Nienawidzę mody

Chyba za szybko zalałam …

Chyba za szybko zalałam kawę- czajnik pstryknął dopiero jak go odstawiłam. No trudno- może nie zejdę?
Zła jestem niemożebnie bo mi "lewizna" dziś forse przywniósł to wymyśliłam, że może bym jakie portki na tyłek sobie sprawiła? Albo jakiś sweter- najlepiej niezbyt gruby i rozpinany, taki co w razie czego za bluzkę pod marynarką porobi albo za okrycie wierzchnie na podkoszulce. Ewenwtualnie może być bluzka jakaś, najlepiej bawełniana byle bez lycry za to z długim rękawem, acha i bez dekoldu do pasa, bo biust mam taki, że bez zbytnich dekoldów też go widać nadmiernie, i bez ozdóbek cekinów, pstrokatych haftów, ew. falbanka jakas prosta i gustowna może być. Byle nie na biuście,  może być przy szyi albo rękawach…
Poszłam. Byłam w trzech sklepach w pobliżu moejej pracy. I co?
I to samo co wszędzie czyli dupa blada.
Spodanie? Ależ prosze do wyboru do koloru, fasónów też skolko ugodno.Tylko, że ja mam fanaberie. Bo ja chcę spodnie z prostymi nogawkami. I nie biodrówki. Mogą byc dżnisy niebieskie ale dżins z z bawełny a nie blachy. Dobra. Moge się zgodzic na ten kiczowaty styl ala Barbie, dobra- niech już będzie ten kwiatek na tyłku czy udzie, ale na litośc boską! nie biodrówki i nie dzwony!  Nie ma. No- nie ma. Rozmiar spodni w granicach 40-42 jest po prostu niemożliwy do osiągnięcia. Jeżli już jest to ma bardzo szerokie nogawki. Wiecie jak wygląda kobieta wzrostu 165 cm i wagi ..hm..dobra nosząca rozmiar 40 w spodniach typu dzwon lub "szwed"? Jakby nie miała nóg. Spod nogawek wystają stopy w szczątkowej formie a potem od razu jest tyłek.
Zrezygnowałam. Dobra, ok. Mam aż dwie pary spodni. W końcu w obu naraz nie chodze – jak jedne noszę, drugie mogę prać i suszyć. I nie wymyslać fanaberii, że przez ponad rok noszenia obrzydły. Kupi się do tego nową bluzkę i sweterk i będzie cacy.
Ta… bluzka. Jak już znalazłam coś co nie było wściekłymi mazajami, cekinami, koronkami i kokardkami ( wszystko oczywiście naraz) obszyte, to się okazuje że powinnam sobie kupić dwie takie bluzeczki albo i trzy. Po jednej na każdy cycek plus+ trzecią na brzuch…Dobra, ale na co mi bluzka? Zima idzie. Kupię se barchanową podkoszulkę na wierzch nałożę nowy sweterek.
Sweterki są. Tyle, że każdy o rozmiarach jak dla anorektyczek. No, rozciagają się. Wyglądam w nich jak baleron.
Kurwa mać! Czy ja się doczekam czasów żebym mogła w normalnym sklepie kupić na siebie coś prostego, eleganckiego, najlepiej o krok za aktualną modą? Coś co nie oblepi się na moich wałeczkach jak druga skóra, coś co owych wałeczków nie wyeksponuje, coś w czym będe wygladała jak kobieta z klasą ale co nie będzie nudnym garniturkiem? Bo to co aktualnie wisi we wszystkich sklepach robi ze mnie skrzyżowanie Pameli Andreson z podstarzałą lalą Barbie. 
Wychodzi na to, że do pracy zacznę chodzić w dresach, bo tylko to można jeszcze w byle jakich sklepach dostać bez dodatku lycry i nie w kolorze różowym. 
Coraz bardziej marze o posiadaniu maszyny do szycia. Kiedyś lubiłam szyć i nieźle mi to wychodziło.

Masło maślane

Aura taka bardziej …

Aura taka bardziej październikowa. Ponuro, wietrzyście i deszczowo. Na dodatek- zimno. Mozolne zbieranie potrzebnych utensyliów szkolnych, a to plecak Młodej, bo stary się rozsypał po trzech latach intensywnego użytkowania, a to podręcznik do polskiego Młodemu, bo pani inna to i wymagania inne, a to zeszyty, a to ołwóki, linijki, spodenki na WF czy inne trampki…Portfel ledwie dyszy, a raczej nie dycha…
Znów codzienne jarzmo,wyrażane systematycznymi pytaniami:
– A są płatki na śniadanie?
– Nie ma mleka…Mamoooo…
Bo oni na ósmą i mają daleko do szkoły, a ja na dziewiątą i mam blisko. Madika i Taisha wiedzą, że naprawdę na drugą stronę ulicy. To hycam po to mleko, P-Sunia leci za mną, niech tam, odbębnię i spacer od razu. O! i śmieci wyrzucę. P-Sunia zagapiona na kota zostaje pod smietnikiem, dogania mnie przy przejściu i nie patrząc radośnie sznuruje wprost pod nadjeżdząjące auto. Pisk opon. Nawet nie chcę zgadywać co sobie myśli kierowca. Odwracam się plecami do własnego psa i udaję, że go nie znam. Akurat mi pozwoli się wyprzeć…Po raz kolejny obiecuję jej ( i sobie) że wezmę ją na smycz w końcu. Bez obaw. Nie wezmę. Bo mnie złości jak mnie ciąga za sobą i każe stać nad każdą mokrą plamą, bo ona musi "plotki pozbierać".  No i jak ja bym się czuła jakby mnie ktoś, przepraszam , w kibelku na smyczy trzymał i stał nade mną i poganiał…
Ale są pozytywy, no w każdym razie szanse na pozytywy.
Po 1- Koleżanka-Kerowniczka zaproponowała pracę w soboty, ale w zamian oferuje wolne poniedziałki. Ha! Wolny dzień gdy cała rodzina odesłana do zaplanowanych zadań!
Po 2- choć Koleżanka-Kerowniczka zakłada, że będę u niej do emerytury ( czyli jeszcze dłuuuugooooo) niemniej wychodzi z założenia, że powinnam urlop wykorzystać. No bo jakby co to ona mi nie będzie miała z czego ekwiwalentu zapłacić. Zatem pójdę na urlop! Hurra! Może będzie złota jesień, kupię sobie butki gumowe com je ostatnio w sklepie widziała i żadna rosa, żadne mokra łąka nie będzie mi w twarz… (tfu! co ja gadam!) na buty pluć.
Matka mi zawsze mówiła, żem leniwa, słuchać nie chciałam, a tu proszę: szydło z worka wyłazi. Nic innego mi w głowie jak tylko te wolne dni.
AAAAle człowiek nie żyje by pracować. Prawda?

Na przełaj przez Mazury

Przejechaliśmy …

Przejechaliśmy wczoraj w poprzek całe Mazury. Od Świętej Lipki ( tam przebiega granica z Warmią, tylko nikt nie wie, czy sanktuarium jest już na Mazurach czy  jeszcze na Warmii. Ja się skłaniam, że na Warmii i wcale nie dlatego by sobie przywłaszczyć kolejne miejsce cudów, ale dlatego, że Warmia była w większości katolicka, a Mazury – ewangelickie. Ale jak ktoś powie, że na Mazurach- upierać się nie będę) do Ełku. Przejazd zajął nam około trzech godzin. Słońce świeciło z lekka, było ciepło, ale nie upalnie. Nareszcie pusto, bez rozpychających się, zachowujących jakby były same na drodze aut z rejestracją zaczynającą się na W. W mijanych wsiach widać było wolno toczące się życie. Dwie panie rozmawiające przed drzwiami jednego z domów, starsza kobieta spokojnie siedząca na ławeczce, pan powoli grabiący skoszoną trawę, piały koguty, ogrody szalały barwami, sady usmiechały się czerwienią jabłek. Nad pustym, zoranym polem widzieliśmy ptaki lecące w kluczu. A gdzie indziej- dwa zapóźnioone bociany.
Na brzegach tłumy łodzi, na jeziorach- już tylko pojedyncze trójąkąty białych żagli. Lasy powoli żółknące, grzybiarze z koszami, przed gospodarstwami stoliczki z workami ziemniaków, miodem i ogórkami.A  Radio podało, że na Kasprowym spadł śnieg.
Wszystko to wskazuje niechybnie, że :
"…lata złote nogi
już się szykują do drogi.
Lato, jakże cię ubłagać?
Prośbą jaką? Łkaniem jakim?
Tak ci pilno pójść i zabrać w walizce
zieleń i ptaki? "

Lato już za 10 miesięcy.

Oranie ścieżek

Jutro muszę jechać do …

Jutro muszę jechać do matki. I już mam z  tego powodu czkawkę psychiczną. Bo niby będzie miło, będziemy się do siebie uśmiechać, będziemy się przytulać i w ogóle sprawiać "dobre wrażenie" Ale ja już słyszę jak matka mówi, z niekrytą satysfakcją:
– Ale jesteś gruba
– A czemu znów masz takie włosy?- "takie" to znaczy półdługie i nie farbowane od pół roku zatem w kolorycie – sól i pieprz.
– A obiadów nie gotujesz? Znów ich tylko makaronem karmisz?- ..itd itd…
Ja wiem, że matka jest tylko jedna. I całe szczęście! Dla mnie w zupełności wystarczy. Kiedyś mnie nie raziły jej odezwania, pełne złośliwości krytykowanie wszystkiego dookoła, wylewajaca się pogarda dla każdego kto żyje jakoś inaczej. A teraz nie wiem co się stało. Może po prostu odwykłam?
Wiem też, że kiedyś matka wiedziała o każdym moim planie, o każdej sprawie. Dziś skrzętnie ukrywam przed nią moje życie. Nasze rozmowy zawsze wyglądają tak samo, na każde pytanoe odpowiadam jak zegarynka jedno i to samo: dobrze. Nie kwapię się do opowiadania np. o tym gdzie i komu proponuję moje pisanie, nie pokazuję zrobionych przeze mnie zdjęć. Zresztą jak znam matkę nie wzbudziłoby to w niej żadnego entuzjazmu. Czyste jak lustro podłogi u mojej siostry są więcej warte niż najpiękniej napisany przez mnie tekst.  I nawet nie ma we mnie już złości. Jest jakaś rezygnacja. Kiedyś się buntowałam, kłóciłam, dziś po prostu sobie myslę: jest jak jest.Kontakty z nią ograniczyłam do absolutnie niezbędnego minimum. Całą moją uwagę skupiam teraz nie na tym by się z nią porozumieć, a na tym by jej negacja nie rozwaliła mnie znowu. By jej kąśliwe uwagi nie zabiły paczkującego we mnie bardzo nieśmiało poczucia własnej wartości. I tylko  proszę Boga by mi dał mądrość bym w odniesieniu do MOICH dzieci nie zaorała ścieżek wiodących do ich serc.

Grzybowa

Wczoraj miałam spać …

Wczoraj miałam spać długo. Obudziłam się po szóstej i w dodatku wyspana. Dziś miałam wstać ze wschodem. I wstałam o 9 :24. Mąż grasował na po lesie w poszukiwaniu grzybów, nikt mi nie chrapał do ucha, miejsca w łóżku nie zabierał, poza P-Sunią oczywiście, ale ona to co innego. No i nie chrapie. Zatem pospałam, że hej!
Ale za to potem, korzystając z dnia poszłam do lasu biorąc mych nieodłącznych towarzyszy włóczęg: P-sunię i aparat. Kiepski jeszcze ze mnie fotograf amator, ale prawda jest i taka, ze okolice Miastecka to takie samograje, że właściwie ślepy jest w stanie robić zdjęcia pięknych widoków. Żaden kunszt, może odrobina uwagi by ujęcia nie zepsuć drżącą ręką. Niby wiem, ale zawsze zatyka mi dech w piersiach gdy z ulubinego wgórza patrzę na płynącą w dole Łynę, na jej meandry i lśnienie w słońcu. W lesie za to znalazłam ślady całkiem niedawnego pożaru – osmalone pnie drzew, ponadapalane szyszki, zwnięte w rulon liście niżsych partii i brak ściółki.I serce zabolało, że o mały , malutki włos…A ten las sadził mój ojciec, może za to tak mi w nim dobrze? I znalazłam jeszcze śmieci- potłuczone szkło, paczki po czipsach i plastikowe butelki. I ręce zacisnęły się w pięści. Niestety- bezsilnie.
W lesie grzybiarzy a grzybiarzy. P-Sunia co chwilę nadstawiała łeb, jeżyła grzbiet i warczała. Dobra sobie- tydzień temu przed pijakiem to nie było komu mnie bronić. 
Brzoza powitała mnie kiwaniem na wietrze. Zastanawiałam się co w niej takiego szczególnego, że do niej zawsze prowadą moje kroki? Może to to, że stoi sama jedna, na zbiegu ścieżek idących w różne strony. Inne brzozy rosną nieco dalej, w gromadzie, ona odsunięta, z boku, taka trochę na marginesie. Chyba taka jak ja. Na szczęście od jakiegoś czasu nauczyłam się cenić sobie mą odrębność rodzinną.
Spotkany w drodze powrotnej sąsiad wyraził opinię:
– Spacerki po lesie? Mnie by się nie chciało…
– A wiesz…Jak tak pochodzę to potem mam na cały tydzień dość energii. Może to zamiast kościoła?
– Hm…- zadumał się- W sumie Bóg jest wszędzie.

A Mąż przywlókł cały kosz grzybów i teraz suszymy w piecyku. W domu pachnie jesienią.

Przesądy

Miśka się nagle …

Miśka się nagle przesądna zrobiła. Zapomniała kluczy i wróciła do domu z okrzykiem:
– Mamo, to ile trzeba teraz posiedzieć?
– Policz do dziesięciu – rozkazałam.
Kiedy założyłam jej na palec jej własną obraczkę wykrzyknęła  cała przestraszona:
– O nie! Teraz się pokłócimy!
Parsknęłam śmiechem, bo jak żyję o takich przesądach nie słyszałam. A potem sie zdziwiłam
– Nie lubisz się ze mna kłócić?
– Nie lubię – przyznała.
– Najważniejsze, że się zawsze godzimy- oświadczyłam. A potem, jak maz się śmiał z przesądów córki przypomniało mi się, zdarzenie sprzed kilku lat.
Piątek to był, 13, a jakże. Leon, kierownik zakładu w którym wtedy pracowałam wysłał mnie do banku wraz z kolegą. Po drodze snulismy rozważania na temat pecha. ja oczywiście na wszelki wypadek wolałam uważać, oglądałam wszystkie czarne koty podejrzliwie , kolega się ze mnie wysmiewał, że to przesądy, a w ogóle – katoliczka, i takie zabobony…Tak sobie żartobliwie się sprzeczając jechaliśmy wolno boczną uliczką gdy naraz z chodnika zszedł nam na jezdnię czarny kot. A czarny był jak węgielek- od czubka wąsa po czubek ogona. Ze stoickim spokojem zwierzę weszło na jezdnię tuż pod kołami naszego samochodu i nie bacząc na nic przespacerowała tuz przed naszymi nosami. Kolega zahamował z piskiem opon. Spojrzałam z uznaniem, że kolega stara się nie potrącić zwierzęcia, a ten wymamrotawszy pod nosem:
– O! Nie! Tego to już za wiele!- zawrócił i pojechał do zakładu inna drogą.
– Bo wie pani, pani Kasiu, ja to przesądny nie jestem, ale uważać trzeba…- oświadczył widząc moją zdumioną minę.
A wy? W co wierzycie?

    

Dziś wygrałam

Dziś wygrałam z bólem. …

Dziś wygrałam z bólem. Poszedł sobie? A może tylko się przyczaił? Niestety obawiam się, że jednak to drugie. Czasem czułam takie pojedyncze łupnięcie w jednym miejscu, jakby mi mówił: jestem, jestem, nie bój się…
Wczoraj wytrzymałam do popołudnia. Na wizycie u terapeutki jakoś ucichł by potem zaatakowac ze zdwojoną siłą. Znużona całodziennym zmaganiem – uległam. Solpadeina go lekko spacyfikowała,  a herbata roibos ( tak się to pisze?) o smaku jabłka i cytrusów pokonała całkiem. Do domu wróciłam z głową lekką jak piórko, zjawisko nie obserwowane przeze mnie od dawna. Rano miałam to samo uczucie. Za oknem znów lało, a ja miałam jasne i czyste myśli, które mętniały wraz z ze zmniejszaniem natężenia opadów.Ale nie łyknęłam tabletki.
Wieczorem, po powrocie z Olsztyna jeszcze miałam scysję z mężem, bo on mnie na siłę do konowała wysyła.
– Zrób cos z tym – mówi niecierpliewie
– Może obetnę? –  nie pozostaję mu dłużna.Sugestie o pójściu do lekarza doprowadzaja mnie do skrajnej wściekłości.
– Byłam!- warczę. Moja wiara w pomoc medycyny zachodniej maleje jak stan konta w banku. Według mnie lekarze nie potrafia pomóc w takich doligliwościach. proponuja wyłacznie farmakologie stosowana latami dzien po dniu. dziekuje, to wole dwa tygodnie na prochach przeciwbólowych potem tydzień bez i i tak w kólko. Przynajmniej raz na jakis czas mój organizm odpocznie od chemii.A ja tymczasem szukam metod niekonwencjonalnych.

Trwam- wcale nie telewizja

Od miesiąca. Mniej …

Od miesiąca. Mniej więcej. Ból głowy. Codzienny jak wschód i zachód słońca. Coraz bardziej chodzę przytłumiona. Odpuszcza na krótkie chwile, by potem zaatakować ze zdwojoną siłą. Najpierw próbowałam walczyć, odsuwać siłą psychiki, potem- stosowałam łagdne metody np. herbata z cytryną,drzemka, spacer,potem były te brutalniejsze w postaci coraz bardziej wzbogaconych prochów- w efekcie zaczęło mi się robić słabo po wieloskładnikowych lekach.
Nie czytam prawie wcale. O blogach już nie wspomnę. Nie oglądam telewizji, nie słucham muzyki. Trwam. Odrobinę energię wskrzeszam gdy biorę do ręki aparat. Albo- spotykajac kogoś miłego. Potem znów wracam w marazm. Samo istnienie zabiera całą energię. Wszyscy na mnie krzyczą: idź do lekarza, do neurologa, porób badania, nie możesz tak żyć…
Wiem, że nie mogę, ale co?Już nie wierzę w pomoc jakiegokolwiek państwowego czy prywatnego lekarza…Tylu ich odwiedziłam. A po za tym: JA wiem co jest przyczyną główną- zblokowane uczucia, tylko, że nijak ich odblokwać nie mogę. 
Dzień kolejny się zaczyna. Czekam na niego uzbrojona po zęby: herbata z cytryną mocna, słodka i kwaśna, solpadeina i tajemniczy proszek w saszetce polecony mi przez panią Hanię aptekarkę.
A mimo to się boję.

***
PS z 13:13
Dziś chyba ból się zmęczył…

PS. do Burzowo

W rankingu słuchaczy …

W rankingu słuchaczy na najlepszy utwór z udziałem Davida Gilmoura numer 1 to :
( tadam!!!!)
Comfortably Namb z The Wall

Mój ukochany Crazy Diamont był na miejscu 2. I tak dobrze 🙂

***
22:16

A bociany już chyba odleciały- nie było ich wczoraj wieczorem, nie ma dziś…
Jesień idzie, nie ma na to rady…

Wsiąkłam

Wsiąkłam na amen. Nic …

Wsiąkłam na amen. Nic mnie nie interesuje- tylko aparat. Studiuję instrukcję obsługi, pstrykam, oglądam efekty, usuwam, pstrykam na nowo. Mąż ( chwała mu niech będzie) zainstalował mi program do obróbki zdjęc, zaraz będę weń patrzeć.
Efekty mojej zabawy można oglądać .:TU:.