Nauka naszych dzieci

To dziś pierwszy dzień …

To dziś pierwszy dzień lata? Na pewno- pierwszy dzień wakacji. Dowcip mi się z tej okazji przypomniał:
Idzie mały Jaś ze szkoły ze świadectwem i mówi sam do siebie :
– Jeszcze tylko wp* i wakacje…
—–

W moim domu nie było specjalnych awantur o naukę.  Matka powtarzała mnie i Baśce:
– Uczcie się. Posagu wam nie dam, bo nie mam. To czego się nauczycie musi wam wystarczyć.
 Oczywiście Basia jako ta dobra córka uczyła się bardzo dobrze : systematyczna była i porządna. Z większości przedmiotów miała piątki. Miała zostać lekarzem albo adwokatem.

Ja jako ta zła uczyłam się średnio. Z tego co mnie interesowało  były piątki i czwórki. A reszta byle zdać bo i tak miało ze mnie nic dobrego nie wyrosnąć. Choć na koniec ósmej klasy moje średnia była gdzieś w okolicy czwórki. A z matury średnia 4,5. Czyli – nie najgorzej wbrew wszystkiemu. Jeden z moich wychowawców pocieszył moją matkę, że co prawda jestem niesystematyczna, ale za to widać, że mam zainteresowania i w jakim kierunku mam zdolności i że w ogóle to jest bardzo mądry system nauki jaki sobie wybrałam . Ale to już było przed samą maturą.

Niezależnie od opinii rodziców na nasz temat, nie przypominam sobie
żadnych kar, żadnych nagan, ale też i żadnych nagród za dobre stopnie
Moje dzieci wychowywałam podobnie. Nie robiłam awantur o gorsze oceny, nie wymagałam piątek od góry do dołu, rozumiałam, że dzieci są humanistyczne (Młody) lub humanistczno-społeczne ( Misia) i matematyka tudzież inne ścisłe to dla nich czarna magia. I tak Młodego trója z wypracowania wzbudze we mnie jęk zawodu, ale jego trójka z matematyki witana jest z entuzjazmem. U Miśki podobnie.
No i mam co mam czyli raczej mało optymistyczny scenariusz.
A Wy ? Jaki macie stosunek do nauki waszych pociech? I jakie panowały zasady w waszych domach rodzinnych?
 

Czwartek we środę

<div style="text-align: …

Postonowiłam odnowić tradycyję łajdackich czwartków z szarlotą i lodem. Nic to, że wczoraj była środa wg kaledarze, wg mojego zegara był już najwyższy czas na czwartek łajdacki z Marzenką w tle. Zaczęło się od tego, że byłam głodna jak pies, a piekarni na dole kłębił sie tłum. Zacisnęłam zęby , przetrwałam i o 17 wyleciałam jak z pracy. Przed siebie. W głowie mi migotało : pizza jedyna na świecie, naleśniki,o zupa!,longer albo dwa, bo co to jeden longer na mój wielki głód. Za sprawą yasmin i jego kopania po podrobach ostatnie dni na widok jedzenia miałam chęć uciekać z krzykiem. Ale kryzyz chyba minął.
Longer był pyyyyycha…tylko mały. Oszuści, w reklamach to te buły wyglądają dwukrotnie powiększone. Pożarłam longera kłapnięciem i zastanowiłam się nad tym co dalej z tak pięknie zaczętym popołudniem.
Sumienie mi odezwało ( zawsze się odzywa nieproszone)
– Do domu, posprzatać, dzieckom ciepłą kolację naszykować, bo strudzone…
– Jasne, strudzone. Kłótniami ze mną i sobą, pstrykaniem myszą lub pilotem, a najbardziej wymyślaniem czegoby tu jeszcze od matki zażądać…`- warknęłam Sumieniu
– Bo ty zła matka jesteś – wytknęło mi Sumienie.
No złośliwie jakie…Uparło się, żeby mi popsuć ten dzień, gdy wreszcie po długich tygodniach mam chęć żyć.
– Wiesz co , Sumienie? To ty sobie jedź do dziecków. Im się przydasz. Przpomnisz im, że kasa nie rośnie na drzewie, a matka ma co prawda obowiązki, ale też i prawa. I że dzieci też mają nie tylko prawa, ale i obowiązki…Bo w ich sprawie jakies ostatnio milczące jesteś.
Obraziło się chyba na mnie, bo zamikło, czułam jak się nabzdycza, jak rośnie pełne urazy i gniewu. Wzruszyłam ramionami, wywaliłam papierek po kanapce do kosza i ruszyłam na łajdactwo. Zerknęłam prze ramię czy idzie za mna, ale uparte było. Stało na tym chodniku jak przmurowane, złe jak stado szerszeni.
– Do domu!- warknęłam, jak czasem do P-Suni jak zbyt długo marudzi na dworze – Ale już!
I proszę. Jak tak tupnać nogą to nawet Sumienie wie gdzie jego miejsce. Ociagając się ruszyło z miejsca.
– Ja bym z tobą…- zaskamlało.
– Nie ma mowy! W domu masz co robić, a mnie tylko spacer popsujesz. Nie ma głupich.Do domu- warknęłam jeszcze groźniej.
– Tobie to faktycznie ta terapia zaszkodziła – odcięło się- Przedtem to z tobą było łatwiej się dogadać
– Zgadza się, teraz za to mnie jest łatwiej- przytaknęłam z niekrytą satysfakcją.
Westchnęło. Odwróciłam się i poszłam. Nie oglądałam się. Sumienie duże jest, do domu drogę zna, a jak zginie, też nic się nie stanie. Znajdzie się. Zawsze się znajduje, cholera.
W Dziupli zjadłam pierogi ruskie. Czemu oni tak skąpią tej cebulki i tego tłuszczyku? Jeden strzepęk cebulki na 7 pierogów? Pierogi zagryzłam telefonem do Marzenki. Marzenka wzdychała, ze czemu jej tam nie ma. Też wzdychałam, że czemu jej tu nie ma.
– A pójdziesz zrobić loda szarlocie? – zapytała z nadzieją.
– Ledwie się toczę, zgłupiałaś?- zapytałam ją elegancko
– Idź , co? I powiesz mi, czy nadal jest taka dobra…
Przysiadłam na ławeczce przed ZEN-kiem. Usiłowałam się wykpić choćby od loda.
– Ale szarlota bez loda jest nieważna…I wiesz, ja tu się boję iść na szarlotę, bo tu na pewno nigdzie nie ma takiej dobrej…- tłumaczyła mi Marzenka.
Co było robić- poszłam.
Szarlota była pyszna. Lody też, choć jakieś inne niż zwykle. Bardziej śmietankowe. Herbatę wzięłam czarną, z cytryną. Z głośników płynęła muzyka Gotan Project. Na ekranie telewizora milcząco płynął film o pingwinach. Pani choć inna – bardzo sympatyczna. Nie zna mnie, nie wie, że jeszcze niedawno bywałam tu często. Ale pozna.
Marzenka przysłała smsa, że u niej nikt nie ma chęci z nią tworzyć tradycji włóczęgi czwartkowej.
Zadzwoniłam. Powiedziałam, że od dziś, od teraz tworzymy własną tradycję : łajdactwa czwartkowego telefonicznego. Będziemy się nadal łajdaczyć razem . Ja w Olsztynie. Ona w Warszawie. I będziemy dzwonić do siebie wtedy. Ucieszyła się. Ja też.
A w drodze powrotnej uświadomiłam sobie, że przecież mam przy sobie kogoś najbliższego i oddanego. Prawie tak jak Marzenka. Siebie.
Sumienie się zgubiło. Nie wróciło do domu. Jak kto znajdzie niech sobie zachowa. Albo odda wrogowi. Byle nie mnie.

a po burzy spokój

…a kiedy burza …

…a kiedy burza odchodzi i cichnie wycie wiatru, pioruny coraz rzadziej rozdzierają niebo. drzewa uspokajają się po tańcu w szalonym wichrze, ulewa zacinająca z ukosa powoli zmienia kąt padania, krople maleją i deszcz przechodzi w spokojną mrzawkę by w końcu przestać padać. toń wody na jeziorze nieznacznymi pociągnięciami się wygładza i ustaje. na wierzch wypyływają strzępy wodorostów, jakieś kawałki desek
wypływają z trzcin, na wodzie przez jakiś czas jeszcze utrzymuje się
pył z drzew, zeschłe liście i połamane patyki. i wtedy robi się taka niezwykła cisza. jakby cały świat zamierał w zdumieniu, że jednak przetrwał i trwa.  za jakiś czas to wszystko na powrót opadnie na dno wraz z pamięcią przeszłej nawałnicy i będzie tam leżało do burzy następnej. ale tymczasem na jeziorze panuje uroczysta cisza, jakby hołd milczenia dla tego co się zdarzyło…

a świat będzie nucił piosenkę francuską

 Mam uczucie, że muzyka …

 Mam uczucie, że muzyka była zawsze obecna w mojej głowie. Jednym z najwcześniejszych muzycznych wspomnień jest dziadek Antoni ( ojciec mamy) grający na akordeonie "Pod niebem Paryża". Nie słyszałam tego długie lata a jeszcze dziś potrafię zanucić tego przepięknego walca. Może za sprawą tego jednego utworu urosła we mnie fasycynacja muzyką francuską?
 Edith Piaff śpiewała "Milord" z tym swoim przepieknie toczonym, gardłowym "rrrrr" . Przejmująco śpiewał  "Isabelle" Charls Aznavour i "Indiańskie lato" Joe Dassin.
Kto dziś ich pamięta?
Marzyłam żeby nauczyć się francuskiego, żeby zrozumieć o czym  tak śpiewają tak pięknie, takim pięknym językiem z taką cudną muzyką. Marzyłam o zamieszkaniu w Paryżu, o siedzeniu w cieniu wieży Eiffla i  wsłuchiwaniu się w język ulicy. A rzeczywistość…no cóż…
Jesienią spotkałyśmy z Marzenką Francuzów w jakiejś kawiarence olsztyńskiej. Rozmawiali dość głośno i Marzenka musiała mnie niemal siłą stamtąd wyciągać. Słuchałam jak najpiękniejszej muzyki nie rozumiejąc ni słowa.
A wczoraj w Trójce usłyszałam "La Boheme" w wykonaniu Aznavoura.
Dziś na moim nowym "muzycznym" telefonie mam 15 kawałków po francusku.
Jest La boheme, jest Isabelle, L’ete Idien, Besame mucho, Emmenez moi, A toi, Champs Elysees, She…
Słucham, rozpływam się. Marzę…
"usiąść na paryskim bruku i nic nie rozumieć".

Błeeeee

Całą noc się drapałam po…

Całą noc się drapałam po czym się dało. W końcu wstałam, łyknęłam jedną zieloną ( bo tylko jedna się wysypała- łykałam na ślepo). Coś mi się jeszcze chciało, ale nie wiedziałam co. Drapiąc się po całym ciele, kiwajac niczym kiwaczek, tkwiłam przy lodówce nie mogąc się zdecydować spać czy jeść . Chałwa wygrała. Ocknęłam się przy drugim gryzie…Zapiłam szklanką wody z kranu i wróciłam pod kołdrę. Zza drzwi balkonowych wpełzał ziąb. Zasnęłam w końcu naprawdę.
…ranek nie należał do miłych. Budzik mnie obudził, a to już jest stres. Kot zaraz za budzikiem przylazł egzekwować swoje prawa, a  moje obowiązki. Pies patrzył obrażonym i pełnym wyrzutu wzrokiem jak spod niej wyszarpnęłam własną kołdrę. Miśka ledwie otworzyła oczy zażądała zrobienia prania…Młody nic nie chciał. Na szczęście.

A w żołądku jakby kamienie. Rewolucja. Mdło, błeee…
(Kombinowałam :Ciąża? Eeee, za wcześnie na obajwy…Ale kiszony ogóek…mmmm….i zupa ogókowa…)W lodówce pół opakowania chałwy o mało mnie nie przyprawiło o  wymioty.Chałwa jest błeeee.
W drodze do pracy kupiłam zupkę ogórkową i pożarłam ją parząc się wrzątkiem. Z szafki pachną mi dwa ogórki kiszone…Chyba zaraz je pożrę.

To nie żadna ciąża – ten świąd skóy i ten dziwny apetety to chyba ten yasmin.
Mówiłam, że nie lubię hormonów?

Taki to już los nasz będzie ? Takie to już miłowanie? Przywitanie-pożegnanie? Pożegnanie- wspominanie?

Marcepanek …

Marcepanek pojechał.

—-
Telewizor znów odmawia współpracy. W telewizorze popsuł się włącznik, zdaje się. Wyłączony pstryczkiem- już nie daje się uruchomić. Choć ostatnio po kilkakrotnym pstryknięciu dojrzał do współpracy.
Młody oderwany od komputera kompletnie nie wie co ma ze sobą robić. Zatem siedzi i od godziny pstryka popsutym pstryczkiem. A nuż sie uda…
Nie wiem komu pierw padnie cierpliwość : Młodemu czy mnie. Choć biorąc pod uwagę mój stan psychzny ogólny, a dzisiejszy szczególnie- to pewnie ja.

niezabijęsynaswego_niezabijęsynaswego_niezabijęsynaswego

Wynajmę mysią norę od zaraz

Marcepanek jutro po …

Marcepanek jutro po południu wyjeżdża. A mnie się wydaje, że ledwie przyjechał. Nawet nie pobyliśmy razem. Ostatni tydzień on spędził w garażu, a ja się biłam z PMS-em, zatem tylko się mijaliśmy. Nie wyjechaliśmy ani na krok za Olsztyn, dwa razy byliśmy wieczorem nad jeziorem z psem…
A to już jutro. A jeszcze tyle spraw do załatwienia.
Część zakupów zrobilismy wczoraj, przy okazji nabyłam wreszcie deskę do prasowania. Resztę zakupów dziś. I jeszcze bank, żeby podnieśc limit operacji bo się naraz okazało, że jak popłacę rachunki to już nie mogę ani grosza wyjąć z bankomatu (kiedyś to wystarczało). Jeszcze porozliczać się z firmami z którymi współpracował. Jeszcze Miśki metryka bo chce dowód wyrobić, a ja nie bardzo mam jak wyjść w środku dnia.
Młody tymczasem robi ostatnie podejście  do zaliczenia chemii, bo inaczej będzie krucho.
Z Młodym mam w ogóle straszny zgryz. Bo od jakiegoś czasu widzę, że jego światem, sensem życia i w ogóle wszystkim są gry komputerowe. I coś z tym muszę zrobić.  Wiem nawet co mam zrobić. Ale też wiem, że metoda jest brutalna , że będzie wymagała ode mnie stalowych nerwów, upiornej konsekwencji i w ogóle zachowań policjanta. A jest to całkowicie wbrew mojemu charakterowi. Na dodatek nie wiem czy brutalne odebranie gier, zahasłowanie komputera i odcięcie synkowi dostępu doń całkowicie, przyniesie  oczekiwany skutek.  Nie wiem czy syn się np. nie znarowi, czy skutek nie będzie odwrotny od oczekiwanego i przyznam, że się trochę boję.
Do tego dochodzą zmory finansowe, jak zawsze, świadomość, że znów miesiąc znów będzie długi, a wypłata malutka. Do kompletu osobiste rozchwianie.
Schowałabym się w mysią norę…
A tymczasem wpisałam się u olsa na zlot bloxowy za dwa tygodnie. Namówiłam jeszcze kogoś. A teraz mam ochotę skrewić…

Porównania

Czy ci ludzie to nie …

Czy ci ludzie to nie mogą jakoś tak racjonalnie przychodzić? Wrrrr..Najpierw dwa tygodnie żywego ducha nie było, za to dziś mi chyba pod biurem autobus podstawili i na dodatek złośliwie wypuszczają ich w odstępie 5 minutowym. Marcepanek na taki stan, w jakim jestem dziś ma dosadne, ale bardzo trafne określenie:
"Zje…ny jak koń po westernie" . No to ja się tak własnie czuję : jak koń po westernie. A pić mi się chce jak "dzikowi po żołędziacyh". Za to intelekt mam "tępy jak krzyżacki topór". Na dodatek czuję się "starsza od baszty" ( bocianiej z XIV w).
W mężowskim języku jest jeszcze "rozkładać się jak Andzia w kwiatach" – na zajęcie czyjegoś miejsca . Jest także określenie "jak u Więcków" (NOSZĄCYCH TO NAZWISKO NAJMOCNIEJ PRZEPRASZAM) czyli ewidentna wiocha lub siara jak byk – wg słownika moich dzieci. Można się jeszcze "tłuc jak Żyd po pustym sklepie" czyli jak Marek po piekle.
Mój jeden kolega mówił: "to się namówimy" – w znaczeniu umówimy, na coś co się działo za późno mówił – "i po musztardzie" albo "i pozamiatane".
A ja np. jak coś jest mi obojętne mówię "dla mnie rybka". A jak mi brzydko pachnie mówię "ale capi"
A jakie Wy macie powiedzonka?

Tym razem nie dla panów

Połaziłam po necie, …

Połaziłam po necie, poczytałam. Poobserwowałam siebie. I wyszło szydło z worka: moje doły, moje comiesięczne boleści ( m.in. ostatni sen o porodzie nie do końca był snem- ból był realny), wyschnięta skóra, przetłuszczające się niemal co dzień włosy, moje napady niekontrolowanej złości to albo PMS albo menopauza. Na menopauzę to chyba jeszcze za wcześnie. PMS ? Jeszcze może być niedoczynność tarczycy. No to lekarz. Ginekolog? Ogólny?
Wybrałam ogólnego wychodząc z złożenia, że jakby co, to zainteresuje się tą tarczycą najpierw. W necie wyczytałam, że jak niedoczynność miała matka to prawdopodobnie będzie mieć też i córka. Po mojej matce mam kilka chorób, zatem kłopoty z tarczycą też mogą być.
Wstałam rano. O 7:15 byłam w przychodni, bo chciałam zdążyć do pracy na 9. I dupa! Ludzie chyba w kolejce stoją od 5-6 bo najbliższy numerek był na 8:50.
– Nie może mnie pani wpisać na jutro, na ósmą? – zaskamlałam. Nie mogła. Powlokłam się do domu z uczuciem jakby mi ktoś ,za przeproszeniem, arbuzuba w  tyłek wciskał. Przepraszam, że tak obrazowo tym razem, ale takie miałam skojarzenia. Widac ból jest jednak produktywny bo mi się przypomniało, że  do doktora  "do-w-cipnego" zwykle nie ma kolejki tak rano. Ale to na przeciwległym  krańcu Miasteczka . Poszłam. Doktor mnie zna, mam u niego kartę od lat, a ponieważ nigdy nic mi nie dolegało to nie narzekałam na jego kompetencje jak moje znajome.
Doktor zjawił się 10 minut przed czasem i niemal natychmiast mnie poprosił. Posłuchał co mówię, choć w połowie mojej przemowy sięgnął po receptę i wypisał lek. Hormonalny.
I niby fajnie tylko…
Mam obrzydliwy zwyczaj czytania ulotek dołączanych do leków.
Doktor nie zmierzył mi ciśnienia. Nie zapytał o choroby nowotworowe w rodzinie. Żylaków, że nie mam , to mógł wiedzieć z poprzednich badań. Ale z poprzednich wizyt powinien pamiętać, lub mieć w karcie zapis o migrenach, ale o nie też nie zapytał. O tarczycy i poziomie hormonów nie wpomniał. Natomiast powiedział, że taki ostatry stan nie musi ustąpić od razu , może wymgać leczenia dwa- trzy miesiące.
– Kiedy ostatnio brałam hormony miałam okropne doły – powiedziałam.
Powiedział, że teraz nie musi tak być, bo leki się zmieniają. Ale jakby co- poszukamy czego innego.
Poszłam. Wykupiłam. Łyknęłam 2 ibupromy, 2 no-spy, 1 yasmin. Teraz kolebie mi się w głowie. Cholera. Cykutę bym połknęła , żeby tylko przestać czuć tego arbuza. Już wiem jak czuł się Azja wbijany pal…
Ale przekonana nie jestem.

Analfabetyzm polski

Właśnie …

Właśnie odebrałam telefon , gdzie pani upierała się, żebym jej powiedziała ile ona na tę swoją rentę może tego kredytu z ZUS dostać, bo w ulotce było napisane " bez zaświadczeń ZUS".
Dopiero teraz skojarzyłam, ze niektórzy zamiast "przez" mówią "bez" i odwrotnie.
Szczęką jeszcze drapię podłogę…