Noc z soboty na niedzielę…
O 21 kleją mi się oczy. Łzawią i odmawiają współpracy, ziewam.
Wytrzymuję do 22 w końcu ląduję w łóżku z zamiarem zaśnięcia.
Przysypiam może z pół godziny, a potem zaczyna się…
Zasypiam w końcu ok. 3:30. O 7 budzą mnie koty. Już nie zasnę. Kawa. Potem spacer z P-Sunią na poranne siku. Już jestem przytomna. Tylko ssanie w żołądku, jak zawsze po nieprzespanej nocy. Kolejny spacer , tym razem nad rozsłonecznione jezioro. Około 15 morzy mnie sen. Przysypiam na kanapie przez niecałą godzinę. Wybudzam się sama, bez namacalnego powodu.
Byle do wieczora…Głowa ciężka się kiwa…
Noc z niedzieli na poniedziałek.
Wieczorem znów około 22 w łóżku. Nim się poukłada cała reszta – dzieci, koty, pies, mąż- robi się 23. Na 40 metrach kwadratowych (dokładnie: 38,62) choćby się człowiek nie wiadomo jak starał, nie da rady się wyizolować od dźwięków. Około północy zaczynam drzemać. Gorąco, zakręcam kaloryfer. Kołdra na drugą stronę, szukanie głową miękkiego miejsca na poduszce. Mąż scisza telewizor – prawie nie słyszę dźwięków, ale przez zamknięte powieki dociera do mnie migotanie ekranu.
Kocia przypomina sobie, że ma chęć na zabawę, zaczepia Kocura. Kocur prycha, P-Sunia warczy, pazury Koci zaczepiają o płótno fotela…Za chwile tętent małych łapek. Nigdy nie sądziłam, że stworzenie ważące mniej niż torebka cukru może czynić tyle hałasu miękkimi łapkami…Po kolejnej akcji z fotelem, Kociem, P-Sunią w stronę Koci szybuje kapeć.Cichnie.
Przysypiam. Boli odgnieciony bok. Kołdra jest ciężka, stopy płoną.
Zmiana pozycji, kołdra na drugą stronę, jeden jej rąbek nakrywa tylko krzyż i pośladki, drugi obowiązkowo pod głowę.
Telewizor migocze, wyostrzony słuch odbiera szmer głosów choć nie rozróżnia treści. Zegar gryzie w oczy kolejną godziną.
Zmiana pozycji: głowa w miejsce nóg. Jedna poduszka ląduje na podłodze, za chwilę jej los dzieli kołdra, nakrywam się kocem. Znów obowiązkowy rąbek pod głowę. Zapadam w to przyjemne ciepłe błotko…I znów jestem całkiem przytomna. Nadal widzę migotanie ekranu, choć mam go za głową, ale też jestem o ponad metr bliżej głośnika- dialogi z filmu słyszę dokładniej. Rozróżniam słowa. Harmonijka wwierca się w mózg. Kto mówił, że uwielbia muzykę Ennio Morricone? To mam co lubię…
– Zgaś telewizor, nie mogę spać – proszę w końcu.
– Już, już, za chwileczkę film się kończy – słyszę w odpowiedzi. Kładę się na wznak, starm się przeczekać chwileczkę, wściekłość spływa na mostek, zasiada na nim ciężkim kuprem, zalewa oczy, odbiera oddech. Zaciskam wargi, usiłuję się powstrzymać przez zalewem tępej nienawiści. Przecież nie będę robić awantury po nocy.
Usiłuję myśleć o czym innym, o czymś przyjmnym, o słońcu, o opowieści którą noszę w głowie…Na sekundę odpływam. Ta sekunda wystarcza by zawładnęła mną wściekłość. Podrywam się, koc, książka leżąca obok, w kuchni zapalam światło, owijam się kocem. Mąż przychodzi za mną, kaja się, że nie wiedział, że trzeba było powiedzieć…Jestem zbyt wściekła by rozmawiać, nienawidzę telewizora. Burczę coś. Robię sobie szałwię…Na stole nie ma zbyt wiele miejsca bo stoi tam telewizor teściowej, który mąż przywiózł kilka dni temu na chwilę żeby coś sprawdzić…Mąż pełen poczucia winy i pewnie zły w końcu wraca do łóżka. Cichnie szmer i migotanie ekranu co notuję kątem oka i ucha…Coś czytam, nawet nie specjalnie wiem co. Łzy znów zalewają oczy, północ to nie najlepsza pora na lekturę. Wściekłość dalej mnie dusi. Nienawidzę telewizorów, nienawidzę lampek nocnych, Kocia i Koci i P-Suni. Nienawidzę rodziny…(?) Nie, to nie rodzina jest za duża – nienawidzę tego mieszkania za małego na czteroosobową rodzinę, nawet jak zakończymy ten rozgrzebany remont powierzchnia nam się nie zwiększy. Jestem zła na męża ,ale ta złość jest całkowicie irracjonalna. On nie może zasnąć bez telewizora. Ja nie mogę zasnąć przy telewizorze. Kto ma się męczyć? On czy ja?
Kogo zamordować za to, że nie stać nas na ludzkie mieszkanie ? Siebie? Rząd? Matkę? Komunistów?
Łzy zalewają oczy. Nie wiem czy to jeszcze zwykłe łzawienie zmęczonych oczu czy już bezsilny płacz. Znów wraca marzenie o bezludnej wyspie…