Nigdy nie robiłam tajemnicy z tego, że poddałam się psychoterapii. Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że mówię o tym bez oporów. Kolega mnie kiedyś zapytał :
– Po co tam chodzisz?
– Mój mąż jest alkoholikiem – powiedziałam krótko sądząc, że to wystarczy za wszytkie wyjaśnienia. Wytrzeszczył wtedy na mnie te swoje wielkie, niebieskie oczy.
– On jest chory, a ty się leczysz?
Z kolei ja wytrzeszczyłam na niego moje piwne oczy. Jak można nie wiedzieć, że w chorym związku chore są relacje i leczyć powinni się wszyscy uczestnicy tegoż? Nie wiedział, zdawał się być do bólu normalny i uporządkowany. Po jakimś czasie wróciliśmy do tematu.
– Chyba będzie łatwiej się ze mną dogadać jak zrobię w sobie porządek- powiedziałam mu wtedy. Pamiętam to zdziwienie w głosie, ten cień protekcjonalnego uśmiechu
– Przecież nigdy nie miałem z tym problemu- powiedział. Jeszcze wtedy nie rozumiałam, że owszem ON nie miał z tym kłopotu.Tak jak i wiele innych osób. Bo przed terapią byłam jak mój mały Kaj, który zawsze mówił:
– Dobrze – a potem każdy się dziwił, że on jest potem zły. Ja też zwykle mówiłam:
– Jasne, nie ma sprawy.
– Dobrze, może być.
– Rozumiem
Płaciłam za to bólami głowy, zobowiązaniami ponad moje możliwości,utratą włąsnej, zyciowej energii, którą pozwalałam sobie kraść.
Nie wiem jak to sobie wyobrażałam to, co nastapi POTEM, ale na pewno nie spodziewałam się tego, że po terapii niektórym będzie trudniej ze mną niż przed. Za to mnie- robi się jakby łatwiej.
Bo kiedy Miśka usiłuje coś na mnie wymuszać, potrafię uciąć rozmowę , odmówić odpowiedzi teraz natychmiast, odmówić spełnienia żądania i nie dręczy mnie przy tym zmora, że jestem złą matką, a Miśka przeze mnie czuje się źle.
Kiedy w kwietniu Kolega, wbrew moim wielokrotnym sugestiom, usiłował wmanewrować mnie w zrobienie czegoś na co nie miałam ochoty, też potrafiłam odmówić, a zdarzyło mi się to po raz pierwszy w historii naszej dziesięcioletniej znajomości.
Bez wyrzutów sumienia, wyganiam Młodego od komputera, gdy czas mu minie i choć nie podoba mi się, że jest wtedy wściekły, to nie czuję się winna.
Właśnie: już nie czuję się winna, że nie spełniam czyichś oczekiwań. Za to potrafię mieć oczekiwnia wobec innych. I na dodatek- odważam się o tym powiedzieć. Dając przyjaźń i lojalność oczekuję tego samego z drugiej strony. Jednocześnie stawiam granice i nie pozwalam ich naruszać, ale także szanując granice ustanowione przez kogoś. Zdarzyło mi sie, że ktoś, o kim myślałam, że jest kimś więcej niż koleżanką ową granicę naruszył, a na mój prostest- zwyczajnie się obraził. Ale to było dawno. Za to całkiem niedawno zwróciłam się do Kolegi z prośbą o pomoc. Cóż, sądziłam, że skoro przez ostatnie lata potrafiłam Kolegę wspierać w każdy możliwy sposób czy to pomagając mu w pracy czy też zwyczajnie rozmawiając z nim o jego problemach, to teraz kiedy wokół mnie zabrakło najbliższych mi ludzi mogę oczekiwać, że Kolega będzie przy mnie tak, jak ja kiedyś przy nim. Zawiodłam się srodze. Moje słowa, zadaje się, że dość rozpaczliwe wołanie :"pomóż mi!" minęły bez echa, bez jednego słowa z drugiej strony, bez jakiejkolwiek reakcji. Zabolało? Jeszcze jak! Czy mam dodawać, że wołałam w chwili gdy wydawało mi się, że czarniej już być nie może? Myliłam się- milczenie z drugiej strony zepchnęło w dół, który tym razem wydawał bardziej stromy i głębszy.
I tu znów widzę efekt rocznej pracy nad sobą. Kiedyś uznałabym, że nie mam prawa prosić, bo to nieelegancko czekać serca za serce. Kiedyś uznałabym także, że nie dostaję bo zwyczajnie na to nie zasługuję, bo jestem "za mała, za głupia, za biedna". Dziś wiem, że dając komuś swoją przyjaźń mam prawo oczekiwać że będzie to wymiana w obie strony. Że nie tylko ja będę podpierać, ale też zostanę podparta gdy będzie taka potrzeba. Że skoro jestem dość dobra by "dawać" równie dobrze zasługuję na to by "dostać".
Jeśli, któregoś dnia poczujesz, że chce ci się płakać, zadzwoń do mnie.
Nie obiecuję, że Cię rozbawię, ale mogę płakac razem z Tobą.
Jeśli któregoś dnia zapragniesz uciec, nie bój się zadzwonic do mnie.
Nie obiecuję, że Cię zatrzymam, ale mogę pobiec razem z Tobą.
Jeśli któregoś nie poczujesz, że nie chcesz nikogo słuchać, zadzwoń do mnie.
Obiecuję być wtedy z Tobą i obiecuję być cicho.
Ale jeśli któregoś dnia zadzwonisz do mnie i nikt nie odbierze, przybiegnij szybko.
Mogę Cię wtedy bardzo potrzebować.