Przy kawie

Wyszłam sobie z domu …

Wyszłam sobie z domu jakby nigdy nic. Wilgotno nieco, szaro, buro, pochmurno. W prawej skroni znajomo łupał młoteczek. W autobusie, mniej więcej w połowie drogi zaczęłam czuć perfumy jakiejś pani za mną. Uuuuu, niedobrze.Trzeba tableteczkę…
Radio nadawało : Trójmiasto sparaliżowane – pada deszcz i marznie od razu.
Trójmiasto, dobrze, że nie Olsztyn…- ucieszyłam się nim refleksja : I jak Taisha dojedzie do pracy? nie zgasiła mego niewczesnego entuzjazmu.
Entuzjazm zgasł mi jeszcze bardziej gdy stanęłam na bruku Olsztyna.
Wygląda na to, że dziś najlepszym środkiem komunikacji będą własne nogi z przypiętymi do nich łyżwami.
Kto się przyłączy do mojej kawy którą łapczywie zagryzam apapem?

 

Zostałam agentem

<span …

Wczoraj od tej firmy, co kazała czytać rysunek Marcepankowi przyszła propozycja wyjazdu do Szkocji.
W pracy chcieliby go widzieć już we środę.
Podana stawka wynagrodzenia za 1 godzinę brutto.
Liczba godzin podstawowych w tygodniu – 50.
Podana tygodniowa cena mieszkania (40-50 funtów).
Wyżywienie we własnym zakresie.
Kontrakt na czas nieokreślony- minimum na pół roku.
Dojazd też.

Ucieszyliśmy się, Ale:
– ile  z tego brutto jest netto?
– czy za mieszkanie Marcepanek ma zapłacić z góry?
– czy mieszkanie już jest czy sam ma sobie szukać?
– czy jest ktoś kto mu pomoże załatwić pierwsze formalności?
– czy firma pośrednicząca chce jakieś pieniądze od Marcepanka?
– czy nie można nieco odwlec wyjazdu? W końcu Marcepanek tutaj też pracuje, musi mieć choćby 1 dzień na dokończenie swoich spraw. A i z dojazdem nie tak prosto. W końcu Szkocja leży nieco dalej niż Olsztyn…
Wysłałam im pytania i czekamy.

A wieczorem przyszedł kolejny mail od innej firmy, jeszcze bez konkretów, ale jak widać zaczyna się sypać.
A ja, jak widać, robię za osobistego agenta mojego męża.  Trzymam rękę na pulsie, bo mam uczucie, że jak sama o wszystko nie spytam, nie sprawdzę, nie upewnię się to na pewno mi męża wyślą w jakieś straszne, obozowe warunki, a tego przecież nie chcę.
I tak sobie żyjemy, czekając, czekając, czekając. Męczy mnie to, bo  mam uczucie tymczasowości. Nie mogę pomyśleć o tym, że np. za miesiąc czy za tydzień to zrobimy to i to, bo nie wiem, co będzie.  Człowiek jednak potrzebuje stałości i planów. Dla mnie to jest jakiś rodzaj zapewnienia sobie poczucia bezpieczeństwa, którego wciąż mam deficyty. To jak z jazdą samochodem.
Tysiące kilometrów przejechałam z mężem, czasem w bardzo trudnych warunkach, czasem w ogromnym pośpiechu, czasem w krańcowym zmęczeniu. W tym czasie były może ze trzy sytuacje, kiedy poczułam mrowienie w stopach i karku, kiedy sytuacja zrobiła się groźna. Zawsze to ktoś nam się pchał na trzeciego. Ale za nic nie zasnę w aucie, czasem nieco przymknę powieki, ale zaraz otwieram, w przekonaniu, że jak przestanę śledzić drogę to się zaraz coś stanie. Już wiem, że to jest też mechanizm obronny ta potrzeba czuwania i kontrolowania sytuacji.
I oczywiście na zapas się boję wyjazdu męża, bo nie wiem jak to będzie. Najbardziej boję się tych zwykłych spraw: urwana śrubka, cieknący piecyk w łazience czy zepsute żelazko. Oraz tych innych: wizyty smutnego pana czy białe papierki w skrzynce na listy. Czyli tego wszystkiego, z czym boryka się teraz tysiące osamotnionych kobiet.
Przez ostatnie dni pracowicie obdzwaniałam klientów mojej firmy i wiele razy usłyszałam: nie ma, jest za granicą. Czy to naprawdę nadal nikomu nie daje do myślenia?
Tymczasem sobie siedzę, naściągałam sobie muzyki lat 60. i 70.i słucham sobie. Około 20 jedziemy do kina z Marzenką. 
Dziś jednakże będzie bez loda Szarloty bo saldo na koncie nadal -1,57. Dobrze, że jest na to kino.

Pierwsza jaskółka za płoty

Wczoraj Marcepanek …

Wczoraj Marcepanek dostał maila z zapytaniem czy potrafi przeczytać załączony rysunek techniczny. Pytanie było od jednego pośrednika pracy z zagranicy.
Marcepanek zasiadł przed monitorem. Siedział i siedział i siedział. Nic nie mówił tylko wzdychał, kręcił głową, coś przeliczał. Krótko mówiąc – kombinował jak koń pod górkę. Na koniec wstał i rzekł:
– Nie wiem.
– Jak to- nie wiesz? – zdumiałam się, bo zawsze słyszałam, że rysunek techniczny  mój mąż ma w małym paluszku i obudzony o północy po imprezie też potrafi czytać takie cuda. A tu- nie wie.
– No nie wiem. Bo tu jest na pewno jakiś hak, ale nie mogę znaleźć – wyjśnił mi skonsternowany.
– Bo to niemożliwe, żeby oni starego spawacza o takie głupoty pytali. To za proste – dodał po chwili widząc chyba moją pełną niedowierzania minę.
Miałam chęć popukać się czoło.

Nareszcie coś zaczęło się ruszać. 

 

Daleko do lipca

Jedna wizyta u pana …

Jedna wizyta u pana Bio… jednak nie wystarczyła. Dziś od rana tępy drut dźga mnie w prawe oko, przebija się przez nie do czoła oraz zakręca i wychodzi w potylicy…w autobusie czułam perfumy pani trzy rzędy z tyłu oraz kolację pani co siedziała za mną, błeeee…
Zimne powietrze na chwilę mnei znieczuliło gdy szłam do pracy, ale zaduch klatki schodowej pomieszany z armatem ( smrodem?) świeżego pieczywa i paczków przywaliło mi obuchem z całych sił.
Kawa mi stygnie w moim ulubionym żółtym kubeczku. Obok czeka tabletka, ale chyba ona jednak pójdzie na pierwszy ogień…
Saldo na koncie -1,57. A wczoraj miały być posłane pieniądze…
Na dodatek zgłupiałam doszczętnie chyba, bo pozwoliłam Miśce na udział w koncercie Red Hot Chili Peppers w lipcu, w Katowicach. I jeszcze zobowiązałam się zapłacić za bilet. A teraz moja wyobraźnia ma pożywkę. A do lipca daleko…Jak to przeżyć i nie zwariować?
To ja jednak na śniadanko tę tableteczkę…
Kawa to potem, potem…

Obyś cudze dzieci uczył

Dostałam sms-a:<br …

Dostałam sms-a:
Usługa SOS:Użytkownik numeru XXX xxx XXX nie może korzystać ze swojego telefonu i prosi o kontakt…
Młody – znaczy nie ma już środków na koncie. Oddzwoniłam.
– Cześć mamo, poczekaj chwilę…- rzucił. Jego głos odbijał się echem z czego wywnioskowałam, że jest na korytarzu szkolnym.
– Halo? yyyy…Mam pani powiedzieć, że Młody właśnie dostał uwagę za zbyt głośne zachowanie…tak…bo on się za głośno zachowywał – głos brzmiał jak u rówiesniczki Młodego i ten niepewny ton. Nic- tylko jakaś koleżanka- pomyślałam, ale jakoś mi to nie pasowało.
– Przepraszam ale ja nie wiem z kim rozmawiam- powiedziałam.
– Yyyy…Jak to – pani nie wie? – ach, ten ton pełen wyższości.  Znaczy- nie koleżanka a nauczycielka.Tylko która?
– Nie wiem. Pani ma bardzo młody głos i sądziłam, że rozmawiam z jakąś koleżanką syna, bo się pani nie przedstawiła – wyjaśniłam uprzejmie i z uśmiechem.
– yyyyy…Dziękuję.To ja…jestem nauczycielką języka angielskiego…
-….- czekałam cierpliwie aż pani nauczycielka zechce wydusić nazwisko, ale jakoś opornie jej szło. Dukała coś przez chwilę, dość zawile, że to Młody zadzwonił…W końcu padło niewyraźne imię i jeszcze mnie wyraźne nazwisko.
Młody zachowywał się głośno. Oraz jego koledzy też. Nauczycielka nie mogła uciszyć ich to wstawiła Młodemu uwagę. Czy i jego kolegom- nie wiem, bo nie zapytałam. Młody stwierdził, że on nic nie zrobił i jeszcze zaczął się stawiać.
– Tak, rozumiem. I czego Pani w tym momencie oczekuje ode mnie? Że co zrobię przez telefon? Może wystarczyło wpisać uwagę do zeszytu?- zapytałam grzecznie.
Pani się zaczęła tłumaczyć :że zagroziła Młodemu kontaktem z rodzicami. Na to Młody zaczął wykręcać numer do mnie. Pani była przekonana, że on żartuje. Ale nie żartował.
– A w ogóle, jak już z panią rozmwiam, to Młody w ogóle jak zacznie rozrabiać z kolegami to zaczyna się zachowywać jak oni i nie można go wtedy uspokoić – rozkręcała się.
A mnie za plecami zadzwonił domofon, po chwili telefon…
– Rozumiem. Przywołam syna do porządku – obiecałam. I pożegnałam się.
Młody ma w cymbał. Chyba muszę mu przypomnieć zasadę:
po 1) Nauczyciel ma zawsze rację.
po 2) jak nauczyciel nie ma racji to patrz pkt 1.
Ale.( jak mawia Good News)
Niech mi ktoś powie: dlaczego nauczyciel w rozmowie przez telefon nie używa swego imienia i nazwiska? Jak już- to ewentualnie powie jakiego przedmiotu uczy.
Mnie uczyli, że jak dzwonię służbowo to mówię na poczatku: Dzień dobry, nazywam się Takajedna Prowincjuszka, dzwonię z firmy Kant.
Od pani nauczycielki wymagałabym podobnego komunikatu : dzień dobry nazywam się… uczę przedmiotu …wtedy chyba jest o wiele łatwiej rozmawiać?
I proszę mi nie wmawiać, że mnie łatwiej bo telefon mam na co dzień, bo pracuję z nim od lat. Bo to jest kwestia kultury.
Na dodatek wg. mnie nauczycielka dała się łatwo ( jak na pedagoga zbyt łatwo) wmanewrować w niekomfortową sytuację. Zatańczyła tak, jak jej uczeń zagrał.
Nie wykluczam, że jest to całkiem sympatyczna młoda osoba, ale albo szybko musi dojrzeć do nauczania albo niech sobie da spokój. Prawdę mówiąc: trochę mnie przeraża ale też i cieszy fakt, że syn się nie przejął pogróżkami nauczycielki i nawet jej to udowdnił czym ewidentnie wybił jej z ręki argument. I nawet trochę mi jej żal, bo się musiała dziewczyna głupio poczuć.
Co ja bym zrobiła? Podniosłabym pewnie rękawicę w postaci słuchawki, zimno bym rzuciła :
– Dzień dobry, nazywam się…uczę…Bardzo proszę o przyjście do szkoły ponieważ syn mi zakłóca lekcję. Dziekuję.
A jednocześnie – poprosiłabym pozostałych gagatków o takie samo wykonanie telefonów do rodziców. I powiedziałabym to samo. Po czym- mądrale posadziłabym na króciótki sprawdzianik wiedzy. Nie ma obaw- kompetentny nauczyciel wie co uczniowi gorzej idzie. I dla rodziców miałabym jak ta lala dowód. 
Tak, ja wiem- indolencja pedagogów nie zezwala mojemu synowi na niegrzeczne zachowanie. I za to dostanie co mu się należy. 
Ale ręce mi opadają…
Młody bywa gadatliwy, czasem uparty jak osioł, uczy się od przypadku do przypadku, ale nie jest ani hamski ani agresywny. Jak by sobie poradziła ta nauczycielka z naprawdę trudnym uczniem? Pewnie też siedziałaby z koszem na głowie, niestety. 

„być aż takim artystą co porywa widownię….”

Początek miesiąca- …

Początek miesiąca- zatem domowa księgowość.

"Już wiem ile mi trzeba.
Wiem już nawet na co"*

Dziura budżetowa wynosi już 1000 złotych i z każdym miesiącem rośnie. Jakie z tego wyjście?

"Chyba , że porwę żonę bogatemu komu
i : Dawaj pan pół miliona bo ją puszczę do domu!
Lecz gdzie znaleźć takiego?
Osobiście nie sądzę żeby ktoś kto ma żonę
mógł mieć jeszcze pieniądze"*

Rozważam oddanie całej swojej wypłaty na budowę Świątyni Opatrzności Bożej.
Mogą politycy liczyć na Opatrzność to  może mogę i ja , co? Co to w końcu za różnica czy brak mi 1 czy 2 tysiące?

"Proszę Panów i Dam!
Każdy z Was ma wydatki
i ja także je mam! "*

Hallo! Czy jest na sali milioner? Może ma chęć zasilić mój prywatny fundusz charytatywny?

* cyataty pochodzą z wiersza komunistycznego poety-satyrka, ale za nic w świecie nie mogę sobie przypomnieć nazwiska autora oraz tutułu. Wstyd mi. Biję się w obfitą pierś.

** znalazłam autora: Marian Załucki – tu strona o nim.

Dupa x3: Do Dupy, Dupa blada, O kat dupy

Noc z soboty na …

Noc z soboty na niedzielę…
O 21 kleją mi się oczy. Łzawią i odmawiają współpracy, ziewam.
Wytrzymuję do 22 w końcu ląduję w łóżku z zamiarem zaśnięcia.
Przysypiam może z pół godziny, a potem zaczyna się…
Zasypiam w końcu ok. 3:30. O 7 budzą mnie koty. Już nie zasnę. Kawa. Potem spacer z P-Sunią na poranne siku. Już jestem przytomna. Tylko ssanie w żołądku, jak zawsze po  nieprzespanej nocy. Kolejny spacer , tym razem nad rozsłonecznione jezioro. Około 15 morzy mnie sen. Przysypiam na kanapie przez niecałą godzinę. Wybudzam się sama, bez namacalnego powodu.
Byle do wieczora…Głowa ciężka się kiwa…
Noc z niedzieli na poniedziałek.
Wieczorem znów około 22 w łóżku. Nim się poukłada cała reszta – dzieci, koty, pies, mąż- robi się 23. Na 40 metrach kwadratowych (dokładnie: 38,62) choćby się człowiek nie wiadomo jak starał, nie da rady się wyizolować od dźwięków. Około północy zaczynam drzemać. Gorąco, zakręcam kaloryfer. Kołdra na drugą stronę, szukanie głową miękkiego miejsca na poduszce. Mąż scisza telewizor – prawie nie słyszę dźwięków, ale przez zamknięte powieki dociera do mnie migotanie ekranu.
Kocia przypomina sobie, że ma chęć na zabawę, zaczepia Kocura. Kocur prycha, P-Sunia warczy, pazury Koci zaczepiają o płótno fotela…Za chwile tętent małych łapek. Nigdy nie sądziłam, że stworzenie ważące mniej niż torebka cukru może czynić tyle hałasu miękkimi łapkami…Po kolejnej akcji z fotelem, Kociem, P-Sunią w stronę Koci szybuje kapeć.Cichnie.
Przysypiam. Boli odgnieciony bok. Kołdra jest ciężka, stopy płoną.
Zmiana pozycji, kołdra na drugą stronę, jeden jej rąbek nakrywa tylko krzyż i pośladki, drugi obowiązkowo pod głowę.
Telewizor migocze, wyostrzony słuch odbiera szmer głosów choć nie rozróżnia treści. Zegar gryzie w oczy kolejną godziną.
Zmiana pozycji: głowa w miejsce nóg. Jedna poduszka ląduje na podłodze, za chwilę jej los dzieli kołdra, nakrywam się kocem. Znów obowiązkowy rąbek pod głowę. Zapadam w to przyjemne ciepłe błotko…I znów jestem całkiem przytomna. Nadal widzę migotanie ekranu, choć mam go za głową, ale też jestem o ponad metr bliżej głośnika- dialogi z filmu słyszę dokładniej. Rozróżniam słowa. Harmonijka wwierca się w mózg. Kto mówił, że uwielbia muzykę Ennio Morricone? To mam co lubię…
– Zgaś telewizor, nie mogę spać – proszę w końcu.
– Już, już, za chwileczkę film się kończy – słyszę w odpowiedzi. Kładę się na wznak, starm się przeczekać chwileczkę, wściekłość spływa na mostek, zasiada na nim ciężkim kuprem, zalewa oczy, odbiera oddech. Zaciskam wargi, usiłuję się powstrzymać przez zalewem tępej nienawiści. Przecież nie będę robić awantury po nocy.
Usiłuję myśleć o czym innym, o czymś przyjmnym, o słońcu, o opowieści którą noszę w głowie…Na sekundę odpływam. Ta sekunda wystarcza by zawładnęła mną wściekłość. Podrywam się, koc, książka leżąca obok, w kuchni zapalam światło, owijam się kocem. Mąż przychodzi za mną, kaja się, że nie wiedział, że trzeba było powiedzieć…Jestem zbyt wściekła by rozmawiać, nienawidzę  telewizora. Burczę coś. Robię sobie szałwię…Na stole nie ma zbyt wiele miejsca bo stoi tam telewizor teściowej, który mąż przywiózł kilka dni temu na chwilę żeby coś sprawdzić…Mąż pełen poczucia winy i pewnie zły w końcu wraca do łóżka. Cichnie szmer i migotanie ekranu co notuję kątem oka i ucha…Coś czytam, nawet nie specjalnie wiem co. Łzy znów zalewają oczy, północ to nie najlepsza pora na lekturę. Wściekłość dalej mnie dusi. Nienawidzę telewizorów, nienawidzę lampek nocnych, Kocia i Koci i P-Suni. Nienawidzę rodziny…(?) Nie, to nie rodzina jest za duża – nienawidzę tego mieszkania za małego na czteroosobową rodzinę, nawet jak zakończymy ten rozgrzebany remont powierzchnia nam się nie zwiększy. Jestem zła na męża ,ale ta złość jest całkowicie irracjonalna. On nie może zasnąć bez telewizora. Ja nie mogę zasnąć przy telewizorze. Kto ma się męczyć? On czy ja? 
Kogo zamordować za to, że nie stać nas na ludzkie mieszkanie ? Siebie? Rząd? Matkę? Komunistów?
Łzy zalewają oczy. Nie wiem czy to jeszcze zwykłe łzawienie zmęczonych oczu czy już  bezsilny płacz. Znów wraca marzenie o bezludnej wyspie…

 

Jak trwoga to do…Taishy

Nie ma to jak samemu …

Nie ma to jak samemu sobie podnieść poziom adrenalinki…
Chciałam zmienić wygląd MyBlogLoga. Wykasowałam poprzedni kod, a wraz z nim- literki z bloga.
Normalnie: płacz , lament i zgrzytanie zębów.
Taisho! Ratuj! – to w pierwszym odruchu wykonane działanie.
Ale Taisha nie odbiera telefonu i nie odpowiada na dramatyczne sms-y.
Na szczęście- coś mnie tknęło i nie zamknęłam okna.
Co robi pomysłowy Dobromir jak zawodzą pomoce naukowe( czyli Taisha)? Dobromir popukał sie w głowę, kliknął wstecz, cudem się ukazał poprzedni stan, Dobromir na wszelki słuczaj skopiował wszystko co było na mysz po czym kliknął "zapisz" i z drżeniem serca czekał na efekty.
Efekty są – jak widać – zadowalające.
To już nic nie grzebię. Poczekam na instrukcje jak dla milicjanta od Taishy.
Chyba się jednak nie da dłużej unikać lekcji angielskiego.

Zimowo-bólowo

Czegoś można …

Czegoś można dostać!
W sobotę rano okazało się, że świat jest otulony białym puchem, świeci słońce, nie ma wiatru a temperatura oscyluje pomiędzy -5 a 0 stopni. Złapałam aparat , gwizdnęłam na psa i poleciałyśmy obie nad Łynę, za kościół no bo aż żal nie skorzystać. Zrobiłam kilka zdjęć nim akumulatorki powiedziały STOP. Bo one zimna nie lubą. Zwłaszcza jak już są z lekka rozładowane.
Chciałam Wam pokazać jak wygląda zima w moim Miasteczku, ale nic z tego. Net znów zorganizował mi plany inaczej. Strona bloxa otwierała się 10 minut, zdjęcia nie wgrywały się w ogóle. Ani w sobotę ani w niedzielę.
Zaczynam przemyśliwać nad zakupem płytki wielokrotnego nagrywania , wtedy będę mogła zdjęcia wrzucac na fotobloga w pracy.
W niedzielę wieczorem byłam już tak zła, że rozbolała mnie głowa. I co Pan na to Panie Janie?
Moja głowa zachowuje się jak rasowy nałogowiec. Każdy bodziec jest dobry, by odmawiac współpracy i żądać przedmiotu nałogu- czyli tabletki przeciwbólowej. Przy czym- czasem mam wrażenie, że wystarczy, że wezmę jedną a głowa wtedy boli przez kilka dni.
Może ja jestem uzależniona od leków przeciwbólowych? I może te bóle głowy to są takie bóle "fantomowe"? Może to nie ból tylko głód trucizny?
Owszem- pytałam kiedyś Doktor Anię o możliwość uzależnienia się. Oraz o ewentualną szkodliwość takiej ilości.
– A ile panie tego bierze? – zapytała mnie.
– No najwyżej dwie dziennie. Czasem- trzecią. Ale to naprawdę bardzo sporadycznie.
– A jak często?
– Czasem przez tydzień co dzień. A potem może być z kilka tygodni przerwy. A czasem i przez dwa. Różnie.
Odpowiadałam szczerze, bo ból bólem, ale staram się zachować zdrowy rozsądek.
Doktor Ania pomachała tylko ręką lekceważąco. Ani nałóg ani inne konsekwencje przy takim stosowaniu apapu czy innego paracetamolu mi nie grożą.
To było kilka lat temu.
Teraz jakoś z każdej strony mnie bombardują wieści, że jednak- może nie być tak bezkarnie. Ale czy ma się wybór? Jeżeli ból budzi rano i usypia wieczorem? Jaka jest alternatywa, skoro medycyna nie umie sobie poradzić? Psychoterapia trochę pomogła, ale nadal ból często nie daje funkcjonować. Zatem- ile by nie kosztowało- czeka mnie dalsze poszukiwanie w ramach medycyny niekonwencjonalnej. Jak nie pomoże Pan Jan- będę szukać dalej.

Ale ja nie o tym przecież chciałam…
Chciałam o tym, że wieczorem najpierw popadywał deszcz, ale potem zmienił się w śnieg. A nad ranem przyszedł mróz i P-Sunia się wepchała mi pod kołdrę. I nawet czubka nosa nie wystawiła. A ranek wstał słoneczny. Świat w białej , świeżo-śnieżnej szacie. Na niebie od wschodu panowała orgia barw. To było widowisko!
Gdy wyprowadziłam P-Sunię na poranne siku,zapadła w śnieg aż po brzuch.
Droga do Olsztyna była piękna, ubielona z każdej strony. Niestety- pod kołami Golfika też. Zdaje się , że zima zaskakuje drogowców co dnia. Jechaliśmy z zawrotną prędkością 60 km/h. Po drodze minęliśmy trzy auta w rowie. Z czego jedno- tkwi tam od soboty.
To chyba nie tak źle?  
Słońce znów odbija się od szyb z naprzeciwka. W oknie widzę najczystszy błękit nieba.
Taką zimę to ja lubię.
A jak u Was?

 

PS. Zdjęcia wrzuciłam dziś << klik klik>>