Do południa

W pralce kończy się …

W pralce kończy się prać firanka z jedengo okna, w kącie przygotowana nastepna. Na balkon wpadają ukośne promienie słońca,  z radia leniwo sączy się Trójka. Herbata truskawkowo-waniliowa ma smak lenistwa. Brak obowiązku sprawia, że się od razu chce. Już popatruje na okna, że przed zimą dobrze by im zrobiło umycie.
Niewiele brakowało, a jeden z cennych trzech dni samotności dopołudniowej w domu zakłóciłaby mi córka moja rodzona, na szczęście przypomniało się jej, że musi kasę na biwak integracyjny wpłacić to poszła do szkoły. Ale ciężko na mnie obrażona. Ja na nią też. Bo wczoraj pokłóciłyśmy się ostro jak już dawno nie. O co? Jakby to powiedzieć…O pryncypia? O to co ważne a co nie? O to co wolno, co nie? O to na co JA mam wpływ a na co nie mam? Cóż, dyskusja była nieco powyżej bruku, co jest tez moją zasługa, bo jak jestem zła, to…Nie staram się już w każdym razie być grzeczna i kulturalna, nawet jak wściekłość zalewa mi oczy.O dziwo- od jakiegos czasu- nie miewam z tego powodu poczucia winy. Że nie jestem grzeczna dziewczynka. Chrzanić grzeczne dziewczynki! Grzecznych dziewczynek nikt nie słucha i nikt się z nimi nie liczy. Ale z Miśką problem. Bo złośc mi co prawda już minęła, ale nadal uważam, że pewne jej słowa nie miały prawa w ogole paść.Niewykluczone, że moje też, ale to ona powinna mi to powiedzieć by ta kłotnia miała w ogóle sens. Będzie konieczna rozmowa.Ale to potem. Na razie rozkoszuje się samotnością, brakiem obowiązku, robieniem tego na co JA mam chęć.

Przedurlopowo

Od poniedziałku idę na …

Od poniedziałku idę na urlop. Koleżanka-Kerowinczka stwierdziła, że jakby co to jej na ekwiwalenty tudzież inne kary stać nie będzie i wygoniła. Inna rzecz, żem się też specjalnie nie broniła. Heh. Moje lenistwo zawyło radośnie na taką propozycję. Bo urlop w czasie gdy reszta domowników oddalona do zaplanowanych zajęć…No to jest po prostu sam cymes w krótkich majteczkach. Szkoda , że tylko tydzień. Znów harmonogram napięty aż trzeszczy. I znów pewnie nic nie wykończę z etgo co zaczęłam. Bo ciągnie w pola i w lasy z psem i z aparatem , na zroszone trawy i pajęczyny się napatrzeć, na chmury, na żółknące drzewa.
Tymczasem przed urlopem posprzątałam moje miejsce pracy. Wyniosłam dwa worki papierów, w tym jeden pełny z niszczarki. Ja nie wiem po co ludzie wysyłają jakieś informacje listem, na papierze skoro już to samo poszło w moją stronę mailem. Rozumiem, że pewne, wyjątkowe rzeczy mają byc uwiecznione, ale żeby od razu za przeproszeniem każde pierdnięcie PanaPrezesa? Papieromania, naprawdę. Zalewają mnie tony papieru. Przecinek w procedurze zmienią i już idą 2-3 kartki papieru. Problem w tym, że takich rzeczy nie wywalę beztrosko na śmietnik- nie, ja muszę to dokładnie zmielić w niszczarce i dopiero wtedy wolno mi to wrzucić do śmietnika. Na dodatek dochodzą jeszcze moje osobiste fobie. No  mam kłopot z wywalaniem najmniejszego świstka zapisanego papieru. Zbieram ta kartki, karteluszki, zbieram i składam tu, tam, siam i owam. Bo się przyda. Się przyda? Dupa tam się przyda! Już sama nie wiem co w tych śmieciach jest, leży od roku co najmniej,  nie zjrzałam tam ani razu, ale wywalic trudno. Bo może jest tam ta jedna , jedyna informacja, której raz na 10 lat będe potrzebować. Fobię jakąś chyba mam z tym zbieractwem. Nie mam skrupułów jesli chodzi o wywalanie nienoszonych ciuchów, jakichś nadpękłych skorup, popsutych rzeczy z gospodarstwa domowego. Te ostatnie z zapałem kolekcjonuje mój mąż, ale póki jego kolekcja nie przekracza granic piwnicy- niech tam! Ale papier, tego nijak okiełznac nie mogę.
Dziś się zaprałam. Wywaliłam wszystkie stosy i stosiki, oczywiscie uważnie przegladając każdy, ale wywaliłam. Nie zostawiła, jakiegos telefonu do nosiciela ulotek. Nie zostawiłam śwista z mailem do jakiejś Agnieszki. Nie dałam się strroryzowac uśmiechniętej pani z jakiejś gazety. Teraz moje biurko nareszcie wygląda. Widać je po prostu. Ale nie łudzę się- wrócę za tydzień i bardzo szybko uzupełnię kolekcję. Wszak moim zwierzchnicy nadal będą mnie zasypywac tonami niepootrzebnej korespendencji której, przyznaję się bez bicia, często nawet nie czytam.
A jutro, galopm przez Mazury – czyli mąż ma sprawę służbową w Gołdapi. Może zajrzę nad Tobellus? A  miało być świętowanie z Marzenką i  muzyką celtycką Marzenki nowej pracy. No trudno. Jak widać nie można mieć wszystkiego. Choć…czy ja wiem? Jakbyśmy wcześniej wrócili?

Śmierdząca sprawa

<div style="text-align: …

Po raz pierwszy poczułam to w ubiegłą środę. Taka nieuchwytna, ledwie wyczuwalna woń. Fakt, niezbyt przyjmna. Poczułam, zaleciało, rozwiało się. Drzwi od nory jak zawsze na oścież otwarte, bo pogoda jak złoto. Ot, pewnie przejechało coś.
W czwartek, gdy chodziłam do sklepu zobaczyłam , że na podwórku u właściciela sąsiedniego domu coś się dzieje. Gdy wróciłam- mojego nosa znów sobiegła jakas mało sympatyczna woń.
– Fujjjj! – jęknęłam do Koleżanki-Kerowniczki- Co oni tam robią?
Ona nic nie poczuła, ale nie każdy był w poprzednim wcieleniu psem albo kotem, jak ja.
W piątek znów ten sam smrodek, tylko nieco przybrał na sile. Nie, nie śmierdziało bez przerwy. Ot-od czasu do czasu coś się rozniosło w powietrzu.
W sobotę i niedzielę biuro było zamknięte.W pomieszczeniu nie ma okien, kratka wentylacyjna wychodzi na garaż, zalatywała stamtąd spalinami to ja zamknęłysmy. Dwa pełne dni pomieszczenie stało zamknięte na głucho.
Gdy w poniedziałek otworzyłam norę w nos buchnęła mi zebrana przez dwa dni mieszanka piwczniej woni z tym czymś.
Znów cieszyłam się, że na podwórku ciepło i słonecznie i mogę trzymać drzwi otwarte.
Znów nie śmierdziało cały czas, tylko sie roznosiło od czasu do czasu.
Koleżanka-Kerowniczka stwierdziła:
– Jakby jajka
Ja stwiedziłam:
– Jakby nam ktos od czasu do czasu ( przepraszam wrazliwych) baka w kratke puszczał.
Bąka? Bąka… Bąka! Gaz! No tak- siarkowodór śmierdzi jak jajka. Kanalizacja! Olśniło mnie.
Poszłam do koleżanki-właścicielki.
– Ty słuchaj..śmierdząca sprawa jest- zaanonsowałam.
Poszłysmy razem do garażu, obwęszyłysmy go i obejrzały. Garaz jak garaż. Samochodu w nim nie było za to były skrzynki z cebulą. Ale cebuli nie czułam.
– A może to od sąsiada?
Koleżanka stwierdziwszy, że ona nie wie wróciła do siebie. A my zostałyśmy ze śmierdzącą sprawą.
We wtorek przyjechała do nas koleżanka Dorota. Zasiadła z nami nad herbatą i pociągnęła nosem. Za chwilę znów. Nic nie powiedziała ale ja poczułam się nieswojo. A nuż pomysli, że to ode mnie tak zalatuje?
– Co, śmierdzi?- zapytałam domyślnie.
Zaśmiała się nerwowo i przyznała rację. Usiłowałysmy pracować- Dorota przyjechała by nam to i owo wytłumaczyć. Siedziała po przekatnej pomiędzy kratke wentylacyjna a drzwiami. fetorek owiewał ją dokładnie.
Nie wytrzymałam. Poszłam do koleżanki – właścicielki.
– Dalej śmierdzi- zameldowałam- Robiłaś z tym coś?
Koleżanka wzruszyła ramionami i zawołała męża. Rzeczony mąż stanął w drzwiach nory, pociagnął nosem i stwierdził, że on nic nie czuje.
– Jesne , że nie czujesz bo to nadlatuje falami. Pewnie gdzieś tam zbiera się gaz i wtedy sie ulatnia – wyjaśniłam.
– Ale tu nie ma skąd- oświadczył Kolega właściciel.
– Ale śmierdzi- ipierałam się poparta przez Koleżankę -Kerowniczkę.
– Ale co ci tu śmierdzi? Ja nic nie czuję. A po za tym nie ma skąd.
No tak, typowa męska logika. Skoro on nic nie czuje a na dodatek stwierdza, że nie ma przyczyny to tym samym logicznym jest , że skutek też nie może istnieć.
Wkurzyłam się mocno. Ale co moge? Nic.Znosic w milczeniu. Zafrasowałam się: co będzie jak się zrobi zimno i zamkniemy drzwi?
Dziś rano przyszłam do pracy. Nie smierdziało. O dziwo.Myślałam, że dziś smród mnie zabije a tu nic.
Włączyłam komputery.
Usiadłam. Nic. Przez całą godzinę. I nagle znów: buch!- Smierdzący bąk prztoczył sie nad moją głową.
Komputer? Nie…
Komputer…Ciepło z komputera…Komputer stoi w biurku. Pod jego boczną cześcią leżą różne rzeczy- kartony, ulotki, itp…Może coś tam wpadło?Zajrzałam w ciemna czelusc póki bezpośrednio nad komputerem. Tam zwykle kładę jedzenie…
Słoiczek stał  sobie od ubiegłego poniedziałku kiedy to przyniosłam sobie w nim pastę z jajejk. Pastę zjadłam. O słoiczku zapomniałam. Ale nie przyznam się do tego nikomu na świcie.
Takie zapominalstwo to naprawdę smierdząca sprawa…

Jednomyślność polityczna

– Wybory będą- …

– Wybory będą- oświeciła mnie Miśka.
– Wiem. 12 listopada.- pochawaliłam się wiedzą. Spojrzała na mnie jakoś cierpko.
– Pójdziesz…- bardziej stwierdziła niż zapytała.
– A nie wiem – machnęłam ręką uzbrojoną w  starą szczoteczkę do zębów bo akurat włosy farbowałam.
– Jak to nie wiesz- zdenerwowała się moja córka.- Pójdziesz. Żeby głosować na PO- dodała żebym nie miała wątpliwości. 
Jezu , po co ja się wyrywałam z tą sympatią do Tuska? Teraz dziecko uważa, że wie lepiej ode mnie co powinnam.
– No nie wiem czy ja chcę – przyznałam się ostrożnie.
– Co ty gadasz?! Chyba lepiej żeby PO niż ONI! – w tym ONI była głęboka pogarda dla całej naszej rządowej koalicji z ministrem edukacji na czele.
– Ale zobacz…Jak PO wygra to i tak nic się nie zmieni…
– Mówisz jak wszyscy ciemni Polcay- zarzuciła mi.
– Bo ja sobie myślę tak: póki PO nie rządzi to zawsze mozna się łudzić nadzieją, że mogłoby być lepiej. A jak wygrają te wybory i nic się nie zmieni to co? Wtedy nawet nadziei nie zostanie – wyjaśniłam stoicko.
– Wiesz co? – i w tym "wiesz co" była zawarta cała jej pogarda dla mojego pesymizmu, polskiego czarnowidztwa i całej tej ciemnoty co nam zabrania myśleć, że polityk może i chce zrobic coś naprawdę dobrego.
Nie dokończyła, poszła do ojca.
– Ty pójdziesz na wybory?- napadła na niego. – Bo mama…
– A nie wiem…- odpowiedział mąż nieuważnie bo skupiał się na programie Discavery i to było ciekawsze niż jakieś tam, odległe wybory.

Radośnie

Czy to wczorajsze …

Czy to wczorajsze spotkanie z Mądra Panią?
Czy to jej zapewnienia o moim intelekcie?
A może to, znów wlała we mnie nadzieję?
A może jeszcze i to, że rozśmieszyłam ją po raz pierwszy od roku i to tak, że parsknęła niepohamowanym śmiechem i od razu poczułam do niej ogromną sympatię?
A może to to, że nie poddałam się matce, nie dałam zepchnąć na pozycję grzczenej dziewczynki?
A może udany wieczór z Marzenką i pozytywne wieści w sprawie jej nowej pracy?
A może wymiana sympatycznych maili z jedną z osób bloxa, którą od jakiegoś czasu poczytywałam?
A może to, że odkryłam inną cudną babkę na bloxie , która pomiędzy postami na bardzo poważny temat potrafi mnie rozśmieszyć jak już dawno nikt i nic?
A może to słońce, ta wiosna jesienią?
Poszłam do fryzjera, zrobiłam sobie nową, śliczną fryzurkę. I włosy mam chęć ufarbować. I w ogóle…Życie mi znów pachnie niespodziankami. I choć  tak naprawdę też nie znoszę niespodzianek to znów mam wiarę, że z tych które mnie czekają nie będę musiała się cieszyć na siłę.
Fajnie mi i tyle.
Oczywiście gdzies głęboko, siedzi taki mały , wredny podgryzacz i gryzie
że za każdy gram manny niebieskiej znów zapłacę słoną rzeką.
Nie ma głupich. I tak tego nie oddam.

Wróciłam ze spacerku

Wyszłam z pracy. No bo …

Wyszłam z pracy. No bo za gaz trzeba zapłacić i za prąd. I kilka ulotek na miście powiesic, bo znó zastój i nie ma klientów.A pogoda taka, że aż się chcę spacerować. I ludzie chodzą sobie spacerkiem. Ktoś układa chodnik, ktoś poprawia bruk na parkingu.Fryzjer stojący na schodkach. Pod parasolkami babacia z wnuczką nastolatką jedzą lody. Spokój wygląda zza każdego rogu, uśmiecha się pyzatymi niemowlakami w wózkach.  Żółte liście sypia się z lip. A niebo nad tym jak oczy moich dzieci- błękitne i bez jednej chmurki. Szkoda, że nie wzięłam aparatu, ale jak tu po mieście  ulotki wieszać i aparatu pilnować? Ale jutro to chyba już wezmę i pójdę specjalnie żeby zdjęc w Miasteczku porobić w środku dnia codziennego.
A kiedy wróciłam- na moim biurku leżała moja zagubiona książka.

Na grzyby!

Mąż otworzył oko tuż po …

Mąż otworzył oko tuż po ósmej. Siedziałam spokojnie w fotelu, piłam poranna kawę i udawałam sama przed sobą, że nie czuję jak mnie boli głowa.
Mąż popatrzył na mnie i zapytał;
– Jedziemy do Olsztyna?
Bo się umawialiśmy, że podjedziemy. Za oknem pogoda nie mogła się zdecydować. W skroni mi pulsowało. Na dodatek czułam, że energii we mnie tyle co w konającym żółwiu.
– A co?- zapytałam ostrożnie
– Bo nie wiem…Czy jedziemy czy mam się na grzyby wybierać.
– Wiesz…to ty idź na te grzyby jak masz chęć- zaproponowałam – Tylko na żmije uważaj- powiedziałam gdy już wychodził. Bo się podobno ich namnozyło. I na dodatek- dość agresywne są. Kogoś w Miasteczku nawet jedna użarła i wylądował w szpitalu. Mąż się zatrzymał w drzwiach, zastanowił.
– Eeee, mam swoją na co dzień, to jad mi nie straszny- rzekł i poszedł.
Pomyślałam, że brzydko tak mówić o własnej matrce bądź siostrze, bądź córce, bądź suce. No bo na pewno nie myślał o mnie ;)).
Poszedł. Nie było go i nie było. Wrócił na obiad . ( Banalnie: kartofle, schabowy, surówka z kapusty). Przytargał cały kosz grzybów. I jedną reklamówkę, którą oddał. A grzyby jak malowanie- jeden w drugiego podgrzybki. Powidział, że  do maślaków to już mu się nie chciało schylać. Wygląda na to, że mamy w tym roku klęskę urodzaju w grzybach. Ludzie narzekaja, że już narobili słoików, namrozili, nasuszyli a tu dalej sypie i sypie…i się marnuje.Takie dobro. Takie złoto.
Wykładałam to dobro do suszenia potem i zainteresował mnie jeden zaczerwieniony
– Co to za grzyb? Czemu on taki czerwony?  – zapytałam podejrzliwie
– Bo to specjalnie dla ciebie ten grzyb- stwierdził
– No to będziesz mnie musiał zastrzelić – przypomniałam sobie stary dowcip:
" Dlaczego oskrażony zastrzelił swoją drugą żonę?- pyta sędzia
– Bo grzybów nie jadała"
Ha! jakbym znikła to wiecie…