Pierogowe rozmyślania

Miałam nie pracować. Tak…

Miałam nie pracować. Tak ? Miałam. I co ? I we wtorek jadę na rozmowę. I się napaliłam, choć to praca w księgowości. Tak to jest z tymi planami.
Tymczasem niespodzianka:
Pismo przyszło z administracji do mnie z nakazem poprawienia rury wyciagającej spaliny od piecyka w łazience. No bomba!
Piecyk wisi około półtora metra od kratki kominowej. I te półtora metra lekkiej rury ciagle się z tej kratki wysuwa z prostego powodu: blok się przechyla bo z jednej strony jest podmoknięty fundament. Na dodatek aktualne przepisy nakzują by ten piecyk znalazł się niemal pod kratką. 
 W nszych planach remontowych jest przeniesienie i wymiana piecyka oraz całej instalacji gazowej. Ale na litośc boską:  jak mam to robić za własne pieniądze to w terminie, który mnie będzie pasował. Zwłaszcza, że mieszkanie należy w dalszym ciągu do gminy, a nie do mnie. Od chwili moich narodzin w tym mieszkaniu nigdy nie był przeprowadzany porządny remont.Było malowanie, ew. wymiana gniazdek. Po wielu latach nacisków, 10 lat temu, doczekałam się, że stare, zwichrowane, pełne szczelin dwuskrzydłowe drzwi balkonowe wymieniono mi na jednoskrztdłowe, całe z szyby, ale nadal mało szczelne. Oraz wypaczone okno w kuchni wymieniono mi na drugie. Też wypaczone. Tamto się przynajmniej dało porządnie zamknąć.
A czynsz płacimy wcale nie malutki. Dużo wyższy niż mieszkańcy bloków w innej części Miasteczka. Bo nasz blok stoi w centrum. Heh, Taisha powiedziała, że Miasteczko to tylko centrum. Tamci mają w czynszu nie tylko wodę, ścieki, ale też wodę ciepłą oraz gaz. Przynajmniej tak było kilka lat temu. Teraz przyznam, że nie wiem.
Nie zmienia to faktu, że z tego co wiem, mam obowiązek remontować zajmowany lokal, ale tylko w zakresie zniszczeń wynikających z normalnej ekspolatacji lub przeze mnie zawinionych. Piecyk gazowy tak został zainstalowany bo taki był projekt. Teraz przeniesienie go wymaga kolejnego projektu oraz całkiem sporych pieniędzy. Na oko z tysiąc złotych. Do tego nowy piecyk to kolejny tysiąc. A oni mi paluszkiem grożą.
Chciałam powalczyć na pisma, na pyskówki, ale…I tak wiem, że nic nie wskóram. Nie chce mi się sobie nerwów szargać.Tak samo jak z przewracającą się ścianką w piwnicy- nawet wiem co usłyszę: proszę podeprzeć kołeczkiem.
Znów zastanawiam się nad celowością wykupu tego mieszkania. Czynsz mi nie zmaleje, a jeszcze będę musiała dopłacać do remontów bloku. Bloku, który coraz bardziej zapada się w ziemię z jednej strony. Kupić by sprzedac? Zdaje się, że jest jakiś , chyba pięcioletni okres w czasie którego sprzedać nie wolno.
Aaaa tam…
Ide lepić pierogi i pomysleć, czy dam sobie rade w nowej pracy.

Niesprawiedliwości dziejowe

Zaraz, zraz pójdę …

Zaraz, zraz pójdę sprzątać, gotować obiad, rozwieszać pranie. Jeszcze tylko dogryzę tę drożdżówkę ( dobra jest!) i kawę ( całkiem spokojnie) drugą dopiję. Balkon przymknęłam, bo pan warczy kosiarką do trawy, a mnie stopy zmarzły. To naprawdę już będzie jesień? Chyba pójdę, kupię sobie parasol  nowy albo gumaczki, albo cokolwiek innego na deszcz i zimno, i będę chciała się tym pocieszyć to przekornie zrobi się ciepło…
Szkoła, stwierdzam, to jednak fajny wynalazek jest. Nawet mimo oceny z religii wliczającej się do średniej. Najbardziej lubię szkołę jak Młodzież ma na ósmą i wraca około piętnastej. Tak jak wczoraj. I chyba dziś. No  nie mogliby tak co dzień? Acha, nie, nie mogliby : nauczyciel też człowiek i też chce odpocząć od dzieci, nawet swoich własnych.
A piecyk znów cieknie. Zaczął wczoraj. Znaczy nadal tęskni. Pralka przestała, bo nie warczy. Ale monitor to znów tak. Ja nie wiem co z tymi sprzętami, naprawdę. Jak Marcepanek w domu to się normalnie zachowują. Jak on tylko nogę na szwedzkiej ziemi postawi – zaczynają. Przecież o nie dbam, rozmawiam do nich, proszę, zaklinam…A te swoje. Ja wytrzymuje przez kilka tygodni, to one by nie mogły ? Wrażliwce, cholera jasna…
A, i kota mam stróża.Też chyba ma jakiś układ z moim mężem.
Bo tak:
jak tylko siadam do komputera wieczorem, kot przylatuje, wali się na biurko i leży. Jak czytam – leży cicho. Ale, nie daj boże, zacznę stukać w klawisze to się zaczyna. Najpierw takie delikatne pomiaukiwanie, aż na koniec bydlę zrywa się na równe łapy, zielonym okiem się we mnie wgapia (a to oko złe takie)  i drze się na cały regulator. Wczoraj wstałam , żeby zobaczyć co zrobi. Też się zerwał, zeskoczył z biurka, ułożył się na dywanie, umilkł. Acha- znaczy nie głodny, ani nic nie chce. Wróciłm. Przyleciał z powrotem. Leżał cicho aż zaczęłam stukać w klawisze. Znów mnie skrzyczał. Ani chybi- ma jakiś układ z moim mężem, który nie lubi jak wieczorami czas trwonię przy komputerze.
Zdrajca jeden, kot wredny…

A drożdżówke robiłam tak :
250ml ciepłego mleka
12 dag cukru
4 żółtka
6 dag drożdży
60 dag mąki
1/4 łyżeczki soli
10 dag rozpuszczonego masła.

Zagniotłam w maszynce. Wywaliłam na blaszkę, położyłam jabłka, ale jeszcze lepsze jest ze śliwkami węgierkami, posypałam kruszonką. Piekłam godzinę. Rośnie podwójnie, to blaszka musi być spora : np. jak okrągły prodziż.
Dobreeee.
I jak się to potraktuje jako kolację przed 18 lub jeszcze lepiej- śniadanie – nie musi zaraz tak tuczyć. A zresztą: na tym świcie wszystko co dobre jest albo tuczące albo niemoralne albo zakazne przez prawo.
Ot niesprawiedliwość dziejowa.

dzień drugi bezrobocia

Marcepanek już w miejscu…

Marcepanek już w miejscu przeznaczenia. Linkoping (czyt. Lincziping). Mieszka na wsi w typowym , drewnianym domku szwedzkim. Z wrażenia nie zapytałam czy jest czerwony. Ale pokój ma tylko dla siebie. Następny telefon dopiero w niedzielę, bo ostatnie rachunki przechodzą ludzkie pojęcie.
A mnie tymczasem przemknął nie wiadomo kiedy dzień drugi bezrobocia. Jakoś intensywnie. Zarejestrowałam się w "zatrudniaku",i tak oto w dniu dzisiejszym zasiliłam szeregi bezrobotnych. Pani z wiele mówiącym uśmiechcem zapytała:
– Podejmie pani każda pracę? Oczywiście zgodną z kwalifikacjami?  – ton wyraźnie mówił, że pyta bo musi bowiem praca dla moich kwalifikacji rozchodzi się nim trafi do nich…Ale kto wie, kto wie? 
– To prawda, że mniej jest bezrobotnych? – zapytałam pracującą tam koleżankę.
– Prawda – przytaknęła. I dodała – Jak miała nie zmaleć jak ponad połowa wyjechała ?
– Chcesz może na angielski ?- zapytała po chwili. Miałam wrażenie, że z nadzieją. Pani, do której mnie w tej sprawie skierowała wyraźnie ucieszyla się moim zainteresowaniem.
– Tylko wie pani- powiedziała z wahaniem- My niestety nie zwracamy kosztów dojazdu…No i zajęcia prowadzi wolontariusz, który może nie mówić po polsku…
– Trudno, najwyżej się wypiszę- rzekłam beztrosko, bo mi jakoś tak "głupio radośnie" było, jak mawiała moja profesor Czajka. Szwedzkiego zatrudniak niestety nie organizuje. A szkoda…
Komputer policzył, że mam 17 lat i 2 miesiące stażu pracy. Oraz, że na emeryturę jestem za młoda. Zasiłek wynosi 470 złotych. I tak się zastanawiam: czy jest ktoś, kto wierzy, że za taką kwotę jakikolwiek bezrobotny jest w stanie się utrzymać? Za to jakbym podjęła pracę to będzie mi wypłacany dodatek aktywizacyjny, w wysokości 107,70  złotych przez połowę pozostałego  mi okresu zasiłkowego. Może by się skusić i jednak poszukać tej pracy ?
Kpię. Ale w środku czai się ulga i strach : a co by było jakbym naprawdę miała tylko takie pieniądze?
W domu znów pachnie drożdżówka – odkąd odkryłam ten przysmak u Madiki najeść się nie mogę. Tym razem piekę w większej blaszce i z jabłkami. Jest szansa, że  mi nie wykipi, ale skończył się papier do pieczenia, a to grozi przypaleniem spodu.
Młodemu połamały się okulary i łazi jak ślepiec w przeciwsłonecznych ( też korekcyjnych po -2,5 dipotrie oraz astygmatyzm). Czemu wszystko co absolutnie nie może się zepsuć psuje się zawsze PRZED wypłatą ?
Inna rzecz, że następnego dnia po wypłacie zazwyczaj znów jestem przed…

Czekając

Z nudów to człowiek …

Z nudów to człowiek różne głupoty wymyśla : utarłam kiszone ogórki do słoików, wczoraj upiekłam drożdżówkę, co miała być ze śliwkami, ale tak wyrosła, że śliwki pospadały, poprałam co było po wakacjach w koszu, wreszcie wzięłam się i policzyłam ile też mogłam przeczytać w swym życiu książek. I wyszło, że około dwa tysiące. Tylko?! Za kryterium wyjściowe przyjęłam wiek ośmiu lat, a za średnią jedną książkę na tydzień. Fakt, że bywały w moim życiu czasy gdy czytywałam jedną dziennie, ale też są takie, że cały tydzień nic.
Z nudów to wszystko. Czekam na kuriera, co miał mi od Bossa klucze przywieźć, bym je oddała administratorce. Nie cierpię takiego czekania , zawieszenia w próżni, mogłabym pójść z psem, mogłabym pojechać z Marcepankiem na zakupy, a tak skupić się na niczym nie mogę, bo czekam. 
A czas zaczyna mnie popędzać, bo Marcepanek jedzie już w poniedziałek 😦 i nie do Miasta Trolli tylko o 60 km w bok. I muszę mu narobić kotletów żeby nie żywił się samymi konserwami i chińskimi zupkami. I ten czas tak szybko zleciał. I znów zostanę sama z warczącą pralką, przepalającymi się żrówkmi, cieknącym ( na razie nie) piecykiem. Z własnymi strachami, z poczuciem wyrwania kawałka mnie…
No kiedyż ten kurier przyjedzie, do licha!

Mama

Mama dostała skierowanie…

Mama dostała skierowanie na operację na 30 listopada. Do tego czasu ma zadbać o siebie żeby operacja mogła dojść do skutku. zadbać to wg mnie oznacza między innymi : rzucic lub przynajmniej mocno oraniczyc palenie, bo ma niewydolność płucną i palenie w tym nie pomaga, schudnąć, bo przy wzroście 155 cm waga ok.70 kg. jest ogromna. Prócz tego oczywiście stały nadzór lekarza, bo ma i nadciśnienie,i jeszcze pare innych schorzeń.
A co mama?
A mama :
– Na coś trzeba umrzeć.A może ja w ogóle nie pójdę na tę operację? Przeciez mnie nie  znieczulą. Narkoza nie- bo płuca. W kręgosłup się nie wbiją, bo za dużo tłuszczu…
Ale palenia nie rzuci, bo nie może (!). Schudnąć też nie może.  Mam chęć na jakies radykalne posunięcie : np. złapać i zawieźć do akiegoś szpitala onkologicznego żeby popatrzyła i się zastanowiła czy tak chce. Mam też pomysł odwrotny : pokazać, że jeszcze ma po co żyć, że jest potrzebna i niezbędna, nie wiem- obiecać wycieczkę do  Paryża czy wspólne mieszkanie, żeby znalazła jakiś cel. Bo mam wrażenie, że tu cały pies pogrzebany : znów nie czuje się potrzebna, a boi się zostać ciężarem.
Miałam to samo, to nasze rodzinne przesłanie, cholera : nikomu nie jesteś potrzebna, nawet jak cię znoszą to z łaski. Jedni po babci dostają domek z ogródkiem, a my to…

Pourlopowy bałagan

Czy wszyscy po urlopie …

Czy wszyscy po urlopie czują się jak śnięta ryba? Bo ja tak. Chyba nawet znam przyczynę.
Bo to był pierwszy prawdziwy urlop od urodzin Miśki.
Bo spędziłam w nieustannym i absorbującym gronie rodzinnym dni siedem w porywach do dziesięciu. Bo w czasie ostatnich trzech była z nami jeszcze moja mama. I nie miałam warunków na pobycie tylko ze sobą, w ciszy, we własnych myślach.
Bo strach o diagnozę mamy zwalil mnie z nóg, gdy czekałam pod gabinetem, a na ścianach wisiały plakaty o tematyce onkologicznej.
Bo pogoda wariuje i z tropików funduje nam naraz arktykę i każdy w takim melanżu wymięka.
Bo w domu bałagan, bo usiłuję wyprać sterty ciuchów, a jeszcze walają się plecaki, a do tego torba z którą przyjechał Marcepanek i do dziś- tobołek mamy. Mama wyjechała dziś w południe ze skierowaniem na operację za trzy miesiące.
Ogórki, które nastawiłam do kiszenia przed przyjazdem męża, wydzielały mało ciekawą woń. Na szczęście- same w sobie okazały się dobre, w sam raz na zupę.
P-Sunia ma okres godowy co jest o tyle denerwujce, że na spacerach zajmuje się wypatrywaniem amantów miast potrzebami wydalniczymi. Oczywiście te musi gdzieś załatwiać, więc upatrzyła sobie łazienkę, no bo skoro każdy, nawet Kocio może, to czemu nie ona? Zaciskam zęby, sprzątam, ale narasta we mnie furia i bunt. Któregoś dnia dostanie po ogonie jak dzbankowi się przeleje…
Boss likwiduje biuro, miałam się z nim dziś spotkać, ale jak to on – sto pomysłów na minutę, wybral się w końcu tak, że musiałabym w Olsztynie do wieczora siedzieć. Papiery załatwimy przez kuriera,  ale muszę oddać w jego imieniu klucze.
Kot się chyba na mnie obraził. Pierwszego wieczora po powrocie łaził za mną krok w krok, ale na próbę pogłaskania odsuwał się ze wstrętem. Teraz też nie specjalnie mnie adoruje, nie poleguje na biurku, nie mruczy do porannej kawy.
Taki to melanż mam w życiu. Jak dodam do tego, że nadal nie wiem kiedy i dokąd wyjedzie Marcepanek (oraz za ile i na ile), a także rosnącą listę zakupów szkolnych mam chęć zapaść w sen zimowy.
Na ekscytację życiem politycznym już zupełnie nie mam ochoty: widok polityków wywołuje we mnie mdłości.
Ech…tak to jest, jak czlek raz na 20 lat zrobi sobie urlop od życia. Trudno potem trafić w stare koleiny. Jedyny pozytyw to to, że znów mam bibliotekę w zasięgu mozliwości. Jutro pójdę, wypożyczę "Księgę Tatr" Jalu Kurka i "Sygnały ze Skalnych Ścian" Wawrzyńca Żuławskiego i nie wiem co mi tam jeszcze w ręce wpadnie, ale na pewno coś dobrego, ładnego, jak Rosamund Pilcher. I tak sobie ucieknę.
A co u Was ?

Bohaterstwo

Odwieźliśmy wczoraj …

Odwieźliśmy wczoraj Miśkę na Reage Festiwal do Ostródy. Dziecko zostało by przywitać tatusia, bo impreza zaczęła się już we czwartek, pomińmy milczeniem, że matka jędza wpłynęła na decyzję dziecka nieco wjeżdżając mu na poczucie winy. Tatuś o tym wiedzieć nie musi, a nawet nie powinien.
Wczoraj zawieźliśmy naszą malutką córczkę…
Ostróda zaludniła się tabunem młodych ludzi z dredami i trójkolorowymi elementami. Wszędzie słychać rytmy reage, bębenki. Nad tym powinien unosić się swąd trawki, ale ponieważ  (o wstydzie!) nie wiem jak to zioło wonieje to nie zauważyłam.
– Ty, chodź, zostaniemy, chociaż na jeden koncert – zajęczałam do męża, bo lubię reage i lubię takie imprezy  (do pewnego momentu)
– Ale ja z mechanikiem się umówiłem. Wcisnął mnie z litości na ósmą – mąż miał silne argumenty na swoją obronę.Westchnęłam ciężko, wsiadłam do auta, wpierw czule ucałowawszy córunię.
– Nie ćpaj, nie pal trawy, nie pij, uwżaj na  pigułki gwałtu, uważaj żeby cię nie pobili, bądź grzeczna, pamiętaj o jedzeniu i ciepłym ubraniu, nie uprawiaj przypadkowego seksu,  nie  wdawaj się w  awantury,  mów dziękuję, proszę, przepraszam, dzwoń często, najlepiej co godzinę…
Przełknęłam wszystkie te słowa, zepchnęłam z gardła do żołądka, i rzuciłam tylko:
– Baw się dobrze…- i poczułam jak bohaterka.
Wstałam z bólem glowy.

Mściwość pająków i działanie Kota

Zawsze twierdziłam, że …

Zawsze twierdziłam, że moja natura jest całkowicie nie podatna na nałogi, ale ostatnio zaczynam zmieniać zdanie.
Jakiś czas temu, w Muzycznej Poczcie UKF ktoś poprosił o jakiś utwór Mirka Czyżykiewicza. Prowadzący puścił AVE, a ja potem musiałam kilkakrotnie wysłuchać całej płyty, bo AVE mi tylko apetyt rozbudziła. Innym razem gdzieś usłyszałam kawałek Elderezi Bregovica i też katowałam kasetę w domu przez cały weekend, bo musiałam. Ostatnio Trójka gra utwóry Johna Portera z płyty Helicopters, a ja się skręcam bo płyty nie mam, zaspokoić łaknienia nie mogę i nic mi tego zastapić nie może. Kiedy słyszę jakieś takty z tej płyty wpadam w ekstazę, gdy mnie ktoś zagada w tym czasie na gadu ignoruję, telefon wzbudza zniecierpliwienie, a gadatliwy klient niemal agresję. Na bo mi tu gada, a tam mi cenne frazy umykają…Oczywiście jak przystało na nałogowca, jak tylko mnie poszczuto jednym kawałkiem zaczęłam szukać czy by się tych Helikopterów nie dało gdzie kupić. Dałoby, ale na płytach winylowych na aukcjach…Tyle znalazłam. eMule znalazły wyłącznie jeden utwór "Life".No rozpacz!
Aż tu wczoraj- wywiad z panem Porterem i propozycja by zadawać pytania. To zadałam : kiedy znów będzie można kupić te Helicoptery?
Okazało się, że nie jestem  w temacie, bo właśnie wyszedł Box ze wszystkimi utworami Johna Portera. W tym też moje Helikoptery. I że Trójka ma dwie płyty do oddania, tylko trzeba napisać, że się chce. Napisałam. Odpowiedź mnie nie zaskoczyła. Wiedziałam! W ciągu miesiąca Box ma być u mnie. Hurra!!! Wiedziałam, że Czarny Kot działa.
Zaspokoję nałóg. Tyle, że muszę poczekać. Uzbrajam się w cierpliwość.
Żebym jednak nadmiernie szczęśliwa nie była to dzieci zameldowały, że padł nam monitor. No żesz…! Komputer kupiłam trzy lata temu, jedyne czego w nim jeszcze do tej pory nie musiałam naprawiać to monitor i obudowa. Teraz już została obudowa…
Ale awaria monitora to dowód na to, że nie powinno się zabijać pająków. Bachory zatłukły i mają karę : pająk się zemścił. Na nich oczywiście, bo ja ostatnimi czasu mało przesiaduję przy domowym komputerze. W pracy, przez osiem godzin napatrzę się dość i naczytam i nagagam… Choć z drugiej strony: to mój portfel poniesie ciężar zakupu nowego lub naprawy starego.
Nie wiedziałam, że pająki są takie mściwe, naprawdę.
Za to Taisha mi zrobiła nowy szablon i jakoś nie słyszę zachwytów ?? Co to ma być? Komuś się nie podoba? Jakby co- wywołam na ubitą ziemię na pojedynek w pluciu na odległośc do telwizora emitującego Wiadomości TVP1 lub w wymyślaniu przekleństw na polityków. Dowolnej partii. Są chętni ?
—-
Ale nie pchać się tak wszyscy naraz!!!

Nie ma jak w rodzinie

Wieczór już zapadł, …

Wieczór już zapadł, chłodny siepniowy, wieczorny powiew poruszył firanką. Najpierw lekko, potem jakoś mocniej, wepchnął tkaninę do pokoju, zaplątał w nogi krzesła stojącego przy biurku. Matka oderwała wzrok od monitora, by ruszyć firance na pomoc i wtedy ujrzała pająka. Zwierzę było ogromne, czarne,  z długimi czarnymi nogami. Matkę zatrzęsło przerażenie i obrzydzenie tym silniejsze iż jak zauważyła, Pająk zmierzał w jej kierunku. Jeszcze chwilka i dopadłby niechybnie jej bosej stopy…Na taką myśl poderwała się jak oparzona z krzsła i odskoczyła na bezpieczną czyli co najmniej metrową odległość.
– Nie boję, przecież się już nie boję pająków – zaczęła sobie tłumaczyć- Pająk to dobra nowina, przecież mnie nie zje, przecież się go nie boję.- tłumaczyła sobie w myśli, by Syn tkwiący przed telewizorem niczego nie zauważył. Odetchnęła głęboko, jeszcze raz powtórzyła swoje :
– Nie boję się go – ale jakoś straciła zapał do wędrowania po internetowych bezdróżkach.
– O, już nie siedzisz ?…To mogę?- zainteresowała się Córka, która chwilę później weszła do pokoju z talerzem kanapek.
– A, nie…Jakoś mnie nudzi – odpowiedziała Matka zerkajac uważnie na Syna, czy aby nie zdradzi powodu jej niechęci do komputera. Syn jednak tkwił przed telewizorem, całkowicie pochłonięty japońską kreskówką, w której ciągle ktoś krzyczał z przerażenia, krzyczał z gniewu, krzyczał z radości, ze strachu , szcześcia i tak sobie.
– Pójdę się myć – stwierdziła Matka po chwili i zniknęła za jedymi drzwiami w mieszkaniu ( nie licząc zewnętrznych).
Woda była ciepła, przyjemnie łagodziła napięcie, zmywała znój upalnego dnia. Matka przymknęła oczy, oddała się błogości.
– Mamoooo! – usłyszała przenikliwy krzyk córki. Poderwała się z bijącym sercem, przerażona, wyrwana z rozmarzenia.
– Co?- zawołała z trudem łapiac oddech.
– Mamoooo!! Tu jest pająk!- wołała córka – Chodź tu!
Matka odetchnęła z ulgą.
– Nie mogę, siedzę w wannie! – odkrzyknęła.
– Ale on tu jest – zaskamlała Córka pod drzwiami łazienki.
– Daj spokój, nie zje cię, zostaw go…- zaczęła Matka perswadować
– Ale on jest wielki! I czarny! – dziecko nie dawało za wygraną.
– Pająk do dobra nowina, zostaw go. On sobie na pewno zaraz pójdzie – dodała Matka ciszej, sama nie wierząc we własne słowa.
Córka chwilę postała pod drzwiami łazienki, powzdychała. Odeszła. Matka próbowała na powrót zagłębić się w stan relaksu, ale odgłosy zza ściany jej tego nie ułatwiały.
– Młody!- mówiła Córka do swojego Brata- Tu jest pająk
– Co ?! – krzyknął Syn wyrwany z całkiem innego świata. Jego głosowi towarzyszył jakiś łomot. "Pewnie przewrócił fotel jak się zrywał" domyśliła się Matka.
– Tu jest pająk, zobacz – znów mówiła Córka.
– Aaaaa! – usłyszała matka krzyk Syna.
– Weźźź…!- zirytowała się Córka- Trzeba z nim coś zrobić.
– To zrób – zaproponował jej Brat.
– Ty zrób! Ja się boję
– Ja?! Zgłupiałaś? Też się boję.
Córka podniosła głos:
– Ale ty jesteś facet! Zachowaj się jak facet!
Matka parsknęła śmiechem i stłumiła swą wesołość poczuciem winy. "Moje malutkie dziateczki walczą tam ze Zwierzem, a ja…" pomyślała jednocześnie słysząc głos Syna:
– Ja mam arachnofobię!
– Młody- Córka przybrała ton proszący – Weź go czymś zabij…
– No dobra…- w głosie Syna wyraźnie brzmiała obawa wraz z brakiem asertywności- Dawaj buta…
– Mojego ?- oburzyła się córka – Weź swojego
– Nie ma głupich! Moim nie będę!
– Poczekaj…Dam ci inny – zaproponowała córka
Matka na wszelki wypadek nie odzywała się z przypominaniem, że pająk stworzenie boże, że dobrą nowinę niesie i z takimi innymi. Jej dzieci po raz pierwszy kooperowały mniej więcej zgodnie, co im będzie Matka przeszkadzać?
– O masz, tym. Tylko szybko bo zaraz sobie pójdzie- rozległ się głos Córki, a zaraz po nim dwa klepnięcie butem
– Ale ty wynosisz zwłoki- rozkazał Syn.
– W życiu! Jutro ściagnę odkurzaczem. Albo zawłom kota, może zje…
Gwar rozmów umilkł. Matka znów zapadła w błogostan.
"Taaak- pomyślała- Lubię te spokojne wieczory w domu"

Sierpniowe dyrdymałki

Ja jednak zdecydowanie …

Ja jednak zdecydowanie najbardziej lubię sierpień.
Upał sie zrobił, zupełenie niespodziewanie w związku z czym wczoraj przespałam cały dzień. Spałam w pracy z głową na biurku, spałam w autobusie do domu, spałam w domu po powrocie i zasnęłam na dobre około 23. A dziś rano otworzyłam oczy i…
Niebo czyste bez jednej chmurki, słońce skrzyło się na trawie pokrytej rosą. A ta rosa zimna musiała być bo nawet P- Sunia niechętnie weszłą na trawę. W powietrzu czuć, że dzień będzie upalny, ale mury wystygłe przez zimną noc łagodzą upał.
Wysiadłam przystanek wcześniej, bo na straganach koło wiaduktu zawsze jest taka orgia barw, że chodzę tamtędy dla samej przyjemności patrzenia. Nie zawiodłam się: papryka w czterech kolorach wysypana na jedną strtę, górka pomidorów, ogórki, fasolka szparagowa i kalafiory. I owoce: śliwki, gruszki, nektaryny, brzoskwinie, jabłka, arbuz.  Nakupiłam rózności, ręce mi się wyciagnęły do ziemi, a zapłaciłam sześć złotych. I jak tu nie kochać sierpnia ? Choć sierpień to miesiąc moich urodzin, znów trzeba będzie zmianiać zdanie na temat własnego wieku. Albo naprawdę ustalić ze soba jedną, byle wiarygodną cyfrę i się jej trzymać. Np. 39. To taka ładna cyfra. Sugeruje dojrzałość, lecz nie starość. Czy ja wyglądam na 39 lat ?
Tymczasem zastanawiam się nad wyjazdem w Tatry. Piecyk gazowy zdecydowanie odmawia współpracy, nie wiem czy miast wypoczynku nie będzie konieczności zakupu nowego. Zobaczymy co powie mój cudotwórca. Dzieci wierzą w tatusia i na mój dramatyczny komunikat, że piecyka leje się woda zareagowały
– Żeby tylko wytrzymał do powrotu taty.
Ech, też liczę dni. Już tylko dziewięć. A właściwie osiem, bo dziś to się nie liczy. A właściwie piętnasty też się nie liczy. To siedem.

Szukam kogoś kto mnie nauczy szwedzkiego. Google nie znalazły mi w Olsztynie nic ze szwedzkim. Szkoły językowe nie podnoszą słuchawek. Przyjdzie faktycznie kupić kurs ESKK tylko, że ja mało zdyscyplinowana jestem, i już wiem jak ta nauka (nie) będzie wyglądać. A mam motywację, oj mam. MUMINKI  i DZIECI Z BULLERBYN w oryginale.  No i nie sądze by w Mieście Trolli była biblioteka z obfita w polską literaturę. Tylko, że moje lenistwo jest silniejsze od najsilniejszej motywacji. A od lenistwa silniejszy jest tylko wstyd…
Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie …