Urzędowo

Poniedziałek zaczynam …

Poniedziałek zaczynam bólem głowy i niemożnością załatwienia najprosztszych spraw.
Ból głowy to ta pioruńska pogoda mi załatwiła, bo niby ciepło, ale pochmurno, niby nie ma upału, a człek wilgotny jakby ciągle spocony chodzi.
A te sprawy…
We czwartek Marcepanek zażądał bym znalazła akt naszego ślubu, oraz jego stary dowód z pieczęcią, że był kiedyś mężem innej żony i że już nie jest. Oczy mi wypadły z orbit
– Po co ci to ?
Bo załatwia szwedzki NIP czy też PESEL czy jak go zwał tak zwał. I wypełniając dokumenty jak sierota boża przyznał się, że stan cywilny zmieniał kilka razy.Szwedzi chcą potwierdzenia tego faktu. Im dowolnie- może być pieczęć w starym nieważnym już dowodzie, mogłaby być nawet kartka od urzędnika z odręczną adnotacją, że było właśnie tak.
Dziś rano , uprezdziwszy Bossa o spóźnieniu poszłam do Urzędu Stanu Cywilnego i się dowiedziałam.
Akt naszego ślubu mogę dostać do ręki za jedyne 22 złote. Tylko muszę powiedziec po co mi. Na wieść , że do zagranicznego urządu pracy pani zrobiła oczy jak talarki
– A po co im?
Tu ja zrobiłam oczy jak talarki, bo co ją to obchodzi ? Nie dają za friko, więc tak naprawdę moja sprawa co z tym zrobię. Mogę sobie nawet ściany wytapetowac, skoro moje, nie ?
Z tym drugim dokemnetem natomiast okazuje się kłopot. Bo :
– A to jak brał rozwód to powinien był dostać odpis wyroku- ona
– Ale nie dostał…- ja
– A, bo to trzeba było zapłacić- ona
– Ba, tylko że nikt mu o tym  wtedy nie powiedział. Sam z siebie człowiek zwykle nie wie takich rzeczy – ja
Pani stwierdziła, że jedyne co może wydać to odpis aktu małżeństwa z adnotacją, że potem nastąpił rozówd. Ucieszyłam się, ale jak się okazało przedwcześnie.
– Ale pani tego dać nie mogę…
– Dlaczego ?- znów miałam oczy jak talarki
– Bo to pani nie dotyczy…Zreszta czy im tam taki dokument wystarczy?..
– Wystarczy – zapewniłam – Im by wstarczył nawet stempel z dowodu, ale mąż dowód wymieniał i nie ma starego…- tym razem pani patrzyła na mnie z niedowierzaniem.
– No, ale ja pani tego dać nie mogę, bo to pani nie dotyczy – zakończyła audiencję.
 Kolejna głupota. Jak to nie dotyczy mnie to, że mąż przede mną miał inną panią za żonę?
Wyszłam nawet nie zła,tylko zrezygnowana, bo takiego obrotu sprawy się spodziewałam. Teraz zbieram siły na załatwianie paszportów dla zwierzaków, bo widzę, że to nie będzie tak hop hop.Naprawdę widzę , że bezrobocie przyszło w doskonałym momencie.
A ja zaczyanm mieć dylematy.
A może jednak przekonac Misię żeby też jechała. Maturę zrobi i tam, studia też będzie mogła z tego co czytam. A może dostałaby łatwiejszy start w życie ? No i nie musiałabym jej zostawiać praktycznie samej ledwie dostanie dowód.

Pracowicie intensywny łikend

No bo w Miasteczku były …

No bo w Miasteczku były spotkania rodzin parających się muzyką ( piszę tak pokrętnie ze względu na wyszukiwarki, coby mnie jakiś tubylec- ziomal przypadkiem nie namierzył). I musiałam pójść, choć wszyscy wiedza, że imprezy gdzie piwo leleje się strumieniami a tle gra disco-polo to nie jest preferowany przeze mnie sposób na czas wolny. Ale pan każe- sługa musi. Choć ten pan to na razie w sferze pobożnych życzeń pozostaje. Uzbroiłam się w aparat, w kurtkę od deszczu, w zapas świętej cierpliwości i poszłam. Tak byłam nastawiona na nie, że dopiero gdy w połowie imprezy wróciłam do domu, załapałam, że nie widziałam strumienia piwa ani ogonka do tegoż, a także nie słyszałam disco – polo!
No to w sobotę wytrwałam do końca. W nagrodę dostałam: ogromną dawkę energii, bolące mięśnie brzucha i policzków ze śmiechu, porcję wzruszeń i zachwytów. A na koniec jeszcze zostałam obdarowana znaczkiem "Olsztyn Kocham" przez samego Stefana B*, który stwierdził, że ich fanka i miłośniczka Olsztyna nie ma prawa chadzać nieoznakowana. ( Dobra, uczciwie się przyznaję, że w tej sprawie interweniował pewnien znajomy). Ja ze swojej strony obiecałam, ze znaczek, który Stefan odpiął od swej osobistej klapy (klaty?) będę odtąd z dumą nosić na piersi niczym najdroższy medal.
A poważnie mówiąc – nawet nie wiedziałam, że z rodzimej, przaśnej imprezy zrobił się festiwal rodzinny o całkiem dobrym poziomie artstycznym i kulturalnym.
W sobotę przed południem jeszcze, pomiędzy zakupami, a sprzątaniem i gotowaniem, pognałam do Baszty bo w radio usłyszałam, że jest tam ekspozycja widokówek z Miasteczka sprzed wojny. Noooo, taki rarytas, że bym sobie nijak nie darowała gdybym przegapiła taką okazję. Mam coś takiego, że chodząc po Miasteczku wciąż się zastanawiam: ciekawe co tu kiedyś było, ciekawe, kto tu mieszkał. Prócz widokówek i rycin miałam też okazję po raz pierwszy od lat zajrzeć do wnętrza baszty. Też niesamowite odczucie jak się pomyśli o tym, że pięć wieków temu chodzili tędy inni ludzie.
Zatem  weekend miałam patriotyczno- artystyczny. I naraz w niedzielę Marcepanek przysłał mi sms-a z pytaniem czy naprawdę chcemy na stałe do kraju Trolli. Konsternacja…
Chcemy?
…nie, nie…
"Olsztyn kocham
moją małą Amerykę"
Odpisałam w stylu : nie chcem ale muszem.
Może jednak zdarzy się cud ? Panie Boże…?

* Stefan B. – jeden z członków znanego w Olsztynie i nie tylko zespołu poetycko-kabaretowego.

To se Kasia zafundowała noc…

Czy chwaliłam się, że …

Czy chwaliłam się, że jedną z najulubieńszych potraw jest dla mnie pizza ? Najlepiej z małą ilością salami za to z papryką, brokułami, kukurydzą, pomidorami i cebluką. I jeszcze najlepiej z jednej, jedynej pizzerii, ale nawet tę robioną w domu też.
Zmęczona codziennym wymyślaniem co by też zrobić do jedzenia szybkiego i na ciepło wczoraj wymyśliłam pizzę. Sobie zwykle robię w odzielnej , małej blaszce, z czego połowę zjadam od razu, a resztę następnego dnia.
Co mnie podkusiło, żeby pożreć tym razem całość i to na dodatek niemal dwoma kłapnięciami ? Znów zapomniałam, że nie wolno mi się doprowadzać
stanu głodu w którym żołądek się w trąbke zwija. Bo potem jem szybko, zjadam więcej, na dodatek nie pogryzę dokładnie i nałykam się przy tym powietrza.
Acha! Mądry Polak po szkodzie.
Padłam o 21:30. Obudziłam o 1 o do świtu walałam po łóżku, czytałam książkę, liczyłam godziny, wymyślałam co napiszę, czekałam na Miśkę co  znów siedziała z przyjaciólmi w  ogrodzie u koleżanki.
Zasnęłam jak Misia wróciła, jasno już było, chyba czwarta była blisko. Zasnęłam. Dobrze mi się spało pomimo snu o domu wariatów w całości mieszczącym się na basenie pływackim. O 6 :10 ze snu wyrwały mnie pioruńskie piszczałki  "Kiedy ranne wstają zorze…". Szkoda, że nie mieszkam jeszcze bliżej kościoła bo bym sobie chyba wiatrówkę z teleobiektywem kupiła. Co to do cholery za mania? Może najlepiej postawić na tej wieży księdza i niech godzinki wyśpiewuje na całą parafię niczym muezzin. Wrrr, a gdzie szacunek dla ludzi i ich wypoczynku ?
Wstałam, bo złość mnie poderwała.
Dobrze, że dziś piątek. Tylko MUSZĘ (ale nie chcem) iść na Spotkania Rodzin Muzykujących. Na dodatek nie mam z kim. Ostrzegłam Miśkę, że na trzeźwo takiej traumy nie dam rady znieść, że kupię sobie piwo w plastykowym kubku, nawalę sie i pójdę tańczyć pod sceną w rytm disco-polo. Młody orzekł, że on i tak nie wychodzi z domu to mu rybka, że matka się wygłupi. Miśka stwierdziła, że takim razie ona jedzie do babci i wraca dopiero po maturze.
Wyrodny bachor, matce raz w roku porządnej rozrywki żałuje. Czy to moja wina że z powodu żałoby odwołano w Olsztynie koncert Kultu ?

A tak na marginesie : jak ktoś w mailu pisze " będę po 22 lipca i natychmiast się skontaktuję" to ja rozumiem, że to będzie najdalej do 25, oraz że na pewno. Czy jestem dziwna ?

Z ziarnkiem piasku w trybikach

Od piątku łykam deprim. …

Od piątku łykam deprim. Znów mam siłę wykonywać wszelkie czynności domowe, znów po powrocie z pracy mam chęć robić sobie i Potworom ciepłą kolację. Zasypiam jak kiedyś – ok. 22 -23 ,nie liczę w nocy godzin na zegarku, a w głowie nie słyszę gadania.
Nie wiem czy to faktycznie ten deprim, skoro ledwie wzięłam go w rękę poczułam ulgę, może efekt placebo- nie wnikam. Łykam, mogę łykać nawt wit.c bylebym się nie czuła tak jak przez ostatnie tygodnie.
Energii jakby więcej- znawet zdołałam pokłócić się z mężem przez telefon.
No bo naprawdę…Ja wiem, że ostatnio mało rozrywkowa byłam, ale zdrugiej strony tekst "znów mnie dołujesz" uważam, za mocno nietaktowny, w sytuacji gdy to ja borykam się z dziećmi, z nieprzyjemnymi sytuacjami związanymi z naszym stanem finansów, z chorobą matki, widmem bezrobocia i własnymi kłopotami zdrowotnymi. W tej sytuacji raczej trudno być radosną i ćwierkającą. Ale zapytałam czy rzeczywiście woli tak jak było dwa lata temu, gdzie nawet mi do głowy nie przyszło by mu o czymkolwiek opowiadać- nieważne dobrym czy złym.
Nie wiem czy zrozumiał, ale przeprosił.
A mnie wkurza, że lipiec się kończy, a my nadal nie wiemy kiedy on ma wracać i na jak długo. To ważne, bo ja MUSZĘ wiedzieć co z pieniędzmi, bo chcę w końcu wystapic do Urzędu Skarbowego o układ ratalny, ale do tego muszę najpierw uregulować koszty egzekucji, no i muszę też przedstawic jakas realną propozycję rat. A nie mogę tego zrobić póki nie mam pewności co do następnych miesięcy.
Na dodatek jak nie urok to …
Do czterdziestego roku życia poza głową i stawami raczej nic mi nie doskwierało. Ledwie przekroczyłam magiczną czterdziestkę sypię się jak choinka na Nowy Rok. A to PMS, a to depresja, sucha skóra w jednym miejscu, pryszcze w innym ( na szczęście nie na twarzy), znów głowa, znów stawy. Teraz do kompletu doszło puchnięcie stóp oraz jakiś ból w lewej kostce promieniujący w efekcie na całą stopę i łydkę. Już nie wiem czy jestem hipochondryczka, lekomanka czy faktycznie jestem na coś chora…Ale stwierdzam, że w takich warunkach to wymówienie z pracy zaczyna mi być na rękę.
Na dodatek wciąż powiększa mi się waga. Już wymysliłam, że zamówię sobie koszulkę z napisem : TAK! WIEM , ŻE PRZYTYŁAM!! TAK! WIEM , ŻE JESTEM GRUBA !! Nie wiem, ludzie to myślą, że lustra nie mam, że koniecznie chcą mi ten fakt uświadomić ? A swoją drogą to też zastanawiające : nie zmieniłam nawyków żywieniowych, zwykle nie jadam później niż o 19, jadam mniej słodyczy, piję więcej wody niż napoi słodzonych, mam nadal dobrą przemianę materii, skąd zatem ta rosnąca waga ?
Cholera, czy jest w naszym kraju lekarz, który będzie umiał zlecić odpowiednie badania i na ich podstawie wyreguluje mi organizm ? Bo mam wrażenie, że gdzieś w moich trybikach utknęło ziranko piasku, co niby nie szkodzi, ale zakłóca pracę całego sytemu. Tylko gdzie jest taki mądry co będzie chciał tego ziarnka szukać ?
Bo jak znam życie, to skończy się tak, że będe łykać ten jasmin, do jasminu deprim, do tego coś na reumatym, albo na nerki, bo puchnące nogi, albo na wątrobę , albo na paznokcie…albo na wszystko po kolei- a nikt nie spojrzy całościowo i nie zobaczy tego, co być może jest pod samym nosem.
Tak leczono moją znajomą na rzekome zatoki. Przez rok kolejne antybiotyki, bez zrobienia badań, organizm został wyjałowiony, kolędowała od laryngologa do ginekologa bo ciągle gorączki, założone gardło i grzybice. Jak już przetestowała chyba całą tablicę Mendelejewa ktos wpadł na pomysł i zrobił ambiogram ( tak to się chyba nazywa) i wyszło, że bakterie co ma, są uodpornione na prawie wszystko…
Ni cholery, ja jestem niedowiarek, złośnica, mam mało cieprliwości, jestem niesystematyczna i w dodaku mam przekonanie, że na dłuższą metę stosowane leki nie pomagają, a szkodzą i trudno mnie przekonać , że jest inaczej. Pokiwam głową grzecznie, a w domu i tak zrobię swoje.
Zatem chyba potrzebuję zaklinacza, bioenergoterapeuty czy innego szamana.Najlepiej żeby przy okazji był lekarzem medycyny.

„Brylanty to najlepszy przyjaciel kobiety”

Wybudziłam się ok.4:30. …

Wybudziłam się ok.4:30. I tak dobrze, bo przynajmniej od północy do tej czwartej nie oglądałam kolejnych godzin i nie słyszałam w głowie jazgotu z całego dnia. Ale o 4.30 czuć się wyspaną to lekka przesada – zgromiłam samą siebie i zagoniłam spać. Na próżno. Po mniej więcej dwudziestu minutach wstałam, wrzuciałam na grzbiet dres, złapałam aparat , cmoknęłam na psa i na paluszkach wyszłam z domu.
Słońce akurat przebijało przez chmury, wyłaniając się zza ściany lasu. Zachciało mi się zobaczyć jak wstaje las, jak słońce obsusza rosę po wczorajszym deszczu. Ścieżka była zajęta przez całą rzeszę ślimaków, musiałam patrzeć pod nogi i uprawiać slalom.
Mimo wczesnej pory  miasto już jazgotało szumem samochodów. Jakiś pies z daleka chyba zwęszył P-Sunię bo zaniósł się zazdrosnym szczekaniem. Ptaków nie było słychać, dla nich to chyba już była pora sjesty.
Na szczęście skończył się ślimaczy pochód mogłam pogapić się w niebo, gdzie chmury płynęły w przyspieszonym tempie z zachodu na wschód. Jak weszłam na wzgórze, słońce poprzez korony drzew zaczynało oświetlać nawyższe budynki w Miasteczku : brzydki elewator, strzelistą wieżę ciśnień stojącą na przeciwległym wzgórzu, ogromną sylwetkę kościoła.
Psica latała po mokrej łące, strząsała rosę, pchała się nosem przed obiektyw gdy zauważyła, że coś mnie zainteresowało. Liście małych klonów lśniły wymyte wczorajszym deszczem. Na trawie, na przekwitłym szczawiu błyszczały najprawdziwsze brylanty.
O szóstej zaczęłam odwrót do domu, zeszłam ze wzgórza, jeszczee tylko ostatni rzut oka na stary, zaczarowany sad, który przez lata był bezpański i rosły tam najlepsze pod słońcem renety.Jeszcze zdjęcie w ukośnych smugach słońca. Strumień , nareszcie ujęty w karby z chlupotem  przepłynął przez plastykową przepustnicę, tuż pod moimi nogami.
Znów trakt ślimaczy, dzika grusza…
Z zamyślenia wyrwał mnie jazgot piszczałek z wieży kościelnej: "Kiedy ranne…" Takie to było nachalne i niespodziewane , że przez sekundę nie wiedziałam co to. Chyba wolę jak chwałę bożą głoszą ptaki, las, wiatr.
Poniedziałek dobrze się zaczął mimo żałoby narodowej.

Od piątku łykam reklamowany przez Iksińską deprim.
Mam więcej energi, tylko jakoś chęci do rozmów ludźmi wciąż brak.

Mam plan czyli każda praca czyniona z ochotą staje się pracą lekką

 Żeby usłyszeć samego …

 Żeby usłyszeć samego siebie trzeba się ze soba nie szarpać. Trzeba się poddać własnym uczuciom, wsłuchać się w głos własnego serca. I nawet wtedy, gdy te uczucia bolą, gdy wyciskją łzy, nie trzeba z nimi walczyć, a już na pewno NIE WOLNO ich w sobie zagłuszać.
Ja zagłuszałam przez wiele lat. Miałam wbite do głowy, że praca to nie żadna przyjemność tylko obowiązek, który trzeba wykonać czy cię chce czy nie. Że nie ma sensu rozważać czy się to lubi. OBOWIĄZEK.
W dupie mam obowiązki.
Już nie chcę.
Chcę robić to co potrafię i co daje mi satysfakcję i to mogę robic za naprawdę marne grosze.
Nie będę na razie szukać pracy- do końca września mam na to czas. Odwiedzę kilku lekarzy i zrobię badania żeby sprawdzić co się kryje za moją zbyt długotrwałą apatią. I nie dam się zbyć stwierdzeniem  "nerwica w granicach normy".
W między czasie mam nadzieję, wykiełkuje coś z ziarna, które posiałam tu i  ówdzie. A jak nie- trudno – bedzie plan B czyli jeśli musze robić to czego nie znoszę to niech mi przynajmniej za to dobrze zapłacą.
czasem dobrze jest posiedzieć w jaskini gdzie żadne dźwieki ani widoki nie zagłuszaja i nie przesłaniają tego to mówi serce.
Że jestem niepowazna? Nieodpowiedzialna? Lekkomyslna ?
To jestem. Są gorsze wady.

28 stopni w cieniu

Boss na dziś …

Boss na dziś zapowiedział się z wizytacją. No trudno, jego prawo. Na wszelki wypadek posprzatałam wczoraj moje szablony origami bo co mu będę w oczy w kłuć?
Wychodząc wczoraj z pracy miałam wrażenie, że wkroczyłam do rozgrzanego pieca. Mury nagrzane, pomiędzy kamienicami ani powiewu, cień nie chłodził. Minęła mnie pani z mokrym ręczniczkiem na karku. W połowie drogi na dworzec żałowałam, że nie wsiadłam do jakiegoś autobusu, bo chodzenie w ten upał zdawało się wyczynem nadludzkim.
Moje mieszkanie, z oknami od wschodu przywitało mnie chłodem. Ha! Chłodem o temperaturze 25 stopni.
Miałam zamiar pójść wreszcie spać jak człowiek czyli nie o północy. Miśka zadzwoniła, że nocuje u koleżanki. Już się układałam gdy coś mnie podkusiło, żeby ostatni raz pstryknąć pilotem po kanałach.I tak trafiłam na rozpoczynający się właśnie koncert Sinead O’Connor…Szlag trafił spanie. Choć koncert nie był rewelacyjny – Sinnead miejscami traciła głos, pewnych fraz nie mogła osiagnąć. Niemniej- celtyckie klimaty w jej piosenkach nadal mnie poruszały. Sama Sinead nieco grubsza, jakby z lekko posiwiałymi skroniami, nadal robiła wrażenie. W sumie nie szkoda tych kilku chwil snu.
Zwłaszcza, że budzik też chyba zapadł na upał, bo się po prostu dziś nie włączył i wstałam o pół godziny poźniej.Dospałam. Ale do pracy się nie spóźniłam.
Dziś znów upał. Wyłożyłam termometr za okno , które jak mówiłam, wychodzi na północ. Właśnie go stamtąd zabrałam : 28 stopni.
—-
Właśnie dzwoniła mama. Mój szwagier znów nie pracuje. Cholera, jak pozbyć się pasożyta siostry ? Wiem…ja tego nie mogę zrobić. Ale ręce mi się zaciskają w pięści.

Perfumy „Leniwa niedziela”

Popracowałam wczoraj …

Popracowałam wczoraj uczciwie.Najpierw pomagałam koleżance zakończyć pewną pracę i tak nam zeszło, że nie wiadomo kiedy z dwunastej zrobiła się dwudziesta. Gnałam potem do domu, bo pies cały dzień siedział w domu sam, a młodzież była "wyjechana" – Miśka w Węgorzewie na pikniku rockowym, a Młody u babci.
Na dodatek psica-małpica zafundowała mi rozrywkę tuż przed samym wyjazdem. Spuściałm ją z oka na jedną chwilę, kiedy wydawało mi się znika za krzakiem. Zdaje się, że ona za ten krzak poleciała specjalnie by zamaskować swoje dalsze poczynania. Jak minęłam krzak zobaczyłam mojego psa wracającego znad rzeki, z takim szczęściem na pysku, że od razu wiedziłam, że musiała znaleźć tam coś interesującego. Nie pomylilam się – ktoś tam chyba czyścił ryby i moja hrabianka poszła się uperfumować niczym do Perfumerii Dauglas. Subtelny powiew jej perfum czułam na schodach jeszcze wieczorem jak wracałam, ale może to już autosugestia była.
Ciekawe czy my im też tak cuchniemy ? Znaczy: my , perfumowani ludzie naszym zwierzętom.
Ogarnęłam się trochę, zjadłam co nie co, i usiadłam na powrót do roboty. Tyle że do innej, takiej co mi Odwodnik kazała. Okazuje się, że z moim ja nie da się po dobroci.Odwodnik nie sugerowała, nie namawiała, nie przekonywała. Odwodnik kazała i moje leniwe ja niechętnie, ale dało się zakuć w dyby obowiązku.Tak mi czas zleciał do północy.
Rano znów to samo- ni spac, ni wstać. Leżeć nie mogę, siedzenie męczy.Wypilam kawę i deliberowałam nad prawie pustym kubkiem : co robić. Z niemocy wzięłam się za sprzątanie, w całym domu, a było co sprzątać, oj było. Z rozpędu ugotowałam kartofle i kalafiora i nie wiadomo kiedy zrobił mi się porządny obiad. To poprawiłam bananem z czekoladą, parząc sobie palec o piecyk. Pewnie kara boża to była za obżarstwo. No, obżarstwo kalafiorowo- kartoflane oczywiście, bo wszyscy wiemy, że banan jest owocem to nie tuczy, a czekolada ma dużo magnezu i działa na zdrowie.
Bredzę…?
To znówu moje leniwe ja. Żeby tylko się za robotę nie wziąć. Niech mi ktoś powie dlaczego tak trudno mi zabrać się za czynności, które lubię? Łatwiej mi sprzątnąć w domu – czego nie znoszę niż np. poobrabiać i powrzucać zdjęcia na bloga, lub by spisać to co mi po głowie chodzi. Dziwna jakaś przypadłość.

Do roboty!! Młoda dziś wraca, a wtedy już się nie dopcham do komputera tak łatwo.

piątek, 13

Wykończy mnie ta pogoda….

Wykończy mnie ta pogoda. Rano słońce, potem leje, potem znów słońce.Zimno- gorąco. I tak kilka razy w ciągu dnia. Moja głowa szaleje. Mój organizm też. Chodzę jak śnięta ryba. Moje jedyne marzenie to zakopać się w łóżku i spać, spać, spać. Kładę się, podrywa mnie po chwili, senność mija jak ręka odjął, wstaję, zaczynam robić jakies porządki w domu,w połowie jakiejś czynności napada mnie słabość, że mam wrażenie, że zasnę na stojąco. Po mieszkaniu wala się sterta ubrań, garnki w zlewie kipią, a mnie brak siły by to jakoś ujarzmić.
Jeść mi się chce- na nic nie mam ochoty. Wszytko jest błeeee, ale tylko póki nie włożę pierwszego kęsa do ust. Znów niedostrzegalnie dla mnie, weszłam w nałóg słodyczowy i wczoraj postanowiłam rozpocząc kolejny odwyk. Zemściło się to mnie srodze, bo na dodatek nie miałam cukru w pracy i herbatę wypiłam prawie bez. Do domu dotarłam na miękkich nogach, zgrzana i roztelepana. Zbyt gwałtownie przestawiłam się na odwyk. Zaległam pod kocem i spałam półtorej godziny, wybudziłam się z trudem, na miękkich nogach poszłam do sklepu, na miękkich nogach szykowałam Młodemu kolację. A potem szklanka słodkiego świństwa- i fruuuu! Zgarnęłam ciuchy do pralki, wstawiłam gary do pralki, do północy oglądałam na youtubie koncerty Kaczmarskiego z Gintrowskim. Zasnęłam około pierwszej.
Rano – znów leje. Ciepła bluza, kurtka od deszczu, nieprzytomna bo za krótko spałam, wlekłam się pracy noga za nogą. Teraz wychodzi słońce i pewnie będę się pocić wracając do domu.
Niech ktoś wreszcie wyreguluje tę klimę!

Miśka na pikniku rockowym w Węgorzewie.

Młody jedzie do Babci do Krótkiego Miasta w sobotę.
Będę miała dla siebie dom przez całą sobotę i pół niedzieli.


No słońce wychodzi, jak mamę kocham!

Piękna kobieta ? To ja!

Jestem z siebie …

Jestem z siebie dumna!
Bo tak:
spotkałam wczoraj znajomego. Znajomy dawno temu był moim narzeczonym, ale potem się wypisał. Jakiś czas potem wstydziłam się tej chwili słabości, ale trudno. Młoda i głupia byłam to mam na swoje wytłumaczenie.
Znajomy na mój widok przystanął i uśmiechnął się od ucha do ucha. Rozejrzałam się na boki, ale nie było sklepu gdzie mogłabym z nienacka wejść, żadnego przejścia na drugą strone ulicy, no nic. Wylazłam na niego jak ślepa krowa.
– O cześć – zrobiłam dobrą minę do złej gry. Wyjaśniam, że znajomy jest tzw. normalnym człowiekiem. To znaczy żadnen lump, jest schludny, ostatnio bywa nawet elegancki, jest także człowiekiem o pewnym poziomie intelektualnym. Niestety ma męczący zwyczaj krytykowania i obrzydzania wszystkiego wokół. Teraz stał przede mną ubrany  na czarno niczym mefisto, z ręki zwisała mu jaskrowo czerwona marynarka, a dobrze przystrzyżona, ruda broda połyskiwała w pojedynczych promieniach słońca. Jako dwudziestolatek był okazem brzydoty,jako czterdziestopięciolatek stał się interesujący. Pomyślalam, że wiekiem to nawet brzydota nobliwieje.
Pociagnął mnie za skraj kurtki.
– Coś tak…wezbrała? – zapytał mnie taktownie zaraz po powitaniu.
– Spadaj- odpowiedziałam mu równie kuturalnie- Jak się ma czterdzieści lat to człowiek ma prawo wyglądać jak wygląda. Ciebie też czas nie oszczędza – objęłam wzrokiem zarys okrągłego brzucha pod koszulą. Zamieniłam jeszcze ze dwa zdania o niczym i umknęłam szukać Młodego co poleciał po najlepszą na świecie "Zapiekankę z Dworca w Olsztynie".Ale wiedziałam, że Znajomego spotkam jeszcze w autobusie do Miasteczka. I olśniło mnie…
Faktycznie- siedział w autobusie, na pierwszym siedzeniu.
– To jak to zrobiłaś? – prześliznął się wzrokiem po mojej pełnej figurze ubranej tego dnia w bluzkę z głębokim dekoldem, krojem podkreślającej biust.( A jest co podkreślać jak wiadomo)
– Co się czepiasz ?- zapytałam śmiejąc się – Jestem piękną kobietą, nie widzisz tego ? – wyprostowałam się eksponując biust prosto w twarz Znajomego.
– No widzę…Faktycznie piękna – przyznał mi rację. Bez min i bez tonu. Zwyczajnie zgodził się ze mną.
Może go znów polubię ? ;P