A bo to zamieszania cała masa z tymi kuchniami. Teraz mam kuchnie dwie. Albo inaczej: mam jedną kuchnię, ale w dwóch miejscach. I tak latam.
W "starej" została lodówka, zlew, zmywarka, kuchenka i stół. Oraz szafki wiszące a w nich szkło , herbata, kawa, przyprawy. W związku z rozwaleniem szafki w kuchni "starej" i umieszczeniu na jej miejscu kaloryfera zaistniała koniecznośc zakupu szafek stojących i ustawieniu ich w kuchni "nowej". W tych szafkach mieszczą się teraz garnki, przykrywki, mąki, cukry, ryże itp. a na ich blacie- czajnik elektryczny i chlebak.
I teraz to ja proszę państwa po moim rozległym metrażu urządzam regularny trakt spacerowy. No bo na ten przykład : wstaję rano i chce mi się kawy. To co robię? Ide do starej kuchni, żeby pragnienie zaspokoić. Tam spostrzegam, że przecież nie mam czajnika. Idę do kuchni "nowej" po czajnk, nabieram weń wody, wracam, prztykam, czekam…Wtedy sobie przypominam, że nie mam kubka. Idę do starej kuchni, biorę kubek, łyżeczkę, idę do czajnika. Na szczęście mąż jak ostatni robił sobie kawę to zostawił słoiczek koło czajnika. Sypię kawę. I wtedy przypominam sobie, że cukier jest w kuchni starej. To idę po cukier, bezmyślnie przynoszę go do kuchni nowej by po chwili go odnieść. Jak tak się w ciągu dnia kilka razy przeszłam w celu zrobienia kawy sobie i goszczącej u mnie Taishy to już na ten las sił specjalnie nie miałam. Ale słowo się rzekło- chodź ciele do obórki. To znaczy – chodź Taisho do lasu.
Poszłyśmy. Strumień pluskał, po niebie z krzykiem płynęły dwa klucze ptaków. Chyba żurawie. Rosa była, buty nam przemokły. Pies kopał dołki i wyglądał jak okaz szczęścia. Słońce grzało w plecy i nie było w lesie poza nami żywego ducha. No, może po za duchem bloxa. Pięknie przebarwia się las. Taisha rzuciła się na niego z aparatem. Aż ją niemal siłą musiałam zawlec na powrót do miasta.
A musiałam bo obiad, a potem jeszcze chciałam ją do ZEN-ka, do ulubionej herbaciarni w Olsztynie zaprosić. I Marzenkę chciałam jej przedstawić.
Pojechałyśmy, Mężu ( plagaituję z Iksińskiej) został na polu wlki z kaloryferami.
Marzenka nadeszła cienistą stroną ulicy.
– O Jezuuuu! – jęknęłam na jej widok. Z wrażenia zapomniałam nawet pozazdrościć. Jak ta Marzenka wyglądała. Jakbym była facetem to bym się na nią natychmiast rzuciła z okrzykiem "zaludniać!" ( okrzyk ukradłam z Gałczyńskiego). Marzenka nie wyglądała. Marzenka błyszczała "subtelnym kobiecym pięknem" ( teraz ze Shreka).
Poszłyśmy do ZEN-ka. I nawet szarlotka była, widać miejscowe łakomczuchy w poniedziałek miały wolne.
A potem się ciemność zrobiła i Taishę trzeba było w pociag wsadzić. Ale nim nadjechał, siedziałyśmy na peronie na Dworcu Zachodnim. Księżyc wylazł nad trakcją elektryczną, był piękny "jak bałałajka" ( znów z Gałczyńskiego), najpierw pomarańczowy, potem biało-złoty. Po lewej miałam Taishę. Po prawej Marzenkę. Kurcze, jakie to fajne uczucie siedzieć pomiędzy bliskimi.
Długo machała nam Taisha z pociągu. Długo my machałyśmy jej, aż w oddali, w mroku, znikły czerwone światła ostatniego wagonu.
Ech, święta zawsze tak szybko mijają.
Nogi mnie bolą
A bo to zamieszania cała…