatu!  Zjechaliśmy w końcu z tego wzgórza, dojechaliśmy do asfaltowej drogi i skręciliśmy w lewo. Zachciało mi się spojrzeć na pobocze i zatchnęło mnie ze strachu! Tuż za krawędzią jezdni zaczynał się wąwóz o głębokości chyba ze 30 m, ściany pionowo niemal schodziły w dół skąd dobiegał stłumiony poprzez zarośla szum jakiejś wody. Pojechaliśmy dalej bo po dwudziestej się zrobiło i zmrok nam gęstniał. Dojechaliśmy do wsi, przejechaliśmy mostek przy którym stał napis "Stara Łyna" , nad brzegiem wody, jakby nieco pochylony stał młyn wodny. Odkryliśmy tablicę upamiętniającą jedną z największych bitew wojny napoleońskiej. Ujechaliśmy kolejne parę metrów, wjechaliśmy na most i zupełnie znienacka, po prawej stronie ujrzeliśmy rzekę szerokością dorówującą Wiśle. Ale to nie była rzeka tylko jezioro, rzeka z niego wypływała pod mostem i wartką strugą płynęła w dal. To była Łyna, a jezioro nazywa się Mosąg. Znów droga prowadziła wśród pagórków mniejszych i większych, dotarliśmy do przepięknej wsi, czystej, z porządnymi opłotkami i porządkiem w obejściach. Wieś mi się kojarzyła z jakimś poetą warmińskim, tylko nie umiałam sobie skojarzyć z którym. Mignął nam jakiś posąg przy drodze, cofnęliśmy się i znaleźliśmy przy popiersiu Marii Zientary-Malewskiej oraz tablicy pamiątkowej na ścianie domu, w którym się urodziła.
Zmierzch już zapadł na amen , zatem nie skręciliśmy do wodnej elektrowni, ale obiecaliśmy sobie, że w najbliższą niedzielę spenetrujemy tę okolice dokładniej.  
Wróciliśmy tak dobrze nam znaną , codzienną trasą do domu, która w przyjezdnych z dalekich stron wywołuje zachwyt i przerażenie, a dla nas jest nudna i nieciekawa. Zwłaszcza po TAKICH  widokach.
Tak kochani: cudze chwalimy, swego nie znamy, sprawdziło się dziś porzekadło. Zachwycam się Jastrzębią Górą, Tatrami, a nie wiem, że równie piękne tereny mam w zasięgu ręku niemal.
Inna rzecz, już chyba o tym pisałam, że my , tu na Warmii i Mazurach , jesteśmy rozpuszczeni widokami i naprawdę trzeba czegoś mocno spektakularnego by zrobiło to nas wrażenie.