Rano

Obudziło mnie …

Obudziło mnie pomiaukiwanie Kocia. Oraz dziwne stukanie. Otworzyłam oczy i zalała mnie jasność płynąca z okna: błękitne niebo, złote słońce  skrzący się śnieg. W karmnku kawki wydziobywały resztki zamarzniętej słoniny, denerwując Kocia.
Mleka w lodówce nie było. Za to w kuchni panował nieprzeciętny bałagan.W ostatnim czystym kubku zaparzyłam herbatę, w między czasie robiąc troszkę porządków. Ech,  Zmywarko. Kocham cię prawie jak Kocia.
Ranek jeszcze wczesny, może by tak gwizdnąć na psa i polecieć nad rzekę ? Wiatru nie ma chyba…

Gryzące sumienie

Miśka jak się czegoś …

Miśka jak się czegoś uczepi to gorzej niż pitbull. Złapie w zęby, trzyma, tarmosi i nie chce popuścic ani na chwilę. U Miśki, inaczej niż u większości ludzi, słowo "NIE" to zaledwie łagodna sugestia typu : a może by to przedyskutować ? A w dyskuji Miśka zawsze dąży do swoistego kompromisu : zgódź się ze mną to nie będę oponować.
Młodego poza grami oraz raz dziennie podanym jedzeniem niewiele obchodzi z tego co dzieje się wokół. Jeśli tylko coś nie koliduje z jego ulubinym zajęciem – to jemu nie przeszkadza i wtedy zwykle daje odpowiedź "a dobra, może być".
Taki tandem to czasem daje niepodziewane efekty.
W środę wieczorem, pomiędzy zakupami, pierogami w pierogarni a lekcjami języka – Miśka uczepiła się matki. Jątrzyła, marudziła, czepiała się. Skołowała matkę tak, że ta jak głupia zadała pytanie synowi . A syn odpowiedział . Jak ? Tak : "a dobra".
No i stało się. Ogłupiona całkowicie własnym chciejstwem, argumentami Miśki i oczywistym przyzwoleniem Szczypiora – przy niemym aplauzie Marcepanka- zarezerwowałam bilet na samolot. Zarezerwowałam i wysłałam piniądze, wiedząc, że  następnego ranka wszystkie  rozsądne argumenty zabrzmią  głośniej i wyraźniej.
Dziś przyszło potwierdzenie rezerwacji. Zatem klamka zapadła. Głupio się czuję. I to z każdej strony.
Z jednej strony słyszę – Jesteś nierozsądna!  Tyle co wydałaś na bilet zabraknie ci na przeżycie do końca miesiąca i będziesz musiała pożyczać!
Z drugiej strony – Ty egoistko. Zostawiasz dzieci i fundujesz sobie wycieczkę.W dodatku na święta.
Z trzeciej – Jak mała dziewczynka- musiałaś czekać na pozwolenie, żeby zrobić to co chcesz.
Z czwartej – I tak nie uda ci się  wyjechać.
A do tego tysiące obaw: a jak samolot się rozbije ? A jak dzieci narozrabiają ? A do tego ten uszkodzony, amerykański satelita… A jak spadnie na moje Miasteczko ? I to w tym czasie jak ja będę w Szwecji ?
A wylot dopiero 21 marca. Przecież zadręczę samą siebie do tego czasu.

Lekarstwo na złość, gniew i handrę

Potwory znów mi …

Potwory znów mi ciśnienie podniosły- pewnie znów zasnę po północy. Na rozkolebane nerwy włączyłam Goyę, a potem moje ukochane Ave Czyżykiewicza. Dawno go nie słuchałam. Już zapomniałam , że  AVE "smakuje słodziej niż chałwy Persji"…
Muzyka i książki. Moje dwa nałogi bez których życia sobie nie wyobrażam.  Ciuchy, żarcie, kosmetyki- to artykuły bez których mogłabym się spkojnie obyć na wyspie bezludnej. Alkoholu nie lubię, papierosów nie palę. Książka jak mnie porwie to żyję nią, kiedy zamykam ostatnią stronę,  ogarnia mnie zdziwienie, że świat nadal trwa i, że jest taki inny.Ale  muzyka…Muzyka to coś, czego nie da się opowiedzieć. Coś co przenosi mnie w odmienny stan świadomości. Zwłaszcza jeśli do muzyki jest jeszcze dobry tekst.
W pracy radio ustawiłam na Trójkę, Madzia, kochana dziewczyna nie przestawia. Radio sobie brzęczy, prawie go nie słyszę wśród szumu drukarki, komputera, telefonów i gwaru rozmów. Ale ledwie zabrzmią pierwsze takty jakiejś mojej ulubionej muzyki- strzygę uchem jak P-Sunia na trzask drzwi na klatce schodowej.
Teraz kochany Czyżykiewicz znów przywrócił równowagę mojemu światowi. Może będę mogła pójśc spać…
Albo nie bo znów rozbudził moją tęsknotę, za…Za czymś.

Gdzie ost i wrzos koi mnie jasny głos

Ktoś zagwizdał na …

Ktoś zagwizdał na podwórku i ten dźwięk wyrwał ze snu P-Sunię. Usiadła, z tą śmiesznie nieprzytomną miną, z nastawionym prawym uchem, nasłuchiwała. Podniosłam głowę znad książki, pogłaskałam po brązowej łapce.
– To nie do ciebie, śpij- powiedziałam. Westchnęła, przeciągnęła się, zakręciła dwa razy w koło i opadła na moją kołdrę znów zwijąjąc się w kulkę, nos nakrywając ogonem.
– Pieska…niebieska…- uśmiechnęłam się do niej, poklepała puszystą kitą, nie owierając oczu. Audiencja skończona.
A może by tak…? Las znów woła, kusi, mami. Ale wrócę padnięta, a tu dom trzeba odgruzować, bo wczoraj ni ręką ni nogą. Ale w lesie może już czuć wiosnę? I może więcej ptaków słychać? I P-Sunia by się cieszyła. I Brzoza…
Jest takie ładne światło.

Za stara czy może wiosna ?

Za stara chyba jestem na…

Za stara chyba jestem na takie maratony. Osiem godzin w pracy potem od 17 do 20:30 szwedzki. Małgosia- lektorka nowe słówka objaśnia po szwedzku. Super! Uczymy się słuchać i rozumieć co słyszymy. Ale po trzech godzinach znów nadeszło to uczucie "stand by": ziewanie i pokładanie się na ławce. Zdaje się, że samej siebie nie przeskoczę.  Noc minęła niespokojnie- pewnie za sprawą kolacji zjedzonej po powrocie czyli około godziny 22.
Pogoda wariuje, w kalendarzu luty, na podwórku coś na kształt marca. Wilgoć i dodatnia temperatura. Trawa przed blokiem dostała intensywniejszej barwy, czyżby wschodziła nowa ? Wróble, które zawsze wyglądają jak nadęte ważniaki, świergolą w krzakach koło śmietnika. Na XIV wiecznej Baszcie niestosowną czerwienią migocze nowy dach z miedzianym zwieńczeniem. W tym roku boćki będą musiały się przyłożyć do budowy gniazda.
A mnie się znów nic nie chce. Położyć na kanapie i nic nie musieć.

Stand by

Wczoraj około …

Wczoraj około dwudziestej ktoś przełączył mnie na tryb stand by. I tak mi zostało.
Jest rano. Przede mną około dwustu pitów, za oknem szarość, w radiu Kasia Groniec. W prawą skroń i prawe oko dźga jakis drut. A ja mam tylko jedno pragnienie: przetrwać.
Czy jest na sali ładowarka ?

Opuchlizna…

Wczoraj jak padnięta …

Wczoraj jak padnięta wróciłam do domu po szwedzkim czyli około godziny 22., wyleciałam z psem na podwórko i dopiero wtedy do mnie dotarło, że ten brak oddechu i kołatanie serca to z opuchlizny. Napęczniałam jak balon. Z tej opuchlizny nie mogłam się powstrzymać i złapałam za telefon, żeby wydzwonić do jedynej znanej mi osoby, która pojmie wagę  zagadnienia. Odwodnik odebrała po trzcim dzwonku, gdy już zwątpiła, że to zrobi.
– Słuchaj. Spuchłam – zameldowałam jej.
– Mój syn pisał próbny test gimnazjalny. Z części humanistycznej osiagnął drugi wynik w szkole.
Jak widać to jest ten rodzaj opuchlizny, który szybko nie schodzi.

PS. żeby nie było :  z części ścisłej nie liczymy na taki sukces.

###

Było miło, ale się …

Było miło, ale się skończyło. Mówię o feriach od szwedzkiego. Tylko niech nikomu nie przyjdzie do głowy, że to o naukę mi chodzi. Skąd! Lekcje są świetne, dobrze na mnie działają. Tylko, że wciąż mnie dopadają wyrzuty sumienia: lekcje tyle kosztuja a Ty co ? Nie uczysz się w domu nic a nic , o kant taką naukę. Chciałam im odpyskować, ale niestety- mają rację. Nie uczę się w domu wcale. Choć solennie obiecywałam.Brak czasu. Brak czasu ? Akurat! Wczoraj…No dobra, wczoraj to naprawdę w domu ciężko pracowałam, ale przez poprzednie trzy tygodnie spokojnie mogłam znaleźć choćby po  pół godziny na naukę. I co ? Ano …Buddenbrokowie – Manna byli, i Zakochany duch- Carrola, i jeszcze jakieś inne pomniejsze lekturki typu Pan Tadek w formacie MP3. A spokojnie mozna było chocby tego Ducha Zakochanego zostawic dla szwedzkiego. Więcej by z tego było pożytku niż z dziwacznej lektury, gdzie duchy i dziwne zjawiska roją się w postępie geometrycznym przy czym sensu w tym za grosz. Męczyłam się nad tą lekturą jak potępieniec, do końca łudząc się, że w tym szaleństwie jest jakiś sens. Niestey- nie dane mi było odnalezienie go. Końcowa scena gdzie różne wcielenia bohatera ganiają sie ze śmiechem po markecie była równie bez sensu jak czas stracony na czytanie. Pewnie szargam świętości, ale niestety mam poczucie czasu podwójnie straconego po tej lekturze.
Ech.
Dziś rano wstawałam przy niemal całkiem jasnych oknach. Idzie wiosna chyba? Dzień był dziś taki słoneczny. A mnie się marzy łagodne ciepło słońca na twarzy i zielona trawa pod nogami.

Piękne rosną dzieci

Moje trzecie dziecko, …

Moje trzecie dziecko, czyli  Kubuś  Misi jest w trakcie robienia dredów.  Wygląda w nich o wiele lepiej niż z rozpuszczonymi włosami. Chciałam namówic Młodego na dredy, ale oporny jest, niestety.  Popatrzyłam na niego krytycznym okiem.
– Młody, tobie chyba trzeba garnitur kupić – ocknęłam się nagle
– Mnie ? Po co ? – zgorszył się mój synuś, jakbym mu nieprzystojną propozycję składała.
– No bo kończysz gimnazjum, egzamin, potem koniec roku – powinieneś jakoś wyglądać – wyjaśniłam cierpliwie.
Młody zdusił w sobie warkot.
– No nie wiem…Muszę ?
Tym razem ja zdusiłam warkot.
Zaczerpnęłam tchu…
– To ja zapytam Radka w czym byłm – skapitulował Młody. Na  wyrok Radka-guru czekałam tydzień. W końcu przydusiłam syna, żeby zadzwonił przy mnie. Werdykt brzmiał : garnitur koniecznie, bo wszyscy z jego klasy też byli garniturkach.
– Acha…- Młody był zdruzgotany – Ale zapomnij o krawacie. I ma być czarny.
Zgodziłam się. Dobra może być nawet różowy w "fasfantowe" kropki, ale przynajmniej Młody rozumiejący konieczność nie będzie wierzgał.
Dziś nadeszła wiekopomna chwila i pojechaliśmy. W pierwszym sklepie najszczuplejsze były za szerokie na Szczypiora. Poszliśmy do następnego. Pani  pogrzebała i wyciagnęła nam jeden, jedyny rozmiarem zbliżony do Młodego. Grafitowy. Młody najpierw naciagnął marynarkę.
– Może być – orzekł.
– To zmierz spodnie – poleciłam. Zniknął za zasłonką.
Ja w tym czasie wybrałam koszulę (czarną).
– A krawat ? – zawołałam do Młodego.
– Poczekaj. Zapytam Radka- chwilę konwersował przez telefon
– Krawat też! – odkrzyknął.
Krawat wybrałam grafitowo srebrny. I wtedy Młody wyszedł zza zasłonki. Koszulka t-shirt wystwała  mu spod marynarki, a glany były nieco ubłocone.

Garnitur – 240,-
Koszula –  65,-
Krawat  –  39,-

Mina matki gdy zobaczyła, jak  przystojnym facetem jest jej syn – bezcenna.