Grzybowa

Wczoraj miałam spać …

Wczoraj miałam spać długo. Obudziłam się po szóstej i w dodatku wyspana. Dziś miałam wstać ze wschodem. I wstałam o 9 :24. Mąż grasował na po lesie w poszukiwaniu grzybów, nikt mi nie chrapał do ucha, miejsca w łóżku nie zabierał, poza P-Sunią oczywiście, ale ona to co innego. No i nie chrapie. Zatem pospałam, że hej!
Ale za to potem, korzystając z dnia poszłam do lasu biorąc mych nieodłącznych towarzyszy włóczęg: P-sunię i aparat. Kiepski jeszcze ze mnie fotograf amator, ale prawda jest i taka, ze okolice Miastecka to takie samograje, że właściwie ślepy jest w stanie robić zdjęcia pięknych widoków. Żaden kunszt, może odrobina uwagi by ujęcia nie zepsuć drżącą ręką. Niby wiem, ale zawsze zatyka mi dech w piersiach gdy z ulubinego wgórza patrzę na płynącą w dole Łynę, na jej meandry i lśnienie w słońcu. W lesie za to znalazłam ślady całkiem niedawnego pożaru – osmalone pnie drzew, ponadapalane szyszki, zwnięte w rulon liście niżsych partii i brak ściółki.I serce zabolało, że o mały , malutki włos…A ten las sadził mój ojciec, może za to tak mi w nim dobrze? I znalazłam jeszcze śmieci- potłuczone szkło, paczki po czipsach i plastikowe butelki. I ręce zacisnęły się w pięści. Niestety- bezsilnie.
W lesie grzybiarzy a grzybiarzy. P-Sunia co chwilę nadstawiała łeb, jeżyła grzbiet i warczała. Dobra sobie- tydzień temu przed pijakiem to nie było komu mnie bronić. 
Brzoza powitała mnie kiwaniem na wietrze. Zastanawiałam się co w niej takiego szczególnego, że do niej zawsze prowadą moje kroki? Może to to, że stoi sama jedna, na zbiegu ścieżek idących w różne strony. Inne brzozy rosną nieco dalej, w gromadzie, ona odsunięta, z boku, taka trochę na marginesie. Chyba taka jak ja. Na szczęście od jakiegoś czasu nauczyłam się cenić sobie mą odrębność rodzinną.
Spotkany w drodze powrotnej sąsiad wyraził opinię:
– Spacerki po lesie? Mnie by się nie chciało…
– A wiesz…Jak tak pochodzę to potem mam na cały tydzień dość energii. Może to zamiast kościoła?
– Hm…- zadumał się- W sumie Bóg jest wszędzie.

A Mąż przywlókł cały kosz grzybów i teraz suszymy w piecyku. W domu pachnie jesienią.

Dodaj komentarz