Mam za sobą dwa dni, które co prawda zmęczyły mnie fizycznie do granic, ale zarazem moje akumulatory psychiczne aż kipią naładowane dobrą energią.
Najpierw ładowałam je z Elą, przy Eli i u Eli. To jest po prostu coś niebywałego, że w końcuśmy się spotkały. I że Ela z gadu, Ela z komentarzy na blogu, Ela z telefonu jest dokładnie tą samą Elą z reala. Ta kipiąca radość, śmiech żywiołowy i serdeczny , ciepło w oczach…Nie da się tego opowiedzieć, ale przybyła mi kolejna osoba, za którą tęsknię choć dopiero ją pożegnałam. Cud znów się wydarzył i dzięki wszytkim Aniołom za to.
Ele pożegnałam w sobotę rano i ruszyłm na spotkanie z Marzenką. Widząc ją roześmianą, idącą w moją stronę Nowym Światem poczułam, jak strasznie mi jej brakuje co dzien, każdego dnia tu, na Warmii. Łaziłysmy po Warszawie w towarzystwie kolegi Remka, który nam robił za przewodnika, za doradcę i trochę poganiacza niewolników.
Zaliczyśliśmy pyszną pizzę nie wiem gdzie, Park Ujazdowski, Myśliwiecką 3/5/7 ( gdzie zrobiłam zdjęcie specjalnie dla iksińskiej ) , Łazienki, wiewiórki, krzyczące pawie, plujące lwy gdzie 20 lat temu całowałam się z takim jednym, piwo jęczmienne z sokiem z liczi, lody Grycan.
Remek dał mi potrzymać nawet swój sprzęt (hehe, Misiek,ty świntuchu, nie o TYM sprzęcie mówię) i nawet mogłam popatrzeć przez obiektyw i..ten, no…zakompleksiłam się względem fotografii. Ja tam nawet amator nie jestem.Ja przy Remku to nędzny , bezmyślny pstrykacz jestem…ech… Już wiem jak wygląda mój drugi ideał do którego chcę zmierzać. Pierwszy ideał to mieszkanie Eli, pełne książek od suiftów po podłogi, w takim miejscu to można się nie bać zamkniętej biblioteki nawet przez dwa miesiące.
Zmęczone i uaganiane jak psy gończe dotarłyśmy z Marzenką na Dworzec Zachodni gdzie nastąpiło pożegnanie.
Obok mnie przysiadła panna, która od godziny 19:45 do 23 odbierała i nawiązywała rozmowy przez telefon. Pół autobusu musiało wysłuchiwac po kilkakroć opowieści panny o poszukiwaniu i wynajmowaniu mieszkania, o jej plnach matrymonialnych, o jej planach zawodowych tudzież edukacyjnych. I co z tego, ze panna za chwilę dostanie dyplom magistra, jak słoma rodem z Górowa Iławeckiego jej z butów nadal będzie wystawała…
Dobrze, że w Płońsku zwolniło się miejsce i panna zdecydowała się porzucić me towarzystwo, bo bym ją chyba w końcu sama o to poprosiła…Zagłuszyłam ją potem francuskimi piosnekami z mojego nowego telefonu i jakoś przetrwałam z dobrym nastrojem do domu.
A dziś jestem nieco śnięta, nie chce mi się nawet plecaka rozpakować. Ale czuję ciepło otaczajacych mnie ludzi, znikło poczucie głębokiej samotności. Przy czym okazało się, że mimo odległości, komunikacji jedynie przez telefon, nie oddalamy sie od siebie z Marzenką, nic nam nie ucieka i obu nam zależy na tym by ta przyjaźń trwała.
I dobrze, że mam tę energię, bo zdaje się będzie mi teraz bardzo potrzeba. Mama przyjeżdża we wtorek, a ma złe wyniki i musi do onkologa…
Miśka dziś pojechała na Śląsk. We wtorek idzie na koncert Red Hot Chlili Peppers.
A na obiad zrobiłam pyzy. Własnoręcznie i nie z torebki.