Żar pada na głowy

Kanikuła sprzyja …

Kanikuła sprzyja wypadom na tak zwane łono zatem korzystamy z tego dobrodziejstawa niejako na zapas by się nasłonecznić na długie listopady i grudnie. Jako ludzie pracujący niestety nie spędzamy nad wodą i na słońcu tyle czasu ile byśmy chcieli, czym oczywiście chronimy skórę przed czerniakiem lecz też na plaży od razu rzucamy się w oczy niezwykłą białością. Nawet miałam kiedyś kompleksy z tego powodu, ale mąż mi powiedział:
– Ale głupia jesteś, zobacz: te wszystkie opalone ciała to w większości bezrobotni. Byś chciała?
Zastanowiłam się i po głębokim namyśle , stwierdziłam, że nie. To już wolę pracować. Zreszta moja praca ostatnimi czasy też napawa mnie tęsknotą. Nie żebym się nagle pracowita zrobiła. Co to to nie. Nie zapałałam też jakimś szczególnym uwielbieniem do moich koleżanek. Też nie. Ja po prostu uwielbiam chłodny mrok mojej nory. Ale jak z radością cały upał przeczekuję w tej piwnicy, tak po godzinie 18 ciagnie mnie nad jezioro, do wody, do ochłody, do  zachodzącego,kąpiącego się słońca w wodzie marszczonej przedwieczorną bryzą. Niestety- na ciszę liczyć nie można – nawet około 20 tłumy wciąż okupuja plażę. A my z zemsty za wrzaski i śmieci- zabieramy P-Sunię. Ostatnimi czasy zwierzę się nam rozbestwiło i do wody włazi już nie tylko po rzuconego kija czy upuszczony kamyk. Od dwóch dni zwierzę tkwi w wodzie wraz z nami. Kiedy my odchodzimy – zaczyna płynąć za nami.
Tylko dziś nam zginęła nagle z oczu. Kiedy się odwróciłam do brzegu zobaczyłam mojego psa-niejadka w pozie ewidentnie żebraczej przed trzyosobową rodziną spoczywającą na kocu. Rodzina spożywała właśnie posiłek, każde z nich w jednej dłoni dzierżyło chleb a w drugiej pomidora. A mój pies wodził głodnym wzrokiem za ich jedzeniem. Nim mi przyszło do głowy, żeby się znajomości z własnym psem wyprzeć, mój mąż ją zawołał. Umarł w butach, teraz już na nic byłoby twierdzenie, że to nie mój.Przez chwilę rozważałam też mozliwość wyparcia się męża. Ale i tak nikt by mi nie uwierzył. Zatem zrobiłam dobrą minę do złej gry i warknęłam
– P-Sunia! Jak ci nie wstyd, chodź tu!
P-Sunia mnie zignorowała! Bo pani akurat ją karmiła chlebem. Chlebem! Zdaje się, że było na nim jakieś mazidło, ale głowy nie dam. A ta żebraczka to jadła! Ale jak  jadła?! Jakby w życiu nic lepszego nie dostawała. Zaniemówiłam z wrażenia. Mąż chyba też, bo zaprzestał wołania. A ta zżarła co jej dali i nadal wlepiała swe orzechowe oczy w ich kanapki, a kiedy pani powiedziała, że więcej nie ma to P-Sunia ( że też jej nagły piorun z nieba nie trzasnął!) P-Sunia rozpoczęła swój taniec na dwóch łapakch!
Mokra sierść oblepiła jej zapadłe boki i wygladała na jeszcze chudszą niż zwykle.
O bydle niemyte! To ja cię niemal w pozie modliwtewnej proszę byś zechciała takie dobre mięsko z puszeczki, a ty tu żebrzesz o kawałek suchego chleba? O żesz ty…
Maz spojrzał z ukosa i powiedział :
– Spokojnie, przecież wiadomo, że po kąpieli w jeziorze każdy jest głodny. Woda wyciaga.

Strachy na lachy

W piątek przyjeżdża …

W piątek przyjeżdża Taisha. Mówiłyśmy o tym od jakiegoś czasu i póki wydawało się to odległe- to przyjmowałam spokojnie. Dziś rano do mnie dotarło.
Przecież ja do piątku nie zdążę skończyć remontu! Jak ja ją przyjmę? w takich warunkach? Gdzie położę spać? Czym nakarmię? A jak się Kocio naburmuszy i będzie koło niej chodził i warczał? A jak ją podrapie?
A jak się ze mną będzie nudzić?
Wymyśliłam jedną noc pod namiotem w lesie nad moim ulubionym jeziorem 50. Miało być ognisko ( nad jeziorem jest specjalne do tego celu miejsce) i ranne podglądanie lasu, może zwierzat przychodzących do wodopoju…Ale w lesie susza, palić ognisko gdy najmnniejsza iskra może być groźna?
W sobotę jest insecenizacja Bitwy pod Grunwaldem. Pojadą tam moje dzieci z mężem i Junior Młodszy bo też przyjeżdża.
Niby wiem. Taisha jest przecież "swoja". Ale bardziej się denerwuję niż przed wizytą nielubianej ciotki.A jeszcze bardziej sie denerwuję, że stanie się coś i ona nie przyjedzie.
Ale ze mnie strachajło.

To jest niesamowite

Owszem, lipiec jak to…

Owszem, lipiec jak to miesiąc letni powinien wykazywać się jakąś podwyższoną ciepłotą, ale żeby aż tak?
Pojechałam nad jezioro z mężem, Młodym i P-sunią. Od razu wszyscy wpadlismy do wody w poszukiwaniu ochłody po rozgrzanej puszce auta. A tu- niespodzianka!- o wodzie można powiedzieć różnie, ale nie ,że  jest chłodna. Bo nie jest. 
P-Sunia chyba też tak uwazała. Po raz pierwszy w swym ośmioletnim zyciu zażyła tak długiej i w dodatku całkowicie dobrowolnej kąpieli.
Stałam potem na brzegu, na rozgrzanym pisaku, suszyłam się i czułam, że słońce mnie przypieka. I przypiekło, choć nie znacznie. A była godzina 19.
w życiu czegoś takiego nie widziałam by o koło godziny 20 plaża nad naszym jeziorem oraz woda w nim była tak zapełniona ludźmi.
Wygląda na to, że w czasie tej minionej długiej i bardzo mroźnej zimy bardzo gorliwie modliliśmy się o odrobine ciepła. Wyglada na to, że może nawet nieco zbyt gorliwie.

A w piątek przybywa do mnie Taisha. Hej! Możecie mi zazdraszczać wszyscy.I nawet mamy już wstepne plany na zagospodarowanie tych kilku dni. 

PS. Chmurzy się, jakby na burzę szło…

Deszcz, deszcz!

<p …

Błyska się, piorun broi,
lasowi moknie broda.
O przyjaciele moi!
Jutro znowu pogoda.

                            ( K.I.Gałczyński)

Znacie ten zapach, jedyny w swoim rodzaju, gdy na spalone słońcem miasto padną krople letniego dżdżu? Parują chodniki, auta z szumem wypluwają spod opon wodę, dzieci w kolorowych gumaczkach rozchlapują kałuże na chodnikach. Zdaje się, że świat na powrót oddycha z lubością wielką zachłystuje się świeżym powietrzem.
Deszcz chlupie po rynnach, stuka w parapety, szeleści w koronach drzew.
Kto to śpiewał? "Tu mi kap kap kap, tu mi chlup chlup chlup, tu mi wesolutko…"
Mówiłam, że uwielbiam deszcz?
Mówiłam, jakiś milion razy. Ale i tak powiem. Uwielbiam deszcz! Mam nadzieję, że poczeka na mnie jeszcze te pół godzinki. 

Na chwilę przed odlotem…

– Zobacz jak tu …

– Zobacz jak tu ładnie- powiedziała do mnie Beata zataczając ręką szeroki krąg. W głosie miała zachwyt i jakąś nutke rozmarzenia.
Rozjerzałam się. Okrągłe, niewielkie jeziorko otoczone lasem, mały spłachetek piaszczystego brzegu, porozrzucane  wokół wysokich sosen drewniane domki.
Ot..ośrodek wypoczynkowy jakich wiele.
– No, ładnie…choć moje jezioro jest ładniejsze: jest większe, ma pólwysep i wyspę a wokoł niego na wzgórzach rosną lasy…
Beata zdawała się być rozczarowana moim mało romatycznym podejściem. A ja bardziej byłam ciekawa jej niż otoczenia. Cóż…jak się mieszka na Warmii, to człowiek się jakoś przyzwyczaja do otaczającego piękna i nie widzi w nim nic niezwykłego.
A Beata?
Kolejne bloxowe spotkanie. Nastepne zaliczające się do tych udanych. Ile ich już było?
Anita, Emi, Becia, Madika, Taisha…Kalejdoskop imion i postaci. Kalejdoskop uczuć i odczuć.
Mam nadzieję, że na spotkania z ludźmi nigdy się nie znieczulę, że nie będę pięknych ludzi przyjmowała  tak lekko jak piękne widoki, że uroda osób nigdy mi nie spowszednieje. Tak jak nie powszednieje mi widok mojego jeziora z wygladzoną powierzchnią z kąpiącym się w nim zachodzącym słońcem.

A jutro wyjeżdżam na cały długi tydzień. Mam nadzieje, że w mieście Łódź nie brak kafejek internetowych bym mogła czasem coś naskrobać i sprawdzić co porabiają inni.
Trzymajcie się cieplutko.

Wyniki

Dziś ogłoszono wyniki …

Dziś ogłoszono wyniki przyjęć do szkół średnich. Cóż, Misia się nie dostała do tej szkoły do której chciała nabardziej, ale ma do wyboru jeszcze dwa inne licea , w tym jedno w Miasteczku. Które wybrać? Oto dylemat…Ma na podjęcie decyzji całe trzy dni. W Miasteczkowym liceum zostają jej najbardziej ulubieni koledzy  w tym jeden lubiany bardziej niż bardzo :)). Ale jest tu też nielubiany jezyk niemiecki i eMDżej- czyli jeszcze bardziej nie lubiana nauczycielka od matematyki.
W olsztyńskim- jest język francuski, nowe, inne środowisko i nowe nadzieje. Ale są dojazdy. I rozdzielenie z Ulubionym.
Dylemat.
A ja nie umiem jej doradzić.Opinia głosi, że poziomem nauczania są do siebie podobne.
…za trzy lata matura i wybór studiów…
Kto mi zabrał moją małą córeczkę? Oddawać! Ale już! 

Lęki, przeczucia

Jakiś niedobry …

Jakiś niedobry dzisiejszy dzień.
Uczucie, że jakieś czarne chmury się zbierają nad głową. Misia drugą noc z rzędu budziła mnie, że się boi…
Dziwny lęk. Jakbym się bała gromu z jasnego nieba.
Może będzie burza i też wyparuję jak Tobellus?

Wkurw

Scenka 1.<br …

Scenka 1.
Pewna Osoba do mojej Szefowej przy każdej okazji wygłasza takie teksty:
– W soboty to o was się tyle osób pyta…- kiedyś biuro było czynne w każdą sobotę, ale okazało się, że przez 18 miesięcy nie zdarzył się ani jeden klient więc teraz soboty mamy wolne i Szefowa i ja
Zmęczona bzdurnymi tekstami Szefowa w końcu burknęła na odwal:
– Daj spokój, sobota jest do odpoczynku, a nie do pracy.
Na co Osoba poleciała z tekstem:
– Przecież masz pracownika. Pieścisz się z nim, że nie wiem…Ona ma u ciebie tak dobrze, że aż do przesady.
 Ja wiem co mysleć.
Osoba ma biznes w tym bym ja była w pracy jak nawięcej i jak najdłużej. Osoba jest po pierwsze zawistna.
Po drugie: Osoba ma biznes obok naszego biura. Ale ponieważ w biznesie Osoby zdarzają się sytuacje niebezpieczne- Osoba woli jak ktos jest w pomieszczeniu obok. I napuszcza na mnie moją Szefową.
Jak dodam do tego fakt, że rok temu Osoba skrupulatnie meldowała mojej Szefowej kiedy i na ile oddalam się od biura ( Szefowa wtedy miała świeże Maleństwo) to się robi wkurw.

Scenka 2
Wracam z pracy. Dziś. O 17. Jeszcze dobrze nie weszłam mój Syn zbolałym głosem mówi:
– Ojjj, przyniosłaś coś? Głodny jestem…
Owszem chleba nie ma w domu. Młody rano dostał 10 złotych w papierku bo za coś w szkole musiał zapłacić 6 złotych. Resztę ma. Ze szkoły wrócił pewnie około 12. I od tej pory siedzi głodny…
Wyrąbałam mu co myślę o tym, może nieco mało delikatnie. Obraził się.
A ja znów łapię wkurw.

Nie miała baba kłopotu kupiła Sony Ericsson K600i

Mężowi kończy się …

Mężowi kończy się umowa na telefon. Zawiadomiony o tym fakcie poszedł do zaprzyjaźnionego salonu , do pani Ani, podpisał umowę na kolejne dwa lata, za mniejszy abonament i te same minuty oraz wybrał sobie nowy aparat. Tym razem postanowił zdradzić naszą ulubioną Nokię na rzecz innej marki. Skusiły go opowieści o rewelacyjnym aparacie fotograficznym cyfrowym zamnotowanym w telefonie Sony Ericsson K600i.
I faktycznie. Aparat jest rewelacyjny- zdjęcia robi lepsze niż moja "świętej pamięci" Kyocerra. Mieliśmy okazję wczoraj przetestować owo cudo. No bomba!
Jest tylko jeden kłopot: nie możemy teraz naszych zdjęć zrzucić na komputer.
Dlaczego? Nie wiadomo.Mamy kabel USB, wgraliśmy stosowne oprogramowanie z załączonej płytki. Kiedy podłączamy USB  i aparat do komputera ten natychmiast informuje, że ma nowy sprzęt. I na tym koniec. Nic się dalej nie dzieje.
Instrukcja jest napisana skrótowo. Mniej więcej: "aby przesłać zdjęcia na komputer należy zainstalować progrma z załączonej płyty lub ściagnąć go ze strony". A na stronie- pomimo wybrania języka polskiego do obsługi- instrukcja jest w języku angielskim.
Wrrrrr
Mam tyle pieknych zdjęć i nie mkogę ich obejrzeć w normalnym formacie.
Może ktoś mi pomoże???

Tak nijak

Napiłabym się. Tak mi …

Napiłabym się. Tak mi nijak. Napiłabym się alkoholu. I to wcale nie wina wytrawnego białego lub czerwonego. Napiłabym się np. rumu z colą. Tak, tego najbardziej. Chciałabym poczuć tę obezwładniającą moc, która wyłącza blokady, spływa ciężarem w ręce i nogi.
Może mi zagłuszacz potrzebny?
Mojego naturalnego zagłuszacza chyba sie pozbyłam na terapii. I po co? Teraz byłby jak znalazł…Słuchawki na uszy: Evanesence, Sting, Lombard…Mają zagłuszyć. Tylko jest problem: nie wiem co. Może mnie samą?
Chyba się zagubiłam.
Uczciwego znalazcę proszę o zwrot.