Komputer

Mąż wymienił wiatrak od …

Mąż wymienił wiatrak od procesora. I komputer chodzi jak ta lala. Uruchamia się od pierwszego razu ( podobna, bo to nie ja rano to robię tylko Potwory), nie wyje, nie zatrzymuje, chodzą nawet te gry co Młody już miał spisywać na straty bo się nie dało grać…
Jeden mały wiatraczek???!
Żeby było śmieszniej: przy ostatnim razie gdy kompik był u magika ten oddając go powiedział, że wszystko jest okej, tylko ten wiatraczek od procesora się lekko przycina, ale to w niczym nie szkodzi…
No, jeżeli to co było ostatnio to "nie szkodzi" to ja nie wiem co wg magika "szkodzi". Eksplozja? Samozapłon? Obawiam, że straciłam dla magika resztę szacunku i wiary w jego fachowość…
A kompik w ciagu dwóch lat ma wymienione już prawie wszystkie wiatraczki. Został tylko ten od zasilacza. Ciekawe czemu? Wiatraczki badziwne czy może kłaki moich pupili im szkodzą? Kto wie?
Teraz zastanawiam się nad zmianą dostawcy netu…

Kochani!

Domowy komputer odmówił …

Domowy komputer odmówił współpracy na amen. Nadaję z pracy, gdzie chwilowo przebywam w celach służbowych.Wybaczcie zatem, że nie odpowiadam na Wasze komentarze.
Madika przyjechała, Golfik działa jak trzeba. Kocio tylko raz na Madikę na krzyczał ale wczoraj pozwolił jej siedzieć ze sobą w fotelu. Zdrajca. Zdrajczyni. 
Znikam.
Czas mnie goni. Do czwartku, chyba że maz dziś naprawi kompika.

Ru-szyła-ma-szy-na-po-szy-nach-os-pale

Moja frustracja sięgnęła…

Moja frustracja sięgnęła wczoraj zenitu.Mąż do wieczora dłubał przy aucie, nieby sprawdzał, ale ostateczna próbą będzie dziś. Jeśli odpali- znaczy zaoszczędziliśmy jakieś 300złotych, jak nie odpali…Niech odpali co? Madika przyjeżdża, mieliśmy po nią do Iławy wyjechać a potem tyle innych planów…Jak bez auta pokażę jej wzgórza nad Brąswałdem? Bo jezioro "pięcdziesiątka" to na upartego można na piechotę odwiedzić – co to jest te 7 km w jedną stronę? No i Limajno też …Ale wygodniej do Olsztyna autem jak busem…
Ale to nie tylko samochód mi nerwy zszargał. Bo potem się okazało, że komp też powiedział, że wysiada. I wysiadł. Pomiędzy sprzątaniem łazienki a wieszaniem prania rozmawiałam z nim w pozie modlitewnej…Nic.
A potem zrobiło się ciepło i zapachniał deszcz. I pomyślałam, że przecież zapomniałam podziękować za awarię auta. Bo może kilka kilometrów dalej czekał na nas ktoś na naszym pasoe i awaria nas zatrzymała.Albo…nie wiem, ale skoro wszytko dzieje się po coś, to widać trzeba. Podziękowałam zatem.
Dzięki ci Panie za zepsuty samochód.
I wrócił mąż. I otworzył komputer. Sprawdził wiatraki, wyjął z nich po kilogramie kłaków Kocia i P-Suni, docisnął poluzowany przewód…ruszyło…zadziałało.
Mogłam pójść spać. Spałam jak dziecko i snił mi się Tata. To już drugi raz w tym roku, a kiedyś nie śnił mi się wcale.
Tata? Czy ty czasem zaglądasz do mnie? A do Baśki? Bo wiesz…
Obudził mnie deszcz.
Kawa jakaś niedobra.
Ale deszcz tak pięknie puka.
Madika jedzie już od prawie godziny.
Lecę sprzątać kuchnię.
Trzymajcie kciuki za Golfika, co?

O k…* ! Ja p*! – czyli lecimy Miauczyńskim cz. III

Kolega powiedział, że…

Kolega powiedział, że będzie za chwilę. Mąż stanął na poboczu, zapalił papierosa.
– Sam go zrobię – zaczął się odgrażać.- O, wiesz! To ja skoczę po część, jak Kolega przyjedzie…
– To lepiej zatrzymaj coś i jedź – poradziłam – Jak przyjedzie Kolega to wyślę go za tobą.|
Akurat w zatoce zatrzymał się bus. Mąż wsiadł i pojechał. Na drodze zostaliśmy Golfik, ja, mój telefon oraz kluczyki w stacyjce. Za chwilę przyjechał Kolega, więc go wysłałam w ślad za mężem.
Radio mi grało, kiszki też, ale słońce grzało . Umiliłam sobie czekanie rozmową z Taishą. Potem sms do Miśki. Potem sms do Młodego. Potem kolejny sms do Taishy. Wrócił Kolega.
– Bo oni tam dopiero wypakowują, jeszcze jakies 40 minut, a ja mam urwanie głowy w robocie. Wracam. Jak mąż dojedzie, to dajcie znac – przyjadę.
 Pojechał. Zaczęłam oglądać Copernikusa czyli mapę samochodową. Szukałam Cierzpięt i Tucholi. I jeszcze tak sobie połaziłam palcem po mapie. Minęło 40 minut. A, to zaraz będzie- pomyślałam. Minęło 50. Zadzwonił Kolega.
– Jeszcze go nie ma…
Zaczęło zachodzic słońce. Minęła godzina, półtorej…Co robić? Zamknąć auto, zabrać kluczyki i telefon i pojechać stopem mężowi na przeciw? A jak się miniemy? Zostawie kartkę…No tak, ale skąd będę wiedziała, że on wrócił? Nie zadzwoni bo nie ma skąd. Zostawię telefon w aucie? Ale on nie ma kluczy…Przychodziły mi do głowy różne pomysły. Schowam gdzieś kluczyki i dam mu znać.Jak? Tam-tamem??!
O k*! Ja p* – przypomniał mi się Adaś Miauczyńki. Jak oni się kiedyś porozumiewali?
Minęła druga godzina.
Zadzwoniłam do kolegi bo targnęło mną podejrzenie: faceci! Jak oni się umawiają…!
– Jak się umówiliście? Gdzie mąż miał czekać? Przy samochodzie czy tam?
– Przy samochodzie!
– Na pewno? Bo już dwie godziny… Może on tam stoi czeka?
– Na pewno…
Dobra…zaczął zapadać zmrok, było po 20. Wyłączyłam radio, bo już mnie denerwowało. Coraz ciemniejsze niebo. O k*! Ja p*! Klęłam w głos! Mogłam 10 razy pojechać do domu, zabrać telefon męża , najeść sie, zrobić siku. O k* !Ja p*! Zimno mi się zrobiło, co oni tam robią tyle czasu? A w końcu- zostaw tę cześć, noc idzie i tak nic robił dziś nie będziesz, wstaniesz jutro o szóstej i pojedziesz po część! O k* Ja p*! No i co ja mam tu robić? Do północy?
Stuknęły drzwi, zobaczyłam męża.
– Gdzie on się podziewa?!- warknął – Stałem jak głupi dwie godziny i czekałem…
– Miałeś czekać tu…
– Jakie tu? Jakie tu? Tam!
– On mówił , że tu…
– O k* Ja p* – poleciał znanym tekstem mąż.
O w domu byliśmy około 21.
Teraz mąż się gimnastykuje żeby naprowić Golfika.
O k* ! Ja p*!

O k..* Ja p* czyli lecimy Maiuczyńskim cz II

Pojechaliśmy. …

Pojechaliśmy. Okrążając rondo mąż opowiadał mi co i jak dokręcał , poprawiał w Golfiku. Golfik jest wiekowy i coraz częściej potrzebuje troskliwych rąk swego opiekuna.
Wyjechalismy za miasto. Słoneczko się rozpromieniło, radio gra, pietek tuz tuż…
– Bo ja bym chciała jeszcze zajechac popatrzec na bluzy- powiedziałam do męża- Mówiełś, że takie wyprzedaże są, może bym jaką fajna za rozsądną cenę dostała?
– Jasne, że zajedziemy.
– No i może na grille popatrzymy?
– Popatrzymy…
W duchu zaczęłam żywić nadzieję, na zaglądnięcie do jeszcze jednego sklepu, tam, godzie można moje wyczekane Cóś zobaczyć.  Chociaż popatrzeć…
I naraz moje rozmarzenie prysło jak bańka mydlana za sprawą dziwnego terkotu w gofiku. Błysnęło złe skojarzenie, odepchnięte natychmiast rozsądnym: Niemożliwe! Nie drugi raz to samo…
Golfik ma w sobie element niespodzianki- jak odmówi jazdy to rzadko dwa razy z tego samego powodu. Wciąż ma inne pomysły.
– Co to?- zapytałam niespokojnie.
– Własnie niewiem- odpowiedział mój mąż bardzo spokojnym głosem. Uuu…chyba  mamy kłopoty- pomyslałam na to.
Zjechaliśmy na zatoczke dla autobusów. Mąż wysiadł, otworzył maskę. Ja otworzyłam drzwi, wystawiłam twarz do słońca. Spokojnie, przecież zaraz naprawi- uspokoiłam samą siebie. Zawsze wszystko naprawia. Auto też.
Czas płynął , płynął , płynął …jak czas…Mąż szarpał się z czymś pod maską, jego ruchy stawały się coraz bardziej nerwowe, jego napięcie zaczęło się udzielać mnie. Wsiadł. Przekręcił kluczyk. Zagrzechotało znajomo. Spociłam się.
– Co jest? Pasek rozrządu?- zapytałam.
– Nie wiem, nie wiem, zaraz…- odpowiedział nieuważnie. Znów zaczął grzebać pod maską. Znów zakręcił stacyjką.
– Ja pier*- zaklął – Po samochodzie.
Wtedy poczułam, że za chwile rzuce się z pięściami. Na męża. Że lata wkoło, nic nie mówi, robi się coraz bardziej nerwowy, a mnie pomija.
– Może mi w końcu powiesz co jest?- wycedziłam. Spojrzał nieprzytomnie.
– Pasek?
– Pasek…
– O ja pie*- wyrwało mi się elegancko.- Trzeba kogoś wołać kto nas zholuje?
– O ja pie*- zaklął ponownie mój mąż. – Zostawiłem telefon.
– Ja mam- uspokoiłam go i zaczęłam przeglądać telefon.  Mam kogos w Olsztynie. Mam w Krakowie, w Łodzi, Darłowie, Bielsku, Poznaniu…Ale w Miasteczku??? Baśka- szefowa.Akurat przysłała smsa że zaprasza na piwo.
– Jest twój mąż? – zapytałam bez wstępów – Bo nam Golfik padł.
– W trasie…będzie o 23. A ja myślałam , że się piwa napijemy…
– Zapomnij, stoimy w drodze…
Kto jeszcze? Jeszcze jest jeden kolega.

O k* …! Ja p*! – czyli lecimy Miauczyńskim cz I.

Fajnie było wczoraj, …

Fajnie było wczoraj, przyjemnnie, tak sobie siedziec, szukać w necie pomysłów na rozrywke dla Madiki i rodziny też. Wyszłam z pracy co prawda głodna jak ppies, ale jakos pozytywnie do świata nastawiona. W domu w lodówce do której zajrzałam w poszukiwaniu jedzenia- zobaczyłam światło. Li i jedynie.
Mąż, wyjątkowo siedzący w domu o tej nienormalnej porze sączył kawę.
– Głodna jestem- rzuciłam w niewielka przestrzen naszego mieszkania. odpowiedział mi tylko Kocio
– Ja też!
– To zawsze jestes głodny- wytknęłam mu.
– Ty też- odpyskował i na wszelki wypadek poszedł na balkon. W bloku na przeciewko na balkonie był rottweiler i na widok Kocia podniósł larum. Czy mi się zdaje, czy Kocio specjalnie poszedł na ten balkon by durnego psa podenerwowć?
– Co będziesz  teraz robił?- zapytałam podstępnie męża.
– Nic a co? – odpowiedział nieświadom zagrożenia.
– Trzeba zakupy zrobić…
Cisza. Łyk kawy. Wpatrzone we mnie oczęta chaberkowe.
– No… ten…no bo moze byśmy do Olsztyna…- wydukałam niepewnie.
Ja się tam nie boje męża o nic prosic, ale jak chłop siedzi w domu, w jedno, jedyne wolne popołudnie to może to gruby nietakt jest ganiać go po zakupy.
– To ja tylko kawę wypiję i pojedziemy.
W szafce pałętał się ostatni pusty naleśnik to go złapałam. P-Sunia od razu poczuła do mnie sympatię. Kocio też. Sięgnął łapą do mojej zdobyczy. Strzeliłam go lekko w ucho.
– Moje!- warknęłam na wszelki wypadek- Sama to sobie upolowałam. 
oparł lepek na moim ramieniu, że niby mnie kocha bezgranicznie.
– Dobra Gruby, za stara jestem na takie numery- oświadczyłam bezlitośnie i połknęłam oststni kęs placka.
Mąż dopił kawę.
Ruszylismy do drzwi żegnani zgodnym dwugłosem Kociowym i Młodego
– Kupcie coś dobrego…

Ciśnienie 101/71

Ból w oczach, nad …

Ból w oczach, nad uszami, w czubku głowy.
Reanimuję się od rana:
kawa – codipar  rozpuszczalny – słabo- herbata mocna+ cukier+cytryna – lepiej- pół kromki chleba z wędliną i pomidorem- mdłości- …przerwa w reanimacji – ulga – przerwa w reanimacji – ból – słabo- senność- kawa- lepiej-przerwa w reanimacji – zupka ogórkowa amino kwaśna- mdłości- ból- słabo- nurofen- herbata +cytryna+cukier -…
Bbyle do 17

Filozofia majtek

Zaszłam do sklepu …

Zaszłam do sklepu obejrzeć bluzy, bo "jesień idzie nie ma na to rady" a moja czerwona bluza ma już całkiem powycierane rękawy.Znajoma mnie zagadnęła:
– Popatrz, fajna bluzka…
– No, fajna, ale nie dla mnie- wetchnęłam.
– E, coś ty, dlaczego?
– Rozmiar mi się powiększył, wypadałoby trochę pasa zacisnąć.
– Dj spokój!- zaoponowała- dobrze wyglądasz.
– Acha, dobrze, dobrze, nawet bardzo dobrze- przyznałam jej rację oglądając czerwoną polarkową bluzę.
– Bluza? O tej porze roku?- zdziwiła się
– Zima idzie – wyjaśniłam smętnie. Po chwili ożywiłam się- Ale faktycznie- skoro zima to nie muszę się odchudzać. Schowam wałki pod ubraniami i poczekam do wiosny- stwierdziłam radośnie
– O widzisz, dobra myśl- przyzała mi rację i poszła do majtek. Ja za nią.
– Ciekawe, czy te to troche obciskają?- zapytała w przestrzeń. Pomacałam.
– No nie wiem – wyraziłam wątpliwość.- Raczej za lekko się rozciągają.
Powiodłm wzrokiem po wieszaczkach. Koronki, stringi, elastiki…
– A zwykłych majtek nie ma- westchnęłam.
– W barchanach będziesz chodzić?- zgorszyła się moja koleżanka.
– Wolę barchany jak stringi…W końcu na rozbierane randki już nie chadzam.
Zaśmiała się.
– Nigdy nic nie wiadmo – ostrzegła mnie.- Choć właściwie niewiele nam czasu zostało. Połowa życia za nami- dodała filozoficznie.

Pracowo-piątkowo

Ludzie to chyba wiedzą …

Ludzie to chyba wiedzą kiedy któras z nas, Szefowa lub ja, zostaje sama w pracy. Wtedy przychodzi ich najwięcej, a nawet jak nie ma tłumów to przychodzą z takim sprawami, że pół dnia trzeba wertować różne dokumenty by tego klienta obsłużyć.
No i ja w tym tygodniu jestem właśnie sama.
Jeden klient przede mną na krzesełku, drugi za progiem, dwóch innych sprawy rozgrzebane, Prezes  w telefonie, a Szefowa na gadu-gadu bo siedzi w domu z dzieckiem i się jej chyba do człowieka zachciało…Odzywyczaiłam się od takiego młynu, kiedyś, jeszcze za Pryncypała to był chleb powszedni, ale teraz już jest inaczej. Takie sytuacje jak ta dziś włączają mi agresję, za to wyłączają umiejętnośc kojarzenia. Ufff, dobrze, że się uspokoiło.
Z otwartych, jak zawsze latem, na oścież drzwi płynie chłodna, wilgotna struga powietrza, stopy w klapkach mi ziębną choć mam skarpetki, po ramionach też chłód. Z głośników sączy się spokojnie Cesaria Evora. Piątkowe popołudnie nadciąga z wolna. Jutro sobota, nigdzie nie jedziemy, nikt do nas nie przyjeżdża…Dziwne to po ostatnich tygodniach spędzonych w jakimś zapędzeniu. Będzie czas na spacer z P-Sunią do lasu- ostatnie deszcze chyba juz wyrównały niedobory wilgoci. Popatrzymy jak młode boćki gimnastykują skrzydła przed odlotem- wszak to już, już te ptasie odloty.
Pieniążków tych co to na nie czekam, bo mam sobie Cóś kupić za nie, nadal nie ma. Ale trzymam rękę na pulsie,  dopełniłam wszelkich formalności ( łącznie z aktywacją konta internetowego, heh) by przyszły jak najprędzej. A ceny Cósia pomaluśku ale systematycznie idą w dół. Niech idą…Cóś ma to do siebie, że przydatne będzie i latem i zimą. Nie piekarnia, zdążę.

Wojny komputerowe

Było już dobrze –  …

Było już dobrze –  sny wyprostowana, głowa odczarowana i boląca raz na kilka tygodni .A teraz coś się skłębiło. Nie wiem nawet co, ale sny znów wygladają jak splątany kłębek różnych nici, a głowa przypomina o swoim istnieniu niemal co dzień. Ani chybi coś mnie w środku napina, ale złapać tego nijak nie mogę nie mówiąc o wyrzuceniu.
Znów rano z trudem rozlepiłam powieki o godzinie siódmej dzisięć choć kiedyś wstawałam nawet o piątej i dobrze mi z tym było. To prawda, że pora chodzenia spać mi też się przesunęła, ale o 1 godzinę zaledwie a wstawanie jest dla mnie męką o każdej porze. Nawet jak w niedzielę po obiadku się uwalę na kanapie w celu lekturowym to też. 
A dziś to już w ogóle nie wiedziałam rano jak się nazywam, póki połowy kubka kawy nie wychłeptałam. Usiłowałam nawet czytać, ale znów mnie drażniło zawodzenie muezina czyli Radia CoMaRyja dobiegające od sąsiadki. Moje marzenie o wysłuchaniu Tu Es Petrus o godzinie siódmej rano na pełny regulator znów wyszczerzyło kły…
I może bym pomimo wszystko weszła bezboleśnie w dzień, dzięki wypitej kawie i białej tableteczce, która cofnęła drut z mojego oka , ale musiały ocknąć się moje dzieci i ledwie oczy porozlepiały zaczęły sie kłócić o to  kto pierwszy i na jak długo zajmie komputer. Umknęłam do kuchni oraz do łazienki, bo jedno i drugie pranie czekało na wyjęcie, a trzecie i czwarte na wstawienie. Ale nawet tam dobiegło mnie nieśmiertelne:
– Momoooo! Powiedz mu…
– Nie, to jej weź coś powiedz…
Wrrrr…zabiłabym dzieci, ale czy po co najmniej 14 latach takich awantur to będzie nadal zbrodnia w afekcie? Dobrze, że choć co jakiś czas przedmiot sporu zmieniają. Kiedyś się kłóciły:
– Bo ona na mnie patrzy , o tak…
– A on na mnie nakaszlał….
O ile dobrze pamiętam to myśmy z Baśką  też się kłóciły, ale pomiędzy kłótniami był czas normalnego odzywania się do siebie. I słyszałam jak np. rozmawiają pomiędzy sobą dzieci Anity.To już bym chyba wolała by się ze mna kłóciły, ale pomiędzy sobą tak ładnie porozumiewały jak tamta trójka.
Umknęłam do pracy, w zaciszność piwnicy, ale niestety i tu telefonem dopadły mnie ich swary
– Powiedz mu, żeby mnie nie bił
– Nie bij jej
– Wcale cię nie biję ty debilko!
Rozłączyłam się.
A oni toczą boje o dostęp do komputera. Czy jak go wyniosę na tydzień do magika to spory ustaną? Nie mam złudzeń. Znajdą sobie inne, równie ważne powody. Dzieci w tym zakresie są niebywale pomysłowe. Wasze też?