już można?

<p …

Ostrożnie uchylam drzwi, szybkim spojrzeniem omiatam znane kąty…Ostatnio kłębiły się tutaj jakieś niesamowite masy ludzi, jakbym kij w mrowisko wetknęła. Ale już sobie chyba poszli? To miłe, takie liczne odwiedziny, ale…Ja chyba nie lubię tłumów, przytłacza mnie to, w hałasie cudzych głosów gubię własne myśli. Ale chyba minęło? Ufff…
Dziś w pracy jestem, przez okno otwarte leje się upał, szum aut jakby mniejszy, na korytarzu cisza, nie trzaskają drzwi, milczą telefony, nie jazgocze domofon. Pewnie nikt dziś tu nie przyjdzie, ale nie żal mi tego dnia. Pobędę do 15, jak nikt nie przyjdzie – pójdę w miasto, albo do domu. Marcepanek robi Golfika, kładzie mu nowy błotnik i zderzak. A dwójka Potworów w domu. Jazgot telewizora przez cały dzień, utarczki o niewyniesiony talerz, o niepościelone łóżko, a zjedz śniadanie, a zęby umyj, a schowaj swoje bluzki, Miśka, mamo, a kiedy on mnie puści do komputera, mamo, ale powiedz jej coś , dopiero gra mi się załadowała, a ścisz ten telewizor bo mi słuchawki zagłuszasz,  a nie ściszę, a co na obiad, błeee, nie możesz co innego, nie wiem co, ale coś innego, weź tego kota, znów mi się wyspał na bluzce, na spodniach, weź psa niech nie szczeka jak głupi…
Cały ten domowy jazgot, przepychanki czwórki dorosłych ludzi na metrażu dla jednej, jestem w stanie znieść jeden dzień w tygodniu. Drugiego dnia robię się coraz bardziej milcząca, coraz bardziej rozdrażniona, aż zniecierpliwienie podsuwa coraz gorsze słowa na język, które połykam, które potem leżą kamieniem w żołądku i uwierają w głowę. Trzeciego dnia- już nie mogę się powstrzymać, gniew, ciasnota, zmęczenie ustawicznym schodzenim komuś drogi, wywołuje frustrację i myśli od "mam ich, kurwa, dość!" po " o boże jaką jestem złą matką i złą żoną" aż do " nie zasługuję na nich, nie powinnam mieć w ogóle rodziny".
Rozbisurmanił mnie ten pokój w pracy, taki bardzo tylko mój, gdzie nikt nic mi nie przestawia- zaczynając od stacji radiowej kończąc na kremie do rąk. Ciekawe, czy jakbym miała tu kanapę to odczuwałabym potrzebę powrotu do domu?
A, prawda, tu nie ma wanny ani prysznica… 

Bilans zerowy

Dentysta zaliczony. …

Dentysta zaliczony.
Był niemłody, ale nie obrzydliwie stary.
Nie był przystojny, ale dało się nań patrzeć bez krzyku.
Te dwie cechy są ważne, bo jak tu dziurawe zęby pokazywać facetowi, z którm by się chciało co innego…:P
Po za tym zębiarz znieczulił mnie bezboleśnie, nie skrytykował za stan uzębienia, wykazał pełne zrozumienie dla mojego strachu, bo też się wychowywał na "bormaszynce". Jak ma tak być zawsze – to wolę zębiarza do ginekologa, a na pewno od fryzjera. Jedyny mankament to ubytek w potrfelu, no ale za to nie ma już ubytku w zębie.

Znieczulenie – 15 złotych
Naprawa zęba – 65 złotych.
Radość, że już to za mną- bezcenna

Antykoncepcja nastolatków

Co myślicie na temat …

Co myślicie na temat antykoncepcji u waszych nastoletnich córek? Popieracie? Zabraniacie? Wspomagacie? Udajecie, że problemu nie ma?
Mnie dziś w trakcie rozmowy z Martą przypomniały się dwie kobiety, matki nastolatek, moje rówieśnice.
Jedna na temat seksu i antykoncepcji u córek powiedziała twardo:
– O, na pewno nie! Nie ma mowy, żebym jej  na to pozwalała.
Na moje sugestie, że jak znam życie to w kwestii seksu żadna córka matki o zdanie pytać nie będzie, moja interlokutorka oświadczyła:
– Niech sobie robi jak chce. Jak jest dorosła do seksu to niech ponosi konsekswencje.
Przyznam, że miałam chwilę zatkania z wrażenia.
Inna moja znajoma, również matka nastoletniej córki, po cichu, w tajemnicy przed resztą rodziny dawała córce kasę na pigułki. Na moje pytanie co ją  do tego skłania usłyszałam:
– Mąż by mnie zabił jakby ona przyszła z brzuchem do domu.
oraz :
– Mąż by mnie zabił i ja jakby się dowiedział, że ona TO robi.
Przyznam , że i tu doznałam zatkania.
 Spotkałam się też ze stanowiskiem, że matka ręki do kurestwa córki przykładać nie będzie. Niech se córka uważa jak robi, ale niech pamięta, bo potem będzie musiała robić tak jak uważa. Takie głosy słyszy się pojedynczo, w odstępach czasu, zatem nie robią może tak piorunującego wrażenia jak teraz, gdy mi się przypomniały wszystkie na raz.
Dla wyjaśnienia: decyzję czy chce czy nie chce pigułki- zostawiłam mojej córce, ale kasę na ten cel mam uwzględnioną w planach za wiedzą i zgodą męża.
A jak jest u was?

Codzienność

<p …

Marcepanek poobdzwaniał swoje firmy, poinformował , że rezygnuje z dalszej współpracy.Myślałam, że będzie nam żal, że jakoś tak przykro, ale… Na koniec zadzwonił do tych, co wciąż nie zapłacili. Pan, który do mnie warczał- do niego był nawet miły. Ale Marcepanek usłyszał, a potem mnie przekazał wieść taką, że pół dnia dusiłam w sobie mordercze instynkty. Bo Pan (Dupek!)stwierdził, że w dokumentach załączonych do faktury były potrzebne jakieś poprawki. I Pan nie powiedział mi o tym jak dzwoniłam po raz pierwszy, warknął gdy zadzwoniłam ostatnio…Okazało się, że Pan poprawek dokonał sam, ale fakturę do działu płatności w Niemczech wysłał dopiero tydzień temu. Czyli wtedy, gdy tak naprawdę pieniądze powinny być na koncie. W tej sytuacji Niemcy zapłacą, ale nie wiadomo kiedy. Wersja optymistyczna głosi, że za tydzien, dwa. O pesymistycznej wolę nie myśleć bo mi się coś podnosi.
Kiedy wspominam, że takie hocki klocki były niemal co miesiać to już mi nie żal. Marcepankowi- też. Nie zdawalismy sobie z tego sprawy jak bardzo nas męczyło to, że nigdy nie mogliśmy być pewni kiedy wpłyną nasze pieniądze, czy za tydzień to będziemy mieli na paliwo, czy opłaty porobimy na czas, czy znów będziemy odbierać monity i płacić odsetki karne.
Marcepnka wypłata ma być 10-12 czerwca. Moja – też na 10. Efekt jest taki, że liczę każdy grosz, żebyśmy mieli co jeść, nie ma mowy o jakimś wypadzie, bo na paliwo też nie ma.  
Tymczasem Marcepanek wyjeżdża 16 wieczorem. Postanowił wziąć Golfika (bo i tak Firma płaci za paliwo). W Golfika napakuje o wiele więcej różności ( np. potrzebuje żelazko).Ale Golfik wymaga pewnej, hm, kosmetyki. Coż, swoje lata ma…
Chciałam też na spokojnie porobić zakupy, żeby potem nie na ostatnią chwilę, zwłaszcza, że wymyśliłam, iż porobię mu niektóre dania obiadowe, pomrożę , włożę w lodówkę samochodową, to szesnastogodzinną podróż w nocy powinno przetrwać.
Na dodatek dziś mam wizytę u dentysty. Ja i Miśka. I nie mogę jej przełożyć, bo już raz przekładałam i teraz się wstydzę, bo co Doktorek sobie o mnie pomyśli? Że nie wspomnę o moim zębie (prawa, górna trójka!) , że robi się go coraz mniej i mniej i boję sie, że mi się w końcu skończy…
I jeszcze postanowiliśmy, że Marcepanek zmieni numer telefonu. To znaczy- kupi kolejny abonament. Na tym, który ma teraz ma dużą pulę darmowych minut, które nie są wykorzystywane za granicą. W dodatku – wciąż dzwonią ludzie w sprawach firmowych mimo, że jest nagrany komunikat, że numer nieaktualny. Tymczasem moja umowa kończy się w tym roku, w sierpniu czy wrześniu. Wymyśliłam zatem, że do tego czasu będę miała dwie karty: starą Marcepanka żebym mogła dzwonić ( szkoda darmowych minut)  i swoją, a potem zrezygnuję z mojego numeru.Liczę na to, że po trzech miesiącach ludzie trochę zapomną. Trochę mi żal, bo jakoś polubiłam ten numer, ale rozsądek podpowiada, że to najlepsze ekonomicznie rozwiązanie.
Zatem dużo spraw do załatwienia, a wszystko blokuje to jedno : kasa, forsa, flota, mamona…Jak ją zwał tak zwał…Niby pieniądze szczęścia nie dają, ale ich brak zdecydowanie komplikuje życie.

Zaczynamy czerwiec

Kolejny tydzień z …

Kolejny tydzień z kolejnym długim weekendem. Kolejny miesiąc. Stan konta -5 pln. Stan portfela 15pln. Forsa będzie, ale oczywiście nie wiadomo kiedy. To znaczy wiadomo, że będzie forsa za pracę Marcepnka w Szwecji, ale to w przyszłym tygodniu. Natomiast za pracę w Polsce , którą jak wiadomo zakończył ponad miesięc temu- nie wiadomo kiedy. Zabrakło mi siły by wydzwaniać do tamtych ludzi, bo to beton, który gra tylko dwie śpiewki na zmianę : "nie wiemy" oraz "jakim prawem Marcepanek śmiał wziąć urlop". Nie będę się irytywało od rana, zostawiam ten temat. Jeszcze się zdenerwuję jak Marcepanek zda mi relację z rozmowy z nimi bo dziś dzwoni, by im powiedzieć, ze on wysiada z ich wózka.
Tymczasem rano, wędrując do pracy doszłam do wniosku, że głupota niektórych ludzi jest tyleż zatrważająca co i niebezpieczna dla innych. Bo co można pomyśleć o lali z dzieckiem w wózeczku, która to lala stanęła sobie przy krawężniku tym samym wpychając wózek na ruchliwą jezdnię?   
A teraz przeglądnęłam szybko komentarze pod Twinkim i wygląda na to, że mój czerwony plecaczek zupełnie niewiadomo kiedy stał się wyrazem moich poglądów. Heh, kto by pomyślał?
Po kilku dniach obcowania z plecaczkiem, dostałam od Marzenki smsa:
"Czy już pokochałaś swój plecaczek?"
"Tak – odpisałam- Jest śliczny jak kochanek i wygodny jak mąż".
Ech, brakuje mi jej…
Dzień dobry moi mili. Czy u Was też się robi ciepełko?

A dziś

A dziś przyjeżdża …

A dziś przyjeżdża Marcepanek.
I nie dam się dołom. Będę się cieszyć, że jest. I nie będę się martwić, że zaraz znów pojedzie.

Tylko tak sobie myślę: kiedy to się stało, że Marcepanek znaczy dom?

Bibliotekarka

W sobotę…

W sobotę jak co tydzień powędrowałam do biblioteki. Za biurkiem urzędowała pani, która pracuje w bibliotece od lat, a której to jakoś przez te lata nie udało mi się polubić. Usiłowałam nawet samą siebie do pionu ustawić taką oto przemową:
– O ci chodzi , Kasiu?  Może zawiść przez ciebie przemawia, co? Bo pani robi to, o czym ty kiedyś marzyłaś, ale nie odważyłaś się sięgnąć, bo gdzie ty taka głupia do takiego przybytku mądrości…Zatem nie zazdrość pani, nie czepiaj się i nie krzyw na jej widok jakbyś cytrynę połknęła…
Niestety , dyscyplinująca rozmowa nic nie dała. Chyba jestem zawistna.
W czasach gdy uczyłam się w ekonomiku była mi potrzebna książka o ekonomii , którą napisł niejaki Stan Lake. Zapytałam:
– Jest ekonomia Stan Lake’a ?
Pani potruchtała do katalogu, pokopała w nim i oświadczyła :
– Nie nie ma Stanlejka. Jest tylko STAN LAKE*-
(*pisownia fonetyczna).
Zatem w ostatnią sobotę jak zobaczyłam tamtą panią to mi nieco zazgrzytało. Ale w końcu przychodzę po książki to co mi tam pani, nie? Tyle, że tym razem przyszłam nie tylko po książki, ale i z książkami. Stały u mnie na półce, kurzyły się, nawet je przeczytałam, choć bez entuzjazmu. Nie przepadma za sensacją, ale są przecież amatorzy i tego gatunku. Na dodatek – miejsce na półce to jednak towar deficytowy, szkoda go na pozycje po które i tak już niegdy nie sięgnę.Tak też wyjaśniłam pani.
Na co pani ( bibliotekarka, ha!) mnie zapytała:
– Ale po co kupuje pani książki?
No po prostu mnie zatkało. Żeby mieć?
– Ale po co?
– Żeby były pod ręką jak zechcę wrócić.
– Ale jest biblioteka…
Zgłupiałam do szczętu. Przypomniała mi się Pryncypałowa , która niemogła zrozumieć po co mi kupowac książka , którą czytałam. Ale …To była Pryncypałowa! Jej bogiem, pasją i jedyną miłością była kasa. A tu mam przed sobą bibliotekarkę! Na litość boską! Niechże będzie sobie głupia jak but, ale nie do tego stopnia! To jest BIB-LIO-TE-KAR-KA!!!
I w jednej chwili spłynęło na mnie olśnienie:
Ależ skąd! To nie jest bibliotekarka. Ta pani tylko tam pracuje.

Wnioski z terapii

<p …

Nigdy nie robiłam tajemnicy z tego, że poddałam się psychoterapii. Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że mówię o tym bez oporów. Kolega mnie kiedyś zapytał :
– Po co tam chodzisz?
– Mój mąż jest alkoholikiem – powiedziałam krótko sądząc, że to wystarczy za wszytkie wyjaśnienia. Wytrzeszczył wtedy na mnie te swoje wielkie, niebieskie oczy.
– On jest chory, a ty się leczysz?
Z kolei ja wytrzeszczyłam na niego moje piwne oczy. Jak można nie wiedzieć, że w chorym związku chore są relacje i leczyć powinni się wszyscy uczestnicy tegoż? Nie wiedział, zdawał się być do bólu normalny i uporządkowany. Po jakimś czasie wróciliśmy do tematu.
– Chyba będzie łatwiej się ze mną dogadać jak zrobię w sobie porządek- powiedziałam mu wtedy. Pamiętam to zdziwienie w głosie, ten cień protekcjonalnego uśmiechu
– Przecież nigdy nie miałem z tym problemu- powiedział. Jeszcze wtedy nie rozumiałam, że owszem ON nie miał z tym kłopotu.Tak jak i wiele innych osób. Bo przed terapią byłam jak mój mały Kaj, który zawsze mówił:
– Dobrze – a potem każdy się dziwił, że on jest potem zły. Ja też zwykle mówiłam:
– Jasne, nie ma sprawy.
– Dobrze, może być.
– Rozumiem
Płaciłam za to bólami głowy, zobowiązaniami ponad moje możliwości,utratą włąsnej, zyciowej energii, którą pozwalałam sobie kraść. 
Nie wiem jak to sobie wyobrażałam  to, co nastapi POTEM, ale na pewno nie spodziewałam się tego, że po terapii niektórym będzie trudniej ze mną niż przed. Za to mnie-  robi się jakby łatwiej.
Bo kiedy Miśka usiłuje coś na mnie wymuszać, potrafię uciąć rozmowę , odmówić odpowiedzi teraz natychmiast, odmówić spełnienia żądania i nie dręczy mnie przy tym zmora, że jestem złą matką, a Miśka przeze mnie czuje się źle.
Kiedy w kwietniu Kolega, wbrew moim wielokrotnym sugestiom, usiłował wmanewrować mnie w zrobienie czegoś na co nie miałam ochoty, też potrafiłam odmówić, a zdarzyło mi się to po raz pierwszy w historii naszej dziesięcioletniej znajomości.
Bez wyrzutów sumienia, wyganiam Młodego od komputera, gdy czas mu minie i choć nie podoba mi się, że jest wtedy wściekły, to nie czuję się winna.
Właśnie: już nie czuję się winna, że nie spełniam czyichś oczekiwań. Za to potrafię mieć oczekiwnia wobec innych. I na dodatek- odważam się o tym powiedzieć. Dając przyjaźń i lojalność oczekuję tego samego z drugiej strony. Jednocześnie stawiam granice i nie pozwalam ich naruszać, ale także szanując granice ustanowione przez kogoś. Zdarzyło mi sie, że ktoś, o kim myślałam, że jest kimś więcej niż koleżanką ową granicę naruszył, a na mój prostest- zwyczajnie się obraził. Ale to było dawno. Za to całkiem niedawno zwróciłam się do Kolegi z prośbą o pomoc. Cóż, sądziłam, że skoro przez ostatnie lata potrafiłam Kolegę wspierać w każdy możliwy sposób czy to pomagając mu w pracy czy też zwyczajnie rozmawiając z nim o jego problemach, to teraz kiedy wokół mnie zabrakło najbliższych mi ludzi mogę oczekiwać, że Kolega będzie przy mnie tak, jak ja kiedyś przy nim. Zawiodłam się srodze. Moje słowa, zadaje się, że dość rozpaczliwe wołanie :"pomóż mi!" minęły bez echa, bez jednego słowa z drugiej strony, bez jakiejkolwiek reakcji. Zabolało? Jeszcze jak! Czy mam dodawać, że wołałam w chwili gdy wydawało mi się, że czarniej już być nie może? Myliłam się- milczenie z drugiej strony zepchnęło w dół, który tym razem wydawał bardziej stromy i głębszy.
I tu znów widzę efekt rocznej pracy nad sobą. Kiedyś uznałabym, że nie mam prawa prosić, bo to nieelegancko czekać serca za serce. Kiedyś uznałabym także, że nie dostaję bo zwyczajnie na to nie zasługuję, bo jestem "za mała, za głupia, za biedna". Dziś wiem, że dając komuś swoją przyjaźń mam prawo oczekiwać że będzie to wymiana w obie strony. Że nie tylko ja będę podpierać, ale też zostanę podparta gdy będzie taka potrzeba. Że skoro jestem dość dobra by "dawać" równie dobrze zasługuję na to by "dostać".
 

Jeśli, któregoś dnia poczujesz, że chce ci się płakać, zadzwoń do mnie.
Nie obiecuję, że Cię rozbawię, ale mogę płakac razem z Tobą.
Jeśli któregoś dnia zapragniesz uciec, nie bój się zadzwonic do mnie.
Nie obiecuję, że Cię zatrzymam, ale mogę pobiec razem z Tobą.
Jeśli któregoś nie poczujesz, że nie chcesz nikogo słuchać, zadzwoń do mnie.
Obiecuję być wtedy z Tobą i obiecuję być cicho.
Ale jeśli któregoś dnia zadzwonisz do mnie i nikt nie odbierze, przybiegnij szybko.
Mogę Cię wtedy bardzo potrzebować.

Plama na honorze

Młody, kiedy jeszcze nie…

Młody, kiedy jeszcze nie był Młodym a słodkim Kajtusiem, był maniakiem czystości. Ledwie cokolwiek wziął w pulchną łapkę, zaraz leciał do mamy lub babci z rozkazem:
– Lin mi apy!- (umyj mi ręce!)
Koszulka, ledwie pochlapana wodą wzbudzała gwałtowny okrzyk:
– Neeee, lin mi to! (zdejmij mi to!).
Majtki i skarpetki sam z siebie zanosił do kosza na pranie. Papierek po cukierku, który kiedyś nieopatrznie wysunął się z łapki był goniony aż na ulicę, bo papierki dziecko niosło do kosza, nawet jak oznaczało to spory kwałek drogi.
Mycie głowy to nie był problem, choć szampon i woda w oczach wzbudzały zrozumiałe protesty. Jedyny problem to było obcinanie pazurów u nóg. Tego Kajtuś nie lubił, unikał jak ognia, a złapany i usadzany płakał jakby wraz z paznokciami odcinano mu palce. Ojciec się wściekał, że się pieści, Babcia płakała razem z ukochanym wnuczusiem, tylko Matka-sadystka, wykonywała egzekucję z zaciśniętymi zębami. Było to o tyle dziwniejsze, że Matka jednocześnie tłumaczyła wściekłemu Ojcu:
– Odczep się od dzieciaka, wcale sie nie pieści, tylko go boli naprawdę. Jak byłam mała też mnie bolało…
Od tamtej pory minęło 10 lat.
Z Kajtusia zrobił się Młody, bo głupio wołać Kajtuś na faceta o głowę wyższego. Z pulchnych łapek wyrosły łapy jak bochny chleba, po rozkosznych wałczkach nóg zostały długie, pajęcze odnóża, łagodna okrągłość pyzatej buzi zmieniła się w wyciagnięty zapadnięty pyszczek podkreślony dodatkowo za długimi kudłami.
Na dodatek w Młodym zaszły głębokie zmiany psychiczne. Co prawda, wanna nie jest mu wrogiem, ale mydło po jego pobycie w łazience często zostaje suche. Pazury mają zwykle taką długość, że niejedna panna by uschła z zazdrości, paznokcie na nogach zamieniają się w szpony. Bieliznę zmienia co dzień jak dawniej, ale plamy na jego zewnętrzym ubraniu zdają się być jego integralną częścią. Są tak przyległe do Młodego "jak perły do małej czarnej".Matka wszelkimi dostępnymi środkami usiłuje wytępić tę plagę z ubrań Młodego, ale i tak po upraniu się okazuje, że jeszcze jakieś siedlisko plam się sprytnie ukryło.
Te plamy na odzieży Młodego to największa zmora Matki.  Matka nie jest bowiem przesadnie ambitna ani tym bardziej nadopiekuńcza. Wyznaje zasadę, że za brudne łapy, pazury, kudły Młody powinien wstydzić się sam, bo nikt chyba nie będzie wymagał od Matki by prała w wannie co wieczór całego nastolatka. Jedynie gdy Młody ma gdzieś Matce towarzyszyć to Matka lojalnie uprzedza, że ma się "ogarnąć" i Młody to robi. Tylko z tymi plamami to Matka nie wie jak walczyć. Jakby kto popatrzył na Młodego to by pomyślał, że Młody to całymi dniami w kuchni pracuje. Ostatnio tłustą plamę ( one zawsze są tłuste) Matka odkryła na nogawce spodni , tuż przy jej dolnej krawędzi.
A dziś rano, gdy Matka prasowała Młodemu białą koszulę na test próbny znalazła plamę na tej części, którą zwykle nosi się w spodniach. A przeciez jak Młody poprzednio nosił tę koszulę to był w niej tylko w szkole, na rozpoczęciu chyba,  i zaraz zdjął. Matka ją uprała…
I się Matka zadumała nad koszulą. Młody się pewnie zaraz zakocha to mu wróci upodobanie do czystości ( Matka ma taką nadzieję w każdym razie) ale czy plamy z jego odzieży znikną dzięki zakochaniu? A jak nie? I jak plamy staną się plamami na honorze Młodego i ukochana z powodu plam odrzuci jego awanse? I wyjdzie na to, że powodu nierównej walki Matki z plamami Młody będzie miał złamane serce.
Matka zaczyna rozważać pranie odzieży Młodego w Ludwiku bo tylko on pomaga jej tej nierównej walce.

  

Śnięta jak ryba

Rano musiałam pognać na …

Rano musiałam pognać na Stare Miasto żeby odebrać certyfikaty Marcepanka.
Szłam potem sobie niezbyt szybko, bo czasu miałam jeszcze sporo a i żar lał sie z nieba i obezwładniał. Fontanna przy Staromiejskiej zapachniała mi wilgocią, Stare Miasto opustoszałe, bez zwykle kłębiącego się tam tłumu, ciche i jakoś dziwnie spokojne, barki pozamykane, sklepy też. Gołębie z furkotem skrzydeł pierzchały mi spod nóg. Pomyślałam, że powinnam się zmobilizować, wstać kiedyś o godzinę wcześniej przyjechać z aparatem w tej rannej porze. Chciało mi sie posiedzieć na ławce, pokarmić gołebie, bez pośpiechu, bez obowiązku, z poczuciem, że jeszcze tak wiele czasu…
Mam chyba w sobie coś z rasy południowej, lubię powolne , niespiesznie sączące się godziny, gdy nic nie muszę a wszystko mogę.
Praca mnie przywitała ukropem klatki schodowej nasączonym fetorem piekarni. Dobrze, że pokój północny, słońce tu nie wpada, od zacienionego podwórza wiatr przynosi powiew chłodniejszego powietrza. Mimo to – i tak gorąco. Piję, piję i piję…Kawa mnie niestety nie otrzeźwiła. Nadal siedzę jak ryba w za płytkim stawie, kręcę się nerwowo w poszukiwaniu kawałka zimniejszego powietrza.
Marcepanek przyjedża za 9 dni na 14 dni. To czekam