Ależ to był szalony dzień.
No bo jeszcze wczoraj się okazało, iż w związku ze zmianę księgowej (ze mnie na p. Elę) muszę jechać do Olsztyna. A dziś miała przyjechać do mnie Emi, wracająca z urlopu na Mazurach. Zatem od 6:30 zmuszałam swe ciało do wysiłku, bo w domu jak zwykle bałagan, pranie z kilku dni na fotelu, przysypane kocimi kłakami, zmywarka pełna umytych naczyń, zlew pełen brudnych, podłoga pełna okruchów i kleksów po napojach, o łazience już nie wspomnę…A wiadomo: gość w dom- Bóg w dom.
No to od rana porządki i po raz kolejny złorzeczenie w myślach na żółte kafelki na podłodze, na których widać każdy włos P-Suni, każdy ślad Kocia. Tuż przed dziewiątą szybki prysznic bo siódme poty wyciska w tym upale najmniejszy wysiłek.
A potem galop do pracy, dobrze, że blisko, ale tylko na chwilę, wziąc segrgator. Już wychodziłam gdy zadzwoniła inna pani też mocno za mną stęskniona i też niestety z powodów służbowych, pocieszyłam ja, że i tak miałam ją w planach. A tu jeszcze telefon trzeba zapłacić, bo od terminu minęło ho-ho! i straszą, że wyłączą…I Sąd, bo trzeba odebrać zaświadczenie żem nie karana. I notoriusz coby zrobic ze dwie kopie owego pisma…Aaaa, no i bankomat mojego banku, bo czymś za ten telefon zapłacić trzeba (potem się okazało, że można używać karty).
Pojechałam. Załatwiłam co trzeba, choć u pani Eli zamiast 10 minut spędziłam póltorej godziny. A notariusza nie mogłam znaleźć bo ten co wiedziałam gdzie jest to się przeniósł, i musiałam znaleźć innego. Ale za to aktywowałam ( w końcu) obsługę konta przez internet. Ale robiłam dwa podejścia. Za pierwszym razem wyszłam mocno zdegustowana bo siedziałam 15 minut, a pani w okienku (jedna jedyna) zajmowała się jednym klientem. A przede mna była jeszcze jedna osoba. Zapytałam w końcu nieco zniecierpliwiona czy naprawdę tej sprawy nie mogę załatwić u kogoś innego albo np. przez interent czy kuriera…Nie mogłam. W końcu inna pani zaproponowała mi niepewnie :
– To może pójdzie pani , załatwi inne sprawy i wtedy…
– I co wtedy?- zapytałam słodko- Wrócę tu? A tu dalej będzie tylko jedna pani do obsługi i trzy osoby w kolejce?
Zirytowałam się, to prawda. No bo ja rozumiem wakacje, urlopy, ale kurcze! Jakoś funkcjonowac trzeba.
Wyszłam. Na szczęście jak wróciłam około 15- nie było kolejki. A pani mnie od razu poznała. Potraktowała mnie grzecznie acz chłodno…Ale konto działa- już sprawdziłam.
A potem Szefowa okazało sie, że ma pilną sprawę zatem bie-gu-siem do biura. A tu już nogi przebierały, bo to Emi! Emi do mnie jedzie. I kolacje im trzeba, i czy dzieci odkurzyły? I czy Młody zmienił koszulkę?
Nocleg zaklepałam im wczoraj na szczęście. Też śmiech na sali: nocleg w pokomunistycznym domku z dykty w ośrodku nad jeziorem – 25 zł za osobę!
– Pani chyba żartuje?- zareagowałam uprzejmym zdziwieniem – Za tyle to są kwatery nad morzem.
– To proszę jechać nad morze – pani była bardzo gościnna. Podziękowałam jej. W jedynym w mieście pseudo-hotelu mieszczącym się nad stajniami- cena za pokój dwuosobowy- 80 złotych. Jako atrakcja turystyczna występują zapachy ze stajni oraz końskie muchy…
Wreszcie znalazłam pensjonat we wsi pomiędzy Olsztynem a Miasteczkiem. Za 70 złotych. Jak się nie ma co sie lubi…I to nie dlatego kłopot ,że zajęte. Po prostu- nie ma! Region turystyczny, hahaha! zaśmiała się Prowincjuszka sardonicznie.
A tu tymczasem Emi zadzoniła, że wpadną na chwilkę, bo to, tamto i owamto…Powody zrozumiałam, ale żal.
No to z pracy biegiem bo już jadą od Mikołajek, trzeba coś im dać jeść…Zakupy, potem mieszanie w garnkach…Telefon- już są blisko, już wjeżdżają, trzeba ich popilotować… kazałam jechać do baszty, hehehe, od razu widać, że baba nie kierowca obśmiała mnie Emi, gdy już się w końcu znaleźliśmy na ulicy w Miasteczku. Emi taka śliczna, z głową w lokach, jej mąż, och..zapomniałam, że jest taki wysoki, taki przystojny, ach…ta broda kilkudniowa.
Na balkonie czekał komitet powitalny w postaci Kocia i P-Suni. Mąż Emi nie mógł powstrzymać okrzyków zachwytu. Kocio , jakby wiedział, że jest gwiazdą, pokazywał się z każdej strony, nie warczał, nie syczał i nie przywalił łapą, choć M korzystał z każdej okazji by choć musnąć jego futerko. P-Sunia na moją prośbę zatańczyła przed gośćmi, usiadła i podała łapę. Dostała ciasteczko. To potem już bez proszenia tańczyła, bezczelnie żebrząc.
Czas umknął jak szalony, tyle byłoby go pogadania, ale świadomośc, że czasu tak mało, ucinała głębsze tematy.
Przytuliłam Emi na dowidzenia. Parę szeptów na ucho…W końcu- to ona była przy mnie, na początku mojej trudnej drogi do siebie…I ja przy niej- gdy ona zaczynała swoją. Plany spotkania.
Pojechali.
…w kuchni zostały zapomniane garnki z niedokończonym obiadem.
Urwany wtorek
Ależ to był szalony …
