Ranek, ciemno. Na piersi znajomy ciężar. W uszy świdruje monotonny pomruk…Budzę się powoli. Ciężar razem ze mną, przeciąga się, wygina grzbiet, ale ani myśli zejść. Tyle, że złowrogi pomruk ustaje, zamienia się w miuknięcie. le nadal leży i gniecie. Kamień? Skąd? Wszak kamienie nie mruczą i nie miauczą…Otwieram oko.
– Kocio złaź- warczę. Ani myśli, trąca mnie zimnym nosem. Nie mogę się ruszyć bo nogi też mam przygniecione- P-Sunia jak zwykle schowała się przed chłodem pod moją kołdrę. Skaranie boskie z tymi zwierzakami. Strącam kota, który natychmiast ustawia się w blokach startowych do michy ( tylko po to na mnie wlzał dwie minuty przed budzikiem) wyciągam nogę spod psa i udaję, ze nie widzę jej pełnego nagany spojrzenia. Trzeba wstać. Uaaaaa! (Ziewam)
Kotu szybko do michy żarcie i do łazienki, bo Miśka ma na ósmą i Młody też, zaraz będzie tłok. Włosy stają dęba pod dotykiem szczotki, kleją się do twarzy, strzelają- musi być duży mróz. Potraktowane odrobinąwody, opadają w końcu, stają się posłuszniejsze…ale tylko na chwilę. W końcu ujarzmia je pianka.
Zaglądam do lodówki: wędlina szczerzy na mnie zęby, ser też. Nie ma co jeść – marudzę w duchu żeby dzieci nie słyszały nie brały złego przykładu. Chciałoby się leczo. Albo sałatkę z ogóka i pomidora. Albo kopytka…Dobra, w ostateczności pastę z makreli. Zamykam lodówkę. Znów skończy się na bułce z margaryną i ogórkiem. Pracuję nad piekarnią.
Jeszcze pies, szybkie siku pod brzózką i P-Sunia sama wraca do moich nóg. Zimno, co? Idę pod kołdrę- mówi mi jej spojrzenie. Łapię torbę i w ostatniej chwili cofam się od drzwi- dziś 25, trzeba Vata złożyć. Znów do drzwi. Autobus już na przystanku, kierowca otwiera mi drzwi, już mnie zna, zasiadam, moszczę się wygodnie, otwieram torbę żeby wyjąć książkę…Cholera! Telefon został w domu. Biegusiem do domu, ale autobus nie może czekać.
Wracanie przynosi pecha- to siadam na chwilę, na wyrównanie oddechu, włosy znów lepią się do twarzy. Pianka im nie pomogła. Spokojnie wychodzę, następny bus za 15 minut, ale podjeżdża zawsze wcześniej. Tym razem nie podjechał. 15 minut na przystanku w coraz przenikliwszym chłodzie. W końcu podjeżdża. O psia…No to jednak wracanie przynosi pecha- podjeżdża "śmierdziel" . Nie lubię jego busów, bo capi w nich choinkami zapachowymi i brudem. Jakiś pan grzecznie pyta:
– Teraz pan zbiera?- chodzi o pieniądze. Kierowca wrzeszczy:
– Mówiłem,przechodzić, co głuchy? Nie słyszy?
– Nie musi pan wrzeszczeć.
– A co? Jak nie słyszy? Polskiego nie zna?- napastliwy ton, pełen niuzasadnionej złości. Pasażer nie daje za wygraną:
-Trochę kultury
– Sam miej kulture! Polskiego się nie nauczy, a potem się taki mądruje!
Ruszamy w końcu- gorący nawiew wali mi w twarz. Zasłaniam się książką, ale na zakrętach koło Spręcowa już nie da się czytać. Wysiadam na drugim przystanku, nie ujdadę w tym smrodzie i zaduchu ani minuty dłużej. Chłonę zimne powietrze jak karp bożonarodzeniowy.
Idę wzłuż torów, mijam budki "rynku kolejowego". Gwizd pociagu wyrywa mnie z zamyślenia, po kolanach czuję liźnięcia mrozu który wdziera się przez cienką tkaninę spodni. Nie cierpię rajstop, wszystkie włoski na nogach stają dęba gdy je zdejmuję i mogłabym zadrapać się do krwi. Nie lubię, to mam…Schody do biura jak zawsze pachną( śmierdzą?) bułkami. Kaloryfer jest letni. Hurra! Może będzie mniej zimno niż wczoraj.
Nad dachem stojącego na przeciw Liceum Platycznego błękitnieje niebo, od brudnych szyb odbija się słońce. Kawa jest gorąca i słodka.
Dzień zaczyna się leniwo sączyć.
Dopijam ostani łyk kawy. Dwoni Jolka z biura w Suwałakch. Do pracy, trzeba się brac do pracy.
histeryczny poranek
Ranek, …
