Całą noc się drapałam po czym się dało. W końcu wstałam, łyknęłam jedną zieloną ( bo tylko jedna się wysypała- łykałam na ślepo). Coś mi się jeszcze chciało, ale nie wiedziałam co. Drapiąc się po całym ciele, kiwajac niczym kiwaczek, tkwiłam przy lodówce nie mogąc się zdecydować spać czy jeść . Chałwa wygrała. Ocknęłam się przy drugim gryzie…Zapiłam szklanką wody z kranu i wróciłam pod kołdrę. Zza drzwi balkonowych wpełzał ziąb. Zasnęłam w końcu naprawdę.
…ranek nie należał do miłych. Budzik mnie obudził, a to już jest stres. Kot zaraz za budzikiem przylazł egzekwować swoje prawa, a moje obowiązki. Pies patrzył obrażonym i pełnym wyrzutu wzrokiem jak spod niej wyszarpnęłam własną kołdrę. Miśka ledwie otworzyła oczy zażądała zrobienia prania…Młody nic nie chciał. Na szczęście.
(Kombinowałam :Ciąża? Eeee, za wcześnie na obajwy…Ale kiszony ogóek…mmmm….i zupa ogókowa…)W lodówce pół opakowania chałwy o mało mnie nie przyprawiło o wymioty.Chałwa jest błeeee.
W drodze do pracy kupiłam zupkę ogórkową i pożarłam ją parząc się wrzątkiem. Z szafki pachną mi dwa ogórki kiszone…Chyba zaraz je pożrę.