Skrzywienie

Onegdaj została …

Onegdaj została Prowincjuszka zmuszona do pójścia z synem swoim na tzw. bilans nastolatka. Zaprzyjaźniona doktorzyca, znająca Kajtka od najmłodszych lat spojrzała na jego pochylone plecy i bez dalszych zabiegów wypisała skierowanie do poradni rehabilitacyjnej. Prowincjuszka powędrowała zatem do stosownej poradni by zapisać dziecko do stosownego specjalisty. Od tej pory minął ponad miesiąc i dziś wreszcie "nadejszła wiekopomna chwila" i należało pójść z dzieckiem na umówioną wizytę. Kajtek już miesiąc temu zapowiedział, że on nigdzie idzie. Dzis jednek poszedł, ale od razu zapowiedział:
– Nie myśl , że będę ćwiczył. Wystarczy, że muszę na głupi WF  chodzić.
No tak, WF- westchnęło się matce w duchu – Jakby ten WF był w szkole jak należy to może by nie było potrzeby teraz gdzieś indziej szukać, ale jak dzieci na WF-ie albo biegają do lasu albo biegają  w kółko po sali…Wzruszyła Prowincjuszka ramionami z niechęcią. Jest jak jest.
W zatłoczonym , dusznym korytarzyku tkwił spory tłumek ludzi, ale jakoś dość sprawnie to poszło, bo po 10 minutach przyszła kolej na nich.
Pani doktor, rzuciwszy na Kajtka okiem wydała krótka dyspozycję:
– Rozbieraj się do majtek, tylko tak sprytnie bo zobacz jakie tam tłumy…
Naprostowawszy chłopakowi postawę równie szybko wydała dyspozycję:
kijek na kark, złapać dłońmi i tak trwać-siedziec czy chodzić- dowolnie i dowolną ilość czasu. Potem równie szybko zosatała wytknięta nierówność w innym punkcie  kajtkowych pleców. Z kartą w dłoni w ekspresowym tempie Kajtek z Prowincjuszką zostali wypchnięci do gabinetu fizjoterapeutów.
– Jutro o 8 proszę się zgłosić na pokaz ćwiczeń
– Jak to na pokaz?
Pani fizjoterapeutka, co jest znajomą taty Kajtka a męża Prowincjuszki, wyjasniła:
– Normalnie: jutro popatrzy jak ma ćwiczyć, dostanie na kartce pokaz ćwiczeń i ma ćwiczyć w domu co dzien po co najmniej 40 minut i w listopadzie przyjdzie do kontroli.
Prowincjuszka zanotowała w pamięci, podziękowała uprzejmie i poszła. Jej syn wraz z nią.
A teraz siedzi sobie Prowincjuszka w pracy i duma, duma i duma…Ćwiczenia na kartce? Ćwiczenia korekcyjne wykonywane w domu??  Pokażcie mi nastolatka co będzie to robił! 
Czy to jakieś kpiny czy to tylko ja skrzywiona jestem?

Małe dziewczynki

Świat się naraz …

Świat się naraz zaroił małymi dziewczynkami. Takimi dwu-trzy letnimi. W chusteczkach, czapeczkach, kapelusikach. W spodenkach i sukieneczkach. Z włoskami przyciętymi równo przy policzku. Jedna z nich wczoraj biegła przez całą długość uliczki przy której pracuję z radosnym:
– Cio-o-o-o-ciuuuu!- jej głos podskakiwał wraz z jej krokami, a w głosie był ogromny ładunek radości. Inna zaszła do mojej nory, gdy jej babcia poszła załatwiać swoje sprawy u mojej sąsiadki. Malutka , ciemnowłosa główka wysunęła się zza futryny by zaraz zniknąć. Po chwili pojawiła się w drzwiach cała, w kusej sukienczynie, z ogromnym pluszowym psem. Spojrzałam spod oka i udałam, że jej wcale nie widzę. No bo jak tu gadać z takim małym człowiekiem? Czy taki człowiek zechce ze mną gadać? A może wystraszy się? Nie wystraszyła. Podeszła do mojego biurka i stanęła bez słowa.
– Fajnego masz pieska- powiedziałam cicho. Odpowiedziała mi coś w rozkosznym dziecięcym języku, którego nie zrozumiałam. Zrobiłam mądrą minę.
-Acha – powiedziałam udając madrą. Popatrzyła na mnie filuternie jakoś, z błyskiem w ciemnych oczkach.
– Co to? – zapytała dotykając pulchnym paluszkiem pomarańczowego flamastra.
– Pisak. Zobacz – pokazałam jak się nim maluje na podsunietym bloczku kalendarza po czym podałam go jej.
– Agatko! Wróć do babci!- rozległ się z sąsiedniego pomieszczenie głos jej opiekunki.
– Jest u mnie!- odkrzyknęłam.
– Jak masz na imię?- zapytałam dziewczynkę.
– …gatka – A gdzieś uciekło w oddechu, ale reszta brzmiała śmiertelnie serio.
– Agatka, jak ładnie – ucieszyłam się.
Znów to filuterne spojrzenie spod ciemnych brwi. I rzut oka na pozostałę pisaki. Podałam jej czarny, ale się  nie spodobał. Zainteresował ją żółto-czerwony długopis. A potem bardzo jej się spodobał firmowy ołówek, dający się wyginać na wszelkie strony.  Pies zołstał pieczołowicie ułożony na moim biurku nim Agatka odsunęła sobie krzesełko i spojrzała na mnie pytająco.
– Oczywiście, że możesz tu usiąść – powiedziałam . Usiadła. Upuszczała ołówek, a ja go podnosiłam co wywołało jej hałaśliwą radość.
A potem babcia ją zawołała i poszły. I pociemniało w mojej piwnicy.
A dziś z niezrozumiałym dla mnie bólem patrzyłam jak jakaś mama uparcie kazała córeczce zabrać do sklepu wózek z lalą. Córeczka chciała go zostawić przed sklepem, tak jak większość pań to robi. Dopiero jej łzy spowodowały, że upór mamy się załamał. Po co ta mam się upiera? Dziewusia w jasnym kapelutku i turkusowych spodenkach biegała potem po schodkach, a mama robiła zakupy w drogerii.
Siedzę na murku, w słońcu. Mijają mnie ludzie, auta, psy…A ja widzę tylko te małe dziewczynki. I sama nie wiem: widzę w nich małą Kasię czy Misię? I serce mi się do nich rwie.
A może to zegar biologiczny?

Warszawskie zagrożenie

<span style="FONT-SIZE: …

 

Pogodna, majowa niedziela. Po obiedzie zaproponowałam mężowi spacer nad jeziorem. O tej porze roku jeszcze jest to prawdziwa przyjemność: lśniące w zachodzącym słońcu jezioro marszczone leciutką bryzą, świergot ptaków, szybowanie rybitw nad wodą, a po za tym spokojna cisza. Nieliczni spacerowicze mówią przyciszonymi głosami, po wodzie nie pływają pety i butelki, piasek też jest czysty.
Pojechaliśmy. Kilkanaście minut trwała sielanka. Pies biegał za patykiem, łowił upuszczone do wody kamyczki. A potem nadjechało auto dużo lepsze od naszego i wysypało się z niego czworo młodych ludzi. Zbiegli nad wodę z młodością, krzykiem, śmiechem i…
– O, może powinni się zgłosić do Pasikowskiego – zaproponował mąż po chwili wysłuchiwania dialogu młodzieży.
– A może Pasikowski do nich? Na korepetycje – rozważał dalej.
– To chyba wracamy- westchnęłam zrezygnowana.
– Ciesz tym co masz – pocieszył mnie mąż – Może niedługo już w ogóle nie wejdziesz nad jezioro.
Zdumiałam się.
– Dlaczego?
– Podobno wykupił je były wicepremier, ten od słynnego Planu.
Nie powiem, zamiast puchnąć z dumy, zmartwiłam się. Wygląda na to, że po Mazurach „warszawka” ma zamiar wykupić całą Warmię. I wcale a wcale mi się to nie podoba. Napatrzę się na nich jak jeżdżę do siostry: wypasione bryki mknące środkiem drogi, notorycznie łamiące ograniczenia  prędkości, chamskie wciskanie się „na trzeciego”. W ogóle jak na mazurskiej drodze spotkamy się z butą i brakiem kultury możemy niemal bez patrzenia na tablice rejestracyjne wiedzieć skąd ten kierowca pochodzi. I do tego- każde niemal jeziorko, nawet najmniejsze oczko wodne byle w miarę atrakcyjnie położone ogrodzone dokoła, bez możliwości dojścia do wody dla szarych zjadaczy chleba. A jesienią – na opustoszałych polanach i plażach hałdy śmieci. To tak ma wyglądać moja cicha , przytulna Warmia? To ja wolę by dalej sobie była cichą , odległa , nawet wyśmiewaną prowincją.

Ech…
Na pociesznie  TVP 1 emituje dwa odcinki mojego ulubionego „Rancza” . Nie przepadam za komediami, ale ten serial to nie komedia. To satyra na nasze polskie społeczeństwo. A jak ktoś chce wiedzieć jak wygląda i się zachowuje moja rodzicielka w charakterze księżej gospodyni- polecam postać Michałowej. Zawsze zapominam zapytać matkę czy Marta Lipińska była u niej na konsultacjach..

Nowy dzień

<span …

Się wstało w słoneczny , sobotni poranek. Po dniu tak złym, po nocy równie niedobrej wstało Się radośnie, z nadzieją w sercu od nowa. I spijając kawę aromatyczną, dobre słowa Się z mądrej książki czytało,  a potem ubrawszy Się,  kwiatki do skrzynki nabalkonowej posadziło. Kwiatki drobniutkie, uśmiechające się pomarańczowymi płatkami.
A potem jeszcze Się z P-Sunią w wilgotny cień i rosę poranną wyszło, na ulice jeszcze bez smrodu spalin, jeszcze ciche i opustoszałe. I P-Suni Się kość smakowitą ze sklepu przyniosło, by zwierzę też radości niecodziennej otrzymało choć mały kawałek. I wziąwszy koszyk, i książki, i sadzonki bakopy powędrowało się na cmentarz by dawno nie odwiedzanego przodka odwiedzić, by pogadać z nim nareszcie spokojnie, bez oczu i uszu ciekawskich, a nie zawsze może życzliwych. A na cmentarzu , na grobie pod brzozą ( a jakże inaczej?) Się sadzonki pousadzało, wygrabiło i wyniosło zeschłe liście i wypalone znicze. Porządek wkoło zaprowadziwszy, stało Się potem w porannym majowym słońcu, ptasich głosów krzykliwych słuchając,  wiatru słuchając, myśli własnych słuchając, a ręka nieposłuszna nikomu, prowadzona myślą nieodgadnioną krzyż kamienny głaskała, głaskała i głaskała…I słowa przyszły skąd nie wiadomo, ale przyszły. I dobre to były słowa. I wybaczenie nadeszło, taką ciepłą fala rozlało się po sercu, po duszy i ukojenie spłynęło, na skołatane myśli, na skołatane serce, na bolącą od wczoraj głowę. I choć łzy zapiekły pod powiekami , to i łzy dobre były, bo nareszcie niosły oczyszczenie, a nie kolejną porcję żalu i gniewu.
A ptaki nad głową hałasowały, jakby chciały jazgot aut przekrzyczeć i głos kukułki się rozległ, pierwszy tej wiosny, jak zawsze niespodziewany, i Się nerwowo grosza w kieszeniach szukało i nie znalazłszy parsknęło Się śmiechem krótkim,  niestosownym do miejsca, że oto znów kolejny rok bogactwa wraz z kukaniem utrapionego ptaka umyka.
Z cmentarza Się wyszło powolnym krokiem, z uśmiechem na twarzy, z wdzięcznością za łaskę wybaczenia, za prezent kolejny w zwykłym dniu darowany.
I zaszedłszy do biblioteki lekturę dobrą Się znalazło i tak zacząwszy dzień poszło Się spokojnie w codzienność swoją.

Nareszcie

ciepło. Słońce świeci…

ciepło. Słońce świeci jak na maj przystało. Ludzie tłumnie wylegli na ulice mojego miasteczka.
Siedzę na schodkach przed pracą i się cieszę błękitnym niebem, ciepłem słońca i szybowaniem jaskółek wokół kościelnej wieży.
Żeby tak jeszcze samochodów mniej jeździło…

A Beci córka dziś maturę zaczęła. Trzeba trzymać kciuki.

Bez tytułu

Ale ja mam pracowity ten…

Ale ja mam pracowity ten długi weekend. Jak nie pierogi to bierzmowanie córki. Przyjmowałam perspektywę tego sekramentu ze stoickim spokojem. Wyobrażałam sobie, że córka ubierze się ładnie, my też i pójdziemy "wespół w zespól" do kościoła na mszę wieczorem i już. Co najwyżej jakieś lody, kawę i ciasto skonsumujemy wspólnie. Aż tu ze dwa dni przed Misia pyta czy przyjdą goście…Masz ci los!
– Dziecko, jacy goście?
– Noooo, nie wiem…jakaś rodzina…- dziecko miało niepewność w oku.
– A dasz mi na fryzjera?- dodała jeszcze.
Oczy już miałam jak dychy z Kopernikiem i tylko dlatego teraz się nie powiększyły.
Dobra- dam jej na tego fryzjera, niech ma, tylko niech mnie o tych gości nie gnębi bo:
po 1- do głowy mi nie przyszło ( na moim bierzmowaniu matka dała jakieś grosze i poleciła zaprosić koleżankę- świadka na lody, o wspólnym z rodzicami pójściu do kościoła mowy nie było,o gościach, prezentach i fecie – tym bardziej);
po 2- nie mam żadnej rodziny w Miasteczku. Jakieś dalekie ciotki po ojcu.Teściowa- co ledwie chodzi, i Szwagierka- lepiej nie mówić. Moja matka i siostra- to samo. I wujek na Śląsku. To lista moich najbliższych krewnych.
Zasępiłam się tymi gośćmi. Takie chwile jak ta, budzą we mnie nieokreślony żal, że ta moja rodzina to jakaś taka mało rodzinna jest, że moje dzieci jak na pustyni emocjonalnej rosną. Bez korzeni prawie, bez poczucia przynależności, bez fundamentów. Ja przywykłam, ba! cenię sobie nawet brak rodzinnych zobowiązań i przymusów, ale dzieci jak widać tego potrzebują.
A fryzjer też nie wypalił, bo Misia się nie umówiła wcześniej, a większość zakładów w Miasteczku i tak była zamknięta.
Musiałam ze sprzataczki i kucharki przedzierzgnąć się we fryzjerkę. A to nie łatwe jak się ma córkę z włosami, którymi można obdzielić cztery osoby i każda by miała słusznej gęstości fryzurkę. Godzinę nawijałam pasma włosów na wałki. Misia ma piękne włosy, długie do połowy pleców, gęste- jak mówiłam, w kilku odcieniach blondu od jasnego po dominujący kolor starego złota. Jak je rozpuści , takie swieżo umyte- to mogę siedzieć i patrzeć.
Ale kręci to-to tałatajstwo, o matko kochana! Nie ma głupich! Już sama przypilnuję by na następną uroczystość zapisała się do fryzjera.
No, a potem msza, potem skromne przyjątko w domu.
I smutna refleksja: moja córcia coraz szybciej idzie w dorosłość. A ja się nie zdążyłam nią nacieszyć. 
Skupiłam się na tym mało duchowym aspekcie sakramentu? A tak… Msza, cały ten napuszony, sztuczny ceremoniał, modlitwy bez treści są dla mnie jak dekoracje na planie filmowym- z wierzchu piękno, z tyłu- pustka. Jednak w swoim, przyznaję , wygodnictwie i asekuranctwie chcę dopilnować by dzieci otrzymały jeszcze ten sakrament. Przyjdzie czas, że same dokonają wyboru i wybiorą własną ścieżkę. Nie chcę by moje poglady jakoś im te ścieżki komplikowały. No i mąż też ma coś do powiedzenia- wszak to też i jego dzieci choć w kwestii kościoła różnimy się diametralnie.

Pierogowe zakręcenie

Taka piękna pogoda była …

Taka piękna pogoda była wczoraj, a ja co? A  ja wymysliłam pierogi, bo choć te  co jadłam w Sopocie dobre były to mnie było ich za mało. No to se czas zorganizowałam jak na świeto pracy przystało.
Wiadomo, że pierogi to robota czasochłonna i dość brudna. Mąka się pyli, stolnica lepi od ciasta, ręce też, maszynka brudna od farszu, niezliczone ilości talerzy, bo nie można ugotowanych pierogów kłasć jedne na drugich jak naleśniki bo się posklejają. W każdym razie- mnie się sklejają.
Zatem jak wymysliłam taką ruinę w kuchni to nie dla jednego rodzaju  pierogów. I nie dla marnych pięćdziesięciu sztuk.
Bo najpierw miały być tylko z truskawkami co to zamrożone sobie leżały od ubiegłego lata. Potem zauważyłam, że mam sporo kartofli ugotowanych z przedwczorajszego obiadu, zatem ruskie aż się prosiły. A do popicia barszcz miał być. Ale z barszczem skojrzyła mi się moja wersja kołdunów…Zatem jeszcze kołduny.
Zresztą wyjścia innego nie było bo Mąż choć uwielbia pierogi z truskawkami nie za bardzo traktuje to danie jako obiadowe. Ruskich nie lubi podobnie jak i Kajtek, za to obaj uwielbiają kołduny. Ruskie natomiast lubi Misia. I ja- oczywiście.Kołduny też bardzo lubię .I te z truskawkami.
W efekcie ulepiłam ponad 100 pierogów, które  pożarlismy na pniu.Cały dzień dreptania w kuchni zaowocował padnięciem na wyrko około 21.
Efekty uboczne?
Ponieważ postanowiłam w ramach diety zjadać wyłącznie po pół mojej zwykłej porcji to i tym razem zjadłam pół.
Pół porcji kołdunów.
Pół porcji ruskich.
Pół porcji z truskawkami z połową porcji śmietany.
I co?
Ano- waga znów się popsuła.Wskazówka ciągle ucieka w prawo.

Test metematyczno-przyrodniczy

Jak zadzwoniłam …

Jak zadzwoniłam wczoraj po 11 do Misi to od razu wiedziałam, że nie jest dobrze, proszę państwa, nie jest dobrze. Misia była roześmiana, w słuchawce słyszałam śmiech innych gdy mówili , że poszło do kitu i że każdemu tak poszło. Tylko ten śmiech mi jakoś tak brzmiał… no… Jakby był zamiast płaczu. No- 50 punktów się nie spodziewałam.Na 40 też raczej nie specjalnie liczyłam, ale może 35-30?
Misia sprawdziła w necie, policzyła punkty. Wyszło jej niewesoło. Mamy antytalent matematyczny w genach. Na dodatek ani ja, ani ona nie miałyśmy szczęścia do nauczycielek matematyki. Zawyczaj były to rozhisteryzowane baby budujące autorytet na wrzasku i pałach, bez specjalnego daru pedagogicznego oraz bez koniecznej w tym zawodzie cierpliwości. To wszystko powoduje, że 3 z matematyki u mnie oraz u moich dziec – to sukces.
No zobaczymy w czerwcu, bo dopiero wtedy maja być wyniki.
Ci , którzy ustalili tak odległy termin wyników gimnazjalnych to naprawdę bez serc i mózgów chyba są. Dwa miesiące czekania. Jak ja przetrwam? A Misia?

PS. A co do mojego antytalentu matematycznego i zawodu informuję, że w dzisiejszych czasach księgowa może nawet nie umiec tabliczki mnożenia- od tego są programy komputerowe oraz kalkulatory.
Pytanie: A co ma ksiegowa ?
Odpowiedź: Księgowa ma umieć czytać ze zrozumieniem.

Wywiad

Zostałam  dziś poddana …

Zostałam  dziś poddana krzyżowemu ogniowi pytań. I poczułam się jak gwiazda. Kurcze! ktos mnie pytał i był naprwdę bardzo ciekaw odpowiedzi. Przy czym ta osoba nie była ani na mgnienie oka nietaktowna, nachalna czy natrętna. Nie była też ciekawska tą wstrętną, wścibską ciekawością. Nie było ani jednego pytania naruszającego moją anonimowość- żadne tam pytanie o dane osobowe.
Wywiad przeprowadziła ze mną za pośrednictwem GG bardzo sympatyczna studentka socjologii, która w komentarzach do notki poniższej zamieściła swą bardzo grzeczna prośbę. A ponieważ był grzeczna od razu, przedstawiła się z imienia i nazwiska i nie zauważyłam żadnego błędu ortograficznego to zgodziłam się, bo co mi szkodzi? Dla mnie żaden kłopot czy niewygoda a komuś życie ułatwiam.
Kochani- jesli też otrzymaliście taką prośbę – zgódźcie się. Co Wam szkodzi jeden dobry uczynek więcej ?