Jak w takich warunkach uzupełniać zasoby na .:fotoblogu:. ?
Loguję się…czekam..czekam…czekam…klikam odśwież….znów czekam…uff..jest. załadowało.
Idę do plików, mam pomniejszone zdjęcia. Wybieram, klikam. I znów czekam..czekam…czekam cierpliwie, powtarzam sobie, że nie ma powodu się irytować, w końcu to głupota, to tylko blog…Odświeżam, czytam komunikat, że mam ponowić operację, ponawiam czekam…czekam…
Brzydkie słowa same mi wypływaja na usta, złość zaczyna mnie dławić, mordercze mysli zabijają zdrowy rozsądek. Bo od trzech chyba dni usiłuję wgrać jedno i to samo zdjęcie!
Ki diabeł mnie podkusił żeby dzieci posłuchać z tym netem? Miało byc lepiej a jest dużo gorzej.
Na dodatek- nie znoszę, no nie trawię mamusi właściciela firmy. A rzeczona mamusia zajmuje się stroną księgową całej imprezy. Nie ukrywam: mam pewnie osobiste animozje do tej kobiety z powodu jej sióstr. Jedna z nich ma firmę gdzie miałam watpliwą przyjemność pracować przez 4 miesiace. Druga też tam pracowała. Właścicielka stawała mi za plecami i wrzaskiem nadawała:
– I co pani robi, to nie tak, nie z tej strony, nie w tym miejscu, nie taka cyferka – a bajzel w dokumentacji był taki, że jak pracuję to nigdy czegoś takiego nie widziałam choć sama bałaganiara jestem niezła. Na dodatek właścicielka wciąż jęczała, że nie ma pieniędzy, że klienci nie płacą, w związku z tym wypłatę (bez pytania nas o zgodę ) płaciła w ratach po 200złotych. Ale jak któregoś dnia przyszła i rzuciła do swej siostry:
– Popatrz Miecia jak fajny płaszyk sobie kupiłam. Wcale niedrogi, tylko tysiąc złotych – gdy nam zaległa z wypłatą już ponad dwa tygodnie. Miałam chęć złpać za te rude loczki i powiedzieć:
– To za nasze pieniążki pani sobie ten płaszyk kupiła…
Zmilczałam. Wtedy jeszcze się bałam mówic co myślę. Nic nie powiedziałam też, gdy w kolejnym miesiącu paniusia zamiast nam uczciwie i na raz wypłacić wynagrodzenie pojechała do ojca świętego do Rzymu. Bo religijna była bardzo.
Ale jak mi powiedziła, że mam pracować po godzinach – zaprotestowałam, że mam inne sprawy po pracy. I wtedy usłyszałam:
– Jak to jest że jak do pracy chcą przyjść to dyspozycyjne, ale potem to inne sprawy.
Wypaliłam wtedy ze niehamowaną złością:
– Pani też mi obiecywała godziwą wypłatę i nic pani nie mówiła o płatności w ratach.
Drżącymi dłońmi wysupływała wtedy mi stówki z portfela, rzuciła jak psu kość. Pozbierałam banknoty pieczołowicie i z nabożeństwem. Bo przyszłam do pracy dla tych pieniędzy a nie dla idei. Nie dałam jej satysfakcji, że mnie zwolni. Sama powiedziałam, że nie chcę przedłużać umowy. Odeszłam. Jedyne miejsce pracy które wspominam wciąż z gniewem.
A teraz ta matka tego dostawcy netu. Zadzwoniwszy do mnie oświadczyła:
– Pani Kasia? To przyjdzie pani tą umowę podpisać…
Ni z gruszki ni z pietruszki. Wieczór był, ja we Fromborku z mężem, na telefonie całkiem nie znany mi numer.
Kto? Co? Jaka umowa? Zgłupiałam, bo ani dzień dobry, ani nazywam się ani dzwonię z firmy X…Pępek świata czy brak wychowania?
W końcu z trudem, skrzetnie omijając nazwę firmy i własne nazwisko kobieta wyłuszczyła o co jej chodzi. Nie wiem. Wstydzi się firmy czy nazwiska? A może to tajne?
Kiedy poszłam, miała dla mnie przygotowaną fakturkę. Na większą kwotę niż się umawiałam z jej synem. Zaprotestowałam.
Na to ona mi z argumentem:
– Od podatku se pani odpisze.
Znów grzecznie powiedziłam, że dziekuję choć może należało poinformować, że o moich podatkach i odpisach to ja chcę decydować sama. Ale jak zwyle w takich chwilach włączył mi się ośli upór. Nie i już. Bo nie.
Westchnęła ciężko obrazona, że jej kłopot sprawiam bo co ona teraz z tą fakturką. Na to ja wytknęłam, że na dodatek net nie był od 1 tylko od co najmniej 14. Na to ona, że od 10. W porządku, ale nawet jak tak, to za 20 dni powinnam zapłacić a nie za 30. Zatchnęło ją normalnie. Obrażona prychnęła, że teraz to ona musi przeliczyć. No, musi. A jak pisała fakturkę ( fakturkie- jak mówiła ona) to nie wpadła na ten pomysł? Że 20 dni to nie cały miesiąc.
– Ale przecież za przełączenie syn nic nie policzył – zaprotestowała w końcu.
– Ale przecież się reklamuje że nic nie liczy…- odpyskowałam już całkiem jawnie bo mi sie niedobrze zrobiło od tego fałszu, aod tego, że pniusia chce mi z kieszeni wyrwać kasę które się jej ewidentnie nie nalezy i jeszcze chce przy tym udawać, że jej syn taką mi wielką grzeczność wyświadcza.
Zażądałam podania konta bym mogła regulować płatności przelewem.
– Ale po co? Nie może pani przyjść i zpałacić?
– Nie mogę. Mam wiele rachunków do opłacania, jak nie mam pokwitowań to nie wiem co zapłaciłam co nie…
– To ja tu notuję, pani podpisuje..- dobre sobie. Mam zaufac, że ona skrupulatnie wszystko wpisze? Bo ja podpisuję…Też mi gwarancja. A jak nie podpiszę, bo to nie ja będę płacić? Jaki mam dowód? pani chce być cwańsza jak ładniejsza?
Do dziś się tego konta nie doczekałam.
A net…chodzi jak chce. Niby mój komputer. A może moja karta…Może. U poprzedniego dostawcy tego nie było…
E, zła jestem.
Chyba jestem uprzedzona do całej rodziny. Bo żony tego pana też nie lubię…Za tę ochronę danych osobowych jaką mi wygłaszała przez słuchawkę telefonu bardzo opryskliwym tonem. Może to rodzinne? Szkoda, bo facet miły, komunikatywny, pełen naprawdę dobrej woli. Tyle że te jego kobiety…Może go poprosic by trzymał je z daleka od siebie, a jeszcze dalej ode mnie ?