Tym razem nie na temat seksu

Przeszłam się wczoraj po…

Przeszłam się wczoraj po Miasteczku i obejrzałam pierwsze plakaty wyborcze.
Wróciwszy zapytałam DzieckaMojegoPierworodnego
– Dziecko, a ten Pawełek, to jest twój kolega?
Dziecko przytaknęło.
– No to już nie masz kolegi- zakomunikowałam smutnym głosem.
Dziecko wybałuszyło oczy.
– Jego rodzic startuje w wyborach na radnego.
– ???
– Ale z Partii Iedynie Słusznej.
– …
– Ostatecznie możesz mu powiedzieć cześć.- dodałam łaskawie. Trzeba dziecko uczyć tolerancji.

ciiiicho

Jak cicho.<br …

Jak cicho.
Dzieci się poniosły w świat. Mąż też w rzeczonym świecie od trzech dni.Kot spi na kanapie w białym brzuszkiem na wierzchu, łaki, lekko podkurczone trzyma w górzy. Że też mu nie cierpną…
P-Sunia z nosem w szparze pod drzwiami balkonowymi drzemie.
Zmrok za oknem.
Ale jeszcze chwil kilka temu kątem oka widziałam sikorki bujające się na słonince na balkonie.
I żółte korony drzew na tle ciemniejącego nieba.
A Ola Kaczkowska w Trójce tak gra…
A kawa z cynamonem pachnie…
A Piernik Kętrzyński w piecu właśnie zaczyna pachnieć…
Chwilo…trwaj

I właśnie wrócił Młody.
– Mamo! ale był ślub zobacz- podsunął mi pod nos swój telefon
– Co?
– Eeee, marny ten aparat. Zobacz znaczek trójwymiarowy…Wiesz co to?
– Nie wiem
Popatrzył na mnie pobłażliwie
– Jaguar- wyjaśnił- Ale ślub był wypaśny: same beemy a młodzi jeepem jechali.
– A i graliśmy w taką grę….Daj kasę pójdę po wodę…I ten…O, musze to oddać Radkowi…

A tak było miło.

Polowanie na czarownice

Sprawa …

Sprawa Ani zamieniła się w wielką medialną aferę. Gdzie nie spojrzę  wszędzie te same teksty: oburzone, pałające gniewem, szukające zemsty. Mniej lub bardziej wyrafinowane propozycje kar dla chłopaków, głosy potępienia dla nauczycielki, pomstowanie na rodziców, sytuację w kraju, ministrów edukacji i kogokolwiek jeszcze. 
Patrzę, słucham, czytam. A raczej- patrzyłam , słuchałam, czytałam. Już nie mogę.
Wszytkie te grzmoty to zwykłe bicie piany. Wielka chmura z której, jak doświadczenie pokazuje, będzie mały deszcz. 
Zastanówcie się, wy wszyscy, którzy tak chętnie zwalacie winę na nauczycieli, na środowisko, na  pomysł z tworzeniem gimnazjum, na politykę i co tam jeszcze, zastanówcie się: a co Wy zrobiliście by wasze dziecko nie stało się ani ofiarą ani sprawcą podobnego zdarzenia?
Dla mnie cała ta historia jest jeszcze jednym dowodem na to, że my, dorośli, którzy winniśmy dzieci nauczyć życia zawodzimy na całej linii. Sami nie wiemy jak żyć i nie umiemy pokazać tego naszym dzieciom. Zawiedliśmy. Zawiedlismy bo nasze dzieci mają coraz cześciej problem z odróżnianiem dobra od zła. Zawiedlismy bo gdy zdarza się w życiu naszych dzieci coś nieoczekiwanego im nie przychodzi do głowy by nam o tym opowiedzieć. To nie dzieci wina, że nam nie ufają. To my tego zaufania nie umiemy zdobyc a przecież jesteśmy starsi więc powinnismy byc mądrzejsi.
Chcemy ustalić winnego tamtej tragedii? Popatrzmy na siebie zamiast urządzać polowanie na czarownice. To my jesteśmy winni. My- dorośli.

Jesień mnie dopada

Nic się nie chce.<br …

Nic się nie chce.
Usiąść tylko i bezmyslnie gapić się przed siebie.
Nie czytać bo trudno trafić na coś ciekawego
Nie oglądać bo patrz wyżej
Nie słuchać bo patrz wyżej
Nie pisać bo patrz wyżej
Z pisaniem jeszcze kłopot. Coś knebluje, odbiera chęć. Może brak poczucia całkowitej anonimowości?
Dzień jest taki bleeeee mimo deszczu.

Po-niedzielnie

Net znów chodzi jak …

Net znów chodzi jak chce. A chce zwykle po godzinie 23. Nic zatem dziwnego, że w weekendy trudno mi wrzucić jakąs notkę.
Na pocieszenie: znów .:fotorelacja:.
Mąz miał coś do załatwienia w Gołdapii, zatem wykorzystaliśmy tę okoliczność do obejrzenia Mazur w pełnej jesiennej krasie.
Pięknie było.
Dziś od rana: sprzątanie, pranie, gotowanie. Smażyłam naleśniki całe popołudnie. I nie powiem żebyśmy się czuli specjalnie objedzeni tym rarytasem.
A jutro znów dzień dobry Mysia Noro! Żegnaj dzienne słoneczko.
Dobra- nie narzekamy.

Marek i jego mama

Patrzyłam na Marka, …

Patrzyłam na Marka, wyższego ode mnie, na jego radośnie błyskające oczy zza szkieł okularów i nie mogłam, no nie mogłam odpędzić się od przypomnienia sobie ile razy wrzszczałam na Misię, że mnie nie słucha, ile razy niecierpliwiałam się na Kaja, że znów się skarży na ból brzucha, ile razy wściekałam się na ich dąsy, fochy, lenistwo, trójki miast piątek, żądania kolejnych rzeczy. Słuchałam mamy Marka opowiadającej tym, że Marek chodzi do szkoły i uczy się na kucharza, ale nie wiadomo jak to będzie bo ma komisję lekarską wkrótce, ale ona i tak nie liczy na to, że ktokolwiek ustali stopień upośledzenia Marka bo przez 16 lat nikt tego nie zrobił z powodu jego niemal całkowitej głuchoty, i że Marek coraz częściej się buntuje i chce być samodzielny, i są takie dni, że aż iskry idą i ona wie, że nie może synowi odpuścić, bo za chwilę nie da sobie z nim rady, bo rośnie i staje się coraz silniejszy. I miała taką spokojną twarz i uśmiech…
 …i myślałam jak wielką jestem niewdzięcznicą.

Dziwne ale prawdziwne

Po zdemontowaniu …

Po zdemontowaniu szafek w kuchni okazało się, że nie mam gdzie prasować. Nie żebym fanatyczka tego zajęcia była, ale czasem , od wielkiego dzwonu mus taki jest. Np. jak przyjechała Taisha to serwetę na stół wypadało położyć prasowaną, bo zwykle jest nie. Oczywiście jeżeli w ogóle jest.
Próbowałam na kanapie, na łóżkach dzieci, na stole ( cha cha cha! na stole! to niskie coś przy czym się siedzi z kręgosłupem i żołądkiem zwiniętymi w rulon wymyślił jakis sadysta-opętaniec i jeszcze nazwał to stołem). No w każdym razie nie był gdzie.
– Trzeba kupić deskę do prasowania – obwieściłam w końcu odkrycie.
Mąż spojrzał na mnie spod oka i zdziwił się uprzejmie
– Naprawdę?
Jestem nowoczosną kobietą od jakichś 5 lat i wyznaję zasadę: kto nosi ten prasuje. Mąż mając alternatywę chodzić w wymietych lub prasować samemu wybrał tę drugą opcję. Elegant jeden. I to jemu doskwierał brak deski najbardziej.
Teraz pastwił się nade mną z lubością mówiąc:
– Dawno mówiłem –
– Trzeba było nie mówic tylko kupić – odpyskowałam, bo się wymądrza, a ja tu latam jak z jajkiem z tą serwetą.
Jak już Taisha pojechała to poszłam popatrzeć na te deski.
– A czy są?- zapytałam takiego ładnego pana w sklepie z AGD.
– Są, to znaczy jest jedna. 60 złotych. Okazyjna, powleczona tą tkaniną co się nie przypala…
( A są takie tkaniny? A czy można z nich robić garnki? ) Wyciągnął mi deskę z jakiegoś kąta. No, normalna była : nogi białe, blat czerwony. Całkiem ładna. Ale takie coś z boku sterczało. A od tego w górę szło drugie coś.
– Matko kochana, co to jest?- wskazałam palcem- Czy ona może sama prasuje?
– To? I to? Eeeee, to takie ten…no..żeby wygodniej było – wyjaśnił Pan trochę niepewnie.
– I nie, sama nie prasuje, jeszcze takich nie wynaleźli – dodał dla jasności.
– Nie?- zasmuciłam się.- Szkoda…
– No, moja żona pewnie by pani rację przyznała.
– A pan co? Lubi pan prasować?- przyjrzałam mu się. Wyglądał normalnie.
– Lubię – oświadczył mi radośnie.
– Choć prawdę mówiąc rzadko to robię bo moja żona nie lubi jak się za to biorę. – dodał a w jego głosie brzmiał najprawdziwszy smutek.
– Nie lubi? Żona? – teraz to ja się zdumiałam nie na żarty. Ja tam lubię jak mój mąż robi wszystko. Biedny człowiek, żal mi się go zrobiło.
– Wie pan…- zaczęłam niepewnie – Jak pan chce… Bo pan taki sympatyczny. Ja mogłabym pana żonę nauczyć, żeby już lubiła jak pan prasuje. Kilka spotkań ze mną i nie będzie problemu. Przestanie jej przeszkadzać nawet, że pan gary zmywa i obiady gotuje. Naprawdę. 
– A nie…wie pani. Ja to dziekuję na razie.
Nie wzięłam tej deski bo ciężka jak diabli. 
A Pana nie rozumiem. Niby narzeka a pomocy nie chce…A przecież ja bezinteresownie, z dobrego serca.
Dziwny jest ten świat
 

Wybór

Zimno. Powietrze ostre …

Zimno. Powietrze ostre pomimo słońca, objęło moje czoło zimną obręczą. Wyciągnęłam cieplejszą kurtke i cieplejsze skarpety. koniec z otwartymi przez cały dzien drzwiami. Koniec z zaglądającymi promieniami słońca do mojej nory. Zima idzie. Zaraz Świeto Zmarłych, trzeba popatrzec na ceny chryzantem.
Mąż dalej uwiązany przy silniku. Podziwiam jegu upór. Ja bym już sto razy trzasnęła drzwiami garażu i powiedziała, że…No, to co na ten temat myślę. Mąż nie. 
Auto stoi już trzeci tydzień. A to niestety powoduje, że nie zarabia. Nie jeździ- nie ma kasy.To + stres + ogólne zmeczenie spowodowało zapewne, że mąż źle sie poczuł. Na tyle źle, że doktor Ania od razu go zawlekła na EKG, które na szczęście nic nie wykazało. Badania też jakoś znacząco od normy nie odstepują. Znaczy- przemęczenie i ogólnie zła kondycja. No, ja się nie dziwię, jak ktoś na śniadnanie spala pół paczki papierosów, na drugie wypija litr kawy a w ogóle pierwszy posiłek je o godzinie osiemnsatej…
Inna rzecz, że to jest nienormalne: mąż pracuje na dwóćh etatach, ja na jednym a i tak nie stać nas na nowsze auto. 
Gorycz mnie dziś zalewa. Ogarnia bezsens.
Zaczyna wyglądać na to, że mąż wzorem innych pojedzie budowac dobrobyt gdzie indziej. Tylko, że co to za życie na odległość? Jak w takich warunkach budować bliskość, relacje rodzinne? Jak utrzymać to, co przez ostatni rok z takim trudem budowalismy?
A dupki rządowe mi mówią, że bezrobocie spada, że koniunktura rośnie. I że to ich sukces. Akurat! Pomiędzy aferami, kłótniami o stołki i obrzucaniem się obelgami raczej nie mają czasu przeszkadzać. Bo nie pomagają – to pewne.
Ludzie wyjeżdżają całymi rodzinami, emigracja jest większa niż za czasów komuny. Komuniści nas nie zmogli, zmoże nas IV RP.
Tylko, że ja nie chcę stąd wyjeżdżać. No i za stara jestem by zaczynać uczyć się życia na nowo. A wygląda na to, że niedługo będę stała przed wyborem: ojczyzna czy rodzina.  Tak jak pewnie większość Polaków.

Wścieku dostanę

Jak w takich …

Jak w takich warunkach uzupełniać zasoby na .:fotoblogu:. ?
Loguję się…czekam..czekam…czekam…klikam odśwież….znów czekam…uff..jest. załadowało.
Idę do plików, mam pomniejszone zdjęcia. Wybieram, klikam. I znów czekam..czekam…czekam cierpliwie, powtarzam sobie, że nie ma powodu się irytować, w końcu to głupota, to tylko blog…Odświeżam, czytam komunikat, że mam ponowić operację, ponawiam czekam…czekam…
Brzydkie słowa same mi wypływaja na usta, złość zaczyna mnie dławić, mordercze mysli zabijają zdrowy rozsądek. Bo od trzech chyba dni usiłuję wgrać jedno i to samo zdjęcie!
Ki diabeł mnie podkusił żeby dzieci posłuchać z tym netem? Miało byc lepiej a jest dużo gorzej.
Na dodatek- nie znoszę, no nie trawię mamusi właściciela firmy. A rzeczona mamusia zajmuje się stroną księgową całej imprezy.  Nie ukrywam: mam pewnie osobiste animozje do tej kobiety z powodu jej sióstr. Jedna z nich ma firmę gdzie miałam watpliwą przyjemność pracować przez 4 miesiace. Druga też tam pracowała. Właścicielka stawała mi za plecami i wrzaskiem  nadawała:
– I co pani robi, to nie tak, nie z tej strony, nie w tym miejscu, nie taka cyferka – a bajzel w dokumentacji był taki, że jak pracuję to nigdy czegoś takiego nie widziałam choć sama bałaganiara jestem niezła. Na dodatek właścicielka wciąż jęczała, że nie ma pieniędzy, że klienci nie płacą, w związku z tym wypłatę (bez pytania nas o zgodę ) płaciła w ratach po 200złotych. Ale jak któregoś dnia przyszła i rzuciła do swej siostry:
– Popatrz Miecia jak fajny płaszyk sobie kupiłam. Wcale niedrogi, tylko tysiąc złotych – gdy nam zaległa z wypłatą już ponad dwa tygodnie. Miałam chęć złpać za te rude loczki i powiedzieć:
– To za nasze pieniążki pani sobie ten płaszyk kupiła…
Zmilczałam. Wtedy jeszcze się bałam mówic co myślę. Nic nie powiedziałam też, gdy w kolejnym miesiącu paniusia zamiast nam uczciwie i na raz wypłacić wynagrodzenie pojechała do ojca świętego do Rzymu. Bo religijna była bardzo.
Ale jak mi powiedziła, że mam pracować po godzinach – zaprotestowałam, że mam inne sprawy po pracy. I wtedy usłyszałam:
– Jak to jest że jak do pracy chcą przyjść to dyspozycyjne, ale potem to inne sprawy.
Wypaliłam wtedy ze niehamowaną złością:
– Pani też mi obiecywała godziwą wypłatę i nic pani nie mówiła o płatności w ratach.
Drżącymi dłońmi wysupływała wtedy mi stówki z portfela, rzuciła jak psu kość. Pozbierałam banknoty pieczołowicie i z nabożeństwem. Bo przyszłam do pracy dla tych pieniędzy a nie dla idei. Nie dałam jej satysfakcji, że mnie zwolni. Sama powiedziałam, że nie chcę przedłużać umowy. Odeszłam. Jedyne miejsce pracy które wspominam wciąż z gniewem.
A teraz ta matka tego dostawcy netu. Zadzwoniwszy do mnie oświadczyła:
– Pani Kasia? To przyjdzie pani tą umowę podpisać…
Ni z gruszki ni z pietruszki. Wieczór był, ja we Fromborku z mężem, na telefonie całkiem nie znany mi numer. 
Kto? Co? Jaka umowa? Zgłupiałam, bo ani dzień dobry, ani nazywam się ani dzwonię z firmy X…Pępek świata czy brak wychowania?
W końcu z trudem, skrzetnie omijając nazwę firmy i własne nazwisko kobieta wyłuszczyła o co jej chodzi. Nie wiem. Wstydzi się firmy czy nazwiska? A może to tajne?
Kiedy poszłam, miała dla mnie przygotowaną fakturkę. Na większą kwotę niż się umawiałam z jej synem. Zaprotestowałam. 
Na to ona mi z argumentem:
– Od podatku se pani odpisze.
Znów grzecznie powiedziłam, że dziekuję choć może należało poinformować, że o moich podatkach i odpisach to ja chcę decydować sama. Ale jak zwyle w takich chwilach włączył mi się ośli upór. Nie i już. Bo nie.
 Westchnęła ciężko obrazona, że jej kłopot sprawiam bo co ona teraz z tą fakturką. Na to ja wytknęłam, że na dodatek net nie był od 1 tylko od co najmniej 14. Na to ona, że od 10. W porządku, ale nawet jak tak, to za 20 dni powinnam zapłacić a nie za 30. Zatchnęło ją normalnie. Obrażona prychnęła, że teraz to ona musi przeliczyć. No, musi. A jak pisała fakturkę ( fakturkie- jak mówiła ona) to nie wpadła na ten pomysł? Że 20 dni to nie cały miesiąc.
– Ale przecież za przełączenie syn nic nie policzył – zaprotestowała w końcu.
– Ale przecież się reklamuje że nic nie liczy…- odpyskowałam już całkiem jawnie bo mi sie niedobrze zrobiło od tego fałszu, aod tego, że pniusia chce mi z kieszeni wyrwać kasę które się jej ewidentnie nie nalezy i jeszcze chce przy tym udawać, że jej syn taką mi wielką grzeczność wyświadcza.
Zażądałam podania konta bym mogła regulować płatności przelewem.
– Ale po co? Nie może pani przyjść i zpałacić?
– Nie mogę. Mam wiele rachunków do opłacania, jak nie mam pokwitowań to nie wiem co zapłaciłam co nie…
– To ja tu notuję, pani podpisuje..- dobre sobie. Mam zaufac, że ona skrupulatnie wszystko wpisze? Bo ja podpisuję…Też mi gwarancja. A jak nie podpiszę, bo to nie ja będę płacić? Jaki mam dowód? pani chce być cwańsza jak ładniejsza?
Do dziś się  tego konta nie doczekałam.
A net…chodzi jak chce. Niby mój komputer. A może moja karta…Może. U poprzedniego dostawcy tego nie było…
E, zła jestem.
Chyba jestem uprzedzona do całej rodziny. Bo żony tego pana też nie lubię…Za tę ochronę danych osobowych jaką mi wygłaszała przez słuchawkę telefonu bardzo opryskliwym tonem. Może to rodzinne? Szkoda, bo facet miły, komunikatywny, pełen naprawdę dobrej woli. Tyle że te jego kobiety…Może go poprosic by trzymał je z daleka od siebie, a jeszcze dalej ode mnie ?