Urwany wtorek

Ależ to był szalony …

Ależ to był szalony dzień.
No bo jeszcze wczoraj się okazało, iż w związku ze zmianę księgowej (ze mnie na p. Elę) muszę jechać do Olsztyna. A dziś miała przyjechać do mnie Emi, wracająca z urlopu na Mazurach. Zatem od 6:30 zmuszałam swe ciało do wysiłku, bo w domu jak zwykle bałagan, pranie z kilku dni na fotelu, przysypane kocimi kłakami, zmywarka pełna umytych naczyń, zlew pełen brudnych, podłoga pełna okruchów i kleksów po napojach, o łazience już nie wspomnę…A wiadomo: gość w dom- Bóg w dom.
No to od rana porządki i po raz kolejny złorzeczenie w myślach na żółte kafelki na podłodze, na których widać każdy włos P-Suni, każdy ślad Kocia. Tuż przed dziewiątą szybki prysznic bo siódme poty wyciska w tym upale najmniejszy wysiłek.
A potem galop do pracy, dobrze, że blisko, ale tylko na chwilę, wziąc segrgator. Już wychodziłam gdy zadzwoniła inna pani też mocno za mną stęskniona i też niestety z powodów służbowych, pocieszyłam ja, że i tak miałam ją w planach. A tu jeszcze telefon trzeba zapłacić, bo od terminu minęło ho-ho! i straszą, że wyłączą…I Sąd, bo trzeba odebrać zaświadczenie żem nie karana. I notoriusz coby zrobic ze dwie kopie owego pisma…Aaaa, no i bankomat mojego banku, bo czymś za ten telefon zapłacić trzeba (potem się okazało, że można używać karty).
Pojechałam. Załatwiłam co trzeba, choć u pani Eli zamiast 10 minut spędziłam póltorej godziny. A notariusza nie mogłam znaleźć bo ten co wiedziałam gdzie jest to się przeniósł, i musiałam znaleźć innego.  Ale za to aktywowałam ( w końcu)  obsługę konta przez internet. Ale robiłam dwa podejścia. Za pierwszym razem wyszłam mocno zdegustowana bo siedziałam 15 minut, a pani w okienku (jedna jedyna) zajmowała się jednym klientem. A przede mna była jeszcze jedna osoba. Zapytałam w końcu nieco zniecierpliwiona czy naprawdę tej sprawy nie mogę załatwić u kogoś innego albo np. przez interent czy kuriera…Nie mogłam. W końcu inna pani zaproponowała mi niepewnie :
– To może pójdzie pani , załatwi inne sprawy i wtedy…
– I co wtedy?- zapytałam słodko- Wrócę tu? A tu dalej będzie tylko jedna pani do obsługi i trzy osoby w kolejce?
Zirytowałam się, to prawda. No bo ja rozumiem wakacje, urlopy, ale kurcze! Jakoś funkcjonowac trzeba.
Wyszłam. Na szczęście jak wróciłam około 15- nie było kolejki. A pani mnie od razu poznała. Potraktowała mnie grzecznie acz chłodno…Ale konto działa- już sprawdziłam.
A potem Szefowa okazało sie, że ma pilną sprawę zatem bie-gu-siem do biura. A tu już nogi przebierały, bo to Emi! Emi do mnie jedzie. I kolacje im trzeba, i czy dzieci odkurzyły? I czy Młody zmienił koszulkę?
Nocleg zaklepałam im wczoraj na szczęście. Też śmiech na sali: nocleg w pokomunistycznym domku z dykty w ośrodku nad jeziorem – 25 zł za osobę!
– Pani chyba żartuje?- zareagowałam uprzejmym zdziwieniem – Za tyle to są kwatery nad morzem. 
– To proszę jechać nad morze – pani była bardzo gościnna. Podziękowałam jej. W jedynym w mieście pseudo-hotelu mieszczącym się nad stajniami- cena za pokój dwuosobowy- 80 złotych. Jako atrakcja turystyczna występują zapachy ze stajni oraz końskie muchy…
Wreszcie znalazłam pensjonat we wsi pomiędzy Olsztynem a Miasteczkiem. Za 70 złotych. Jak się nie ma co sie lubi…I to nie dlatego kłopot ,że zajęte. Po prostu- nie ma! Region turystyczny, hahaha! zaśmiała się Prowincjuszka sardonicznie.
A tu tymczasem Emi zadzoniła, że wpadną na chwilkę, bo to, tamto i owamto…Powody zrozumiałam, ale żal.
No to z pracy biegiem bo już jadą od Mikołajek, trzeba coś im dać jeść…Zakupy, potem mieszanie w garnkach…Telefon- już są blisko, już wjeżdżają, trzeba ich popilotować… kazałam jechać do baszty, hehehe, od razu widać, że baba nie kierowca obśmiała mnie Emi, gdy już się w końcu znaleźliśmy na ulicy w Miasteczku. Emi taka śliczna, z głową w lokach, jej mąż, och..zapomniałam, że jest taki wysoki, taki przystojny, ach…ta broda kilkudniowa.
Na balkonie czekał komitet powitalny w postaci Kocia i P-Suni. Mąż Emi nie mógł powstrzymać okrzyków zachwytu. Kocio , jakby wiedział, że jest gwiazdą, pokazywał się z każdej strony, nie warczał, nie syczał i nie przywalił łapą, choć M korzystał z każdej okazji by choć musnąć jego futerko. P-Sunia na moją prośbę zatańczyła przed gośćmi, usiadła i podała łapę. Dostała ciasteczko. To potem już bez proszenia tańczyła, bezczelnie żebrząc.
Czas umknął jak szalony, tyle byłoby go pogadania, ale świadomośc, że czasu tak mało, ucinała głębsze tematy.
Przytuliłam Emi na dowidzenia. Parę szeptów na ucho…W końcu- to ona była przy mnie, na początku mojej trudnej drogi do siebie…I ja przy niej- gdy ona zaczynała swoją. Plany spotkania.
Pojechali.
…w kuchni zostały zapomniane garnki z niedokończonym obiadem.

Wróciliśmy

Chyba powinnam w lotto …

Chyba powinnam w lotto zagrać. Zdaje sie, że mamy lato stulecia? Zdaje się że mam deficyt ( ogromny) deszczu? Zdaje się, że w to lato pogoda murowana? He he he…Jakim cudem zatem fundując sobie raz na całe lato morze w jeden weekend moglismy trafic na jedyny deszczowy weekend? Chyba prawem złośliwości losu. Padać zaczęło już w piątek w nocy. Ale jednak okazaliśmy się nieprzemakalni.  
Zamiast narzekać – po prostu zmieniliśmy plany. Zamiast plaży w sobotę- poszliśmy szukac sklepu z igłą i nitka bo nam zamek w namiocie zaszwankował. Szukalismy coś ze trzy godziny co na Władysławowo jest chyba rekordem. Ale po drodze zaliczyliśmy port z zimną mżawką, małe zaciszne uliczki, sklepy, sklepiki, stragany, gofry i lody. Było fajnie i wcale nie nudno. Trafiłam na kiermasz taniej książki i oczywiście utknęłam co mąz zniósł ze stoickim spokojem. Szperałąm, szperałam…wynalazłam serię J. Chmielewskiej każada pozycja po ponad 20 złotych, Rok w Prowansji – podobnie. Jakieś Zarzyckie, Mniszkówny … Aż natknęłam się na "Wielki Gatsby" – F. S. Fitzgeralda i z niedowierzaniem przetarłam oczy.  Cena 1,50 złotych. Zadumałam się nad przewrotnością rynku. Chmielewska ( którą przecież lubię) to jednak inny kaliber niż Fitzgerald . Gwoli sprawiedliwości nalezy dodać, Wielki Gatsby był wydany w serii z Kolibrem, więc chyba dawno. Czy ktoś pamięta tę charakterystyczną szatę? Nabyłam- oczywiście. W końcu nie szata zdobi lekturę.
Deszczowej soboty ciąg dalszy trwał niezmiennie w siapiącym deszczyku, wieczorekim pojechaliśmy do Helu na Helu. Jakis pan na estradzie usiłował być i Grzgorzem Markowskim i Ryśkiem Riedlem i DJ-em. Po molo gonił nas jazgot…Zatoka była spokojna, migocąca odbijanymi światłami, ociepliło się znacznie i zapachniało morzem. Pod nogami znalazłam biała foczkę wyraźnie zgubioną przez jakieś dziecko.
Wróciliśmy do namiotu koło północy, padłam niemal do razu, nie przeszkadzał mi nawet kolejny koncert karaoke tym razem na kempingu. W nocy słyszałam stukot deszczu o płótno namiotu i po raz pierwszy nie myślałam o tym zjawisku z sympatią.
Ale ranek niedzielny wstał obiecująco. Śpiacego męża zostawiłam w namiocie a sama zeszłam na plażę po 107 stopniach ( jakas pani mówiła , że policzyła). Ludzi było mało, bark plazowy nie łomotał żadną muzyką, słychac było tylko szum fal, odległy warkot jakiegos statku, czasem zakrzyczała mewa. Z plecami opartymi o kamień przesiedziałam w zamyśleniu chyba z godzinę. I było mi spokojnie i dobrze.
Wróciłam do namiotu ( w górę 107 stopni) wypiłam kawę z mężem, niebo "zbłękitniało nagle rajem" wyszło słońce, wrócił upał. Poszliśmy na plażę.
Te 107 schodów , które w miniony weekend pokonałam kilkanaście razy na dół i w górę czuję dziś w nogach, tak jak i ten trzygodzinny spacer po Władysławowie. Opaliłam się całkiem znacznie, ale bez poparzeń ( krem z filterm 15 zadziałał), kapelusz ochronił mą głowę od udaru, woda w morzu była zimna, ale po kąpieli przez dłuższy czas nie czułam upału.
Zeszlismy z plaży koło 18, samochód był już przygotowany do drogi, szybka pizza  i w drogę.
U Taishy bylismy chwilke mała, bo późno już było, ale nie mogłam byc obok i nie pocieszyć się  jej ciepełkiem. Tylko Szprot na mnie syknął , ale co się kotu dziwić? Przyjechała jakaś, nie wiadomo skąd i sobie będzie łapy o jego futerko wycierać. Spółka nie wystawiła nawet pyszczka na balkon u sąsiadów więc się z nia nie poznałam. A Taishy mieszkanko już ogarnięte po przeprowadzce emanuje ciepłem i tym nieuchwytnym czymś …Kwiaty na parapecie, stare żelazko z duszą, książki stłoczone na półkach. Dom.
W domu byliśmy koło północy, padłam w drodze na poduszkę.

Noc niespana

Nie mogłam zasnąć. Czy …

Nie mogłam zasnąć. Czy to dlatego, że piątek tuż tuż? Czy dlatego, że czwartek (terapia, po trzech tygodniach przerwy) jeszcze bliżej? A może dlatego, że po południu się przespałam godzinkę? A może dlatego, że żołądek się rozbolał znów, jak przed kilkoma godzinami , gdy siedziałam w pracy i liczyłam minuty dzielące mnie od siedemnsatej, a przed oczami wszystko falowało? A może też i przez ten  ból w stawach ( skąd się wziął w to gorące lato?) , który w końcu uśmierzyłam nurofenem, który z kolei kopnął mnie w żołądek, choć stawy uspokoił.
Nie ważne w końcu dlaczego się nie śpi. Ważne, że człek się nie wyśpi. Ważne, że kołdra jest wtedy za ciężka, a prześcieradło zbyt szorstkie. Przy zamknietym oknie duszo, przy otwartym chłód…
Zirytowana własnym niepokojem wstałam z zamiarem obejrzenia filmu "Pręgi". Lubię Żebrowskiego, za błękit oczu i barwę głosu. Za to, że kiedyś czytałam jak się ciepło wypowiadał o siostrzeńcu. Lubię Agnieszkę Grochowską, lubię na nią  patrzeć, bo piękna jest i taka młoda.
Chciałam cichutko włączyć komputer, żeby nie zbudzić śpiącego mężą. Ale bo to się da? Trzy razy odcinałam mu dopływ energii nim zajarzył. Po czym zszarzał monitor. Zatem reset. Kolejna próba odpalenia…15 minut pstrykania listwą i włącznikiem.
Miałam się wyciszyć. Narosła furia.
W końcu rzekłam:
– O nie, mój drogi, nie ma tak. Masz dwa lata, a zachowujesz się gorzej niż pięcoletni dziadek. Idziesz na wycug do pana Adasia. Już ci tam wybiją z procesora fanaberie.
Dałam mu tydzien na oswojenie się decyzją. Młody jeszcze o niczym nie wie. Młoda też. Oni też się muszą oswoić. Oraz pozabierać swoje zabawki z dysków, bo na bank- odbędzie się reinstalka całego systemu.
W końcu włączyłam film. Miał ukoić. Nie ten film. Zmory podniosły łby, wyszczerzyły kły.
Obejrzałam jednak do końca. To nic, że z zaciśniętymi szczękami.
Zmory przegnałam precz. Nie będą mi tu… Wybaczenie, wiecie Zmory co to jest? Przypomniałam sobie oddech mojego ojca – kiedy byłam mała i nie mogłam zasnąć – naśladowałam jego oddech. I wtedy zasypiałam. Teraz też to robię. Zawsze działa.

Obudziłam się wcześniej niż zwykle

Tylko z radia nie …

Tylko z radia nie grała muzyka, a ja nie tańczyłam może dlatego , że nie sypiam w koszuli a w piżamie.
Niebo było zamglone i szare. w domu panował rozkoszny chłód, P-Sunia bezczelnie rozwalona spała na połowie mojej części łóżka. Mąż poszedł do pracy i jego cześć łózka była wolna. Dlaczego to psisko pomimo to zawsze się rozwala u mnie? Nie wiem. To znaczy wiem, dlaczego: bo Pańcia miejsce to rzecz święta, nie wolno bezkarnie zajmować miejsca osobnik alfa…Tylko dlaczego pies nie może zrozumieć, że On tego nie widzi, a ja pozwalam?
Kawa była dobra, książka zajmujaca, ale o 7 już mnie nosiło. Iść, coś robić, nie tracić czasu.O ósmej poszłam na rynek. Stragany dopiero się rozstawiały. A pamiętam czasy z dzieciństwa jak chadzałam z mamą na rynek już o 6. Ech…
Kupiłam małe ogórki, wiązkę kopru oraz chrzanu. P-Sunia, którą niefrasobliwie wzięłam bez smyczy latała pomiędzy straganami i wtykała nos w skrzynki narażajac się sprzedawcom. Nawet nie próbowałam udawać, że to nie mój pies. Za to pod mięsnym -utknęła w drzwiach i nie spuszczała ze mnie czujnego wzroku. Kupiłam kawałek mięsa z kością. Z mięsa będzie gulasz a kość w chrakterze cukierka wyląduje w psyku P-Suni. Ona o tym wie, zaglądała mi do koszyka, szła do domu z nosem tuz przy nim- chyba pilnowała by jej przysmaku kto po drodze nie zwinął.
Wieża kościoła była jeszcze otulona mgłą jak wracałam.
Jeszcze przed wyjściem do pracy zdążyłam wstawić ogórki do kiszenia. Tylko jak zawsze nie pamietam ile się sypie soli na 1 litr wody. Wsypałam płaską łyżkę, mam nadzieję, że wystarczy.
Zapatrzyłam się w okno na gimnastykę młodych bocianiąt na Baszcie.Chyba jest ich trójka. Ale nie jestem pewna- wielkością prawie nie ustępują dorosłym. Jeszcze dwa- trzy tygodnie i odlecą – pomyślałam melancholijnie.
Tuż przed drzwiami biura rozdzwonił sie mój telefon. Misia.
– Dzień dobry ci chciałam powiedzieć – ciepło spłynęło na stęsknione matyczne serce.
– Dzień dobry- ucieszyłam się.

Wczoraj była ulewa

Tuż przed siedemnastą …

Tuż przed siedemnastą zrobiło się niemal zupełnie ciemno. Pogoniłam moją Szefową do domu, bo ewidentnie coś się zbliżało, a ona ma dalej do domu niż ja. Zostałam sama i pogrążyłam się w lekturze strony Budki Suflera. Ocknęłam się na dźwięk telefonu.
– Jest coś na balkonie? Bo leje…- poinformował mnie syn.
– Jasne, że jest!- przypomniałam sobie.- Pranie! Krzesełko plażowe wraz z poduszkami. Zabierz szybko.
Zastanowiłam się potem nad roztropnością syna mojego jedynego , który siedzi przy biurku z komputerem umieszczonym tuż przy drzwiach balkonowych…Cóż, taki jego urok.
Wróciłam do przerwanego zajęcia. Drzwi miałam otwarte na oścież ( jak zawsze latem), słyszałam mlaskanie wody o stopnie, piwnicę wypełnił zapach deszczu- jedyny w swoim rodzaju.
Znów zadzwonił telefon.
– Jesteś jeszcze w pracy? – zapytał mój mąż.
– Jestem- rzuciłam okiem na zegarek, a tam 17.- Ale już wychodzę – dodałam szybko.
– Bo leje …- poinformował mnie mój mąż – Czekam w samochodzie na parkingu koło ciebie- dodał.
Pomyślałam, że bez przesady- z cukru nie jestem, tych parę kropel deszczu mi nie zaszkodzi. I powyłączawszy co było do wyłączenia- wyszłam na zewnątrz. I natychmiast zmieniłam zdanie. Lało. Ale jak! Z nieba leciały nieprzerwane strugi wody. Żadne tam krople- gigantyczny prysznic, a powietrze stawało się coraz lżejsze i lżejsze…
Rano wstałam nieco zaspana, ale z dziwną , niczym nieuzasadnioną chęcią do działania. Koniecznie chciałam coś zrobić. I zrobiłam:
zdjęcia do nowego dowodu osobistego.
Oraz dowiedziałam sie, że na pieniądze muszę czekać do 15 sierpnia. Pocieszam  się- co się odwlecze to nie uciecze. A może ceny troszku spadną?

Lata uroki

Nie powiem nic …

Nie powiem nic odkrywczego, ale jednak powiem- gorąco…
Na co dzień , gdy siedzę w tej mojej piwnicy, nie odczuwam skutków upału, raczej bywam nieco zziębnieta niż przegrzana. To pewnie dlatego dziś od rana chodziłam zła jak osa, z bólem głowy i brakiem siły na cokolwiek. Moje mieszkanie ma wschodnie okna i od rana panuje w nim atmosfera małej sauny.
A wczoraj byliśmy u mojej siostry, na Mazurach, i niebo było dramatycznie pochmurne, a wokół jeziora krążyła z groźnym pomrukiem chmura, gdy grillowaliśmy nad jego brzegiem.  Nie daliśmy się jednak wypłoszyć burzy bowiem z różnych powodów woleliśmy burzę nad jeziorem niż towarzystwo mojego szwagra. 
Nadciągnął do domu (Szwagier), gdy siedzieliśmy spokojnie przy kawie: mój mąż, moja siostra i ja. Już na schodach , gdy usłyszałam jego chybotliwe kroki, wiedziałam, że chyba biedny musiał się znieczulić na przyjazd "ulubionej" (jedynej) siostry żony.
Baśka, otworzywszy mu drzwi tylko pokiwała głową.
– Co? – warknął do niej.- Wiesz jak było ciężko?
W ramach oszczędności szwagier wraz z innymi kopali grób dla znajomego ze wsi co to mu się zmarło onegdaj.
– Jasne , że ciężko. Właśnie widzę.- powiedziała siostra. I poszła grzać obiad spracowanemu mężowi. Szwagier zaczął się z nami witać. Uścisnął dłoń mojemu mężowi, a mnie olśniło: przecież też tak mogę! W rodzinie obowiązuje ceremoniał powitań i pożegnań: obowiązkowe niedźwiadki i całusy. Dotąd trzymałam się konwencji. Ale tak już uchodzę za  rodzinne dziwadło a średnia przyjemność całowoać kogoś, kogo się nie lubi. I teraz sobie uprzytomniłam, że przecież nie zależy mi na opinii tego człowieka, i że nie muszę. Chłodno wyciągnęłam dłoń, którą szwagier z wdziękiem ucałował.
Po czym ciężko opadł na stołek i poskarżył się :
– Ale ciężko. Mówię ci…nawet nie wiesz…
Mrugnęłam na męża.
– Idziemy nad jezioro?  
Musiałam wyjść. Jeszcze bym mu powiedziała, że jak kto raz na 20 lat popracuje uczciwie to faktycznie ciężko mu to przychodzi. Ale po co? Nie będę jedynej siostrze fermentu wprowadzała w domu. Jej życie- jej mąż. Niech go sobie wychowuje sama. Ale i tak trzęsłam się ze złości. I za to ta burza nie była mi straszna.
Wiem, wiem- nietolerancyjna jestem. I dobrze mi z tym.
A potem wracaliśmy i za Giżyckiem napadł nas deszczyk, który przemienił się w gęstą ulewę koło Kętrzyna i trwał aż do Reszla. Strugi wody płynęły poboczami, wycieraczki nie nadążały zbierać wody, za szybą była szrebrzysta mgła a szyber-dach zaczął przeciekać. Jechaliśmy z zawrotną prędkością 40 km/ h i jeszcze musieliśmy zwlaniać. A w Lutrach znów było słońce i tłumy ludzi w jeziorze. W Miasteczku też. Znów pokropiło jak ksiądz kropidłem.
Ponoć swego czasu Miasteczko miało najmniejszą roczną ilość opadów w naszym powiecie. 
Jutro znów do pracy- znów błogosławiony chłód mojej piwnicy. I czekanie piątku. Bo w piątek jedziemy z mężem na urlop. To będzie bardzo długi urlop: całe trzy dni!
Może do tego czasu przyjdą te pieniądze i ten…no…To co ja wiem a inni rozumią będzie już w moim posiadaniu.

Waldek

Wpadliśmy na siebie w …

Wpadliśmy na siebie w sklepie.
– Oooo, kopę lat!
– Co słychać?
– Nic sie nie zmieniliście!
– Ty też jesteś taki sam!
– Co u was? Macie pracę?
– Tak. Mamy oboje. Na szczęście. A ty? Gdzie się podziewasz, co robisz?
– Mieszkam w Anglii.
– Oooo, od dawna? Co tam robisz?
– Od czterech lat. Zajmuję się budowlanką. Teraz mam własną, jednoosobową firmę.
– A co z rodziną? Ile córka ma lat?
– No właśnie. Córka ma 10 lat. A ja przyjeżdżam kilka razy do roku- to nie wystarczy żeby być ojcem. No i małżeństwo na odległość to też żaden układ. Zdecydowaliśmy się – jedziemy wszyscy. Już załatwiłem córce szkołę, będziemy nareszcie razem.

My kobiety

Miny nam się …

Miny nam się wydłużyły, gdy zobaczyłysmy z Misią, ile jest przed nami osób. Spomiędzy nich, jak diabeł z pudełka, wyskoczył nagle dobrze mi znany, przypominający mi nieco piranię, uśmiech Takiej-tam. Miałam kiedyś wątpliwą przyjemność pracować z nią i nie wspominam tego miło. A tu nagle ten radosny uśmiech…Odruchowo zupełnie powiedziałam chłodne dzień dobry. Taką- tam widać moja powściagliwość ostudziła w zapałach. Heh, pomyślałam radosnie, to że jesteśmy tu razem nie czyni z ciebie mojej przyjaciółki.
Nuda w przybytku zdrowia obijała się o niebieskie ściany i brzęczała udając stłumiony głos radia. "Wraz z nami czeka Taka -tam" – zawiadomiłam sms-em Marzenkę. Pomyślałam, że taka wieść może ją wywlecze z jaskini. Nie pomyliłam się.
Zagrało "Bolero"- złapałam telefon i rzuciłam się do drzwi.
– Żartujesz? – rozległo się bez zbędnych wstępów. Marzenka też miała kiedyś podobną przyjemność. I jej była jeszcze bardziej watpliwa jak moja.
– Coś ty!- zaprzeczyłam gorliwie.
– Jak wygląda?
– Blado…
Marzenkę zatkało na chwilę. Zażądała sprecyzowania co uczyniłam.
– Hehe…Królowa solarium?- obśmiała się radośnie.- To ja przyjdę za chwile- zdecydowała.
I przyszła w ostatniej chwili. Zasiadłysmy na zewnętrznych schodkach i usiłowałyśmy nadrobić straty w wiadomościach ostatnich tygodni. Tuż pod naszymi nogami jakiś pan w maluchu uparł się zaparkować autko pod oknami. Na drodze miał inne auta oraz drzewko. Auta wyminął, pod drzewkiem się przecisnął, zjechał z górki i zajął zaplanowaną pozycję. Jak się okazało – pod nosem jeszcze innego auta. Wciskał się jak Kocio do mnie w czasie obiadu – z równym kunsztem i determinacją.
Taka-tam wyszła na schodki i przedefilowała przed nami, ze słodkim:
– Cześć Marzenko.
Piałyśmy z zachwytu. Obie chyba bywamy mściwe. Zwłaszcza w odniesieniu do osób co nam zdrowo krwi napsują.
– Wygląda okropnie – ucieszyła się moja przyjaciółka.
– Marzenko!- oburzyłam się fałszywie- Ale faktycznie paskudnie.- zdecydowałam się ujawnić moje prawdziwe oblicze.
A potem zgarnęłyśmy nieco zemocjonowaną Misię i urządziłyśmy fetę z okazji "Pasowania na kobietę". Była herbata "wiśnie w rumie" lody z bitą śmietaną i białe wino. Dla każdej. Bo było co świetować , oj było. W końcu pierwszy raz jest tylko raz w życiu.
– Za pierwszy raz!-  wzniosłam toast. I uświadomiłam sobie jak wieloznacznie to zabrzmiało.

Spokój niedzielnego poranka

<span style="FONT-SIZE: …

Wszyscy śpią, nikt się nie spieszy donikąd, można pospać dłużej, dodrzemać do całkowitego rozbudzenia. Słońce leje się przez okno, gryzie w oczy, rozpędza pod powiekami kolorowe kręgi. Zatem trzeba wstać, zasunąć, zwykle nie ruszaną zasłonę. Zasłona ze swoim „grziit” sunie po szynie. Już- pokój odseparowany od natrętnego słońca. Powolne moszczenie się na poduszce, odszukiwanie tej wygodnej, przed chwilą porzuconej pozycji. Zbudzony Kocio wybiega z łazienki akurat, gdy sen na powrót obejmuje ciepłym błotkiem. Jego wcale nie lekkie stąpanie naciska boleśnie ciało, mokry, zimny nos trąca policzek.
– Jeeeść – miauczy rozdzierająco. Walka z głodnym Kociem jest bezcelowa- można uzyskać jedynie to, że zbudzi resztę domowników. Nie warto. To już lepiej wstać i dać mu jeść. P-Sunia także dostaje swoją porcję, ale w przeciwieństwie do Kocia – trzyma się z dala od miski.
– Eeee, ja nie jadam w nocy- mówi  niechętnym odwróceniem nosa i wycofuje się rakiem na z góry upatrzone pozycje. Te „pozycje” to miejsce po Pańci, we wgłębieniu jej poduszki, w jej cieple, tuż przy boku Pańcia. P-Sunia zasypia z westchnieniem, z błogim przekonaniem, że teraz też jest ważna.
A skoro zostało się wygryzionym z własnego łóżka przez własnego psa to tylko kawa na pocieszenie. I książka z dzieciństwa . „Przyślę panu list i klucz”. Dobrze, że tak cicho i spokojnie. Jedyna pora gdy można poczytać nie siląc się na nie-słyszenie.
Iju-iju-iju-iju- rozpoczyna swój  przenikliwy śpiew jakiś zbudzony alarm. Iju-iju-iju! Wwierca się w uszy, w mózg, rozbija wątek…zatem trzeba odłożyć książkę i przymknąć drzwi balkonowe. Ucichło. Książka. Łyk kawy – siorb..Za oknem alarm się wyłącza. Uchylić drzwi na powrót bo jednak duszno. Drzwi skrzypią przy każdym podmuchu wiatru. Zatem zamknąć- otworzyć okno. Już. Znów siorb kawy…Kolejny rozdział lektury.
Bom- bom- bom- majestatycznie i posępnie dudnią dzwony Bazyliki Mniejszej. Bom- bom- bom- dźwięk znany z dzieciństwa odmierzający kolejne tygodnie. Już. Och jak cicho, jak miło, jak spokojnie…Kawa siorb…książeczka…Z dołu zaczyna zawodzić radio. Nie ma siły- słychać choćby się nie wiem jak nie chciało. Zawodzenie niczym w arabskim meczenie. To tylko Radio Ma- ryja.
Kawa przestaje smakować. Zawodzenie przeszkadza gorzej niż tamten alarm, niż dzwony. Czyżby jakaś osobista uraza.? Uffff.. ściszyła.
Za to sąsiadka z góry chyba spodziewa się gości. Od rana przygotowuje- łup-łup-łup-  mięso na kotlety. ( A może tylko wbija gwóźdź w ścianę?)  E, chyba jednak nie gwóźdź. Tyle czasu. Co ona, pułk wojska ma na obiedzie? A może ma obozową garkuchnię w domu? Ile samotnie mieszkając kobieta może utłuc tych kotletów? Może na cały tydzień? Pół godziny walenia tuż przed godziną ósmą w niedzielę….Powinni wprowadzić zakaz spożywania kotletów tłuczonych w niedzielę –  złośliwe myśli coraz bardziej tłuką się po głowie. Marzenie- wstać kiedyś w niedzielę rano i rozkręcić muzykę na full… I tak cud boski, że sąsiadki  chyba chodzą na mszę wieczorną. Kiedyś o 7 rano stawały we trzy lub cztery i gadały na schodach.
Ledwie tamta przestaje walić, telefon rozdziera się melodyjką Bolera. Odbieram nie patrząc, szybko , żeby reszta domowników się nie obudziła. Odbieram i od razu żałuję: upierdliwa, fałszywa koleżanka. Wczoraj zbolałym, obrażonym głosem mówiła, że „znów jakiś fkas do twojego męża” ( czy oni nie potrafią zakodować innego numeru? Podawanego już ze sto razy?). Dziś głos ma miły…coś chce? Jasne, że tak! Dziś pyta o mojego męża. Bo jej się popsuło. Ostatnim razem jak się popsuło i on jej naprawił wcisnęła kasę, choć się bronił, że nie chce, bo to drobiazg . Wepchnęła mu siłą do kieszeni. Po czym opowiadała, że „on to jest drogi, za taki drobiazg wziął tyle kasy…” Wrrrr, miał się z nią bić? Fałszywe babsko. Odpowiadam że śpi, bo późno bardzo wróciliśmy i nie wiem czy go dobudzę. Z mściwą satysfakcją myślę: dobrze ci tak. Ale już nikt nie śpi. Mąż wstaje, jednak idzie, no bo jakże to tak- człowiek ma awarię, trzeba pomóc…Mój mąż jest chyba dużo lepszym człowiekiem niż ja.
Nie ma czytania. Spokój szlag trafił, nastrój też, można zacząć niedzielę.
Dzień dobry Wam Wszystkim.