Postonowiłam odnowić tradycyję łajdackich czwartków z szarlotą i lodem. Nic to, że wczoraj była środa wg kaledarze, wg mojego zegara był już najwyższy czas na czwartek łajdacki z Marzenką w tle. Zaczęło się od tego, że byłam głodna jak pies, a piekarni na dole kłębił sie tłum. Zacisnęłam zęby , przetrwałam i o 17 wyleciałam jak z pracy. Przed siebie. W głowie mi migotało : pizza jedyna na świecie, naleśniki,o zupa!,longer albo dwa, bo co to jeden longer na mój wielki głód. Za sprawą yasmin i jego kopania po podrobach ostatnie dni na widok jedzenia miałam chęć uciekać z krzykiem. Ale kryzyz chyba minął.
Longer był pyyyyycha…tylko mały. Oszuści, w reklamach to te buły wyglądają dwukrotnie powiększone. Pożarłam longera kłapnięciem i zastanowiłam się nad tym co dalej z tak pięknie zaczętym popołudniem.
Sumienie mi odezwało ( zawsze się odzywa nieproszone)
– Do domu, posprzatać, dzieckom ciepłą kolację naszykować, bo strudzone…
– Jasne, strudzone. Kłótniami ze mną i sobą, pstrykaniem myszą lub pilotem, a najbardziej wymyślaniem czegoby tu jeszcze od matki zażądać…`- warknęłam Sumieniu
– Bo ty zła matka jesteś – wytknęło mi Sumienie.
No złośliwie jakie…Uparło się, żeby mi popsuć ten dzień, gdy wreszcie po długich tygodniach mam chęć żyć.
– Wiesz co , Sumienie? To ty sobie jedź do dziecków. Im się przydasz. Przpomnisz im, że kasa nie rośnie na drzewie, a matka ma co prawda obowiązki, ale też i prawa. I że dzieci też mają nie tylko prawa, ale i obowiązki…Bo w ich sprawie jakies ostatnio milczące jesteś.
Obraziło się chyba na mnie, bo zamikło, czułam jak się nabzdycza, jak rośnie pełne urazy i gniewu. Wzruszyłam ramionami, wywaliłam papierek po kanapce do kosza i ruszyłam na łajdactwo. Zerknęłam prze ramię czy idzie za mna, ale uparte było. Stało na tym chodniku jak przmurowane, złe jak stado szerszeni.
– Do domu!- warknęłam, jak czasem do P-Suni jak zbyt długo marudzi na dworze – Ale już!
I proszę. Jak tak tupnać nogą to nawet Sumienie wie gdzie jego miejsce. Ociagając się ruszyło z miejsca.
– Ja bym z tobą…- zaskamlało.
– Nie ma mowy! W domu masz co robić, a mnie tylko spacer popsujesz. Nie ma głupich.Do domu- warknęłam jeszcze groźniej.
– Tobie to faktycznie ta terapia zaszkodziła – odcięło się- Przedtem to z tobą było łatwiej się dogadać
– Zgadza się, teraz za to mnie jest łatwiej- przytaknęłam z niekrytą satysfakcją.
Westchnęło. Odwróciłam się i poszłam. Nie oglądałam się. Sumienie duże jest, do domu drogę zna, a jak zginie, też nic się nie stanie. Znajdzie się. Zawsze się znajduje, cholera.
W Dziupli zjadłam pierogi ruskie. Czemu oni tak skąpią tej cebulki i tego tłuszczyku? Jeden strzepęk cebulki na 7 pierogów? Pierogi zagryzłam telefonem do Marzenki. Marzenka wzdychała, ze czemu jej tam nie ma. Też wzdychałam, że czemu jej tu nie ma.
– A pójdziesz zrobić loda szarlocie? – zapytała z nadzieją.
– Ledwie się toczę, zgłupiałaś?- zapytałam ją elegancko
– Idź , co? I powiesz mi, czy nadal jest taka dobra…
Przysiadłam na ławeczce przed ZEN-kiem. Usiłowałam się wykpić choćby od loda.
– Ale szarlota bez loda jest nieważna…I wiesz, ja tu się boję iść na szarlotę, bo tu na pewno nigdzie nie ma takiej dobrej…- tłumaczyła mi Marzenka.
Co było robić- poszłam.
Szarlota była pyszna. Lody też, choć jakieś inne niż zwykle. Bardziej śmietankowe. Herbatę wzięłam czarną, z cytryną. Z głośników płynęła muzyka Gotan Project. Na ekranie telewizora milcząco płynął film o pingwinach. Pani choć inna – bardzo sympatyczna. Nie zna mnie, nie wie, że jeszcze niedawno bywałam tu często. Ale pozna.
Marzenka przysłała smsa, że u niej nikt nie ma chęci z nią tworzyć tradycji włóczęgi czwartkowej.
Zadzwoniłam. Powiedziałam, że od dziś, od teraz tworzymy własną tradycję : łajdactwa czwartkowego telefonicznego. Będziemy się nadal łajdaczyć razem . Ja w Olsztynie. Ona w Warszawie. I będziemy dzwonić do siebie wtedy. Ucieszyła się. Ja też.
A w drodze powrotnej uświadomiłam sobie, że przecież mam przy sobie kogoś najbliższego i oddanego. Prawie tak jak Marzenka. Siebie.
Sumienie się zgubiło. Nie wróciło do domu. Jak kto znajdzie niech sobie zachowa. Albo odda wrogowi. Byle nie mnie.