Autobusy zapłakane deszczem

<span …

 jak ogromne polarne foki,

wyszukują w deszczu swe miejsca

wydmuchując pary obłoki.

Po zmęczonych grzbietach ich dreszczem

przelatują neonów błyski,

autobusy zapłakane deszczem

mają takie sympatyczne pyski.

Znów leje. Nawet dla takiego "deszczoluba" jak ja, już jest nadmiar szczęścia. Marzy mi się znów błękit nieba, kolory wyostrzone słonecznym światłem. A tymczasem nad Warmią jakaś bura ścierka, zimny deszcze wlał mi się rano za kołnierz kurtki, bo znów nie mogłam znaleźć żadnego parasola w domu.
 Snują  mi się po głowie marzenia urlopowe. Takie od Annasza do Kajfasza.
Zabrać całą rodzinę  i :
– do Zakopanego. Celowo nie piszę "w  Tatry" bo moja kondycja może mi nie dać zdobyć Krupówek, ale w skrytości marzę o Czerwonych Wierchach i Piątce
– na Węgry, nad Balaton, nad  baseny z wodą z gorących źródeł
– nad Bałtyk, przejechać całe wybrzeże, co dzien nocując w innym miejscu, troche poplazowac, trochę pozwiedzać
– do Pragi
– do Wilna
– do Odessy, nad Morze Czarne
– w  Bieszczady, w bezludne połoniny i łagodne stoki żeby zobaczyc jak wygląda ten słynny Deszcz w Cisnej
– na mazursko-warmińską wieś, poleżeć w bezruchu, nawąchać się kwiatów, najeśc jabłek z drzewa, posłuchac bzyczenia owadów, szczekania psów bez szumu samochodów w tle…
Jak znam życie skończy się na jednodniowym wypadzie do Jastrzębiej Góry.
Człowiek marzy a los daje co chce. Ja niestety nawet w marzeniach muszę myślec realnie. Taka uroda, widać.
Jakie macie marzenia urlopowe? Mogą być te najbardziej fantastyczne.

Nie wiem co powiedzieć

Po 1.
Mama …

Po 1.
Mama pojechała, ale ostatniego dnia rano, czułam żal, że wyjeżdża. Mimo tego, że omal się nie pokłóciłyśmy o Rospudę i ekologów. Mimo tego, że wciąż czułam w nosie smród papierosów, na który nie pomagało otwieranie okna na całą szerokość.Czułam żl.Czułamradość. Rodość, bo czułam żal zamiast ulgi, bo ten żal znaczył, że pokonałam próg, że przeszłam na drugą stronę. Na stronę – wybaczenia.
 
W ostatni ranek, gdy rozmawiałyśmy o tym czemu nie chodze do kościoła i czemu nie zmuszam do tego moich dzieci, wyłuszczyłam jej moje poglądy na wiarę. nastawiłam sie, że fuknie, że powie o obowiązku, o lenistwie , wygodnictwie czy czym tam jeszcze…A tymczasem zobaczyłam usmiech w piwnych oczach, otoczonych zmarszczkami i usłyszłam pełne podziwu:
– Mądra jesteś…
Stało się tak, że Bóg znów mi otworzył okno i powiedział : widzisz, a jednak cię słucham.

Po 2.
Dostałam od Was tutaj tyle słów dobrych, mądrych, pełnych otuchy. Oraz zgłoszeń do pomocy. Kurczę! Niby wiem, że to tak działa, ale zawsze wzruszenie łapie za gardło, zawsze jakieś głupie łzy sie pod powiekmi plączą.
…I dlatego, ja, gaduła, nie wiem co powiedzieć.A rzadko mi się to zdarza, naprawdę, bym zapominała język w gębie.
Dziękuję.

Onkolog

Wizyta u onkologa …

Wizyta u onkologa zaczęła się od tego, że pani doktor zaczęła krzyczeć na nic nie rozumiejącą moją matkę. Że gdzie była i gdzie była i na co czekała…Pani doktor nie dopuściła nikogo do głosu i nic nie wyjaśniła…
Chwilę trwało nim się w końcu okazało, że pani dokotor nie doczytała czegoś tam, i nie zauważyła wyniku z ostatnich dni…
Po czym pani doktor zaczęła gdzieś dzwonic też nie uznając za stosowne wyjaśnić czego szuka i po co za to mamrocząc, że pomór jakiś chyba, bo nikogo nie ma. W końcu zaczęła matkę umawiać na za tydzień na wizytę bo się musi skonsultować. Z kim- nie wiadomo. A rodzicielka chce wracać, bo musi, bo dom, bo obowiązki, bo chce, bo nie chce…Stanęło na tym, że ma się stawić ponownie w sierpniu.
Ale…cholera nie podoba mi się to.
Muszę znaleźć konsultacje sama, na własną rękę. Skopiowałam wyniki i poszukam jakichś konsultacji. Bo z tego co powiedziano rodzicielce, to to co się dzieje, to jeszcze nie rak, ale jego bardzo, bardzo wczesne początki. Wydaje mi się, w tym stadium rozpoczęte leczenie powinno dać dobre efekty, ale kolejny miesiąc zwłoki podnosi ryzyko ( materiał do badań był pobierany w maju) .
Zatem zaczynam szukać…

Rodzinny ranek

Misia właśnie w …

Misia właśnie w Katowicach na dworcu szuka pociagu do Olsztyna. Informacje o tym z którego peronu odjeżdża pociag można dostać wyłącznie na dworcu. Informacja TP potrafiła mi tylko podać numery telefonów do serwisów informacyjnych. A pociąg zatrzymuje się w Katowicach tylko przez 5 minut….
Mamę musiałam zostawić w poczekalni do onkologa, bardzo serdeczna pani rejestratorka oraz tak samo grzeczni ludzie w kolejce pod gabinetem wprawili mnie w popłoch. Kto pamięta  tę scenę z filmu czy "Leci z nami pilot?":  stewardessa ogłasza, że mają problemy techniczne, piloci są chorzy i coś tam jeszcze, a pasażerowie siedzą znudzeni. Stewardessa na koniec mówi, że na dodatek skończyła się kawa i dopiero wtedy wybucha panika…No to ja mniej więcej tak zareagowałam. Jakby burczeli, byli urzędowo uprzejmi to bym się nie wzruszyła, ale ta serdeczność…Brrrr, jakby mówili, że dla ludzi nad grobem należy się odrobina ludzkiego traktowania. Na dodatek – przy rejestracji mama musiała podpisać deklarację czy chce by kogoś informowano o jej zdrowiu. Bez pytania wpisałam tam siebie i podsunęłam jej do podpisu.
Nie mogłam spotkać się z lekarzem, a tak chciałam powiedzieć, że papieros co godzina to chyba nie jest dobry pomysł u osoby zagrozonej rakiem z postępująca niewydolnością oddechową?
Teraz czekam. Jak dojedzie do domu- zadzwoni, będę wiedziała. Ale rano mnie pytała gdzie jest hospicjum, w którym leżała nasz znajoma i…
– Wybij sobie z głowy hospicjum- powidziałam twardo. – Hospicjum będzie tylko wtedy jak będziesz wymagała całodziennej opieki specjalistycznej, a tak to nawet nie ma mowy. Marcin zresztę powiedział to samo- dodałam, bo dla mojej matki ja se mogę gadać,  ale i tak ktoś musi jeszcze powiedziec, że mam rację by ona tę rację uznała. No trudno. Powoli zaczynam to traktować z humorem.
Na dodatek pod tą przychodnią znów dotarła do mnie kruchość naszego życia i zatęskniłam z Marcepankiem. Nawet za tym by mnie znów wkurzył gderaniem i czepianiem się.
Ledwie usiadłam w pracy sms od Marcepanka – zadzwoń. To zadzwoniłam.
I tak się miotam cały ranek pomiędzy mamą , córką i mężem.
A Misia już w pociagu. Jedzie. Ufff…Jeden kłopot z głowy.

Trwamy

Złapałam się na tym, że …

Złapałam się na tym, że chodzę koło niej ostrożnie, by nie potrącić. Gadam dużo, jak nakręcona, opowiadam o Agorze, o Marzence, o P_Suni i Kociu, pokazuję zdjęcia, gadam , gadam, gadam…Jednocześnie omijam jak mogę politykę, religię, kościół, moje dzieci, moje sprawy…
Tak zachowuję się wyłącznie w towarzystwie osób mało mi znanych, obcych, takich przy których nie czuję się pewnie.
Ona też nie podejmuje drażliwych tematów. Nie wspomina o mojej siostrze, nie pyta o zawartość mojego portfela, o stan naszego zadłużenie, plany na przyszłość. Strofuje Młodego, że za długo siedzi przy komputerze, że ma za długie włosy, że mało się uczy, ale kończy na moje jedno zdanie " Już się go nie czepiaj".
P-Sunia ją pamieta, cieszy się żywiołowo, co zrozumiałe jest bo zawsze się z nią dzieliła swoim posiłkiem. Kocio nie zna tej obcej osoby, jest podenerwowany, troche prycha, trochę wyje, ociera się, wykłada do głaskania by po chwili złapać pazurami.
Młody zdaje się brać na luz. Babcia się czepia, kto by tam słuchał, może jakiego grosza rzuci, warto się przemęczyć.
Miśka Naczelna Prowokatorka na szczęście w Gliwicach, wczoraj była na koncercie RHCP, wyszła cała i zdrowa, dzwoniła ok północy
Byle do piątku…

Do życia wrcać czas

Mam za sobą dwa dni, …

Mam za sobą dwa dni, które co prawda zmęczyły mnie fizycznie do granic, ale zarazem moje akumulatory psychiczne aż kipią naładowane dobrą energią.
Najpierw ładowałam  je z Elą, przy Eli i u Eli. To jest po prostu coś niebywałego, że w końcuśmy się spotkały. I że Ela z gadu, Ela z komentarzy na blogu,  Ela z telefonu jest dokładnie tą samą Elą z reala. Ta kipiąca radość, śmiech żywiołowy i serdeczny , ciepło w oczach…Nie da się tego opowiedzieć, ale przybyła mi kolejna osoba, za którą tęsknię choć dopiero ją pożegnałam. Cud znów się wydarzył i dzięki wszytkim Aniołom za to.
Ele pożegnałam w sobotę rano i ruszyłm na spotkanie z Marzenką. Widząc ją roześmianą, idącą w moją stronę Nowym Światem poczułam, jak strasznie mi jej brakuje co dzien,  każdego dnia tu, na Warmii.  Łaziłysmy po Warszawie w towarzystwie kolegi Remka, który nam robił za przewodnika, za doradcę i trochę poganiacza niewolników. 
Zaliczyśliśmy  pyszną pizzę nie wiem gdzie, Park Ujazdowski, Myśliwiecką 3/5/7 ( gdzie zrobiłam zdjęcie specjalnie dla iksińskiej ) , Łazienki, wiewiórki, krzyczące pawie, plujące lwy gdzie 20 lat temu całowałam się z takim jednym, piwo jęczmienne z sokiem z liczi, lody Grycan.
Remek dał mi potrzymać nawet swój sprzęt (hehe, Misiek,ty świntuchu, nie o TYM sprzęcie mówię)  i nawet mogłam popatrzeć przez obiektyw i..ten, no…zakompleksiłam się względem fotografii. Ja tam nawet amator nie jestem.Ja przy Remku to nędzny , bezmyślny pstrykacz jestem…ech… Już wiem jak wygląda mój drugi ideał do którego chcę zmierzać. Pierwszy ideał to mieszkanie Eli, pełne książek od suiftów po podłogi, w takim miejscu to można się nie bać zamkniętej biblioteki nawet przez dwa miesiące.
Zmęczone i uaganiane jak psy gończe dotarłyśmy  z Marzenką na Dworzec Zachodni gdzie nastąpiło pożegnanie.
Obok mnie przysiadła panna, która od godziny 19:45  do 23 odbierała i nawiązywała rozmowy przez telefon. Pół autobusu musiało wysłuchiwac po kilkakroć opowieści panny o poszukiwaniu i wynajmowaniu mieszkania, o jej plnach matrymonialnych, o jej planach zawodowych tudzież edukacyjnych. I co z tego, ze panna za chwilę dostanie dyplom magistra, jak słoma rodem z Górowa Iławeckiego jej z butów nadal będzie wystawała…
Dobrze, że w Płońsku zwolniło się miejsce i panna zdecydowała się porzucić me towarzystwo, bo bym ją chyba w końcu sama o to poprosiła…Zagłuszyłam ją potem francuskimi piosnekami z mojego nowego telefonu i jakoś przetrwałam z dobrym nastrojem do domu.
A dziś jestem nieco śnięta, nie chce mi się nawet plecaka rozpakować. Ale czuję ciepło otaczajacych mnie ludzi, znikło poczucie głębokiej samotności. Przy czym okazało się, że mimo odległości, komunikacji jedynie przez telefon, nie oddalamy sie od siebie z Marzenką, nic nam nie ucieka i obu nam zależy na tym by ta przyjaźń trwała.
I dobrze, że mam tę energię, bo zdaje się będzie mi teraz bardzo potrzeba. Mama przyjeżdża we wtorek, a ma złe wyniki i musi do onkologa…
Miśka dziś pojechała na Śląsk. We wtorek idzie na koncert Red Hot Chlili Peppers.
A na obiad zrobiłam pyzy. Własnoręcznie i nie z torebki.

wpis chaotyczny bo radosny

No to teraz to juz na …

No to teraz to juz na pewno.
Urlop mam załatwiony: Boss to jednak Człowiek jest bo nie tylko moja pokorna prośbę skwitował jednym "dobra", ale jeszcze potem dodał " a kiedy ty chcesz taki normalny urlop?". Chyba się modlic za niego zacznę.
Dziś kupiłam bilet. I teraz już koniec, przepadło. Muszę.
W piątek o 13:01 ruszam zatem do Stolycy na zlot-blox. Nieśmiało zaczynam się cieszyć. Co prawda spęd obcych ludzi w jednym miejscu mnie lekutko przestrasza, ale ma być ze dwie sztuki dobrze zanane, jedna lekko znana ale pasująca na wariatkę taką samą jak ja, to dodaje mi otuchy. Ostatecznie, myślę sobie, jak mi się towarzystwo nie spodoba spędzę noc w Łazienkach.Może Marzenka się ulituje nad biedną Prowincją -Tułaczką i spędzi tę noc ze mną jakby-co.
Pogoda mnie pociesza, bo upał i słońce mogłoby mi dokopać bólem głowy a jak pada deszcz to mam więcej energi i żadna alergia mnie nie swędzi, oczu nie łzawi, i nastrój lepszy, bo deszcze wszak lubię najbardziej pod słońcem. I żaden mi nie straszny, nawet ten ulewny. No, chyba, że sponsor zaplanował imprezę pod chmurką…
Na razie robię przegląd garderoby, bo pierwotny garnitur złożony z lnianych spodni i koszuli upadł ze względów pogodowych.
Dżinsy po dwóch prawie miesiącach w szafie nie skurczyły się nic a nic, chyba nawet leciutko się rozciągnęły, słychane rzeczy! To mnie napawa optymizmem. Bluzka jakaś się znajdzie. Muszę tylko pamiętać i pieczołowicie buty wytrząsnąć, zeby źdźbła słomy nie przywieźć bo siara jak byk będzie, mówiąc językiem moich dzieci. Młody dostał polecenie wykończenia nowych akumulatorków żebym mogła je porządnie naładować. A te skubane, ładowane dwa tygodnie temu, trzymają jak uparte. A to było ich pierwsze ładowanie. Może trafilismy tym razem niewybrakowany egzemplarz.
Miśka obiecała pożyczyć swój zielony plecak. Chciałam mój czerwony, ale za małyyyyy…Bo jak trzeba będzie odzienie wierzchnie zdjąc bo za ciepło się zrobi? No i jakąś bluzkę na zmianę bo najpierw jeden dzień i cała noc na imprezie a potem cały dzień z Marzenką. Odpuszczam sobie piżamę, ale może warto wwalić sandały? Pomyslę jeszcze nad aprowizacją.
Tymczasem Miśka jedzie na koncert Red Chot CHilii Pepers ( tak to się pisze). Matko kochana i aniołowe w niebiesiech!!! Koncert jest we wtorek 3 lipca, Miśka z Kubusiem jadą w niedzielę. Nie wiem kiedy mają zamiar wrócić i się boję , że się coś im tam stanie.
Ale i tak się cieszę. Troche to jest radość straceńcza, ale co mi tam! Ważne, że wreszcie coś mi się chce.

Powtórka z rozrywki

Po ponad 12-godzinnym …

Po ponad 12-godzinnym śnie mam uczucie, że żyję w jakimś nierealnym świecie. Bodźce docierają z opóźnieniem, trudno utrzymać prostą linię na chodniku. Idąć do pracy czułam, jak zataczam się z lekka, ale nie zanotowałam ani jednego wrogiego spojrzenia. Może dlatego, że dziś wybierałam uliczku boczne, odludne, gdzie stan porannego zataczania jest chyba rzeczą naturalną.
Na Mazurskiej jak zawsze szłam z zadartą do góry głową,  podziwiając urodę kamieniczek.Przed wdepnięciem w psią kupę uchronił mnie chyba anioł stróż każąc w ostatniej chwili opuścić wzork pod nogi.
Nawet psia kupa nie urealniła mi świata. Bułki kupowałam na śpiąc, pomidory i ser też. Bodźce rejestrowałam na śpiąc. Jakimś cudem przechodziłam przez ulice i nie wpadłam pod auto. Nade mną unosiła się moja głowa taka lekka , bez myśli, bez uczuć i co najważniejsze- bez bólu.
A zaczęło się wczoraj ok. 14 sennością i leciutkim ćmieniem. Wzięłam apap, za pół godzinie drugi, dokończyłam obiad. Zaczęłam oglądać fim. W trakcie fimu zaczął mi przeszkadzać dźwięk i żar odbjął moją głowę rozpalną obręczą…Ok 18 Miśka wezwała pogotowie, bo telepało mną liściem na wietrze i miejsca sobie znaleźć nie mogłam.
Dwa zastrzyki- jeden od bólu, drugi na uspokojenie. Lekarz mnie pytał o leczenie migreny, namawiał na neurologa…
Nie pamiętam jak wyszedł.
Odfrunęłam. Nie zdążyłam mu powiedzieć, że uspokajacze działają na mnie nietypowo. Za to kątem umysłu zanotowałam, że jak już ten drugi skłuł mi moje oba pośladki to dopiero wtedy mnie zapytali czy nie jestem na jakiś lek uczulona…
Od kilku dni nie piłam kawy- może dziś mnie nie skopie po podrobach a postawi na nogach? I odgoni tę dziwną senność.
Chyba potrzebuję wizyty u pana Jana.

Za młodzi na sen?

Młody na całonocnej …

Młody na całonocnej imprezie o kolegi.
Miśka na biwaku ( czyt.piwaku)
Sobota wieczór, pusta chata i ja…
Ach jak będzie cudnie!
 Obejrzę "Solaris" na Polsacie, bo w kinie nie byłam a to moja ulubiona ksiązka Lema. I lubię patrzeć na Clooneya.
Po Solaris pójdę pograć w scrable z Tomaszkiem
Może coś popiszę.
Dokończę "Angielskiego pacjenta"
I nie wiem co jeszcze ale przecież nie zmarnuję takiej cudnej nocy świetojańskiej na spanie!
Solaris zaczęło się o 22:40 a nie o 22:15 jak było w gazecie. Po pierwszych 10 minutach – znów reklamy. Zamknęłam oczy na chwilę, na moment…
Obudziłam się o 6:38.